Wreszcie ktoś napisał to, co zawsze o "Disintegration" myślałem - dobra płyta, ale nie tak dobra, za jaką się ją powszechnie uważa.
Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
„You can be in paradise only when you do not know what it is like to be in paradise. As soon as you know, paradise is gone.” (John Gray)
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
"Kiss Me" to moja ulubiona płyta The Cure, najbardziej bogata w nastroje, najciekawsza zwyczajnie. Godzi mroczne klimaty i melancholię z pewną dozą optymizmu i szalenie pięknych melodii. Fajnie to się wszystko przeplata, nie wiadomo co za chwilę się wydarzy (w przeciwieństwie do jednostajnie smutnego "Disentigration", choć równie genialnego jednak).
Są na "Kiss Me" że 3 słabsze utwory z "Hey You!" na czele, ale Twoje negatywne wytypowania mnie powaliły, drogi Esforty
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
To są rozbieżności szczegółowe. W pryncypiach dostałem, Twoje wsparcie 
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Też lubię Kiss Me, ale jak dla mnie nie dość, że za klasycznymi pozycjami zespołu, o których już tu pisano, to jeszcze za Wish.
Mnie natomiast bardziej zaciekawiło, jakie utwory esforty usunąłby z Białego Albumu, ale to inna dekada, więc tu nie pytałem...
Mnie natomiast bardziej zaciekawiło, jakie utwory esforty usunąłby z Białego Albumu, ale to inna dekada, więc tu nie pytałem...
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
O Wish, ta ja, akurat mam b. dobre zdanie. Już o tym pisałem.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Wish na pewno ma problem z singlami, nie są już one tak wyraziste, jak na poprzednich płytach.
Sam pamiętam, jak w Trójce, przy okazji premiery płyty Marek Niedźwiedzki podczas prezentacji High powiedział, że to najsłabsza piosenka na płycie, ale całość może być najlepsza w ich dyskografii, jego oponent (już nie pamiętam kto) się z tym nie zgodził, twierdząc, że to jednak zniżka po wspaniałym Disintegration. A potem, jak przesłucham całość (w tym teksty, które sobie tłumaczyłem) faktycznie mnie urzekła. Kiss Me jednak nie ma dla mnie takiej siły rażenia.
Natomiast, co do Białego Albumu, to nie dość, że bym tam nic nie wyrzucał, to jeszcze bym dodał utwory z tego okresu, choćby te z Anthology 3, no i Hey Jude. Oczywiście, pamiętam, że w młodości zastanawiałem się dlaczego nie dali tego singla na płycie zamiast Revolution No.9. Ale teraz doceniam, że właśnie tak zrobili. Kto wie, może potem to nagranie przyczyniło się do rozwoju awangardowej odsłony rocka.
W ogóle dla mnie Biały Album, to jak Exile on Main St. - nigdy za wiele dobrego, w przeciwieństwie do Kiss Me niestety...
Sam pamiętam, jak w Trójce, przy okazji premiery płyty Marek Niedźwiedzki podczas prezentacji High powiedział, że to najsłabsza piosenka na płycie, ale całość może być najlepsza w ich dyskografii, jego oponent (już nie pamiętam kto) się z tym nie zgodził, twierdząc, że to jednak zniżka po wspaniałym Disintegration. A potem, jak przesłucham całość (w tym teksty, które sobie tłumaczyłem) faktycznie mnie urzekła. Kiss Me jednak nie ma dla mnie takiej siły rażenia.
Natomiast, co do Białego Albumu, to nie dość, że bym tam nic nie wyrzucał, to jeszcze bym dodał utwory z tego okresu, choćby te z Anthology 3, no i Hey Jude. Oczywiście, pamiętam, że w młodości zastanawiałem się dlaczego nie dali tego singla na płycie zamiast Revolution No.9. Ale teraz doceniam, że właśnie tak zrobili. Kto wie, może potem to nagranie przyczyniło się do rozwoju awangardowej odsłony rocka.
W ogóle dla mnie Biały Album, to jak Exile on Main St. - nigdy za wiele dobrego, w przeciwieństwie do Kiss Me niestety...
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Tu bym się jednak nie zgodził, bo jeśli tzw. "zwykły słuchacz" kojarzy The Cure - to z dużym prawdopodobieństwem dzięki Friday I'm in Love. Swoją drogą - kiedyś za tym kawałkiem nie przepadałem, a teraz uważam, że to całkiem fajna piosenka - starzeje się człowiek...
„You can be in paradise only when you do not know what it is like to be in paradise. As soon as you know, paradise is gone.” (John Gray)
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Czy coś bym wyrzucił z "Białego Albumu"? Tak. Zdecydowanie (i jedynie) "Ob-la-di, Ob-la-da". Za to dodałbym "Junk", "Child Of Nature", "Not Guilty", "Oh My Love" i "What's New Mary Jane?".
The Cure nagrywając "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" powiesili sobie na ścianie reżyserki podwójne albumy, do których aspirowali: "Phisical Grafitti", "Electric Ladyland", "The Beatles" i "The Lamb Lies Down Of Broadway".
Na "Wish" jedynie "Wendy Time" zastąpiłbym na przykład wspomnianym "This Twilight Garden". A "Fiday..." to całkiem fajna, radosna piosenka zarznięta przez rozgłośnie.
W ogóle "Wish" to dla mnie podium The Cure. Może nawet drugie miejsce zaraz po "Pornography". A i "Całuj całuj całuj" stawiam wyżej niż "Disintegration" (choć jego melancholijny nastrój do mnie przemawia, jest on jednak zbyt "jednostronny" i zbyt długi).
The Cure nagrywając "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" powiesili sobie na ścianie reżyserki podwójne albumy, do których aspirowali: "Phisical Grafitti", "Electric Ladyland", "The Beatles" i "The Lamb Lies Down Of Broadway".
Na "Wish" jedynie "Wendy Time" zastąpiłbym na przykład wspomnianym "This Twilight Garden". A "Fiday..." to całkiem fajna, radosna piosenka zarznięta przez rozgłośnie.
W ogóle "Wish" to dla mnie podium The Cure. Może nawet drugie miejsce zaraz po "Pornography". A i "Całuj całuj całuj" stawiam wyżej niż "Disintegration" (choć jego melancholijny nastrój do mnie przemawia, jest on jednak zbyt "jednostronny" i zbyt długi).
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)

Julian Cope - Fried 1984
okładka duża, żeby nie było wątpliwości, co a(A)rtysta, ma na plecach!
Próżno szukać w zestawieniu, ale niby skąd(?). Polska tv, do granicy przyzwoitości(wszelkiej) eksploatowała, przeróżne Money For Nothing (proszę czytać, jako metaforę, ja do samej piosenki, zarzutów nie mam
Nawet jeśli ten, był filarem/mózgiem formacji, rozpoznawalnej bardziej, mianowicie The Teadrop Explodes, o której debiut Kilimanjaro z 1980 kiedyś się otarłem, jednak
Żeby nie było, ja też tej, Fried, nie znałem do ubiegłego tygodnia. Mnie do tego wydawnictwa, przyprowadziła ciekawość wobec, Fire Escape in the Sky: The Godlike Genius of Scott Walker. To szalenie intrygująca kompilacja Artysty, który wręcz, zabiegał o bycie nie rozpoznawalnym w szerszym kontekście.
Dobrze, wracam do stręczonej, p. Cope. Warto wiedzieć, że materiał ten twórczo/intelektualnie wspierał, niejaki Brian Wilson (ten, właśnie). Ale specjalnie jakoś, nie słychać biczbojsowej aury(?!).
Mnie skojarzeniowo, ciągnie do Marquee Moon- Television. Tu też obywamy się bez krawędzi ostrych, tu też klimat psychodeliczny snuje się pomiędzy nowofalowymi cechami. Jeśli u Television, ślady VU, to u Juliana Cope'a pamięć wybiera, debiut Pink Floyd. Zresztą, recenzenci przywołują ducha Syda Barretta, raczej, zgodnie.
A ja, próbując podkręcić Wasze zainteresowanie płytą, dodam: sam Muzyk, odnajduje Fried w relacji z pierwszymi dwoma Neila Younga
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Poniższy tytuł nie klasyfikowany-

Swans - The Burning World 1989
Kiedy poznawałem tę płytę u kolegi z CD, musiał być już 90 rok. W tamtym czasie inne rzeczy/sprawy zajmowały mnie bardziej niż pobyt w <króliczej norze*>, w którą wpadłem z piętnaście lat wcześniej, wystając i marznąc na łódzkim targowisku przy stoliku, gdzie sprzedawano pocztówki dźwiękowe, by usłyszeć, choć raz, ukochany T.Rex (pisałem już o tym), więc zostawmy to. Ta dygresja po to, by poświadczyć pewną ( z dzisiejszej perspektywy, należy się dookreślenie: szczątkowa) znajomość z muzycznym dorobkiem kultury (tej popularnej) XX wieku.
Gdzieś na przełomie 88 i 89 w radiowej "3-ce" zdarzało się usłyszeć Love Will Tear Us Apart w interpretacji, obfitszej w emocję beznadziejności wobec oryginału, by Swans. Bardzo "leżała mi" ta wersja. No i ... zdarzało się przeczytać o Children of God, jako o najważniejszej płycie zespołu, przerażającym i monumentalnym spektaklu, wyposażonym w teksty, których centralną postacią był Bóg. Taki opis uruchamiał wyobraźnię, ale żeby ją poznać to musiałem poczekać z dekadę.
Zatem The Burnig World, to moja inicjacja ze Swans, w pełnowymiarowym kształcie.
Uległem, uległem od pierwszego strzału. Impregnowany na większość tego, co pochodziło od 4AD, tu nie dałem rady. Prawda, że The Burning..., nie jest aż tak polakierowana, jak wyroby tej oficyny ( dla porządku, Pixies, NIE lakierowane) ale ładunek, takiej właśnie formy oszczędniejszej od Łabędzi, może wywołać migotanie komór, jakoś tak.
Wyszczuplone od patosu ale już nie mroku, piosenki, gdzieś tam przywołujące manifesty smutku Cohena, rezygnacji Casha, za to ściśle ograniczone akustycznym soundem, w gruncie rzeczy.
Bill laswell w roli producenta i przygrywającego na basie, Fred Frith i Shankar na skrzypco-podobnych, w sumie niezła modelarnia.
Przez wiele lat tylko z kasety magnetofonowej, ale... od kilku dni na półce w formacie CD z pierwszej edycji, co trochę kosztowało( wznowiono rzecz jeden raz w 2012), co tam... to był ten jeden z mokrych snów zbieracza.
Uzupełnienie:
Wśród fanów zespołu, płyta traktowana jako kiks Artystów, jako dowód na Ich chciwość( wydano to dla odnogi MCA, dużego koncernu płytowego). Sam Gira nie dopuścił do wznowienia materiału (ale tam są też jakieś wątpliwości co do praw autorskich, Gira nie jest właścicielem całości, bodaj), odżegnując się od tamtej sesji, w kontekście doniosłości dorobku.
Pamiętam też, że podczas tego pierwszego i drugiego odsłuchu, inny z kolegów, widząc mój zachwyt, złośliwe komentował: że to taki B-52's dla chromych. Gościu był, beznadziejnym wielbicielem Fields of Nephilim
Gdzie dzisiaj Swans, a gdzie Fields of Nephilim?
*- królicza nora
= uzależnienie od muzyki
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Też nie rozumiałem nigdy tak ostrej krytyki tego albumu. Uważam, że jest świetny i też chętnie bym przytulił egzemplarz... Mi się nieco kojarzy z Materialnymi emanacjami Laswella - a to są (przynajmniej dla mnie) dobre skojarzenia.
Tak przy okazji - 4AD to jednak nie tylko to gładkie brzmienie kojarzone z Cocteau Twins, Dead Can Dance czy This Mortal Coil (które jednakże lubię) - bo przecież były i Bauhaus, i Throwing Muses, i The Birthday Party, no i wspomniany Pixies...
„You can be in paradise only when you do not know what it is like to be in paradise. As soon as you know, paradise is gone.” (John Gray)
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Bardzo dzięki, Leptirze. Przywołałeś mnie do porządku.
Tak się zafiksowałem dobrodziejstwem The Burning World, że jak widać, wyparłem z pamięci, istnienie na poletku pana Ivo, wymienionych przez Ciebie zespołów i jeszcze kilku innych.
Tak się zafiksowałem dobrodziejstwem The Burning World, że jak widać, wyparłem z pamięci, istnienie na poletku pana Ivo, wymienionych przez Ciebie zespołów i jeszcze kilku innych.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Słuchałem tego dość często jako usypiacza na saksach w Norwegii. Zwykle po trzecim numerze już chrapałem.
Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza, że to była płyta następna po Children Of God.Wśród fanów zespołu, płyta traktowana jako kiks Artystów, jako dowód na Ich chciwość( wydano to dla odnogi MCA, dużego koncernu płytowego).
Coś w tym jest.Pamiętam też, że podczas tego pierwszego i drugiego odsłuchu, inny z kolegów, widząc mój zachwyt, złośliwe komentował: że to taki B-52's dla chromych.
No cóż, Swansi (czytaj Gira) to się coraz bardziej rozmieniają na drobne, albo raczej rozciągają. To ich transowo-rozwleczone oblicze jest bardzo ciężkostrawne.Gdzie dzisiaj Swans, a gdzie Fields of Nephilim?
Zaś McCoy wiedział jak zakończyć z klasą. Nawet ten suplement w postaci Mourning Sun był bardzo przyzwoity.
P.S. Wyróżnię jednak jeden utwór z The Burning World - "Jane Mary, Cry One Tear". To mi się wciąż podoba.
https://www.youtube.com/watch?v=xdQDei6 ... 2Y&index=8
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
Jeszcze a propos chciwości, przypomniało mi się jak jeden z kolegów, będący wielkim fanem wczesnych Swans wybrał się na koncert Angels Of Light (to było w warszawskiej Progresji chyba) i ze zgrozą zaobserwował jak Michael Gira mocno nadzorował swój stragan z towarami. Skwitował to słowami: I ten człowiek nagrał kiedyś płytę Greed?
-
esforty
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4932
- Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
- Lokalizacja: Łódź
Re: Album dekady 1980-1989 (edycja 2022/2023)
No, mógłbym napisać, zgryźliwie nieco:
nie przejmuj się crescent, ja też, tak mam z kilkunastoma tytułami, powszechnie uznawanymi za arcyważne
Zwykła różnica w estetycznych preferencjach, tu nagminne.
Gdybym poznał Children of God, przed The Burning World, pewnie to płyta z 87, byłaby dzisiaj opisywana. Tu zdecydowała chronologia poznawania. Na zimno, istotność wcześniejszej, niepodważalna.
Zarzut celny tylko wobec ostatniej, myślę, The Beggar. Pozostałe:
The Seer (2012)
To Be Kind (2014)
The Glowing Man (2016)
Leaving Meaning (2019)
to płyty ważne w rocznikach, w których się ukazały. Długie- tak, ale nie nudne.
I jeszcze taka deklaracja: Michael Gira, to nie był bohater mojego dzieciństwa. W 90 roku dobijałem do 30-tki i inni u mnie robili za bohaterów. Ale opinii, że to Muzyk znaczący, się nie wypieram.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami