Kilkanaście dni temu - a konkretnie 10 stycznia 73 urodziny obchodził jeden z czołowych gitarzystów nie tylko jazz-fusion Mike Stern. Trudno uwierzyć gdy porównamy materiały video czy zdjęcia Mike`a z okresu współpracy z Milesem Davisem (która stanowiła jego "przepustkę" i potwierdzenie wkroczenia do jazzowej "ekstraklasy") ze znacznie późniejszymi, czyli tymi po odwyku. Przełom lat 70 i 80, wspólny czas z Milesem czy z Jaco Pastoriusem sam zainteresowany określał jako: "darkness" czyli "mroku/ciemności". Autoironicznie mawiał o swoich problemach z używkami - "... gdy Miles zapisuje cię na odwyk, to znaczy, że dzieje się coś bardzo ważnego...". Przyznaje, że nie dałby rady w tej walce z nałogiem gdyby nie siła i miłość do muzyki oraz wsparcie najbliższych w tym ukochanej żony (nota bene również świetnej gitarzystki pochodzącej z Monachium) Leni Stern oraz rodziny - z ojcem na czele, któremu dedykował ten album - "Odds or Evens" -czyli "parzyste lub nieparzyste".
Z okładki z nieodłączną gitarą - Fender Telecaster (miała zostać skradziona w napadzie przez jakiegoś bandziora z bronią - później została zrekonstruowana przez zaprzyjaźnionego lutnika) spogląda na nas szczupły, przystojny muzyk z długimi włosami, zabójczo ubrany i z nieco "szelmowską" miną. Widać, że wysiłek włożony w trud zerwania z nałogami się opłacił - stoi przed nami zupełnie inny człowiek. Być może spece od marketingu z wytwórni dali mu do zrozumienia jak ważny jest obok muzyki sam wizerunek - może przypomnieli mu jego "konkurentów" i "przystojniaków" jak Meola, Ritenour i przede wszystkim Pat Metheny, do którego gdy się szeroko uśmiechnął był odrobinę podobny. A skoro mowa o Methenym - zawsze podkreślał, iż w okresie gdy uczył w Berklee - a Mike był jedną z "największych gwiazd" w śród jego uczniów, już wtedy, a Pat był odrobinę młodszy. Wiedział, że w swojej grze ma "TO COŚ" i z pewnością daleko zajdzie. Koniec końców to Stern grał z Milesem, a nie Pat. Po latach w wywiadach wspominał tamte czasy na uczelni, że miął ogromne szczęście do nauczycieli - jeden powiedział mu coś wyjątkowo ważnego - "gdy osiągniesz pewną płynność w muzyce, nikt ci już tego nie odbierze". Na albumach i w niektórych kompozycjach Mike bywał odrobinę do Pata porównywany.
Na Odds są co najmniej dwie niezwykłej urody i pełne czaru muzyczne perły. Pierwsza - uznawana za jego najpiękniejszą balladę czy nawet najwybitniejszy utwór - "Common Ground". Już pierwsze dźwięki głównej melodii utwierdzają nas, że Mike`owi udało się stworzyć rzecz godną zapamiętania. To jeden z TYCH natchnionych kawałków, które można słuchać w nieskończoność. Motyw jak z filmów drogi, fakt - pewne łączniki i subtelne przejścia harmoniczne mogą się kojarzyć z tym co robił Metheny (ile w tym nostalgii i takiego poczucia "wyzwolenia", ulgi). Potem lider przechodzi do ostrzejszego brzmienia przywołując rockowych wymiataczy jak Vai i (jego nauczyciel i mentor) Satriani. Jednak im, przynajmniej dla mnie, zawsze brakowało tej "duszy i serca" - wymiatali...ale nie potrafili mnie specjalnie poruszyć. Gra Sterna i jego motywy mają więcej wyrafinowania (grał ją nawet razem z Brecker Bros - bardziej w stylu grupy Davisa). Drugą perłą, którą długo można się upajać jest kompozycja podarowana mu przez żonę Leni - czyli "Sandbox" / "Piaskownica"