Znaleziono 4480 wyników

autor: Inkwizytor
11.03.2026, 11:50
Forum: Wykonawcy
Temat: Brian Auger
Odpowiedzi: 6
Odsłony: 14197

Re: Brian Auger

Niezawodna Repertoire Records po raz kolejny zaskoczyła miłośników starego grania. Niedawno, całkiem przypadkiem odkryłem ten koncert. Niestety na daną chwilę wydawnictwo jest bardzo drogie, więc póki co należy zadowolić się solidną kopią 😉. Po lekturze trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to muzyka "warta wszystkich pieniędzy" ale po kolei. W ubiegłym roku - 18 lipca swoje imponujące 86 urodziny obchodził wyśmienity organista Brian Auger - lider zespołu, a w listopadzie równe 80 świętował drugi bohater tego koncertu pochodzący z Glasgow szkocki gitarzysta jazzowy Jim Mullen. Ringo Starr w swoim żartobliwym stylu cytował matkę, która zwykła mawiać, iż "wojna wybuchła, bo On się urodził" 😉. Dlatego chyba nie dziwi stosunkowo niewielka popularność Briana Augera w Polsce - rocznika nomen omen 1939. Zostawiając liczby, nie można zaprzeczyć, iż był on nie tylko najwybitniejszym organistą swojego pokolenia ale i wszech czasów - można go śmiało postawić obok takich wirtuozów tego instrumentu jak Shinn, Lord, Emerson, Wakeman, Hensley,Bond, Bardens, Greenslade, czy "św. Trójca Sceny Canterbury": Ratledge, Sinclair i Stewart. Dziś wydaje "odrobinkę" zapomniany. Dlatego materiał archiwalny z koncertu w ramach festiwalu Super Pop Montreux z października 1970 to dobra okazja by sobie przypomnieć jak wybornym był instrumentalistą.

Minimalnie wcześniej rozwiązał poprzedni zespół odpowiedzialny za chyba jego najlepszy album "Befour" i powołał nową ekipę Oblivion Express. Nazwa zobowiązywała. Muzykę określa się jako "jazz-rock" ale proporcje zdecydowanie są po stronie rocka. Pojawili nowy muzycy - poprzednika o bardziej akustycznym jazzowym zacięciu Gary Boyle`a zastąpił młodszy od niego 25 letni w/w Jim Mullen (wcześniej w pechowej formacji Pete`a Browna Piblokto). W późniejszych latach sam o wiele głębiej wszedł w jazz sensu stricte ale na Montreux jego pełne inwencji drapieżne sola mieszczą w najprzedniejszej blues-rockowej konwencji. Express choć istnieli od niedawna zdają się być rozpędzoną dobrze naoliwioną maszyną. Jedynie perkusista Keith Bailey zdaje być jakby "obok" muzyki - dlatego nie dziwi, iż miesiąc później na potrzeby rejestracji płyty studyjnej zastąpił go Robbie McIntosh. Można mieć troszkę zastrzeżeń do zbyt surowego miksu i nieustannej głośnej dominacji organów (wiem, że miłośnikom tego instrumentu bynajmniej nie będzie to przeszkadzało) - one niekiedy zagłuszają Mullena w trakcie jego solówek. Hammond Augera warczy, "szczerzy kły", sypie żarem, spala na popiół wszystko na swojej drodze, grzmi groźnie przez całe prawie godzinne show. Jego inwencja melodyczna i fantazja nie mają granic (ten muzyk na żywo nigdy się nie oszczędzał i ze swojego Hammonda jaki z samego siebie wyciskał siódme poty co widać na zdjęciach). Od czasu do czasu pojawia funkujący Clavinet. O ile na w/w Befour mieliśmy sporo jazzującego cieniowania i impresjonizmu - to na Montreux 70 dominuje dość mocne i demoniczne granie (warto to puścić naprawdę głośno i dać poszaleć kolumnom). W środku każdego kawałka gdy zespół wpada w "szwung" - muzyka potrafi być porywająca. Nieco gorzej jest gdy przypatrzymy się warstwie wokalnej - szczęśliwie ma jej za dużo. Nie wiem czy to wina nagłośnienia, czy braku odpowiedniego odsłuchu ale tego dnia Brian nie był najlepiej dysponowany, może to zmęczenie ? (lub parę drinków za dużo). Pod kątem repertuaru - mamy prawie cały jeszcze nie wydany album Oblivion Express i połowę - to co najlepsze z poprzedniego wybitnego Befour - zagrane z zębem "Listen Here", świetne jak zawsze "Pavane" i "Maiden Voyage" - Herbie Hancocka. Koncert stanowi pewien "pomost" między poprzednim, a nowym wcieleniem zespołu organisty. Miłośnicy blues-soul-rockowego grania będą zachwyceni. Entuzjaści bardziej urozmaiconego, subtelniejszego grania mogą niekiedy czuć "znużenie" zbyt jednostajnym demonicznym brzmieniem wydobywającym z głośników (a panowie dają autentycznie czadu - tu nie ma wątpliwości). Trochę ciekawostka, ale warto posłuchać... wartość dokumentu jest przeogromna. Tak się na początku lat 70 grało. Co ciekawe w "The Dragon Song" pojawia riff, który później również pojawił u Mahavishnu Orchestra w "One World" a pod koniec "On the Road" mamy nieco "kosmiczne"/free zabawy z dźwiękiem solistów.
autor: Inkwizytor
11.03.2026, 10:19
Forum: Wykonawcy
Temat: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...
Odpowiedzi: 14
Odsłony: 640

Re: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...

Kilka dni temu szumnie fetowaliśmy (by tradycji stało się zadość) "Dzień Kobiet". Wszystkie nasze redakcyjne koleżanki, oddane (ale nie "aż TAK") od lat czytelniczki jak również "subskrybentki" otrzymały piosenkę z dedykacją śp. Eda Hulewicza "Za Zdrowie Pań". Zawsze przy tej uroczystej okazji przypominamy, iż śp. Hulewicz swego czasu wygrywał bezkonkurencyjnie wszelkie ankiety i sondy w jakże wdzięcznej kategorii: "... Kogo byś chciał zaje..... w nadchodzącym roku ?..." :D . Takim cieszył się bezgranicznym uwielbieniem i żarliwą miłością w narodzie. Jednak zostawmy ten temat - chociaż może nie do końca. Skupmy się na kobietach - a konkretnie na odrobinkę ostatnio "podupadłej" gwieździe czyli Beacie z Bajmu - od lat znana jako "Beata K." :wink: . Ta sama, która po koleżeńsku nie raz deklarowała się, że odwiezie po festiwalu w Opolu "mniej-dobrze-dysponowanych-swoich-kolegów-i-koleżanki-po-fachu". Gniewaszewski sprytnie podsunął nam pewien trop - jak jeszcze bardziej uczynić klarowny i zrozumiały tekst dotyczący "Nie Budź We Mnie Bestii" (bo-wiadomo-co). Bestia... bestia.... demon.... czyli jakiś diabeł. No to nikt inny nie nadaje się do tego lepiej niż Beata K. W tym roku świętuje swój pewien mało przyjemny "jubileusz". Prawie dokładnie 10 lat temu rozwiodła się w tempie ekspresowym ze swoim ukochanym i menago w jednym (rozprawa miała podobno trwać 15 minut - absolutny rekord w krajowym i światowym szoł biznesie) Andrzejem Pietrasem. Jak to nasi drodzy "krajanie" - wszelkiej maści artyści pochodzący z lubelskiego - są szczególnie bliscy naszemu sercu. O dziwo - mimo smutnego finału małżeństwa, które trwało ok 37 lat i NAD WYRAZ udanego "pożycia" (Beata K. - nigdy, jak pewna posłanka - nie miała oporów podkreślić jak udane było ich pożycie.... "owsiankowe..." :D , nie raz łamano sobie głowę - co Maria Callas widziała w "takim" Onasisie - wtedy bardziej "wtajemniczeni" również ze stoickim spokojem i znawstwem mówili wprost - On miał TEN "cios", którego potrzebowała - i wszystko jasne ? - Andrzej Pietras należał do rzadkiej kategorii "prawdziwych mężczyzn", którzy również TEN "cios" posiadali i dużo dużo więcej - np. wyjątkową matkę. Beata K. nigdy nie mogła się nachwalić "jaka Teściowa to zacna kobieta" - miała z nią lepszy kontakt niż z własnymi rodzicami, którzy nigdy nie rozumieli jej artystycznych inklinacji - ba... to wręcz teściowa wychowała ich 2 córki, bo (do czasu) zgrany na scenie i na sianie tandem K. & Pietras byli zajęci rozkręceniem kariery Bajmu). Rozstanie okazało się niezłą pożywką dla wszelkiej maści quasi-dziennikarskich-hien, ich nikczemność, podłość, chora fantazja wręcz nie miała granic. Zwykle nie zniżalibyśmy się do ich poziomu...ale tym razem z przyjemnością zrobimy wyjątek :D . Na początku musimy podkreślić , że ABSOLUTNIE nie zgadzamy się z tą linią i takim stylem "dziennikarstwa muzycznego" - pisano m.in, że Pietras od lat ubóstwiał wręcz zabawiać się z małolatami, że był niczym Epstein & Weinstein & Polański w jednym od tego uzależniony, że wpadł w inny % nałóg itd itd. Coś okropnego - to trzeba piętnować :wink: . Później dziwiono się dlaczego Beata K. została zgarnięta za jazdę również pod wpływem %. Wokalistka prosiła o wyrozumiałość - prawie jak w programach u Jaworowicz - "... na Boga, nie jesteśmy zrobieni z gliny, my również mamy SERCA i uczucia...". Chyba niewiele to pomogło. Nic to. Zajmijmy się ważniejszym - czyli muzyką.


Rzecz o "Bestii" - czyli "Diabelski Krąg". Jeśli wierzyć źródłom zarówno muzyka jak i malowniczy tekst są dziełem wyłącznie Beaty (taka zdolna Bestia). Mimo, że Bajm od dekad zajmuje NALEŻNE MIEJSCE W Panteonie "wielce-zasłużonych-gigantów-krajowej-sceny-muzycznej" - to nie brakuje LUK, które należy uzupełnić. Z tym utworem również wiąże się ciekawa historia. Najpierw znalazł się na kolorowej kasecie - debiucie....

https://www.discogs.com/release/2606730-Bajm-Bajm


....ale zabrakło jej na winylowym odpowiedniku. Na mało kolorowym winylu piosenką nr. 3 jest "W Drodze Do Jej Serca".



https://www.youtube.com/watch?v=ZMopa_V ... rt_radio=1



https://www.youtube.com/watch?v=8nZz7bF ... rt_radio=1


Śledzący czujnie dorobek "ziomków z lubelskiego" zauważyli, że wersje z obu albumów się nieco różnią. Pierwotna wersja z "kolorowej" kasety okazała nieco "łagodniejsza" od tej późniejszej z lp. "Martwa Woda". Co również ciekawe - wspomniana "Martwa Woda" - gdy ukazała na CD - nie zawierała oryginalnej okładki tylko zmienioną. To dowód na to jak wiele luk zostało do WYPEŁNIENIA w ich oficjalnej dyskografii. Nie tylko chodzi o dziurę pomiędzy ich debiutem w Opolu (o czym przeczytamy w MCMLXXXVI tomie jemu poświęconemu) "Piechotą do Lata" i innymi folkowymi kawałkami zainspirowanymi The Mamas & The Papas (które ma w swoich archiwach niezawodne Radio Katowice) - a pierwszym lp.


https://www.discogs.com/master/44057-Bajm-Martwa-Woda


https://allegro.pl/kategoria/muzyka-pop ... snik=Winyl


Teraz oryginalny tekst pióra Beaty:



"... Kogo diabeł opęta
Człowiek nigdy nie zmieni już
Kochany, pamiętaj
Nie pomoże Ci żaden cud
Mam oczy zamknięte
I zupełnie kamienną twarz
Czarna łuna na niebie to znak
Że porwie Cię diabelski wiatr


Czarne dłonie silnych rąk
Tworzą już diabelski krąg
Śpiewaj, śpiewaj z nami wraz
Jeśli czarną skórę masz


Nie ma miejsca dla Ciebie
Ani na ziemi, ani w niebie
W piekle karmić Cię będą
Czarną kawą i czarnym chlebem
Smoła w kotłach się grzeje
Widły same już idą w ruch
Czarna łuna na niebie to znak
Że porwie Cię diabelski wiatr


Czarne dłonie... itd. itd. itd. etc. etc...( Yowza, yowza, yowza, tere-fere-bara-bara-patataj... :D "


Kogo diabeł opęta... itd. itd. itd. etc. etc...( Yowza, yowza, yowza, tere-fere-bara-bara-patataj... :D


O czym traktuje tekst ? - warto przytoczyć kilka wybitnych fragmentów:

- "... Kogo diabeł opęta..." - mamy i "komedię małżeńską" Opętanie Żuławskiego, ale również "...mamooooo.... opętał mnie demooon..." Satany Kukiza & Piersi

- "... Mam oczy zamknięte..." - pytanie - czy aby na pewno "szeroko zamknięte" ?,

I chyba mój ulubiony - "... W piekle karmić Cię będą, Czarną kawą i czarnym chlebem...". A to już jest w ogóle zaskakująca zbieżność z rzekomo kulinarnymi preferencjami i iście ascetycznym trybem życia pewnego "Krwawego Felusia" - niby nie kobieta, nie artysta estradowy, a też "Bestia" :roll: .
autor: Inkwizytor
10.03.2026, 11:17
Forum: Wykonawcy
Temat: Pink Floyd
Odpowiedzi: 1421
Odsłony: 608526

Re: Pink Floyd

https://www.youtube.com/watch?v=BUZs9Sa ... rt_radio=1


O tak...kilka dni temu - 6 marca Dave Gilmour świętował swoje okrągłe 80 urodziny 🥳. Ponad rok temu wpadła mi w ręce znacznie poprawiona i wyczyszczona kopia zgrana z winylu koncertu ze Szwajcarii, z Casino w Montreux (o wręcz legendarnej akustyce) z listopada 1970. Koncert miał być rejestrowany na 2 magnetofonach Uher ustawionych w odległości ok 6 m od sceny. To ta sama sala, która stała się bohaterką piosenki Deep Purple - "Smoke on the Water" - opowiadająca o incydencie w trakcie koncertu Franka Zappy, gdy jakiś idiota odpalił flarę w sufit i w parę sekund pożar ogarnął cały kompleks - rozpętało się trudne do opisania piekło. Zappa miał podobno to "szczęście", że jak to człowiek do bólu praktyczny - zwiał jako jeden z pierwszych 😁. Niestety jego zespół stracił bardzo cenny, odpowiednio "podrasowany" sprzęt. Na szczęście parę lat wcześniej - gdy jako gwiazda wieczoru błyszczał Pink Floyd - obyło się bez takich dramatycznych wydarzeń. Koncert był wielokrotnie kopiowany, powielany, bootlegowany - pojawiał pod wieloma postaciami i okładkami. Wedle "znawców" tematu - to był podobno jeden z ich najlepszych występów nie tylko z tego otoczonego "kultem" okresu, ale i w całej ich historii. Pojawili się potem jeszcze w 1971 - show można było zaliczyć do udanych, ale już nie udało się wytworzyć takiej magii jak w 1970.

Osobiście poznawałem Floyd jakby "od końca" - czyli "Momentary Lapse", potem "Division Bell", "The Wall", "Animals", "Wish", no i rzecz jasna "Ciemna Strona" - która była jakby swoistą "cezurą". Nigdy do końca nie podzielałem krytycznej opinii, że począwszy od "Dark Side" - "... to już nie był TEN Pink Floyd...". Każdy okres - łącznie ten z Sydem Barretem należy rozpatrywać osobno. Trudno zaprzeczyć i uniknąć banału, że w czasach 69/72 prawie na każdym koncercie tworzyli rzeczy niezwykłe i w tych rozbudowanych naładowanych niesamowicie psychodelią utworach był "czar", "magia", "nieziemski klimat" ( wspomnienie ze starożytnych wymarłych cywilizacji, jakbyśmy błądzili po jakimś labiryncie, który oni zbudowali) i hipnotyzująca słuchacza siła - której trudno było się oprzeć. Montreux 70 jest tego najlepszym przykładem. Niby "nagranie z publiczności" - lecz jakość dźwięku jest - powiem to bez żadnej przesady - naprawdę znakomita. Można zapomnieć, że to "bootleg". Nie jeden kolekcjoner wywróciłby oczy i powiedział - "... Boże... gdyby wszystkie bootlegi tak brzmiały..." 😂. Jednak ta "szwajcarska precyzja" i "szwajcarska dokładność" nie wzięły się znikąd. Mamy ponad 2 godziny spektaklu. Gdyby ktoś chciał mieć jeden najlepszy album z takim "the best of" z tego okresu to Montrux 70 byłby trafionym wyborem.

Przyznam, że nie wracam do tego koncertu zbyt często. Był czas, gdy pod wpływem lektury ich paru biografii - gdzie sporo miejsca poświęcano bootlegom (jako jeden z nielicznych zespołów grał z fanami w "otwarte karty" - najpierw prezentowali nowy utwór na żywo - sprawdzając jaka będzie reakcja słuchaczy i co z tego wyniknie, jak to się potem rozwinie - a dopiero następnie rejestrowali dopieszczoną wersję w studio) i premierowym wykonaniom później słynnych - zacząłem wraz z rozwojem internetu polować na dosłownie wszystkie nieoficjalne nagrania koncertowe. Zrobiła się z tego całkiem niezła kolekcja.... aż w pewnym momencie poczułem przesyt i zamknąłem ten temat. Poznałem to co warto było poznać. Podobnie jak Crimson, Zappa i nasze SBB - Floyd ze studia, a Floyd na żywo to nieco inne zespoły i inna "bajka". Rzeczy, które może niekoniecznie zachwycały w studio lub były "niepozornymi" drobiazgami - w trakcie koncertu przechodziły poważną metamorfozę - rozbudowane o liczne partie instrumentalne, sola, zabawy dźwiękiem, wstępy, ilustracyjne wstawki w środku itd itd - tak jest np. w przypadku "Fat Old Sun" Gilmoura. Pierwotnie sympatyczny folkowy kawałek - na żywo trwał ok 14 minut - ze stopniowanym napięciem, kulminacją i pełnymi rozmachu partiami Gilmoura i organów śp. Wrighta (ja również jestem zdania - że to ON był tym tajemniczym składnikiem zespołu, bardzo niedoceniona postać). Na okładce płyty Rick siedzi przy swoich organach - odpowiednio Farfisa oraz Hammonda, a na sobie ma koszulkę z okręgiem - niektórzy pamiętają, że farbowało się na własną rękę takie - zawiązując na nich supeł, nigdy nie było się pewnym finalnego efektu.

Ozdobą bootlegów był intrygujący nigdy nie umieszczony na oficjalnym lp. "Embryo" i "Cymbaline" - jeden z moich faworytów ze soundtracku do filmu "More". W środku mamy niepokojące efekty dźwiękowe jakby z jakiegoś filmu i efekt otwieranych i zamykanych drzwi, kroków.... cóż - całe wczesne Pink Floyd. Ciekawie brzmi szalenie surowa i wciągająca przy tym wersja "Atom Heart Mother" - bez orkiestry i chóru. Zespół grał ją regularnie aż do 1972 włącznie. Możemy śledzić jak brzmiała pierwotnie - z chórem i orkiestrą wykonywała ją okazjonalnie - gdyż generowało to zbyt duże koszty, a symfonicy bywali "trudni" we współpracy i nie zawsze rozumieli o co w tym utworze twórcom chodzi. Grupa dobrze ułożyła program - napięcie nieustannie rośnie (niezwykłe operowanie ciszą - w trakcie takich fragmentów można podziwiać perfekcję i klarowny dźwięk ) - począwszy od folkowego "Green is the Colour" - przechodzący w "Careful With That Axe, Eugene", "Set the Controls for the Heart of the Sun" i chóralny/kościelny finał w "A Saucerful of Secrets". Grupie widocznie tak sie dobrze grało tego wieczoru, że zgodzili zrobić ukłon i rozentuzjazmowanej szwajcarskiej widowni zaserwowali 2 bisy - mocno osadzone w bluesie jamy - pierwszy oparty na motywach "Biding My Time", a drugi - jakby zapowiedź słynnej partii w "Shine on You Crazy Diamond". Ich również próżno szukać na jakimkolwiek oficjalnym albumie. Ten drugi blues Floyd grali jeśli show okazał się wyjątkowo udany - z przerwami aż do 1977. Jeśli mnie pamięć nie myli ostatni raz zaprezentowali go (trochę rzecz jasna przerobiony )zaskoczonej widowni w Montrealu na koniec trasy Animals - gdzie wtedy mógł pograć w swoich ukochanym bluesowym stylu gościnnie zaproszony drugi gitarzysta - Snowy White. Zespół grał a ekipa techniczna demontowała im sprzęt. Pod koniec Masonowi miał zostać tylko taktownik i mały talerz. Snowy sam się z dumą nazywał: "jedynym człowiekiem w Anglii, który nie słyszał Dark Side of the Moon" 😁. I jak tu nie lubić (i namiętnie nie słuchać) bootlegów ? 😂
autor: Inkwizytor
09.03.2026, 11:30
Forum: Wykonawcy
Temat: Crash
Odpowiedzi: 7
Odsłony: 5207

Re: Crash

Ostatnie informacje od zaprzyjaźnionej p. Renaty dotyczące koncertu Łobaszewskiej chociażby w Chrzanowie stały się dla mnie twórczym "impulsem" by sięgnąć i na poważnie przyjrzeć się jedynemu albumowi jaki nagrała z Ergo Bandem. Przy okazji tej niedocenionej i chyba zapomnianej grupy aż prosi się by przypomnieć wyświechtane powiedzonko, że "najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju". W pewnym sensie te nagrania w tym jak i minionym roku świętowały okrągły 50 jubileusz. Płytka, która jakiś czas temu wreszcie ukazała się na CD okazała się być takim podsumowaniem, zamknięciem pewnego okresu i zbiorem nagrań z różnych lokalizacji na przestrzeni paru lat - począwszy od 1975, 1976, 1977, aż do 1978. Mimo wszystko stanowi dość przekonującą i skrzącą się od pomysłów całość - wcale nie ma się wrażenia, że to "przypadkowa zbieranina" lepszych lub gorszych pomysłów. Nie jest to również album pozbawiony wad.


Fani wrocławskiego jazz-rockowego Crash w dalszym ciągu wypatrują dalszych archiwalnych rarytasów, w tym również koncertowych gdy ich wokalistką została właśnie sama Łobaszewska. Nie wszyscy pamiętają, że zanim błysnęła swoim talentem we wspomnianym Crash - najpierw ok 23 letnia wokalistka z Gdańska mogła sobie wyrobić imponującą markę w Ergo Bandzie. Idea stworzenia takiej zawodowej ekipy przyszła do głowy muzykom będącym na pokładzie statku wycieczkowego. Wedle legendy i wspomnień lidera - basisty i wokalisty (a w późniejszych latach również wziętego trenera tenisa ziemnego w Niemczech) Kazimierza Plewińskiego. Gdy zawitali do jednego z portów z bodajże Oakland - niczym dzieci w sklepie ze słodyczami postanowili zaszaleć w jednym z tamtejszych przeogromnych salonów i zakupić (widocznie całkiem nieźle płacili za grę do kotleta i dansingów na tym statku) odpowiedni sprzęt - m.in. organy Hammonda B3 (u nas miał je tylko śp. Wojtek Karolak), Mooga, Clavinet, itd itd. Gdy wrócili do kraju i wyładowali cenny sprzęt sprawa była przesądzona. Plewiński miał w głowie cały skład i wiedział kto będzie odpowiednim wsparciem z jego ówczesnym druhem - gitarzystą Jerzym Kurkiem (przyszłym mężem i managerem Urszuli Sipińskiej, której nomen omen przez jakiś czas akompaniowali). Podobnie jak to bywało w przypadku "super-grup" na zachodzie - jak mawiał śp. Jon Hiseman - "jeśli się chciało zatrudnić muzyków na najwyższym poziomie, a nie pasażerów na gapę - to trzeba było albo zatrudnić kompletnych wariatów, albo ludzi skazanych na śmierć przez farmaceutyki" 😁. W Ergo Bandzie chyba aż tak tragicznie nie było - ale lider wspominał, że silne, niezależne artystyczne osobowości nie zawsze potrafiły się dogadać - nie raz dochodziło to ostrych tarć, a w efekcie ludzie przychodzili i odchodzili. W wyniku pewnych nieporozumień i odmowy, by zagrać w ZSRR na jakimś partyjnym święcie - Kurek postanowił odejść i skupić na karierze swojej ukochanej Urszuli Sipińskiej.


Współpraca z młodą Łobaszewską również nie zawsze szła gładko. Na afiszach to ją eksponowano jako solistkę - a reszta muzyków została zdegradowana jako prawie "anonimowy zespół akompaniujący", co nie mogło się im podobać. Okładka również została poważnie zmieniona bez konsultacji z liderem i pozostałymi członkami (by jeszcze bardziej wyeksponować postać wokalistki). Zabawne, że sama Grażyna nie przypomina na zdjęciu do końca siebie - widocznie już wtedy były w użyciu "prehistoryczne photoshopy" 😂. Historia grupy nie potoczyła się jak sobie wymarzył Plewiński i pozostali. Być może zakładali, że z TAKIMI umiejętnościami i TAKIM zawodowym sprzętem będą "rozchwytywani" - o ironio - podobnie jak wspomniany Wojtek Karolak gdy do kraju przybył z największym i najbardziej "wypasionym" modelem Hammonda B3. Nadzieje okazały się płonne. Ergo - był próbą naszej krajowej odpowiedzi na wówczas modne soul-funky granie - to co robiły chociażby Average White Band, Kool and the Gang, Earth Wind and Fire, trochę też Quincy Jones, Chase, Blood Sweat and Tears i wielu innych. W ten "czarny" nurt próbował też wejść Spisek - który powstał na zgliszczach Spisek Sześciu i MSA 1111 - lecz ani nasi dziennikarze, ani spora część widowni nie była przekonana do tej stylistyki i nie było większego zainteresowania. Już w tamtych latach celem ataków były białe zespoły, które próbowały udawać, że "są czarni". Wielu wokalistów jak np. Glenn Hughes wpatrzeni w Stevie Wondera poszło w tym kierunku.


Przyznam, że lata temu gdy pierwszy raz zetknąłem się z tym albumem - również nie byłem do końca przekonany. Wydawało mi się to zbyt gęste, momentami nużące - choć trzeba i dziś podkreślić - że brzmieli rasowo i w pełni zawodowo. Jak na tamte krajowe biedne realia - skład był dość rozbudowany - spora rola funkującego Clavinetu, organów, puls sekcji jak u Herbie Hancocka z czasów Headhunters (Plewiński z pewnością wnikliwie wsłuchiwał się w patenty Paula Jacksona - co można wyłapać w "A Więc" - czyli wykapany "Chameleon" czy "Hang up Your Hang Ups"). Do tej płyty na pewno trzeba się stopniowo przekonać, by w końcu naprawdę polubić. Skład również był do pewnego stopnia "nietypowy" - z Warszawy przez lidera została ściągnięta szalenie utalentowana ekspertka od wszelkiej maści perkusyjnych - czyli wibrafony i kongi - Bożena Bruszewska - a przy tym kompozytorka niebanalnych motywów. Jej najsłynniejszym dziełem jest hit - "Gdybyś". Ta piosenka akurat spodobała się publiczności i była nadawana w radio. Gdzie te czasy, gdy na polskich estradach, festiwalach i w radio "królowały" takie przeboje ? 😁. Niestety ten numer jest również bardziej kojarzony z samą Łobaszewską niż Ergo Bandem. W sekcji dętej był młody puzonista Aleksander Maliszewski - również kompozytor - świetny i wciągający na finał instrumentalny "Zmienność Myśli" (aż chce się do tego utworu wciąż i wciąż powracać) - w późniejszych latach twórca i bezbłędny lider słynnego Alex Bandu. Na dobrą sprawę prawie wszyscy komponowali dla grupy - stąd takie bogactwo stylistyczne i mnogość inspiracji. Mamy bardzo "czarny" wielowątkowy funk a la w/w Average White Band, Tower of Power, Sly and Family Stone, Lafayette Afro Rock Band i the Beginning of the End - "15 Minut Spóźnienia". Mamy jakże otulający, rozkosznie zrelaksowany - wręcz zapowiadający ere smooth-jazzu: "Nocny Spacer" (trochę Roberty Flack, Lori Lieberman i Patrice Rushen) i jazzujący "Pieśń dla Ciebie" - pianisty (nie tylko Moog, Clavinet i Hammondy ale również Fender Rhodes) - Lisewskiego - gdzie wkrada coś z Chicka Corei gdy śpiewały u niego Flora Purim i Gayle Moran. Gdy sekcja rytmiczna złapie szwung i się rozpędzi (naprawdę świetna Bruszewska - chyba nie miała sobie równych w tej części Europy, czyżby nasza Ruth Underwood ?) - wkrada coś z Santany, gdy sam flirtował z fusion.


Słuchając i wyłapując jakich płyt wnikliwie słuchali członkowie Ergo - można też przypomnieć o (dla wielu znienawidzonym) soulowym i funkowym okresie u Dawida Bowie i jego kontrowersyjnym utworom jak "Fame". Młoda Łobaszewska udowodniła, że stać ją było na wiele, nad wyraz dojrzale - równie przekonująco wypadała w w/w jazzujących kompozycjach jak również w mocno bluesowym, ale też mających w sobie ze wspomnienia z dawnych wielkich orkiestr złotej ery swingu współpracujących z wielkimi wokalistkami "Dzień jak Blues". Niestety fascynacja soulowym "afro-amerykańskim" kierunkiem daje czasem efekty, które mogą powodować mieszane uczucia - np. dziwny troszkę jak Bowie - "Za Górą Gór" - wokalne wstawki pozostałych muzyków jak "... ile trzeba lat..." mogą irytować i szybko męczą. Dziś o Ergo Band pamiętają ci, którzy uwielbiają takie "muzyczne wykopaliska". Nawet w latach intensywnej pracy - bardziej rockowo lub "progresywnie" melomanii krzywili się na ich ofertę i mieli swoich bohaterów. Słuchając bardzo pewnej swoich możliwości wokalistki - tym bardziej nie dziwi, że jej późniejsze współpraca z Crashem czy chociażby Krzyśkiem Ścierańskim była tak udana. Jako bonus dołożono koncertowy cover Quincy Jonesa - "Długi Dzień" - z bardzo dobrym solem Hammonda. Szkoda, że tylko jeden - bo sam oryginalny lp. był króciutki - ok 35 minut. Daje to pewne wyobrażenie jakim żywiołem byli na koncertach. Szkoda, że z książeczki do CD tak na dobrą sprawę niewiele się dowiadujemy - w historii grupy sporo luk, przeskoków czasowych i całe mnóstwo niedopowiedzeń. Aż się prosiło by obok lidera Plewińskiego - mogli się wypowiedzieć pozostali byli członkowie Ergo z Grażyną na czele - większość z nich żyje i ma się całkiem dobrze. Czyżby jednak stare animozje nadal w niektórych żyją ?.
autor: Inkwizytor
06.03.2026, 10:57
Forum: Wykonawcy
Temat: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...
Odpowiedzi: 14
Odsłony: 640

Re: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...

https://www.youtube.com/watch?v=iRJ_2Mv ... rt_radio=1


Niedawno, tak na dobrą sprawę "na świeżo" Gniewaszewski jak również osoby piastujące najwyższe zaszczytne stanowiska w jego fanklubie zwróciły nam uwagę, iż minęła w tym roku bardzo, ale to bardzo smutna rocznica o której WSZYSCY związani z krajowym jak i światowym synth-popem (ze szczególnym naciskiem dla tych, którzy piszą o nim książki - które prawdopodobnie NIGDY się nie ukażą i tym bardziej NIKT ich nie przeczyta - i jak tu nie rozpaczać ? :wink: ) - czyli 30 lat temu zginęli cudowni, szalenie męscy, bajecznie obdarzeni hojnie przez naturę, fantazyjni na scenie, jakże skrupulatni i kreatywni w studio - w tragicznym wypadki dwaj przyjaciele tworzący duet - uwaga !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - fanfary !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - wyciągamy z szaf ich poblakłe plakaty i "kolorowe" kasety - London Boys - AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D


Nasi archiwiści i otuleni w wory pokutne (nie pytajcie za co muszą - to zbyt bolesne) dokumentaliści przygotowali dla nas (pod pełnym ojcowskiej czujności i ciepła okiem Gniewaszewskiego) kilka informacji. Zaczynajmy od najsmutniejszej :( Choć serce nam krwawi musimy opisać to tragiczne wydarzenie.


Efraim, Fuller i żona Ephraima zginęli w wypadku samochodowym 21 stycznia 1996 roku (Małgorzata Panecka świętowała 32 urodziny - a to dość "przełomowy" wiek w egzystencji każdej kobiety z lubelskiego). Podróżowali po austriackich Alpach górską drogą w drodze na wakacje na nartach i wzdłuż trasy spotkali się z samochodem prowadzonym przez pijanego kierowcę, który próbował przejechać po przeciwnej stronie drogi. Szwajcarski kierowca podobno wyprzedzał inne samochody w niebezpiecznych miejscach wzdłuż drogi przez kilka mil wcześniej przy złej pogodzie. Ten maniak uderzył czołowo w ich samochód, nasi ukochani artyści nie mieli szans. Fuller, Ephraim, niemiecka żona Ephraima, Bettina, zaprzyjaźniony DJ z Hamburga (który był ich wspólnym przyjacielem..... i trzeba stanowczo po raz n`ty podkreślić - poza tym NIC innego ich nie łączyło) i ten durny szwajcarski kierowca zginęli na miejscu. Ephraim i jego żona zostawili syna, Steviego, który miał 3 lata. Fuller miał córkę, Laurę, która miała dziesięć lat. Świat muzyki, szoł biznesu i synth-popu poniósł niemożliwą wręcz do wyrażenia stratę :cry: . Warto pamiętać o tym tragicznym wypadku, szczególnie biorąc pod uwagę nasze krajowe realia i kuriozalne wypowiedzi oraz wyroki dotyczące tzw. "trumien na kółkach" :roll: .




Tradycyjnie ktoś zapyta - "a kim byli ci London Boys ?". Już śpieszymy wyjaśnić - również jak wielkie przysługi oddali Gniewaszewskiemu i Paneckiej.

London Boys to brytyjski duet marzeń taneczno-popowy z siedzibą w Niemczech, którego członkami byli (jakby im Michał Anioł dłutem nie tylko buźkę - ale i całe nie-z-tej-galaktyki-ciało dłutem haratał ) Edem Ephraim (urodzony: 1 lipca 1959, Londyn, Wielka Brytania) i Dennis Fuller (urodzony dla odmiany 19 czerwca 1959, na Jamajce). Są najlepiej zapamiętani wytrawnym koneserom gatunku (bo innych swoją wysmakowaną twórczością nie przyciągali) z 5 najlepszych hitów w Wielkiej Brytanii, m.in: "Requiem " i " London Nights ". Wprost nie sposób sobie wyobrazić, że najbardziej zapamiętano tragiczny finał ich żywota - Duet zginął, gdy ich samochód został potrącony przez pijanego kierowcę we wschodnich Alpach, w Austrii.

W 2024 roku pierwotni producenci, Ralf-René Maué i Luis Rodríguez Salazar, postanowili "wskrzesić" otoczony fanatycznym kultem projekt i zwerbowali dwóch nowych członków do grupy, Gaspar Garcia i ET Benson. Maué był kompozytorem i autorem tekstów wszystkich oryginalnych przebojów London Boys pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych, podczas gdy Rodríguez jest szczególnie znany z tego, że współprodukował najpopularniejsze projekty Eurodisco niemieckiego producenta muzycznego i kompozytora Dietera Bohlena, na przykład Modern Talking lub C.C.Catch. Stał również za niemieckim aktem Eurodance z połowy lat dziewięćdziesiątych Fun Factory. Maué i Rodríguez pracowali w Hamburgu w latach 80., a ten ostatni ma własne studio na Majorce w Hiszpanii o nazwie Team 33. Jego żona Lian Ross (Josephine Hiebel) jest również znanym wykonawcą sceny muzycznej Eurodisco/hi-NRG...............ale to już nie było TO. Fani pozostali wierni oryginałowi i słusznie.


Chociaż Dennis Fuller i Edem Ephraim, pierwotni członkowie London Boys mieszkali w pobliżu Hamburga w Niemczech Zachodnich, od 1981 roku, para faktycznie spotkała się, gdy byli w szkole w Greenwich w Londynie. Wbrew obiegowej opinii - ich artystyczne ścieżki i idea zespołu wcale nie przecięły się na pokładzie transatlantyku u wybrzeży USA jak to było w przypadku naszego Ergo Band. Powstały w 1986 roku jako swoisty "wehikuł" dla autora tekstów i producenta płytowego wspomnianego Ralf-René Maué (był blisko - dosłownie o włos by tworzyć również dla Gniewaszewskiego i Paneckiej - ale znów "tarcia" na linii wschód-zachód zrobiły swoje). Podpisali kontrakt z Teldec. Ich smaczny niczym papieskie kremówki styl muzyczny był mieszanką muzyki soul, funky, r`n`b, nowa fala, szkoła berlińska, Wagner, dance, synth-pop, czy tak zwyczajnie po ludzku - muzyki tanecznej Eurobeat. Krytycy, pisarze, dziennikarze muzyczni, popularyzatorzy gatunku na każdym możliwym kroku podkreślali , że wyróżnikiem ich oferty estradowej była więcej niż genialna i charyzmatyczna - choreografia, nabyta podczas ich doświadczenia jako tancerzy na rolkach przed utworzeniem duetu. Dennis Fuller był byłym członkiem ekipy w dyskotece Roxy Roller, która wydała w maju 1979 roku singiel zatytułowany "I Need a Holiday" (przyznam się szczerze - wielu obecnie by się przydało :D ).

Najbardziej godnymi uwagi piosenkami duetu były zdaniem muzykologów niemieckich konserwatoriów - "London Nights " i " Requiem ", które zostały wydane początkowo w 1988 roku. "Requiem" ostatecznie stał się ich przełomowym singlem w kwietniu 1989 roku, osiągając 4. miejsce na brytyjskiej liście przebojów (piszemy o tym, choć zdajemy sobie świetnie sprawę z tego, że dziś nikogo to nie obchodzi). Następnie ponownie wydany "London Nights" i album "The Twelve Commandments of Dance" (12 przykazań tańca - podobno Gniewaszewski i Panecka potrafią wyrecytować pierwsze 6), oba osiągnęły szczyt na 2 miejscu brytyjskich singli i list przebojów albumów. Kolejny singiel, "Harlem Desire", osiągnął No. 17. Czwarty singel z albumu, zremiksowana wersja ich wydania "My Love" z 1987 roku, osiągnął No. 46. Po tym, ich ostatnie dwa wpisy do UK Singles Chart były z "Chapel of Love " (#75) w 1990 i "Freedom" (#54) w 1991. Tak.... mnie pisanie tego również śmiertelnie znudziło :wink: .

Jak to w życiu bywa - "nic co dobre nie trwa wiecznie" - wiadomo - muzyczne mody się zmieniły, gusta publiczności również, pojawiła fala nowych artystów a dla London Boys skończyła się dobra passa i największe sukcesy należały już do przeszłości. Brzmi znajomo Oskarze ?. Po tym, ich późniejsze nagrania odniosły niewielki sukces komercyjny, bez dalszych wpisów na brytyjskich listach przebojów. Jednak w sumie London Boys sprzedali 4,5 miliona rekordów na całym świecie - i tego im nikt nie odbierze. Wkrótce nadszedł kolejny "cios" od zawistnego losu. Po tym, jak zostali upuszczeni przez wytwórnię płytową, zespół skutecznie się rozpadł. W 1995 roku, na krótko przed śmiercią, zreformowana wersja grupy, za pośrednictwem Polydor, nagrała album crossovera o nazwie Hallelujah Hits, który włączył aranżacje Eurodance do tradycyjnych kompozycji religijnych - czyli eksperymentowali z chyba niedocenionym gatunkiem jakim był: sacro-synth-pop, a szkoda.


My wraz z redaktorami naczelnymi zdecydowaliśmy jednak na przypomnienie innego - może i jeszcze bardziej "reprezentatywnego" przeboju London Boys - "I`m gonna give my heart". Mając "błogosławieństwo" już tym razem wyłącznie Gniewaszewskiego - postanowiliśmy dogłębnie przeanalizować tekst. Co chcieli ci pozornie "podskakujący-jakże-męscy-chłoptasie-z-dopasowanymi-niczym-młody-jerzy-grunwald-spodniami-gdzie-mogą-się-skryć-ich-okrągłe-i-twarde-jak-skała-w-mount-rushmore-poślaki-i-nie-mniej-obcisłymi-koszulkami-spod-których-możemy-z-zapartym-tchem-podziwiać-ich-jakże-imponującą-jak-u-antycznych-gladiatorów-przystało-stymulującą-wyobraźnię-wrodzoną-muskulaturę" nam przekazać ?. Nie zwlekajmy więc ani chwili dłużej :D


"... I'm gonna give my heart
I'm gonna give my heart
I'm gonna give it,
Never leave a teardrop in the dark
I'm gonna take my pride
The trouble and the strife
This time you'll find me standin' up and quiet
Prepared to fight

I'm gonna take you up
I'm gonna take you down
I'm gonna step into your life and turn it
Round an' round
I'm gonna kiss your lips
I'm gonna feel your hips
I'm gonna let your body melt into my fingertips

Nothing ever last forever
nothing stays the same
In the world you will discover
Rainbows follow rain:

I'm gonna give my heart
Gonna give it from the start
Give it; right from the start
Yes I'm gonna give my heart
Gonna give it all I got
And heaven knows I got a lot.

Gonna give my heart
Gonna give my heart
I'm gonna give it all I got
Gonna give my heart
Gonna give my heart
I wanna give you all my love.

I'm gonna saddle up
Don't wanna settle down
I'm gonna saddle up tonight
We're gonna paint the town
No matter what you say
No matter how you pray
I'm sick and tired of waitin' for you,
Walking in the rain...."



A teraz nasze słowiańskie tłumaczenie:



"... Mam zamiar dać moje serce
Mam zamiar dać moje serce
Dam go ,
Nigdy nie zostawiaj łzy w ciemności - nawiązanie do "Crying in the Rain" Whitesnake - znający podejście do "TYCH" spraw

Coverdale`a - wiedzą doskonale o co chodzi
Zamierzam zabrać moją dumę - Frank Zappa opisał to w "Swallow My Pride"
Kłopoty i konflikty,
Tym razem znajdziesz mnie stojącego i cichego
Przygotowanego do walki - o taaaaak, gotowi do "walki" to oni byli w każdym momencie.... ciekawe jak
medycyna wytłumaczy ten niewątpliwy fenomen ?..... :roll:

Zabiorę cię
Zabiorę cię w dół
Wkroczę w Twoje życie i je przekręcę - a jak już "wkroczą" bez pardonu, to się dopiero zacznie......
W kółko i w kółko
Będę całować twoje usta
Będę czuć biodra - aluzja do francuskiej klasyki - Serge Gainsbourg również coś tam o "...
Entre tes reins..."


Pozwolę by Twoje ciało stopniało w moich palach - nie wymaga wyjaśnień, oni naprawdę byli "HOT", niejedna się "sparzyła".

Nic nigdy nie trwa wiecznie
nic nie pozostaje takie samo
Odkryjesz w świecie, że
Tęcze podążają za deszczem,

Mam zamiar dać moje serce
Dam go już na starcie
Daj go, już na starcie,
Tak mam zamiar dać moje serce
Zamierzam dać wszystko co mam
I niebiosa wiedzą, że mam sporo - oj tak, "mieli sporo".....cholerni szczęściarze :D , przynajmniej spełnieni

Dam moje serce
Dam moje serce
Mam zamiar dać to wszystko, co mam
Dam moje serce
Dam moje serce
Chcę dać ci całą moją miłość .

Będę w siodle - też nie trzeba zbyt wiele wyjaśniać i szkicować.
Nie chcę się ustatkować
Będę w siodle dziś wieczorem
Pomalujemy miasto
Bez względu na to, co powiesz
Bez względu na Twoje modlitwy
Mam dość czekania na Ciebie
Brodząc w deszczu...." - i znów na finał Whitesnake Coverdale`a.....


I teraz przed weekendem po raz kolejny rozwialiśmy wszelkie wątpliwości :wink:
autor: Inkwizytor
05.03.2026, 11:22
Forum: Wykonawcy
Temat: Exodus, Władysław Komendarek
Odpowiedzi: 69
Odsłony: 128486

Re: Exodus, Władysław Komendarek

Najbardziej oddani fani Władysława Komendarka zostali uradowani nowym "archiwalnym" materiałem z drugiej połowy lat 90, który ukazał się pod tytułem "Szum Czarnej Materii". Trzeba przyznać, że to jeden z ciekawszych zestawów z serii odkrywających przepastne prywatne taśmoteki naszego krajowego "kosmity" i czarodzieja od keyboardów z ostatnich lat. Z pewnością bardziej przystępny niż chociażby "Życie Robotów" i kontrowersyjna "Ars Electronica". Paradoksalnie mimo "mrocznego" tytułu - "Szum Czarnej Materii" - płyta zawiera - zgodnie z sugestią samej okładki autorstwa Olgi Lewskiej - muzykę pełną słonecznych promieni, jasną, pogodną, ożywczą, jakby ktoś do dusznego pokoju otwierając na oścież okno wpuścił świeże wiosenne powietrze lub morską bryzę. Komendarek wśród barw jakie wycisnął ze swojego nieustannie rozbudowywanego instrumentarium - wybrał również te najpogodniejsze, pełne optymizmu. Mroku, brudu, "toksyn" i "kwaśnych deszczy" tu zdecydowanie nie uraczymy. Słucha się go z niekłamaną przyjemnością i ci, którzy całkiem nieźle orientują się w jego twórczości i stylistyce - od razu z aprobatą pokiwają głowami - że "na takiego Komendarka właśnie czekaliśmy".

W tamtym czasie p. Władysław w dalszym ciągu eksplorował całkiem spore i dalekie od sztampy możliwości chyba niedocenionego (przez ignorantów) modelu syntezatora Ensoniq VFX-SD - używanego przez chociażby Tony Banksa czy Richarda Barbieri (dziś dość rzadki i poszukiwany na rynku wtórnym). Z rozmów z osobami, które miały okazje poznać mistrza bliżej - przewija się kwestia, iż chwalił jego prosty ale dający wielkie możliwości sekwencer. Nadal jeszcze dodawał ornamentów i zdobników na stareńkich prawie 20 letnich Rolandach SH czy 2000, ale coraz bardziej były wypierane przez Emulator III, Nord Modular czy niezwykle ciekawy moduł Rolanda JD990 - czyli zamknięty w skrzynce JD-800 (który sam przez jakiś czas miałem - ale trafił mi się niestety uszkodzony egzemplarz, gdzie ginęły ścieżki - jego naprawa okazała się kosztowna i postanowiłem go sprzedać). Każdy, kto zna te modele bez większych trudności rozpozna w którym momencie muzyk z nich korzysta - rzecz jasna stosownie przetwarzając. Komendarek przy każdej okazji podkreśla, że "nie korzysta z gotowców" - barwy fabryczne uważa za nudne i bazowanie na nich traktuje jako pójście na łatwiznę nie godną prawdziwego eksperymentującego artysty. Po dawnych "odjazdach" (i przed tymi w nowym stuleciu / milenium) - postanowił na przystępność i większą bezpośredniość swojej muzyki, rezygnuje niemalże z rozbudowanych wstępów i dygresji w środku utworu - od razu zmierza do celu. Można domniemywać, że oddawała jego ówczesny stan ducha i umysłu - czyli - muzykowi w tym okresie musiało się wieść całkiem nieźle.

Mimo "szumnych" zapowiedzi (vel "powrót do kilkunastominutowych kawałków") - płytka jest dość krótka i samej muzyki stosunkowo niewiele - ok 44 minuty. Nie wiem doprawdy dlaczego wydawcy - wypuszczając na rynek CD - nadal w niepojęty sposób myślą w kategorii "płyty winylowej". Srebrny dysk nie musi (jak u np. Metalliki) być wypchany muzyką do 80 minut - ale jakieś 25 minut spokojnie można by dorzucić - choćby jako bonus. Jestem pewien, że wartościowego materiału - np. z jakiegoś koncertu - z tego okresu czyli 97/98 by nie zabrakło. Naturalnie - cytując Frippa i Bruforda z Crimson - czy ktoś woli 44 dobrej muzyki czy 80 marnej - odpowiedź jest jasna. Mam do tych lat spory sentyment i słabość - wtedy rozpoczynał się w moim życiu nowy rozdział - czyli szkoła średnia, gdzie człowiek się znakomicie bawił 😂. "Szum Czarnej Materii" może niekoniecznie jest jakimś "przełomem" czy "nowym rozdziałem" w karierze Komendarka - raczej zgrabną syntezą dotychczasowych poszukiwań i doświadczeń - z bardzo, ale to bardzo subtelnymi przebłyskami tego - w jakim kierunku podąży za kilka lat - chodzi o częstsze przetwarzanie swojego głosu za pomocą wokodera i wręcz wynalezienie własnego "języka" w jakim będzie "śpiewał" na koncertach za pomocą wspomnianego urządzenia - szczególnie gdy stanie się posiadaczem świetnego Rolanda V-Syntha.

Reżyser kultowych "Gwiezdnych Wojen" miał na przełomie lat 90 i 2000 powiedzieć, że dopiero ówczesna technologia była na tyle dla niego zadowalającym poziomie - że wreszcie mógł zrealizować swoje pomysły. Czy tak samo czuł się p. Władysław w tym samym czasie ?. Słuchając kolejnych urokliwych i płynących sobie kompozycji odnosimy wrażenie - że być może coś takiego chciał tworzyć np w 84/85 r. ale jego ówczesne instrumentarium nie pozwalało mu na tworzenie śmiałych idei, ale nie tak znowu odległych od przedstawicieli tzw. "szkoły berlińskiej" - czyli Tangerine Dream i Klausa Schulze - co słychać np. w "Cyfrowe Zawłaszczanie Duszy", tytułowym czy "Podróż w Czasie". Pojawiające zgrabne sekwencje nie stanowią głównego "silnika" i "napędu" utworu - prędzej czegoś w rodzaju "gwiezdnego drogowskazu" czy "gwiezdnej mapy" - by podróżnik - którym w tym przypadku jest słuchacz - mógł się zorientować gdzie się aktualnie znajduje i w którym miejscu należy skręcić aby trafić do celu. Zwracają uwagę trochę odświeżone "mellotronowe smyczki" - które przypominają nam o pięknych początkach tej muzyki - czyli znane z albumów jak "Phaedra" czy "Rubicon". Mistrz zawsze wyjątkowo udanie mieszał barwy starszych, analogowych instrumentów z tymi cyfrowymi. Nie zapomina o dobrych, jakże przyjemnych dla uszu melodiach - np. w "tytułowym", "Kepler 1649C" i ostatnim "Świat Wielkich Haseł" - gdzie gościnnie możemy podziwiać "pokotłowaną" partię gitary - jeszcze bardziej przywołująca nam czasy gdy po ten instrument sięgał śp. Edgar Froese dodając więcej głębi i pierwiastka ludzkiego. Poszukiwacze bardziej ekstremalnych doświadczeń, bezkompromisowej naładowanej wściekłością, industrialem i techno elektroniki - raczej potraktują "Szum" jako zbyt "sentymentalno-tradycjonalistyczny" produkt. Paradoksalnie - taką "diagnozę" mógł postawić wkrótce sam autor - przypatrując się swoim dokonaniom z bliska. Dlatego - ciągle się buntując, ciągle szybko się nudząc osiągniętym efektem - postanowił w latach 2000 pójść dalej i w rzeczy samej zadbać, by w swoich dokonaniach odważniej zawrzeć elementy techno, house, metalu, industrialu, drum`n`base itd. Odszedł wtedy naprawdę daleko od chociażby takiej "eterycznej", "wakacyjnej" i "niewinnej" atmosfery "Szumu". Wspominając Coltrane`a - jego dawny szef - surowy Miles tak podsumował ostatnie dokonania - że poszedł zdecydowanie za daleko, być może tęsknił za dawną muzyką, nawet chciał wrócić do tego co grał wcześniej, ale nie mógł, nie zdążył. Szkoda, że w komentarzu do CD nie oddano głosu samemu zainteresowanemu - co go zainspirowało do tworzenia tych utworów, jak się wtedy czuł, z czym się zmagał, jakie miał inspiracje - a lata 97/98 to był ciekawy czas. Zerkając na tytuły kompozycji - widzimy, iż przyszłość i kondycja ludzkości - w jakim TO wszystko zmierza kierunku - nie napawała go specjalnym optymizmem: "Cyfrowe Zawłaszczenie Duszy" i "Świat Wielkich Haseł".
autor: Inkwizytor
05.03.2026, 08:48
Forum: Wykonawcy
Temat: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.
Odpowiedzi: 185
Odsłony: 207137

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Hej - mamy powrót legendarnej postaci :D . Wielkie dzięki za ten rarytas - wyjątkowa okazja by pooglądać jeszcze "klasyczny" skład z Philem Howardem na perkusji - nie trwało to zbyt długo, bo wkrótce zastąpił go znacznie bardziej finezyjny i wszechstronniejszy John Marshall. Przyznam, że nie przepadałem nigdy za stylem Howarda - zdawał mi się niekiedy "walić bez opamiętania na oślep" - że dzięki temu video zweryfikuję swoją opinię ?.
autor: Inkwizytor
04.03.2026, 11:12
Forum: Wykonawcy
Temat: Larry Carlton - Mr. 335
Odpowiedzi: 7
Odsłony: 5618

Re: Larry Carlton - Mr. 335

Niedawno - 2 marca swoje 78 urodziny świętował gigant gitary - Larry Carlton. Zapewne chciałby znów tak wyglądać jak na okładce swojej płyty "Sleepwalk" z 1982, miał wtedy 34 lata 😁. Patrząc na to zdjęcie - przystojniaka z gitarą - możemy być pewni, że "ani te oczy, ani zniewalający uśmiech, ani tym bardziej gitara Gibson ES-335 nie mogą kłamać" 😂. Krążek "Sleepwalk" - czyli "Lunatykowanie" dedykował ukochanej żonie i córce - tej drugiej dodatkowo utwór "Song for Katie". Śledzący fani i popularyzatorzy tego artysty podkreślają, że począwszy od tego albumu - Larry na dobre opuścił obóz muzyków sesyjnych i zaczął już wyłącznie pracować na własne konto, co wcale nie oznacza, iż niekiedy nie wspomógł zaprzyjaźnionych muzyków swoimi umiejętnościami. Album plus niezły koncerty "Eight Times Up" stanowią podsumowanie pierwszego i chyba najbardziej udanego etapu solowej kariery Carltona. Mistrz powoli rozglądając się wchodził w nowe czasy, nową dekadę - jednakże można odnieść wrażenie, że mentalnie jeszcze był w drugiej połowie lat 70. Do nagrania, oprócz sekcji smyczków - zaprosił swoje sprawdzone grono przyjaciół i wybornych instrumentalistów - trzon zespołu studyjnego stanowią basista Abe Laboriel (na krótko zastąpiony przez Popsa Popwella), nieodżałowany perkusista z TOTO - Jeff Porcaro (w jednym kawałku wierny John Ferraro) i klawiszowcy skupiający głównie na pianinie Fender Rhodes - Terry Trotter, Don Freeman oraz organach Hammonda - Greg Mathieson, Brian Mann (ten drugi gra na Prophet 5). Pekusyjne to Paulinho Da Costa. W przebojowym i świetnie skonstruowanym "Upper Kern" gościnnie pojawił znakomity David Sanborn - wówczas coraz częściej zapraszany na swoje albumy przez gwiazdy muzyki pop, ale i nie tylko.

Larry wraz z doborowym towarzystwem nagrali album.... który idealnie oddaje atmosferę sesji - czyli bardzo późnego wieczoru, wręcz nocy. Lider wspominał, że nie zawsze szło mu nadawanie tytułów swoim kompozycjom - w jednym przypadku panowie rozglądali się po sobie i nagle spojrzeli na zegarek na ścianie w studio i bingo !! - 10:00 pm - czyli 10 wieczorem 😁 . To idealna płyta by słuchać jej właśnie bardzo, ale to bardzo późnym wieczorem, wręcz w nocy. Na pewno nie ma na niej absolutnie śladów zmęczenia czy znużenia, tylko można odnieść wrażenie, że Carlton lepiej czuł się i więcej dawał z siebie w takich "nocnych", rozmarzonych", zrelaksowanych powolnych impresjach - pełnych gitarowych smaczków, niuansów i wtrąceń - np. w "Last Nite", "Blues Bird", "10:00 pm" i tytułowym - który doczekał bodajże "miliona" wersji i coverów - hitem autorstwa zespołu Santo, John i Ann Farina - z lekko "hawajsko/karaibskim" posmakiem i feelingiem. Mnie ta melodia zawsze będzie się nieodłącznie kojarzyć z programami duetu Mann & Materna - wielokrotnie w swoim "Za Chwilę Dalszy Ciąg Programu" - gdy coś komentowali zza kadru, omawiając jakiś problem społeczny - to w tle leciał ten utwór 😂. Gdy ponad 20 lat temu poznawałem dyskografię Larry`ego - "Sleepwalk" wpadł w moje ręce najpóźniej - początkowo długo nie mogłem go upolować. Podobnie z oryginałem CD - udało dopiero parę lat temu. Dziś również nie jest łatwo o płytkę - chyba, że ktoś wyprzedaje swoje zbiory - ale wówczas nie jest tanio 😎. Nie ma wątpliwości, że to jeden z lepszych jego albumów - i nie tylko dlatego, że Larry na nim .... nie śpiewa 😁, jest w całości instrumentalny. Jedynie dwa utwory - zagrane w znacznie szybszym tempie: "Frenchman`s Flat" i "You Gotta Get It While You Can" - nie są specjalnie frapujące - solidna robotą, rzetelne, zawodowe granie...ale nie wiele z nich pozostaje w głowie. Mogą się momentami wydawać wręcz "sztampowe". Dlatego tym bardziej warto skupić na w/w balladowych, dopracowanych w każdym szczególe i pomysłowych snujących balladach. Dzięki nim chce się wracać do tego krążka.
autor: Inkwizytor
04.03.2026, 10:02
Forum: Wykonawcy
Temat: Camel
Odpowiedzi: 447
Odsłony: 453538

Re: Camel

https://www.youtube.com/watch?v=jzgfY52LN0I


Z pewnością trochę spóźniona...ale dopiero teraz dotarła do mnie nie lada sensacja. W październiku w ubiegłym roku - zupełnie bez żadnych szumnych zapowiedzi i niespodziewanie - Latimer wydał swój solowy album - o jakże obecnie adekwatnym i boleśnie aktualnym tytule "War Stories". Zawiera "tylko" jeden trwający 48 minut utwór - w 14 częściach:


https://www.discogs.com/master/4055863- ... oVYX0nocMI


Na dobrą sprawę i w pewnym "uproszczeniu" mamy odrobineczkę "rozwodniony" Camel. Fani czekali na to ponad 24 lata - od ukazania się ostatniego oficjalnego (jednego z moich ulubionych) "A Nod and a Wink". Trudno na razie coś więcej i szerzej napisać. Jestem po raptem paru przesłuchaniach, ale wrażenia jak najbardziej pozytywne. Andrew - nie "Andy" - bo tak jest na okładce - wraca i utęsknionym fanom w sposób niezwykle oszczędny i rzekłbym - "kameralny", subtelny serwuje swoje charakterystyczne melodie, rozwiązania harmoniczne, prostymi środkami i rzecz jasna - jedyną i niepowtarzalną gitarą. Może jeszcze bardziej refleksyjną, wycofaną, powściągliwą i delikatniejszą niż dawniej - ale tego tonu nie można z niczym pomylić. Nie jeden oddany fan wielbłąda z pewnością wzruszy się do łez. Ja przyznam się bez bicia - że trudno było nie zacząć rozglądać się za chusteczką gdy pojawiły się dźwięki i melodia tak ok 28 minuty i 31 minuty oraz pod koniec. Latimer naprawdę wrócił. Trochę dziwi dlaczego to się pojawiło jako album solowy...a nie Camel - przecież od dekad wiadomo, że Camel = Latimer. Od razu przypomniał mi się pewien wywiad z Gilmourem - zapytany lata temu jaka ma największe marzenie - odpowiedział nieco zaskakująco - że chciałby znów po cichu, na luzie, na spokojnie zagrać w jakimś małym klubie, w jakich zaczynał jako nastolatek - by nikt nie ROBIŁ Z TEGO WIELKIEJ SPRAWY, nie nasprowadzał kamer, dziennikarzy, tłumu fanów...ot, tak - zagrać dla paru ludzi kilka prostych piosenek. Czyżby Andrew doszedł do podobnego wniosku i zrealizował swoje marzenie ?... pomijam fakt, że jeśli w ciągu ostatnich dekad Camel zagrał - to już na WIELKIE sceny i estrady nigdy nie wrócił, więc może chodzi o coś jeszcze innego ?.

Lider nie zapomniał o swoich wiernych druhach. Bawiący od lat w farmera - Colin Bass....zaprojektował okładkę :D . Wszechstronny niewidomy multiinstrumentalista Pete Jones - zaśpiewał i to bardzo pięknie (możemy sobie wręcz wyobrazić, że z wyczuciem, ciut aktorsko wcielił się w rolę udręczonego wojną , ciężko rannego - inwalidy wojennego, który jedynie pragnie wrócić do DOMU - bo takie jest główne przesłanie albumu), zagrał nawet na ścieżce nieżyjący już od 2015 geniusz keyboardów z Kanady śp. Guy LeBlanc.... czyli pozwala nam to domniemywać, że płyta była nagrywana od dawna i długo do niej zbierano pomysły (podobnie jak do nigdy nie nagranego, a rozważanego - projektu opartego na "Wilku Stepowym" Hermana Hesse - Guy 2 utwory zamieścił na jednym ze swoich solowych). Latimer zgodnie z opisem - gra na prawie wszystkich instrumentach. Wraca do ulubionej "mozaikowej" formy suity - gdzie różne niekiedy niepozorne, rozmyte i pastelowe miniatury odpowiednio ułożone tworzą przejmującą całość - np. jak na "Nude", "Dust and Dreams" i "Harbour of Tears". Część "mądrali" - mówiła, że na wspomnianym Harbour tego "smutku" i "łez" jest jednak za dużo. To co powiedzieć teraz ? - "War Stories" to ... nawet trudno znaleźć odpowiednie słowa - bardzo, ale to bardzo smutny i przygnębiający album, bliski estetyki "Harbour" - muzyczne pejzaże jakie nam maluje - kojarzą się z powojennym pogorzeliskiem, przemierzaniem przez ziemie jałowe, opustoszałe wśród zgliszcz, trupów, spalonych miast, wiosek, lasów gdy niebo jest nieustannie zasłonięte gęstymi chmurami.... Gdy w aranżacjach pojawia się sound wiolonczeli (pewnie z keyboardu) - na ułamek mamy wspomnienie z pustynnego "Rajaz". Ponury postindustrialny nastrój może też kojarzyć się z Pink Floyd z czasów Animals / The Wall i "dołującym" solowym Watersem (któremu tematyka wojenna była szczególnie bliska). Dawniej o "Starless and Bibble Black" mawiano - "nie słuchajcie tego w stanie depresji" - o "War Stories" można chyba powiedzieć coś podobnego - choć może niektórym przyniesie to ukojenie i spełni choćby częściowo rolę "terapeutyczną" ?.

Warto posłuchać - z pewnością będę jeszcze w najbliższym czasie nie raz do tej niełatwej , ale jak zawsze pięknej, muzyki powracał. Fani pewnie zadają sobie pytanie - "czy to przypadkiem nie jest spisany za życia TESTAMENT gitarzysty ?", czy to już koniec ?. Gdyby Camel ruszyli w trasę i grali tę suitę w całości.... pomarzyć....
autor: Inkwizytor
04.03.2026, 08:47
Forum: Wykonawcy
Temat: Genesis
Odpowiedzi: 732
Odsłony: 472575

Re: Genesis

Miło, że dyskusja znów wróciła do tego albumu. Osobiście poznałem go ponad 20 lat temu - akurat zagłębianie się w solową dyskografię Banksa zbiegła sie u mnie w "poważnym" zainteresowaniem się syntezatorami i "budowaniem" (nie bez "błędów i wypaczeń" :D ) własnego instrumentarium. Panuje zgodna opinia, że Bankstatement jest chyba jest najlepszym i najrówniejszym albumem. Czytając dostępne materiały dowiedziałem, że mniej więcej w tym okresie korzystał z modułów Roland JV2080 i E-mu Vintage Keys. Znalazłem na nich wiele ulubionych barw i cieszę się nimi do dziś :D . Moimi ulubionymi - podobnie jak u wielu fanów są "mocne" melodycznie, pełne pasji i emocji - More I Hide It (tu Gordon udowadnia, że nie był wcale żadnym "Panem Nikt" czy gościem z łapanki i dysponował ciekawą barwą głosu).

https://www.youtube.com/watch?v=-TgzgdI ... rt_radio=1


No i przede wszystkim przecudowny Border:

https://www.youtube.com/watch?v=OyLOnvn ... rt_radio=1

Obie rzeczy bardzo w stylu Genesis i śmiało mogły znaleźć się na jakimś z kolejnych albumów. W Border chyba Hillage`a mamy najwięcej - choć głównie dubluje riffy, które tony wygrywa na keyboardach. Ze Stevem (pewnie Banks pomyślał przy okazji współpracy - "... Boże... znów muszę się użerać z kolejnym Stevem gitarzystą...." :wink: ) w tamtym czasie to była jakaś przedziwna i niesamowita historia - ci, którzy go znali i z nim współpracowali, np nieco wcześniej Simple Minds wspominali, że w tym czasie miał jakąś niezrozumiałą i niepojętą dla otoczenia "niechęć sięgania po gitarę". Dobrze, że mu przeszło. Wtedy Tony prędzej by zmusił go by znów zaczął śpiewać niż zagrać jakąś solówkę na gitarze (warto się wsłuchać w chórki w Throwback - ja niejednokrotnie dałbym głowę, że wśród głosów słyszę również jego).

Nie lubię się powtarzać, jednak niekiedy tak w życiu bywa, gdy czegoś się pragnie za mocno - wtedy nic nie wychodzi. Może to spotkało i Banksa ? - "za mocno pragnął mieć hit". Skoro i Collins, Gabriel, nawet Mechanicy od Rutherforda...ba.... Hackett też miał "chwilowy" hit z GTR - "When the Heart Rules the Mind"..... to on sam zabierze się do roboty, przysiądzie do keyboardów i na pewno coś fajnego samo wyjdzie. Tak to niekiedy nie działa - wystarczy przypomnieć również naszego krajowego zasłużonego kompozytora i keyboardzistę - niektórym się wydawało, że jak On coś napisze to musi być "murowany hit", ale zostawmy już te nieszczęsne niespełnione wokalistki :wink: .

W opracowaniach i biografiach można napotkać na solidne zdziwienie - że ŻADEN kawałek z Bankstatement ani z The Fugative nie przebiły na listy przebojów. W drugim przypadku wręcz podejrzewano jakieś "celowe działanie" lub "sabotaż" - we wspomnianym "This is Love" widziano materiał na więcej niż "umiarkowany hit". Analizujący rozwój muzyki pop podkreślali, że swoim podejściem i patentami Banks utorował w pewnym sensie drogę takim artystom jak Nik Kershaw - że korzystali z jego rozwiązań i odnieśli sukces. Nie wiem ile w tym prawdy. Osobiście nie przepadam specjalnie za "This is Love". Uśmiałem się gdy czytałem biografię Rutherforda - który nie miał "litości" dla dawnego przyjaciela i walił prosto z mostu - "... że Tony nie śpiewa aż tak dobrze jak sam uważa...." :D , lub z rozrzewnieniem wspomina stare czasy gdy furgonetką jeździli na koncerty po Anglii i w drodze powrotnej zadaniem Banksa było "zabawiać" Mike`a by ten nie zasnął za kierownicą - przez jakiś czas "sprawdzało" się śpiewanie wszelkich możliwych piosenek The Beatles - aż Mike miał dość i lepszym rozwiązaniem by nie zasnąć było.... branie kokainy :roll: . Po latach okazało się, że nawet Hackett dysponuje lepszym głosem i jego śpiewa podoba się sporej liczbie fanów (co jego samego nadal dziwi).

Jeśli chodzi o "brak hitu" i solowego sukcesu - klawiszowiec podobno nie lubił "robić z siebie małpy" - czyli zdjęć promocyjnych, wywiadów, występów w TV itd itd. Było kilka ale jak sam przyznawał - źle się z tym czuł, to nie był jego świat i nie miał takiego image`u jak Phil czy Peter. Padły wtedy jego słynne słowa - mocno, cholernie mocno mi utkwiły w pamięci - "...że, gdy wydajesz albumy, które kupują wyłącznie ci zbierający absolutnie wszystko co związane z Genesis - masz wrażenie, iż folgujesz jedynie swoim kaprysom...". Mocne i mądre słowa - można je odnieść do wielu aspektów życia. Niektórzy powinni to sobie wziąć do serca - że "niby COŚ robią" - ale generalnie folgują swoim kaprysom.
autor: Inkwizytor
02.03.2026, 10:30
Forum: Wykonawcy
Temat: SBB
Odpowiedzi: 1809
Odsłony: 881268

Re: SBB

O ile źródła precyzyjnie podają - a człowiek dobrze liczy, to w ubiegłym roku pod koniec sierpnia perkusista Gabor Nemeth świętował swoje okrągłe 70 urodziny 🥳. Swój przydomek - „Őrnagy Úr”, czyli "Pan Major" - otrzymał za szalenie precyzyjną grę i mocne uderzenie (jednocześnie "inteligentne" - a nie żadne "wściekłe łojenie"). Akurat tego SBB w 2007 bardzo potrzebowało. Jego przyjście do zespołu zostało dość entuzjastycznie przyjęte przez fanów. Dość spora część z nich nie mogła się jakoś przekonać do Paula Wertico (który zyskał spore uznanie jako nadworny perkusista Pat Metheny Group przez prawie 2 dekady), a nie mniejsza część (do której sam się zaliczam) twierdziła, że trochę się tu "marnował" i jego potencjał nie został w pełni wykorzystany. Trio Józefa Skrzeka mogło śmielej podążyć i penetrować jazzowe rejony... niestety do tego tak na dobrą sprawę nigdy nie doszło, a szkoda. Zameldowanie się Gabora na pokładzie naszej krajowej legendy znacznie poprawiło atmosferę wewnątrz i wokół zespołu. Potwierdzali to zarówno Skrzek jak i Antymos (który również jako perkusista-pasjonat miał coś do powiedzenia i szybko odnalazł wspólny język z doświadczonym drummerem z Budapesztu) - że Nemeth był dość "wesołym" i pogodnym kompanem. Lubił podchodzić do muzyki z uśmiechem, choć w trakcie koncertu swoją pracę wykonywał w największym skupieniu.

Koncert z "Tych" z 2008 ukazał prawie równolegle z innym, już wcześniej omawianym z Niemiec z Husbyries 1979. Może Tychy nie są aż tak frapujące - ale każdy szanujący się fan z pewnością skorzysta z okazji by uzupełnić kolekcję o następną cegiełkę z 2008 r. Zespół jeszcze promował wtedy premierowy "The Rock" - czyli "Skała". Idealnie została dobrana stosowna grafika - malarza Gustava Wintersteinera (przy okazji - nie mniej adekwatne nazwisko "Zimowykamień" 😁) - "High Tatras" z 1914 r. Mocna rzecz - z mrocznym klimatem, mogła spokojnie stanowić jedną z ilustracji książek Tolkiena o "Drużynie Pierścienia" 😎. Cały koncert zaczyna się równie mocnym akcentem od tytułowej "Skały". Ktoś mógłby zapytać - czyżby jest tak jak u Hitchcocka ? - "najpierw solidne trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie ?". Nadszyszkownik Kilkujadek (fenomenalny jak zwykle śp. Jerzy Stuhr) - odpowiedziałby "... no może niekoniecznie..." 😂. Otrzymaliśmy solidny ok 100 minutowy koncert. Ciekawostką na pewno jest otwarcie show wspomnianą "Skałą" - zagraną z basem zamiast z keyboardami. O ile dobrze pamiętam rok wcześniej SBB grali ją albo pod sam koniec koncertu lub jako jeden z pierwszych bisów. Śląskie trio zaserwowało raczej klasyczne "the best of" - czyli utwory, bez których trudno sobie wyobrazić typowy ich koncert czyli "Walkin` Around the Stormy Bay", "Odlot", Rainbow Man", "Going Away" i "W Kołysce Dłoni Twych (Ojcu), zabrakło natomiast skróconego "Mementa". Z ostatniej "Skały" wykonali tylko 3 utwory. Trochę szkoda, że zabrakło jednego z najciekawszych - mocno transowego "In Heaven and Hell" (był wykonywany sporadycznie). Jest za to jako wielki finał "Pielgrzym" - przeróbka i hołd dla Niemena. On we wcześniejszym roku niejednokrotnie otwierał ich występy.


Nie mamy w książeczce za wiele informacji - muzyka jak zawsze mówi sama za siebie. W środku mamy kilka sympatycznych fotek - niestety z samego show nie ma - tylko mniej więcej z tego okresu - szczególnie jedno zdjęcie robi zabawne wrażenie - lekko "znudzony" Gabor z filiżanką rozgląda się na boki - jakby chciał powiedzieć: "...zanim ci dwaj nastroją swoje gitary to już dawno mi ta kawa wystygnie..." 😁. Trudno wyróżnić jakikolwiek wykonanie - może warto zwrócić uwagę na brawurowe solo na basie Józefa pod w trakcie "Odlotu" i jak zawsze nieco "przybrudzone" i pełne powyginanych nut - quasi "scofieldowskie" zagrywki Apostolisa. Znana z niezliczonych wykonań i albumów koncertowych suita "Going Away" jest bez rozpędzonej części "Third Reanimation" - rok wcześniej w/w suita była po dłuższym czasie ku uciesze fanów jak dawniej grana niemalże w całości. Okres w historii zespołu, gdy ukazała się "Skała" był przez lwią część fanów określany jako "wielki powrót do dawnej formy" i do "rasowego rocka". Album - może nieco na wyrost nazywano "arcydziełem" - a moim zdaniem to był zaledwie sygnał, że "sprawy znów zaczną iść w dobrym kierunku". Nie brakowało entuzjastów śledzących pilnie dorobek tria - którzy stwierdzili później, że potencjał wraz z przybyciem Gabora - został mimo wszystko "zmarnowany". O ile "The Rock"/ "Skała" można z czystym sumieniem nazwać - więcej niż "niezły" ("wybitny" - może niekoniecznie) to następne jak "Iron Curtain" i przede wszystkim nieszczęsny "Blue Trance" w jakimś stopniu "rozczarowały", zagmatwały sytuację wokół zespołu i skutecznie podzieliły fanów. Nie mam pewności czy "Tychy 2008" wejdą na stałe do "kanonu" koncertowego i będą regularnie gościć w odtwarzaczach kolekcjonerów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na ten 2 płytowy zestaw zdecydują się wyłącznie ci, którzy na swojej półce mają dosłownie wszystko co ma te charakterystyczne logo - 3 literki. Być może większość z nas przesłucha raz, może dwa... i nieprędko do niego wróci (nie jest to z pewnością "zły" koncert). Stanowi jednak dowód jak "najmłodszy" (zaledwie rok młodszy od Apostolisa) nabytek - Gabor - błyskawicznie odnalazł się w grupie o znacznie więcej niż "kultowym" statusie. Okazał "dobrym duchem" - zanim parę lat później znów nie wrócił tak wyczekiwany i wytęskniony przez fanów - Jerzy Piotrowski. Potem dopiero zrobiło się ciekawie gdy np. trio grało prawie cały materiał z "Nowego Horyzontu", dawno lub nigdy nie wykonywane na żywo rarytasy jak utwór "Cięcie" itd. Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.
autor: Inkwizytor
28.02.2026, 07:30
Forum: Muzyka
Temat: [']['][']
Odpowiedzi: 6373
Odsłony: 1279211

Re: [']['][']

Neil Sedaka......(')....... :(
autor: Inkwizytor
27.02.2026, 11:31
Forum: Wykonawcy
Temat: Pat Metheny
Odpowiedzi: 227
Odsłony: 371601

Re: Pat Metheny

Pod koniec ubiegłego roku jeden z najwybitniejszych perkusistów XX wieku - Tony Williams, gdyby żył obchodziłby 80 urodziny, a w tym roku album "Wilderness" będzie świętował swoje 30 urodziny. To bodajże ostatni krążek, który ukazał się za jego życia - dla miłośników i popularyzatorów wszelkich odmian jazzu uznawany za jego "testament" i "hołd złożony wszelkim cudom natury". "Wildnerness" - można tłumaczyć zarówno jako "pustkowie", "dzika przestrzeń", "pustynia" czy "dzicz". Słabość i bezbronność ludzkiego życia w obliczu potęgi sił natury i jej przykładów jest jednym z motywów przewodnich tego wyjątkowego albumu, jak również pewnego rodzaju "podróż" przez liczne dzikie krainy. Krytycy i fani - choć początkowo nieco zaskoczeni - byli zachwyceni rozmachem i unikatową konstrukcją płyty - coś na kształt pełnej rozmachu suity na kwintet jazzowy i zaproszonej ok 30 osobowej orkiestry symfonicznej. Album przekraczał granice stylistyczne i zaoferował coś o wiele, wiele więcej niż "jazz" - sugerowano, że to "trzeci nurt", ale również i w tym przypadku - to znacznie więcej. Williams zaprosił - co stanowiło ogromny zaszczyt dla zainteresowanych - samych asów - czyli dawnego kompana jeszcze z czasów, gdy jako 17 latek zachwycał swoją grą w II Wielkim Kwintecie - Milesa Davisa - pianistę Herbie Hancocka, wszechstronnego gitarzystę Pata Metheny, opromienionego współpracą z Chickiem Coreą - basistę Stanleya Clarke`a oraz rozchwytywaną gwiazdę saksofonu - śp. Michaela Breckera. Z okładki w środku książeczki do CD spoglądają na nas w szampańskich nastrojach (Tony z szelmowskim uśmiechem, a Pat niezmiennie szeroko się szczerzący). Płytkę nagrano w trakcie raptem paru dni w grudniu 1995. Album ukazał w 1996...a na początku 1997 Williams niespodziewanie odszedł na zawał serca.


Przyznam, że dawniej sięgnąłem po "Wilderness" głównie z powodu tego, że zbierałem dosłownie wszystko gdzie udzielał się Metheny - dla mnie to był bezdyskusyjny gwarant najwyższej muzycznej jakości. Przez wiele lat miałem kopię... która mi się w końcu gdzieś zawieruszyła. Całkiem niedawno WRESZCIE od innego fana odkupiłem okazjonalnie oryginał - co jest ogromnym szczęściem, gdyż od lat jest niedostępna, a na aukcjach używane egzemplarze pojawiają się niezwykle rzadko. Wtedy posłuchałem z przyjemnością - ale projekt nie porwał mnie na tyle, by wszedł do prywatnego kanonu (może zabrakło czasu i cierpliwości, lub dojrzałości ?). Teraz, po niemalże 30 latach w pełni można docenić .... przede wszystkim wybitny kunszt kompozytorski Williamsa. Większość kompozycji jest właśnie jego. Przydały się doświadczenia - z drugiej połowy lat 70, gdy postanowił na serio zająć się studiowaniem kompozycji klasycznej w tym kontrapunktu - co sam przyznawał "było wielką górą pracy". Trochę mniej mu zależało, by zaprezentować swoje umiejętności jako perkusista - wtedy nie musiał już niczego udowadniać, swoją bajeczną reputację zbudował już w połowie lat 60 jako niespełna 20 latek. Tony sumiennie przygotowywał się do w/w projektu - ściągnięcie na sesję zespołu marzeń musiało być nie lada wyzwaniem logistycznym - każdy z solistów reprezentował inną wytwórnię, innego wydawcę, management itd itd - Pat - Geffen, Herbie - Verve, Michael - GRP, a Stanley - Sony, jednak udało się. Utwory układają się w pewną logiczną całość...ale dopiero uświadamiamy sobie to po wielu przesłuchaniach.


Choć nie ma tu prawie w ogóle śladów "awangardy" - to nie jest łatwy krążek do słuchania. Wymaga otwarcia głowy, ogromnego skupienia i poddania się zmiennym nastrojom. W środku Tony cytuje wielu filozofów, myślicieli, literatów i mistyków i ich rozważania na temat potęgi "dzikiej przestrzeni" - m.in, że tylko tam jednostka ludzka może być wolna, może być sobą, że to ostateczna granica, że za nią leży prawda nieskończoności, że tam można odnaleźć ukojenie dla duszy itd. itd. Pewną "klamrę" stanowią oparte na podobnym schemacie harmonicznym kompozycje - najpierw całkowicie symfoniczna (jednocześnie tak "przepiękna", że to słowo nie oddaje jej charakteru) - "Wilderness Rising" (czuć wielki wpływ i inspirację Ralpha Vaughana Williamsa - ciekawe, że Amerykanin sięga po klimat "angielskiej wsi") - oraz powtórzony w zagranym w kwintecie - "Cape Wilderness" - z solówkami Pata (jak to tylko ON potrafi) oraz Breckera. Co zwraca uwagę podczas kolejnych przesłuchań - mimo legendy w branży - Williams dał wiele swobody swoim znakomitym gościom - swoimi kompozycjami nie przytłacza ich - pozwala im być do końca sobą. Metheny przyniósł jedną swoją uroczą (aczkolwiek pełną swobody i przestrzeni) balladę: "The Night You Were Born"- z dedykacją dla Anny Marii Shorter - żony Wayne`a Shortera z rozbudowanym, jednym z lepszych solo Breckera. Niekiedy utwór robi wrażenie luźnej improwizacji o rozmytych konturach - a kiedy indziej dopracowany w każdym szczególe. Fani cenią drugi w kolejności - mocno funkujący - "China Town" - oddający atmosferę pełnego napięcia, pędu, gonitwy, hałasu, siły i ruchliwości miasta - z wybornymi solówkami poszczególnych instrumentalistów - szczególnie wiele mają do przekazania nieustannie ze sobą korespondując - saksofon Breckera i ten charakterystyczny syntezator gitarowy Metheny`ego (jego wejście musi wywołać uśmiech na twarzy oddanych fanów Pata - od razu wiadomo że to ON). Kawałek spokojnie mógłby się znaleźć na płycie "Parallel Realities" jaką nagrał Jack DeJohnette zapraszając właśnie Pata i Herbiego. Hancock przez większość albumu trochę schodzi na II plan - koncentrując się na roli wrażliwego i czujnego akompaniatora. Dochodzi do głosu w przedostatnim "Gambia" - jego solo, to również mocny punkt albumu tak lubiany przez fanów. Dowodem na otwarcie Tony`ego jest "Harlem Mist `55" - autorstwa Clarke`a - który również współtworzył do niego orkiestrację. To bardzo nietypowa kompozycja jak na niego - na bogatym orkiestrowym tle zespół przywołuje dawną erę swingu i przytulnych klubów - kłania Cole Porter, George Shearing czy instrumentalny Nat King Cole. Warto podkreślić, że w entuzjastycznych recenzjach - wskazywano jeden "słaby punkt" i rzecz wręcz "zbędną" - czyli "Machu Picchu - autorstwa innego zaproszonego gitarzysty - Lyle`a Workmana. Owszem - ten utwór nastrojem wydaje się być odrobinę "z innej bajki" - lecz epicki rozmach, romantyczna aura, coś jakby z muzyki filmowej, a nawet w partii gitary przemycone coś z The Shadows ( czy wręcz coś z Oldfielda )- powoduje, że nie można pozostać obojętnym na urok tego kawałka. Bardziej rozbudowane, zespołowe utwory zostały przedzielone miniaturami sławiącymi potęgę i cuda natury - "Infant Wilderness", "Wilderness Voyager", "Wilderness Island" czy "Sea of Wilderness" - w każdym jest jakiś drobiazg czy smaczek - dowodzący jak dobre pomysły kompozytorskie płynęły z umysłu Williamsa - chyba nie podejrzewającego nawet, że to jego prawie ostatni projekt i miesiące na ziemi. Mawiają, że każdy wyobraża sobie niebo po swojemu i w końcu trafia tam gdzie sobie wymarzy... słuchając dziś chyba ciut zapomnianego 'Wilderness" możemy być pewni, iż Tony trafił na jakaś egzotyczną wyspę.
autor: Inkwizytor
27.02.2026, 09:33
Forum: Wykonawcy
Temat: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...
Odpowiedzi: 14
Odsłony: 640

Re: Zbigniew Gniewaszewski - "Istny Cyrk" ?...

https://www.youtube.com/shorts/vzypMWKE5z4


Wiosna, już prawie wiosna za oknami... czyli z tyłu głowy nieustannie musimy mieć na uwadze, że z każdym dniem nieuchronnie zbliża się termin kolejnego Festiwalu w Opolu :D (na którym próżno będzie szukać Gniewaszewskiego). W związku z jego osławioną wręcz "szkodliwością" na co wrażliwsze i na taki wstrząs/ szok kulturowy umysły młodszych jak i starszych konsumentów - naszym moralnym obowiązkiem jest przypomnieć jakie były reakcje na dawne festiwale - szczególnie te z mniej więcej połowy lat 80 :D . Niestety, obowiązuje nas pewnego rodzaju "pakt", "umowa społeczna", by archiwalnych materiałów z kulis, kuluarów, zaplecza (wtedy czegoś takiego jak "bekstejdż" nie znano) i dróg ewakuacyjnych - zdruzgotanych widzów nie upubliczniać - miejmy choćby odrobinę empatii, serca i nie dokładajmy tym udręczonym nieszczęśnikom kolejnych strasznych doświadczeń :wink: . Jednakże by unaocznić i dać jakieś wyobrażenie jaki był odbiór występów "artystów" w tych mrocznych czasach - posłużyliśmy się całkiem przyzwoitym, ale i tak znacznie "łagodniejszym" i mniej okrutnym materiałem poglądowym z projekcji oryginalnego "Egzorcysty" - nie umniejszając atakom paniki i przeogromnemu strachowi widzów - potem i tak było znacznie gorzej. Warto niekiedy do pewnych może i "szkodliwych" dla przeciętnych śmiertelników zjawisk pop-kultury i retro-nostalgii podejść ze stosowną dawka humoru - do czego zachęca nas Michael Keaton. Jest dowodem na to, że nawet dyplomy prestiżowych Julliard i Harvarda nie przygotowują na wstrząs jaki nas czeka w trakcie popisów na estradzie w Opolu. Keaton podobno nigdy tam nie zawitał... szczęśliwiec :roll:


https://www.youtube.com/watch?v=DV5c16vOzSs
autor: Inkwizytor
27.02.2026, 07:55
Forum: Wykonawcy
Temat: Henryk Debich
Odpowiedzi: 3
Odsłony: 952

Re: Henryk Debich

https://www.discogs.com/release/3417940 ... Sqd4Dk-6_g


Wyczarowanie odpowiedniego nastroju - słowem "atmosfery" jest zawsze w sztuce najważniejsze. Orkiestra pod dyrekcją Henryka Debicha nie miała sobie na tym polu równych. To bodajże już 8 czy 9 zbiór archiwalnych nagrań w tym przypadku z okolic 1977. Udało mi się zebrać wszystkie, które do tej pory się ukazały, choćby w formie kopii. Tyle się tego ukazuje, iż doprawdy trudno zdecydować co powinno się znaleźć na półce (i w odtwarzaczu) jako oryginalny CD a co śmiało można sobie odpuścić czy zadowolić grzecznościowo zgraną wersją 😎. Atmosfera to chyba jeden z ciekawszych zestawów orkiestry Debicha (sama okładka również intryguje - mamy młodego chłopca próbującego posłać w chmury dmuchany model samolotu z logo LOT), co wcale nie znaczy, że na poprzednich np. City, Horyzonty czy Majówka brakowało wartościowych rzeczy. Ta składanka nagrań radiowych jest chyba najrówniejsza pod względem poziomu, a przy tym najbardziej urozmaicona stylistycznie. Mamy klasyczne propozycje jak na szyld "orkiestra rozrywkowa" przystało, które śmiało mogły spodobać się niekiedy wręcz "przypadkowym" słuchaczom radia. Atmosfera to przegląd ówczesnych fascynacji muzyków w nad wyraz zgrabnie zaserwowanych kompozycjach - mamy coraz modniejsze disco, soul-funk, jazz-funk, easy listening, muzykę "środka", trochę r`n`b czy muzyki latynoskiej. Ta muzyka, jak u Debicha przystało ma wiele uroku, nieodpartej siły uwodzenia, ale niekiedy za szybko się o niej zapomina i niewiele zostaje w głowie. Potrzeba wiele przesłuchań by te nagrania nam się solidnie utrwaliły. Jeśli ktoś szuka pogodnej, bezpretensjonalnej i melodyjnej "muzyczki" na "powitanie wiosny", długi weekend, nad jeziora, na górski szlak, nad spacery - to jest bardzo dobry wybór. Formacja p. Henryka potrafiła uchwycić ducha tamtych czasów - znów przed oczyma stają nam ludzie kolorowo ubrani, długie włosy, kwieciste koszule, spodnie dzwony itd 😂.


Każdy utwór to pewna wariacja, fantazja na "zadany temat" - mamy latino-disco chociażby w "Sambie dla Przyjaciół", odpowiedź na mega hit "Kung-Fu Fighting" Carla Duglasa w "Kimono" (i zapowiedź tego co w tym temacie będzie miał za parę lat do powiedzenia nasz Franek Kimono 😁), łagodniejszą formę jazz-rocka a la Urbaniak, Ponty, Lockwood i Caravan mamy w najambitniejszym na płycie - otwierającym "Radości Jedynej", klimaty i feeling a la Barry White odnajdziemy w "Katja (the Rapids)" , funk Herbie Hancocka ("Chameleon" i "Hang Up") oraz patenty Isaaca Hayesa mamy w "Buszu (Watch Your Step)", miłośnicy wczesnego Kool and the Gang odnajdą wiele ich pomysłów w "Po Przebudzeniu". Mnie wyjątkowo przypadła do gustu i została w głowie śliczna impresja "Ciepła Atmosfera" - trochę Lonnie Listona Smitha a nawet Camel z okresu "Nude" (odrobinę wkradło z Soft Machine i ich nietypowego "Rubber Riff" ). Znalazło się tutaj parę coverów - dość subtelna przeróbka "Crosswind" z repertuaru Billy Cobham Spectrum. Wpływ Sergio Mendesa, Mangione i naszego Bemibeka jest w znów lekko latynoskim "Wiosennym Spacerze". Niekiedy te króciutkie miniaturki zawierają zaskakujące i skontrastowane odcinki jakby z krańcowo różnych "bajek" - np. "Daleko od Szosy" - najpierw elektroniczna impresja, potem skoczna część łącząca pierwiastki klasyczne, folklorystyczne w duchu Skaldów by potem przejść w funkowo taneczne granie gdzie znów kłania dzięki smyczkom Barry White. Podobnie zaskakujące zwroty akcji mamy w "Zanim Cię Znalazłam" - najpierw budowanie nastroju jakby z serialu szpiegowskiego, potem znów skoczne-folkowe granie gdzie kłaniają Skaldowie a nawet Anawa Grechuty. Debich z partnerami przypomina nam parę operetkowych utworów podanych rzecz jasna we współczesnym sosie - "Tangolita" i "Le Cygne", a standard jazzowy " `S Wonderful" przerabia na bosa novę 😁. Mnóstwo pomysłów i bardzo dobre aranżacje to mocna strona tego wydawnictwa. Nasze orkiestry z tamtych czasów trzymały rękę na pulsie i na swój sposób wchłaniały, przetwarzały i prezentowały słuchaczom radia co się tworzyło na zachodzie.