Kontynuując remanenty Skaldów można się cieszyć remasterem nieocenionej Kameleon Records z masą bonusów - prawie drugie 40 minut muzyki. Tytułowa suita (w tym roku minie 50 lat od rejestracji lp.) to obok "Krywania" najambitniejsze i najdoskonalsze dzieło zespołu. Niezwykle ciepło wypowiadają się o niej w obszernym komentarzu do płyty obaj bracia Zielińscy jak również "cichy bohater" projektu - basista Konrad Ratyński, który w pewien sposób przełamał monopol kompozytorski Andrzeja i zamieścił na krążku swoją autorską - "Miłość Przez Wieki się Nie Zmienia". To bardzo piękny, przesycony odczuwalnym smutkiem (jakaś barokowa zaduma i dekadencja) utwór do słów krakowskiej znanej poetki Ewy Lipskiej. Jasny, wysoki i czysty głos basisty idealnie do niej pasuje (nie wszyscy pamiętają ale po jego dołączeniu utwory były wykonywane na 3 mocne i prawie doskonałe głosy - jego niekiedy trochę był z tyłu ale wkład, wsparcie trudne do przecenienia). Mamy feeling wczesnych Moody Blues, Barclay James Harvest czy przede wszystkim Procol Harum. Konrad z dumą wspomina, że kawałek miał wyjątkowe szczęście, bo zarejestrowany w niemieckim studio ponieważ mieli jeszcze trochę czasu do wykorzystania, a spodobał się na tyle, że pojawiał na różnych polskich i niemieckich składankach. Jego dołączenie do Skaldów było trochę tym czym pojawienie w ELO Kelly Groucutta - "był TYM brakującym, idealnie wkomponowanym elementem" - swoją drogą głos Konrada może się odrobinę z Groucuttem kojarzyć czy z Nickem Beggsem z Kajagoogoo - ale to już była inna dekada i inne pokolenie
Nasi recenzenci mieli z albumem poważny problem. Krytykowano dosłownie wszystko (chociażby "anachroniczne brzmienie", hołdowanie niemodnej już stylistyce i spóźnienie się o co najmniej kilka lat o czym jeszcze będzie nieco niżej) - szczególnie brak gitary w przekroju całego albumu. Owszem - Tarsiński jest jakby "nieobecny" - np w w/w "Miłości Przez Wieki się Nie Zmienia" pozwala sobie na wrzucenie kilku tęsknych dźwięków. Jak zwykle w grubej książeczce do kompaktu mamy dokładnie omówienie okoliczności powstania wszystkich utworów i jaki był pierwotny zamysł twórców. Tytuł płyty dla fanów okazał nad wyraz mylący bo w tamtym czasie wielu z nich było pewnych, że coś przegapili i w Empikach, salonach muzycznych pytali zbitych z tropu sprzedawców - "... czy mają część pierwszą..."
Nigdy nie zapomnę jak spontanicznie zasiadłem do swoich syntezatorów i zagrałem to w jednym podejściu nie myśląc o akordach czy melodii - a to nie jest takie proste granie bo tonacja non stop się zmienia. Tak mocno mi to weszło w głowę i jednocześnie było tak melodyjne, iż muzyka sama prowadziła, a palce wiedziały co mają grać (nie myślało się jaka zaraz będzie inna tonacja czy jakie akordy do lewej ręki) , ot dowód na siłę magii muzyki Skaldów
Wbrew krytyce "mądrali" skupionych wokół dawnego "Tylko Rocka" ( ich utyskiwanie zamykające się w "mądrościach" jak: brak "solidnego rockowego uderzenia" - a Skaldowie odrobinę jak jazzman Bill Evans, atakowany za podobne podejście - woleli by puls rodził się swobodnie z wnętrza muzyki, by wydobywał się sam, zamiast go topornie zaznaczać) - to niezwykle równy i urozmaicony album. Nie ma słabych utworów czy wypełniaczy. Podobać się może "Nasza miłość jak wiatr halny" (znów tak jak Andrzej Zieliński lubi najbardziej - trochę na zasadzie kontrastu - główna balladowa, zwiewna zwrotka - przeciwstawiona mocno zakorzenionemu w folklorze góralskim intro zaśpiewanemu na 3 głosy - ja w tym wręcz słyszę zapowiedź czy forpocztę Golec uOrkiestra - z ich "Crazy is my life", ciekawe ile Skaldowie i ich dorobek znaczył dla braci, na milion procent musieli się z nim zetknąć - może ukształtował ich bardziej niż im się wydaje ?) czy lekko trącący bossa novą nieziemsko pogodny i poprawiający mi ZAWSZE humor "Przechodząc obok siebie". To wypadkowa ówczesnych fascynacji Jacka Zielińskiego - nie ukrywał, że dużo słuchał wtedy takiej muzyki i przy niej mógł się naprawdę odprężyć. Podobno grupa regularnie grała go na koncertach - kawałek dobrze wypadał i dawał na chwilę wytchnienia samym muzykom jak i publiczności.
Autor komentarza do CD - Paweł Nawara sugeruje, iż krążek byłby lepszy gdyby dodać więcej cięższych utworów jak "Aż do gwiazd" (świetny riff, prawie jak wczesne Deep Purple) czy "Street 2000". Ma trochę racji ale ja osobiście nie potrafiłbym wskazać co w zamian usunąć ?. Na forach poświęconym Skaldom ten wątek i "zarzut" również się regularnie przewijają - że bonusy do CD to taka "zaginiona rockowa strona B winylu". Ciekawy punkt widzenia, ale czy krążek naprawdę byłby "lepszy" - gdyby np. usunąć lżejsze i dla niektórych "rozmywające rockowo-progresywny cios strony A" - urocze kawałki jak w/w "Miłość przez lata się nie zmienia" oraz optymistyczny do przesady "Przechodząc obok siebie" ?. Sądzę, że ich odmienny charakter i klimat w pewnym sensie i tak wzmacniają tą "progresywną", "art-rockową" i eklektyczną wymowę i przesłanie albumu. Czy byłoby lepiej ?, na pewno inaczej. Z czasem doceniłem bardziej złożone utwory, nafaszerowane nieprawdopodobną ilością niuansów i smaczków początkowo umykających słuchaczowi. Doskonały jest "Jak znikający Punkt" (zainspirowany głośnym filmem robiącym wtedy furorę w kinach - ale dla odmiany u Skaldów tym "znikającym punktem" jest tajemnicza kobieta) - intrygujący wstęp, partie organów, niepokojący riff godny najlepszych Uriah Heep (np. "WHY"), davisowska partia trąbki, można tak długo wymieniać. On jak i radiowy "Street 2000" w środku przemieniają się wręcz w jazz-rockowe impresje, z mnóstwem improwizacji, cieniowania, niuansów (nie jest to aż tak odległe od tego co wtedy na żywo kreowali SBB - o których Andrzej wypowiadał z uznaniem podkreślając ich bajeczny warsztat, ciekawe co by było gdyby doszło do współpracy Skaldowie i SBB ?