Artanker Convoy - Cozy Endings
Instrumentalny post-rock z wyraźnymi nawiązaniami do jazzu lat 70. (przychodzą na myśl elektryczny Miles i Herbie Hancock ), nigdy nie popadający w pastisz ani nie brzmiący retro. Niektóre utwory wykazują również zainteresowanie pewnymi nurtami ambientu – gitara okazjonalnie przywołuje Michaela Brooka , a niektóre teledyski na towarzyszącym DVD wyraźnie sugerują, że słuchali też dużo Headcandy Briana Eno . Bardziej jazzowy i funkowy niż Tortoise , mimo to dzieli z nimi poczucie niedopowiedzenia i hipnotyczne rytmy, pozostając przez cały czas niezwykle wyluzowany. Sugerowano, że muzyka na tej płycie najlepiej pasuje do rodzaju interakcji społecznych implikowanych przez okładkę. Nie mogę zdecydować, czy okładka jest bezpośrednią aluzją do tego efektu, czy tylko podstępem mającym na celu oszukanie mężczyzn, którzy nie mogą oprzeć się widokowi pięknego kobiecego tyłka, aby kupili ten album. Tak czy inaczej, jest to jeden z bardziej estetycznych albumów (i z pewnością także okładek) w tym roku.
Cytat pochodzi od użytkownika RYM-u o nicku
hprill
Od siebie dodam, że muzycznie ani to odkrycie rocznikowe ani przewrót estetyczny, tym niemniej jako trop poznawczy może mieć znaczenie.
W sprawie okładki, to: odważnie wklejam już to ze względu, bodaj, na rzadki przypadek takiej estetyki w uniwersum jazzu, już to z powodu nadchodzącego plebiscytu kobiecego (
bo niby dlaczego na kobiecym głosie poprzestawać

)
The Nels Cline Singers - Draw Breath
Nie trzeba być
Simonem Reynoldsem, by wysnuć tezę iż to co najciekawsze w muzyce rozrywkowej XXI w odbywa się w imię gatunkowych przekroczeń i naginania estetycznych definicji. Nawet jeśli czasem dostaniemy <cyrk> to bywa że uczestniczymy w <katedralnej epifanii>... czasem dostaniemy coś <pomiędzy>, co trudniej zaklasyfikować w emocjonalnym diapazonie. I
Draw Breath to ten trzeci stygmat, raczej.
Nels Cline to nazwisko znane tutaj i mające swoją markę, więc obawa przed osunięciem jest nieobecna. Skala "wzniosłości" dość szeroka i zadowoli nie tylko wielbicieli form synkopowanych.
Julian Cope - You Gotta Problem With Me
Trwa to lekko powyżej 56 minut, lecz wydano to na dwóch CD, który to pomysł miałby sugerować odwracanie płyty winylowej, co z kolei wskazuje do jakich czasów odwołuje się zawartość muzyczna.
Cope to muzyk popularny w Brytanii lat 80-tych (u nas mniej) z ważnymi płytami:
Fried z 84 oraz
Peggy Suicide z 94.
You Gotta Problem... nie osiąga tej klasy ale w swej mainstreamowo-rockowej przezroczystości oferuje niekiedy kurs kolizyjny zagęszczając frazy i potoczysty przekaz.
Gravenhurst - The Western Lands
Wbrew tytułowi nie jakieś alt-countrowe smęty a bardziej swoiste "estetyczne limbo" między shoegaze’owym nurtem a art-popem od łagodnie/niemęsko śpiewających Artystów. Obywa się ta muzyka, od zamaszystych, formalnych eksperymentów ale w zmian rozgrywa swój przekaz z pomocą półcieni.
Nie do końca to jest muzyka, z którą się identyfikuję, ale potraktowałem polecenie w kategorii: przysługa
