2007 rok to był u mnie rok, w którym poznałem stosunkowo dużo bieżącego materiału i na pewno było to związane z forum Armii. Myślę, że to było tak:
- po raz pierwszy od lat nie wyszło żadne wydawnictwo Armii, Budzego, Tymoteusza ani nikogo "z rodziny", tu więc była nisza do zagospodarowania
- minął właśnie wielki boom polegający na tym, że nawzajem odnaleźliśmy w sobie miłośników dinozaurowych klimatów i już przeanalizowaliśmy wszystkie piosenki z wszystkich płyt Bitelsów

- kolega, który prowadził tam coś w rodzaju plebiscytów rocznikowych właśnie dogonił był rzeczywistość (2006 był ostatnim z przeprowadzanych na bieżąco), a tym samym dobiegł końca pewien cykl poznawania rzeczy, które były
- a jednocześnie trwał apetyt na poznawanie muzyki, a nie tylko słuchanie tego, co już się znało i lubiło.
Tak więc warunki były i choć w moim przypadku "dobra znajomość rocznika" ograniczyła się do może dziesięciu płyt na półce, to i tak później nigdy nie było lepiej; kiedy zarejestrowałem się tu i
gharvelt odpalił plebiscyt 2019, znałem z tego wówczas bieżącego roku jedną płytę, a z bieżącego 2025 mam na półce trzy, same polskie i słyszałem może ze trzy inne, ale nic z nich nie pamiętam. Więc taki ze mnie znawca, że zawsze wszystko poznaję dopiero po latach. Ale w 2007 znałem trochę pozycji i to, jak mówiłem, od wykonawców w żaden sposób nie niszowych, tym bardziej się dziwię, że nie ma o nich dotąd wzmianki.
Zacznijmy tak:
Eddie Vedder - Into the Wild
- piękne i wzruszające muzyczne podsumowanie historii Chrisa McCandlessa opisanej w książce i filmie "Into the Wild". Historia oddziałuje na wyobraźnię i jest tyleż kontrowersyjna, co autentycznie poruszająca; muzyka jest pod każdym względem udana, i jako ilustracja, i jako całkowicie samodzielny byt muzyczny. Być może lubię ją bardziej od wszystkich płyt
Pearl Jam, no ale ja nie jestem fanem. Tej płyty natomiast mogę słuchać w kółko, czego jednak nie robię, bo akurat jej na półce nie mam
Eddie występuje tu jako singer-songwriter, niczym nie epatuje, ujawnia muzykalność i kreuje klimat, jaki roztacza się wokół tego człowieka, który mógłby smutno powiedzieć "I knew the rules but the rules did not know me".
Society, I hope you're not lonely without me...
The White Stripes - Icky Thump
- już przy poprzednim (świetnym, moim ulubionym) albumie pojawiła się supozycja, że to znowu to samo, że fajne, ale powtarzalne. Nie zgadzam się z tym w odniesieniu do Get Behind Me Satan, ale gdyby przypadkiem tym razem ktoś nie miał ochoty sprawdzać, myśląc, że "ostatnia płyta, już nie mieli nic do powiedzenia, darujmy sobie", to ponownie protestuję! To jest nie tylko bardzo dobra płyta, ale też wyraźnie różniąca się od poprzedniczek, ma dużo "dziwnych" akcentów aranżacyjnych, które ubarwiają tradycyjnie garażowe rzężenie. Część ekscentrycznych solówek grają na jakimś starym syntezatorze, ale największym zaskoczeniem jest
kilkunastosekundowe dzikie solo gitarowe w trzecim utworze - dla mnie rewelacja. Są też częstsze niż zwykle zmiany tempa, są "instrumenty różne", jak meksykańska trąbka albo szkockie dudy. I są po prostu dobre numery. Moim zdaniem
The White Stripes nie nagrali złej płyty, a ta jest jedną z najlepszych.
(A ostatecznym dowodem na to, że ta płyta wnosi coś nowego jest to, że po raz pierwszy okładka nie jest w tych samych kolorach

).