David Benoit

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

"This Side Up", czyli "Tą Stroną do Góry" - jak niejednokrotnie opieczętowywało skrzynki z delikatnym ładunkiem, nie tylko przewożąc egzotyczne gatunki zwierzaków do innego zoo 😁. Jakimś cudem w moje ręce śmiesznie taniutko trafiło szwajcarskie pierwsze wydanie tego przełomowego pod każdym względem albumu, który w ubiegłym roku świętował 40 urodziny. Wersji CD nie udało się do końca uchwycić oryginalnego graficznego projektu z analoga. Okładka wzorowana na ścianę skrzyni - na tylnej części okładki pianista opierał się na skrzynce z uśmiechem zdradzającym wyjątkową pewność siebie i nowo obranej ścieżki. Jest takie wyświechtane do bólu powiedzenie: "... życie zaczyna się po 40...". Jest w tym wiele prawy, lecz w przypadku Davida Benoit śmiało można powiedzieć, że "prawdziwe artystyczne życie i sukces zaczynają się po 30" 😎. Ściśle w wieku 32, bo tyle lat miał artysta, gdy w błyskawicznym tempie na początku marca 1985 dokonał nagrań na ten krążek, który w jego karierze stanowił punkt zwrotny. Jako muzyk był aktywny już od początku lat 70. Grał po barach, klubach, zdobywając doświadczenie i znajomości. Ceniono go jako akompaniatora i sidemana - grał m.in z Larry Carltonem pod koniec lat 70. Wydał parę solowych albumów, którym brakowało trochę charakteru i tego "czegoś". Gdy wszedł do stajni muzyków nagrywających dla coraz bardziej rozwijającej się wytwórni GRP - Dave`a Grusina i Larry Rosena (widzieli w nim potencjał) - dzięki ich sugestiom i zaangażowaniu producenta Jeffreya Webera - stał się prawdziwą gwiazdą, no... przynajmniej w Stanach. "This Side Up" błyskawicznie stał się bestselerem i doszedł do 4 miejsca w zestawieniu najlepiej sprzedających się albumów jazzowych Billboardu.

Bardzo pomógł w tym pogodny, radosny i pełny energii instrumentalny "Beach Trails", zresztą otwierający album. To ostatecznie zdefiniowało styl, charakter i aurę muzyki Davida Benoit. Zabawne, bo ten dynamiczny utwór stanowi jakby feeling przyszłego serialu "Słoneczny Patrol", który lada moment miał podbić serca wielu widzów (choć nie brakowało i tych szczerze go nienawidzących). Fani pokochali tę urokliwą i pomysłową muzyczkę pianisty, choć drugie tyle było głosów krytycznych, że to nie jazz, a tylko taka tania muzyczna konfekcja, lekka, łatwa, przyjemna i odrobinę głupiutka, a jazzu w tym jak na lekarstwo. Wspomniany "Beach Trails" słuchany nawet dziś robi pozytywne wrażenie i ma w sobie taki pozytywny "cios". David udowodnił, że w muzyce nie ma to jak dobra melodia i patent na kompozycję. Nie trzeba żadnego free, eksperymentów, czy niekończących się popisów na instrumencie. Jest w jego muzyce pierwiastek czegoś znajomego, od razu nam wchodzi do głowy i w niej zostaje na dobre.

Na albumie mamy znakomitych muzyków sesyjnych jak gitarzyści Grant Geissman i Paul Jackson Jr. , dobrze znany basista Nathan East, saksofoniści - Ernie Watts i Sam Riney. W paru utworach pojawia się The L. A. Modern String Orchestra, jak chociażby w tytułowym - a aranżacji lidera. Artysta nieco odciął się krytykom udowadniając, że jazzowa tradycja jest mu również doskonale znana - pod koniec przypomniał słynny utwór Billa Evansa - "Waltz For Debby" z na początku iście "hollywoodzko-disneyowsko" brzmiącymi smyczkami orkiestry. Do muzyki evansowskiej miał w szerszym zakresie wrócić później na albumach "Waiting for Spring" i "Letter to Evan". Jako bonus do wersji CD dodano luźną, niezobowiązującą impresję na fortepian solo "Landscapes". Trzeba przyznać, że w wielu utworach tak zbliża się do ówczesnej stylistyki ww. Grusina i Lee Ritenoura, że te kompozycje spokojnie mogłyby się znaleźć na ich albumach i doprawdy nikt nie dostrzegłby specjalnej różnicy (tu objawił się talent Davida do pisania rzeczy w tym duchu) - mam na myśli wciągający (saksofon Rineya) "Santa Barbara", "Hymn for Aquino" (tu z kolei słodki ton saxu Wattsa - jego specjalność) i "Stingray". Jak na album dla GRP przystało mamy urozmaicenie klimatów i klasyczne "dla-każego-coś-miłego", jest wokalny utwór z udziałem młodej Diane Reeves (widziano w niej nową Sarę Vaughan i Dinah Washington) oraz nastrojową balladę kojarzącą się z podróżami do egzotycznych zakątków - napisany wspólnie z Eastem "Sunset Island" - tu wkrada coś z ówczesnych Yellowjackets i Spyro Gyra. Na mojej wersji CD z tyłu David uśmiecha się do nas szeroko w hawajskiej koszuli. Miał wtedy powody do optymizmu: album okazał strzałem w dziesiątkę, w kolejnych latach miały się pojawić kolejne jeszcze bardziej udane, nieco wcześniej związał się z Kei, a lada moment miała się urodzić jego córka June Koko
Załączniki
sideup.jpg
sideup.jpg (107.65 KiB) Przejrzano 155 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

Louis de Funes wypowiedział słynne zdanie o swoim kompanie z planu filmowego, a prywatnie przyjacielu Bourvilu, że ma tyle w sobie życzliwości, pogody ducha, iż trochę mu ich zazdrości. Gdyby mógł mu trochę ich użyczyć, to z pewnością stałby się milszym i wartościowszym człowiekiem. Podobnie można powiedzieć o przesłaniu pianisty Davida Benoit z albumu "Inner Motion". Słuchając uważnie i przyswajając jego emocje, co chce nam przekazać, to choćby przez chwilę mamy szansę stać się odrobinę lepszymi ludźmi, bardziej życzliwymi, a na otaczający nas świat spojrzeć na jako przyjaźniejsze, piękniejsze miejsce. Może to naiwne, ale co tam 😇. Stąd warto sięgnąć po "Inner Motion" z 1990. Tłumacząc tytuł oznacza to "wewnętrzny ruch", "wewnętrzny puls", "wewnętrzne tempo" - czyli coś wielce osobistego i nacechowanego indywidualnością. Na okładce widzimy nieco rozmazane struny od fortepianu - coś co "drga", gdy zostaje wprawione w ruch. Takie czułe struny David potrafił poruszyć w słuchaczach, głównie dzięki takim niezapomnianym kompozycjom jak niewątpliwie najważniejszy na krążku "Six String Poet" (poetka sześciu strun) - dedykowany przedwcześnie i w tragicznych okolicznościach zmarłej w trakcie trasy po Australii - gitarzystce Emily Remler. Bardzo lubiana wśród muzyków, określana jako "towarzyska i pełna ciepła, o doskonałej technice, niezwykłej płynności, ale walczącej z własnymi demonami, a smutki "topiła" w nałogu narkotykowym, głównie w heroinie. Niezwykle ciekawe były jej przemyślenia m.in, że każdy facet powinien choć na chwilę zostać kobietą, by poczuć "jak to jest", "że bycie kobietą, a na dodatek Żydówką w świecie jazzmanów jest wyjątkowo niewdzięczne" oraz, że gdy wchodzi na scenę i gra to liczy się tylko muzyka, a nie kim jest - w jazzie nie ma miejsca na politykę i walkę o równouprawnienie kobiet. W czasie feralnego tournée jej serce stanęło, a poruszony Benoit wraz z przyjaciółmi postanowił złożyć jej piękny hołd w/w kompozycją. Nie wydaje mi się, że komuś innemu udało się przy tej okazji stworzyć coś równie poruszającego. W środku mamy takie niezwykłe przejście godne najwspanialszych muzycznych pejzaży godnych Pata Metheny i Lyle`a Maysa - jakby instrumentaliści chcieli nam przekazać, że teraz Emily wreszcie zaznała spokoju i jest szczęśliwa w lepszym świecie. To jakbyśmy spacerowali po galerii i podziwiali jej portrety. Delikatnie, niczym szum strumyka akompaniuje gitarzysta od Chucka Mangione - nagradzany Grant Geissman.


Na "Inner Motion" jak zwykle nie mogło zabraknąć innych sław m.in Vinnie Colaiuty, Paula Jacksona Jr., Erica Marienthala i grających wymiennie basistów - Steve`a Bailey i Neila Stubenhausa (ucznia Jaco). W dwóch utworach znów "po starej znajomości" zaśpiewał szkolny kolega lidera - człowiek instytucja w USA i multiinstrumentalista David Pack - niegdyś lider Ambrosii. Te 2 utwory: "Every Corner of The World"i "Along Love's Highway" są mocne osadzone w amerykańskiej tradycji gospel (czy wręcz sacro), a rozbudowane aranże wokalne jeszcze potęgują to uczucie. Jak na klasyczną pozycję wytwórni GRP mamy mnóstwo melodyjnego i pogodnego grania, doskonale znanego z płyt Dave`a Grusina i Lee Ritenoura, do tego stopnia, że spokojnie mogły się znaleźć na ich krążkach i nikt nie dostrzegłby różnicy np. "W.M.A" (Musicians With Atitude - czyli "muzycy-z-właściwym-podejściem, świetny tytuł, nic dodać 😁), "Coconut Roads", "Huston" (w środku mamy śliczną spokojniejszą sekwencję niewiele ustępującą tej ze "Six String Poet"). Kolejną chwilą na refleksję i wyciszenie David daje nam w kojarzącej się z muzyką filmową (co jest bardzo charakterystyczne dla jego muzyki) balladzie "Deep Light", przy na szczęście już bardziej słyszalnym akompaniamencie wspomnianego Granta Geismana. Nie mogło zabraknąć klimatów latynoskich nie aż tak odległych od Spyro Gyra w "El Camino Real". Wkrada się również odrobinka feelingu a la Basia Trzetrzelewska 😉. Coś ze schyłkowego Elektric Bandu mamy w "South East Quartet" (doskonały bas Steve`a). W ostatnim "A Last Request" możemy podziwiać pełne iście "hollywoodzkiego rozmachu" orkiestrowe aranże, trochę szkoda, że to wszystko za szybko się kończy. Przyznam, że dawniej nie doceniałem tej płyty. David aż nader często słyszał i czytał, że owszem, nagrywa płyty z muzyką ładną, przystępną i melodyjną, ale wszystkie albumy są prawie identyczne. Może to i prawda, lecz gdy człowiek zasłucha się w melancholijne partie w "Inner Motion" to może na chwilę zapomnieć o innych albumach i o to chodzi... i by na świat popatrzeć przychylniej 😁.
Załączniki
inner.jpg
inner.jpg (87.07 KiB) Przejrzano 139 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

"Wstrząśnięta, nie zmieszana" 😎. To hasło zna chyba każdy, nawet jeśli nie oglądał żadnego filmu czy zwyczajnie nie znosi Bonda 😁. David Benoit jako James Bond ? - dlaczego nie ?. Na okładce w tym golfie prezentuje się przekonująco - no może jak na potencjalnego Bonda miał zbyt poczciwą twarz. Album "Shaken Not Stirred" niedawno obchodził 30 urodziny a sam artysta 9 maja świętował 73 urodziny. Niedawno szczęśliwym trafem ten album wpadł w moje ręce i to za niecałe 10 zł - aż wstyd się przyznawać 😂. Dawniej nie szczególnie ceniłem ten krążek. Jeśli po niego sięgałem to z powodu jednej niezwykłej urody perły - "Carmel". W niewiele ponad 3 minutach udało się zawrzeć taką dawkę magii, że niezmiennie się wzruszam gdy tego słucham. Davidowi towarzyszy orkiestra i tworzą nastrój, który kojarzy z Gwiazdką - gdy człowiek po drugiej podróży, umęczony, zmarznięty wraca do domu rodzinnego, bliscy czekają uśmiechnięci, a za oknem zaczyna padać śnieg. W takich okolicznościach też ten utwór poznałem gdy wracałem na Wigilię do domu po pracy czekając na ostatni autobus w Katowicach i wtedy właśnie zaczął padać śnieg (artysta miał rękę do tworzenia nastrojów i malowania dźwiękiem obrazów a każdy słuchacz mógł dobrać i powiesić stosownie własny obrazek i przywołać swoje wspomnienia). Benoit sprawdził się jako kompozytor, aranżer ale i dyrygent. "Carmel" ma w sobie coś z Hollywoodzkich czy Disneyowskich produkcji pełnych patosu, rozmachu ale i takiej staroświeckiej aury i nostalgii. Sam mistrz album traktuje jako właśnie sentymentalną podróż w przeszłość, remanenty z wczesnych lat 60 gdy Sean Connery błyszczał jako pierwszy Bond, Jacqueline Kennedy była wzorem elegancji , urody i szyku a ludzie mieszkając w eleganckich przedmieściach byli zasłuchani w Dave Brubecku. To były czasy. To ogromnie urozmaicona płyta. W "Any Other Time" mamy innego wspaniałego gościa - też Dave`a - Packa - przyjaciela pianisty, którego znał jeszcze z czasów college`u ( choć Benoit jest od niego rok młodszy). Niegdyś cudowny głos w u nas mało znanej genialnej grupie Ambrosia. W piosence o pięknej melodii udało się jakby połączyć w jedno dwa pozornie odległe światy - choć gdy się wsłuchać to chyba nie aż tak odległe. W tytułowym wielowątkowym dedykowanym pierwszemu Bondowi mamy na przemian mocniejsze i bardziej eteryczne fragmenty. W zamykającym "Sarah`s Theme" , który pianista radzi słuchać wyłącznie po północy wspaniały popis na tenorze trochę w duchu Paula Desmonda daje niedoceniany Eric Marienthal. Solowe opowieści Benoit snuje w dedykowanym Pani Kennedy - "Jacqueline" - udowadniając że obok techniki ma mnóstwo melodycznych pomysłów. Szkoda, że u nas David jest mało znany - w Ameryce to prawie legenda choć jego dawna gwiazda również nieco przygasła. Dla naszych krajowych jazzfanow bywa zbyt "cukierkowo-popowy" (przyznam, że do tej pory nie spotkałem na swojej drodze nikogo kto by go uwielbiał). Nie ukrywam, że jego albumy dla GRP począwszy od "This Side Up" czy przełomowy "Freedom After Midnight" pozwoliły mi poniekąd na nowo rozkochać się w akustycznym brzmieniu fortepianu i zmobilizowały by sprawić sobie.... przynajmniej cyfrowe bo koncertowy za nic by się u mnie nie zmieścił 😁 (i kto by go wtachał do góry ?)
Załączniki
shaken.jpg
shaken.jpg (59.25 KiB) Przejrzano 122 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

Profesjonalny Marzyciel - oto cały David Benoit 😎. Z okładki spogląda na nas z szelmowskim uśmiechem przy stoliku w popularnej kawiarni sam pianista - z tyłu zapala cygaro i ma wyeksponowane zamówione jakieś ekskluzywne drinki. Kilka miesięcy temu oryginalna płytka wpadła w moje ręce (choć kopię miałem od dawna). I ten album ma w moim sercu zapewnione specjalne miejsce dzięki absolutnej perle - "Miles After Dark". Zaproszony trębacz młodszego pokolenia, a przy tym programista, aranżer, producent i klawiszowiec - Rick Braun przywołuje swoimi partiami trąbki pełnymi niedomówień i namiętnego cieniowania ducha wielkiego Milesa i tytuł to nie może być przypadek. O dziwo zastosowany tu nieco elektroniczny podlany stosowną dawką hip-hopu podkład nie razi, a wręcz buduje cudowny "bujający" wciągający bez reszty nastrój i dosłownie trudno usiedzieć w miejscu czy nie wybijać palcami rytmu. O ile mnie pamięć nie myli wiele około-jazzowych czy smooth-jazzowych stacji radiowych i nie tylko upatrzyło sobie ten kawałek i od czasu do czasu grają go w miarę regularnie. Nie zapomnę jak wiele lat temu byłem na spacerze w upalne lato w Parku w Chorzowie i panowie dbający o zieleń coś dłubali w rosarium a przy okazji przygrywało im radio.... i poleciał ten kawałek, a trudno go pomylić z czymś innym. Musiałem przystanąć udając, że czegoś szukam by cieszyć się choćby paroma taktami (przy takiej klimatycznej muzyce praca sama gładko idzie). Pomijając pewien łącznik i "mostek" - to ta kompozycja to w dużej mierze dwa przecinające się molowe akordy. Artyści jak wspomniany Davis, nasz Urbaniak czy chociażby Pat Metheny (na albumie "We Live Here" - który niektórzy odebrali z mieszanymi uczuciami) udowodnili, iż można ze smakiem i w miarę przekonująco do jazzu wsączyć pewną ilość dance`owych czy hip-hopowych rytmów, brzmień czy rozwiązań. Innym mocnym punktem jest "Gothic Jazz Dance", gdzie w środku dzięki mocnej rytmicznej partii fortepianu wkrada się feeling a la Sergio Mendes (uderzające wręcz podobieństwo do hitu "Mas que Nada"). Balladowe wcielenie Davida przypomina nam "Golden Gate", gdzie barwami fortepianu kunsztownie maluje atmosferę końcówki - "babiego lata". Jako ciekawostkę należy wspomnieć, że za zamykający kawałek "Dad`s Room" był nominowany do nagrody Grammy. W otwierającym "Why Not" lider zasiadł do organów Hammonda a główna melodia przywołuje natrętne skojarzenia z "Cantaloupe Island" Herbie Hancocka. Benoit tradycyjnie zaprosił sporo różnych muzyków - ale na pewno wyróżniają te utwory gdzie mistrzowską sekcją tworzą dawni przyjaciele z czasów studiów - basista Neil Stubenhaus i słynny Vinnie Colaiuta. Jak na 1999 dość "krótki" albumik - niewiele ponad 46 minut ale prezentujący same treściwe i pomysłowe utwory.
Załączniki
dreamer.jpg
dreamer.jpg (77.06 KiB) Przejrzano 105 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

Gdy teraz przyszło ochłodzenie, a co poniektórzy "nierozważnie" tęsknią i wypatrują upalnego lata (które według specjalistów - podobno w tym roku ma wyjątkowo dać nam popalić), tym bardziej warto zerknąć na dłużej i upajać się prześliczną okładką albumu Waiting for Spring - Davida Benoit - który w 18 sierpnia (kto wie, czy nie w największy ukrop) będzie świętował 73 urodziny. Bez przesady gdy napiszę obok Lee Ritenoura, Yellowjackets czy Elektric Bandu Chicka Corea w latach 80 - był "gwiazdą" wytwórni GRP (nieomylnego tandemu Grusin & Rosen). Nie zawsze traktowano go poważnie - zarzucano bzdury w rodzaju "przesłodzenie", "upupienie jazzu". Swoimi eleganckimi kompozycjami i falującymi łagodnie solówkami - by rozkoszować jedynym i niepowtarzalnym brzmieniem jego fortepianu i midi-piano (niektóre modele otrzymał w prezencie, zaprojektowane wedle jego wskazówek a firmy błagały, by ich używał) - zaskarbił sobie miłość fanów łagodniejszej i przystępniejszej odmiany jazzu. Trudno w przypadku "Waiting" uniknąć banału, że to zwyczajnie przepiękny album. Chyba od tego momentu zaczęto Davida traktować znacznie "poważniej", że ten facet naprawdę potrafi grać i wie co to prawdziwy jazz, co wcześniej nie zawsze było takie oczywiste. Warto wspomnieć, że płyta wdarła się szturmem na 1 miejsce w zestawieniu Billboard Jazz Albums... a dziś wydaje się być prawie zapomniany, cóż zrobić - to już 37 lat temu, prehistoria.

Przy tych dźwiękach można było się odprężyć i uwierzyć, iż istnieje piękniejszy świat, nie zwracając uwagi jak to bardzo naiwne myślenie. By odwinąć się swoim krytykom - w 1989 nagrał najbardziej w swojej dotychczasowej stricte jazzowy album - dedykowany mistrzowi - "Chopinowi Jazzu" - Billowi Evansowi (zawsze wymieniał go jako jedną ze swoich największych inspiracji). Sama okładka nawiązuje i tytuł do słynnego dzieła Evansa - "You Must Believe in Spring" (który dzięki swojej nieziemskiej melodyjności i unikalnej nastrojowości podbił serca wielu fanów - nie przypadkiem po koncertach z Village Vanguard wymieniają go jako jeden ze swoich ukochanych). Zamiast nad wyraz oczywistego rozwiązania - by zagrać w trio - dodał "cichą bohaterkę" - gitarzystkę Emily Remler. Rok po nagraniu w trakcie trasy po Australii już nie żyła - na skutek powikłań uzależnienia od narkotyków. Benoit później zadedykował jej utwór "Six String Poet" (który znalazł się i stanowi punkt kulminacyjny wspomnianego lp. "Inner Motion"). Jej naturalne ciut pastelowo akustyczne brzmienie Gibsona (zdaje się wiśniowy model ES-330) ozdabia prawie wszystkie utwory i decyduje o niepowtarzalnym brzmieniu Waiting. Pozornie prosta gra - której korzenie sięgają do stylistyki Wesa Montgomery, Kenny Burrella, czy Herba Ellisa i Barney Kessella - zachwyca głębią, majestatem, ciepłem, namysłem, refleksją, oszczędnością i mimo wszystko prawdziwym kobiecym ciepłem (u nas kontynuatorką tej tradycji i podejścia była i jest Krzysia Górniak). Tragiczna postać, dziś niekiedy pomijana, gdy wymienia się największych mistrzów 6 strun - jako kobieta i żydówka nie miała lekko w zdominowanym przez "samców alfa i macho" świecie jazzu lekko (zdarzało się jej na festiwalach usłyszeć paskudne komentarze, ale tych pochlebnych było chyba jednak więcej ?). Aż trudno uwierzyć, że nie grała choćby z Patem Metheny - wizualnie jak jego siostra, podobne fascynacje ( Wes ) - może zwyczajnie nie zdążyła ?.

Wspaniały album, zdominowany przez dość krótkie utwory "Turn out the Stars", "After the Snow Falls", "Cast Your Fate to the Wind", "Funkallero", "I Remember Bill Evans". Więcej żywszego wyrosłego z tradycji bopu grania mamy w "Cabin Fever" (swingująca wybornie Remler, nie gorzej niż uczyniłby to Mike Stern). Odrobinkę bosa novy mamy w "Some Other Sunset". Najdłuższy jest pochodzący z repertuaru koncertowego Evansa "My Romance" (znów improwizacja pełna ciekawych czasem bluesowych pomysłów Emily). "Spring" naa CD jest ciężko dostępny - nakład dawno wyczerpał i można jedynie za ciężkie pieniądze i fartem odkupić od innych kolekcjonerów. O ironio - kiedyś trudno było upolowaćw necie kopię mp3 - a to prawie jedyna płytka, którą miałem przez dłuższy czas jako oryginał na kompakcie. Mistrzowska sekcja - rozchwytywany wówczas ex-Weather Report i Steps Ahead - Peter Erskine i Luther Hughes, którego w 2 numerach zmienia sam mistrz basu - John Patitucci. Szkoda, że ten kwartet nie postanowił funkcjonować na stałe - kto wie dokąd artystycznie by zaszli. A gra lidera ? - tego należy posłuchać. Nie ukrywam, iż to dzięki takim instrumentalistom jak David Benoit - postanowiłem rozkochany na nowo w brzmieniu akustycznego koncertowego fortepianu - by mieć własne... choćby piano cyfrowe :D
Załączniki
spring.jpg
spring.jpg (79.11 KiB) Przejrzano 95 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

Po wspomnianym już albumie "This Side Up" kariera pianisty Davida Benoit po skrzydłami wytwórni GRP nabrała rozpędu. Artysta udowodnił, że sukces poprzedniego wydawnictwa i jego "lokomotywy" czyli przeboju "Beach Trails" nie był jednorazowym fartem. Miał o wiele więcej do zaoferowania i nowe pomysły dosłownie eksplodowały z jego głowy. Następny "Freedom at Midnight" okazał się jeszcze większym sukcesem i ugruntował pozycję pianisty. Udało mi się upolować japońską reedycję na CD. Na okładce zrelaksowany David wyleguje się bezczelnie na nakrywie od fortepianu. Wówczas korzystał z modelu Kawai MIDI electric grand. W późniejszych latach ze znacznie bardziej udoskonalonego Rolanda i Yamahy. "Wolność po północy" ma w odróżnieniu do poprzednika aż 2 "asy" i "lokomotywy". Przede wszystkim tytułowy (współkompozytorem był ceniony basista Nathan East), otwierający całość - oparty na szalenie chwytliwej sekwencji akordów, już w trakcie pierwszego zetknięcia zostajemy porwani i czujemy, że znamy ten kawałek od zawsze. Mistrz w późniejszych latach chętnie do niego wracał na koncertach lub gdy grzecznościowo prezentował możliwości nowych modeli fortepianów MIDI. Benoit czas powstawania całego projektu wspomina wyjątkowo dobrze. Miał powody do zadowolenia z życia. Jego małżeństwo z mającą egzotyczne korzenie Kei kwitło w najlepsze, niebawem mieli adoptować córkę June Koko (która później została całkiem niezłą skrzypaczką, czasem występując razem z ojcem). Pani Kei - David zadedykował jedną ze swoich najpiękniejszych, przesyconych romantyzmem i najcudowniejszymi barwami wszystkich pór roku - balladę - swój drugi ogromny przebój - "Kei`s Song". Za takie melodyjne utwory fani pokochali Davida, nie ukrywam, że ja sam również. Ile się kryje treści pod tą pozorną prostotą i doprawdy nie ma sensu roztrząsać ile jest "jazzu w tym jazzie". Nie jedna zjawiskowa dama chciałaby otrzymać taką perłę od męża w dedykacji. "Kei`s Song" można słuchać milion razy i za każdym razem brzmi równie czarująco. W środku jest sekwencja idealnie malująca obrazek pierwszego spadającego śniegu w danym roku (może się wielu kojarzyć z czasem oczekiwania na Boże Narodzenie) - a na tym tle w wysokich rejestrach David wygrywa swoje delikatne dźwięki, jakby strząsał lodowe igiełki czy śniegowy puch z drzew, kwiatów i krzewów. Pewnie się powtarzam, ale gdybym miał komuś obcemu lub przybyszowi z innej planety wyjaśnić fenomen muzyki Benoit - to chyba "Kei`s Song" byłoby pierwszym wyborem. O ile dobrze pamiętam to ten utwór podchwyciło wiele stacji radiowych w Stanach i chętnie go grały. Stąd artysta ma utwór, który stał się jego wizytówką.

"Freedom" sprzedawał się bardzo dobrze, docierając do 5 miejsca na liście Billboardu Contemporary Jazz. Za produkcję znów był odpowiedzialny Jeffrey Weber, a za ostateczny szlif nadali Grusin i Rosen. Podobnie jak na wielu innych albumach wytwórni GRP - nie mogło zabraknąć studyjnych asów i mistrzów swoich instrumentów jak w/w East, Dan Huff, Abe Laboriel, Russ Freeman, Lenny Castro, John Pattitucci oraz nieodżałowany perkusista TOTO - Jeff Porcaro, a sekundował mu jego ojciec Joe na instrumentach perkusyjnych, prawdziwy ewenement. Za większość kompozycji odpowiedzialny jest lider, jedynie przedostatni silnie neo-bopowy "Del Sasser" jest autorstwa Sama Jonesa i Donalda Wolfa. Jego charakter silnie nawiązuje do tego co w tamtym czasie szczególnie na żywo prezentował zaprzyjaźniony i również nagrywający dla GRP Akoustic Band Chicka Corei i w nieco mniejszym stopniu Elektric Band. Dominuje niezwykle pogodny nastrój, idealny na dobry początek dnia. David miał zawsze dobrą rękę do melodii, które z marszu wchodzą do głowy i definiują odbiór utworu - szczególnie w "Morning Sojourn", "Tropical Breeze", czy "Pieces of Time". Wiele z tych utworów mogło śmiało z powodzeniem zostać wykorzystanych w jakimś filmie, serialu czy programie podróżniczym - np. "The Last Goodbye" i w/w "Pieces of Time". Klimat egzotycznych podróży mamy w żartobliwym i podlanym ciut calypso - "The Man With the Panama Hat". Może jedynym odrobinę słabszym momentem jest całkiem znośny, ale chyba przeładowany elektroniką i studyjnymi sztuczkami "Along the Milky Way", specjalnie niczym się nie wyróżniający - bliźniaczo podobny do wielu innych tego typu produkcji np. Grusina i Spyro Gyra. Benoit ustawił sobie poprzeczkę dość wysoko. Nijako z "rozpędu" nagrał 2 następne, utrzymane w duchu "Freedom", ale jeszcze bardziej nasycone elektroniką krążki "Every Step of the Way" i "Urban Daydream". Sprzedawały równie dobrze, lecz można było odnieść wrażenie, iż artysta powoli traci do takiej muzyki serce i w sposób naturalny czuje przesyt. Stąd jego zwrócenie się w stronę bardziej jazzowego stylu i przypomnienie o swoim mistrzu Billu Evansie na świetnych "Waiting for Spring" i "Letter to Evan".
Załączniki
freedom1.jpg
freedom1.jpg (177.32 KiB) Przejrzano 84 razy
freedom2.jpg
freedom2.jpg (207.71 KiB) Przejrzano 84 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4664
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: David Benoit

Post autor: Inkwizytor »

"Letter to Evan", czyli "List do Evana". Tytuł kompozycji ze schyłkowego okresu twórczości legendarnego pianisty jazzowego Billa Evansa - dedykowanej synowi - Evanowi. Nie wiem na ile jazzman był fanem filmów z Louisem de Funesem, wtedy wiedziałby, że tak nazywał się główny bohater z filmu "Człowiek Orkiestra", prowadzący słynny żeński zespół wokalno-taneczny - Evan Evans, po mistrzowsku prowadząc go zaiste "twardą ręką" 😁 (a może jednak to nie był przypadek ?). Utwór napisał dla wtedy zaledwie 5 letniego syna, który nomen omen gościnnie pojawił się już jako 17 latek na sesji pianisty Davida Benoita w 1992. Od wielu lat Evan jest uznanym kompozytorem muzyki filmowej, w końcu takie "szlachectwo" zobowiązuje 😎. David postanowił nawiązać do o 3 lata wcześniejszego solowego albumu "Waiting For Spring" i znów na swój sposób "wskrzesić" ducha wielkiego Evansa, a przy okazji uczynić muzykę bardziej urozmaiconą, mniej "ascetyczną" (i "nagą") jak było w przypadku skądinąd wybornego "Spring" i zaprosić prawie tych samych instrumentalistów. Mamy tu same sławy. Z drobnymi przetasowaniami sekcję tworzy duet John Pattitucci i Peter Erskine. Tego ostatniego czasem zmienia Al Foster i Teri Lyne Carrington. Ba basie czasem gra Steve Bailey. Gitary to inny mistrz i dobry kumpel Davida - Larry Carlton, czasem zmieniany przez Petera Sprague`a i Dori Caymmiego. Na perkusyjnych prawie w większości utworów błyszczy niezmiennie rozchwytywany Luis Conte. Po raz pierwszy komentarz do płyty jest pióra samego lidera. Przyznał, że dzięki obecności znajomych twarzy i wsparciu wiernego i niezawodnego producenta Jeffreya Webera po raz pierwszy w studio poczuł się niezwykle rozluźniony i zrelaksowany, a przy tym w pełni skoncentrowany. Okładka pędzla Reida Phillipa Weimera stanowi zapowiedź muzyki jaka nas czeka - pełna paleta barw, odcieni, niuansów oraz znaczeń. Tylna okładka z uśmiechniętym artystą na tle zachodzącego słońca dopełnia czytelnego przekazu ( i nawiązuje do zamykającego lp. "Blues at Sunset") - jest nastrojowo, klimatycznie, pogodnie i z masą pozytywnych emocji.

W naszym kraju Benoit nie jest specjalnie znany (chyba zabrakło lobby z jakimś w pełni zaangażowanym radiowcem / dziennikarzem, który namiętnie puszczałby jego starannie wybrane nagrania), podobnie jak ten album. A w Stanach osiągnął 3 miejsce zestawień albumów jazzowych Billboardu. Jeśli ktoś szuka ekstremalnych wrażeń muzycznych i płyty, która "nie bierze jeńców".... to niech lepiej poczciwego Davida omija szerokim łukiem. Wielokrotnie kwestionowano nawet jego przynależność do jazzu, mimo jego błyskotliwej techniki i naturalnego poczuciu swingu. Jego "falująca" i "skrząca się jak kryształ górski" gra zawsze cechowała się niezwykłą melodyjnością, bezpośredniością i elegancją. Do pewnego stopnia gra "oszczędnie" i z rozmysłem, ale nie "w sposób wyrachowany". Dbając by nie zanudzać słuchaczy starannie dobierał repertuar. W komentarzu dowiadujemy się, że liczne podróże i spotkania były dla niego impulsem do odpowiedniego zestawienia utworów - romantyczny "Waiting for Love" napisał w Fukuoka w Japonii, "Looking Over Eastlake" i "Things Are Getting Better" w Seatle. Obok swoich, znakomitych zresztą autorskich kawałków, chętnie sięga po cudze, starannie wybrane kompozycje, przy okazji coś w nich zmieniając - jak "The Island" legendy z Brazylii Ivana Linsa, iście bajkowy i przepełniony aurą jakby z jakiejś celtyckiej legendy "On Golden Pond" (kłania Clannad i Mike Olfield z "Voyagera") - autorstwa Davida Grusina, którego Benoit określał jako jednego ze swoich "mentorów i bohaterów". Obok mniej popularnych utworów w/w Billa Evansa jak tytułowy i "Knit For Mary F."( wykonywał je tuż przed śmiercią w 1980 w ostatnim trio z Johnsonem i LaBarberą) wybrał jeden ze swoich ulubionych i ciut zapomnianych rzeczy innej legendy fortepianu Dave`a Brubecka - "Kathy`s Waltz" z albumu "Time Out". David nagrał przyjemny i potrafiący przykuć uwagę album. Na przełomie lat 80 i 90 zdarzały mu się pozycje, które niekiedy przesadnie epatowały nowoczesną produkcją i niepotrzebnie "przytłaczały" jego pełny gracji akustyczny styl na fortepianie (i niestety brakowało dobrych melodii - jak na wcześniej wspomnianych "Every Step" i "Urban Daydreams"). Widocznie najlepiej czuł się w bardziej "kameralnym" akustycznym wcieleniu, bliższym starszego jazzu, ale w - kiedy to było potrzebne - subtelnym orkiestrowym sosie.
Załączniki
evan.jpg
evan.jpg (74.38 KiB) Przejrzano 74 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Monstrualny Talerz
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4754
Rejestracja: 24.05.2017, 10:29

Re: David Benoit

Post autor: Monstrualny Talerz »

Coś mi się ten Benoit kojarzył, ale zupełnie nie wiem z czym. Włączyłem kilka kawałków dla sprawdzenia, generalnie przywołuje wspomnienia z amerykańskimi serialami komediowymi z końca lat 80 w rodzaju Pełna Chata czy Bill Cosby Show, tam często były takie przerywniki, że wszyscy wychodzą z domu i w tle leci tak muzyczka. Całkiem przyjemne.
ODPOWIEDZ