Każdy, nawet ze szkoły pamięta, że "Nektar i Ambrozja" to pokarm bogów. Nazwa "Nektar" była już niestety zajęta przez brytyjski zespół rezydujący od początku lat 70 w Niemczech. Czyli młodym amerykanom została już tylko "Ambrosia". Do tego zespołu dotarłem nieco "krętymi" ścieżkami. Najpierw byłem (i nadal jestem) zakochany w utworze z solowego albumu lidera Kansas - Kerry Livgrena "Seeds of Change" - czyli "Ground Zero". By było zabawniej, przez wiele lat miałem pewność, że to śpiewa Ronnie James Dio. Dopiero znacznie później odkryłem, że to David Pack (moja reakcja - "a kto to w ogóle jest ?") - lider i główna siła napędowa grupy "Ambrosia". Zabawne, bo w delikatniejszych momentach, wyższych rejestrach i lirycznych odcinkach - głosy Packa i Dio są naprawdę uderzająco podobne (nie tylko ja miałem takie wrażenie i pomyliłem obu panów). Dave był niezwykle uzdolnionym multiinstrumentalistą (kolegą szkolnym z pianistą Davidem Benoit - u którego gdy ten sam odniósł spory komercyjny sukces - zaśpiewał na paru albumach "po starej znajomości"
Fani ciut lżejszego rocka-progresywnego jednakże bardzo cenią debiut Ambrosii z 1975. Album został fenomenalnie wyprodukowany przez Freddiego Piro, a inżynierem dźwięku był sam Alan Parsons - nomen omen nominowany do nagrody Grammy za swój wkład. Szczęśliwi z powodu nagrywania pierwszej płyty sami muzycy również zaangażowali się w proces produkcji. Producent z rozbawieniem wspomina, że ich ambicja i dążenie do perfekcji było bliskie "histerii i obłędu" - pracowali na maksymalnych obrotach do oporu - szczególnie perfekcjonista David Pack. Jeden z nich miał paść wyczerpany pod konsoletą i śp. North grał z takim ogniem i oddaniem na organach, że zdarł palce do krwi w trakcie jednej ze swoich partii
Doprecyzowanie i zdefiniowanie ich stylu potrafiło nastręczyć krytykom i fanom sporo problemów. Nieco na wyrost ich rytmiczne i melodyczne "łamańce" porównywano do Yes, Genesis i przystępniejszych Gentle Giant oraz z ich krajanami z Kansas. Na pewno jest w tym troszkę prawdy - lecz młodzi panowie wypracowali własny, naprawdę indywidualny styl. Trudno uczciwie w trakcie słuchania wskazać - że "tu mamy coś z tego zespołu, a tam z innego". To wszystko zostało ubrane w dość chwytliwe melodie i od samego początku sporo zostaje w głowie słuchacza. Wokalizy są tak perfekcyjne i przystępne, że aż człowiek ma ochotę (i to robi) do nich dołączyć. W późniejszych latach znacznie złagodzili brzmienie, pożegnali się z "udziwnieniami" art-rocka, stali bardziej "radio-friendly" i zaliczano ich do grup nurtu "soft-rocka" - lecz nadal pojawiały się śliczne piosenki jak jeden z moich ulubionych "How Much i Feel" (inny utwór o utraconej młodzieńczej miłości, na pomysł której Pack miał wpaść..... gdy szykował sobie kanapkę z dżemem i masłem orzechowym
Najbardziej progresywne pełne zmian nastroju (lecz z zadziwiającą logiką) oblicze zespołu i ich talent kompozytorski, instrumentalny i wokalny możemy podziwiać w "Nice, Nice, Very Nice" (opartym na wierszu Kurta Vonneguta, Jr.), "Time Waits for No One" (tu harmonie wokalne ocierają o wirtuozerię, ale kawałek to też przykład poczucia humoru chłopaków i ich dystansu do siebie - gdyż w środku po romantycznej części utwór przeradza się w radosną i szaloną "la fiestę", mamy mandoliny i okrzyki rozkręcającej się balangi, rytmiczne klaskanie itd. - czyste "kontrolowane" szaleństwo ) i "Make Us All Aware" (tu pierwiastków a la Gentle Giant czy Van Der Graaf mamy chyba najwięcej - a wokal Davida płynnie przechodzi w świdrujący uszy syntezator). Wśród innych ciekawostek należy wspomnieć o cytacie z "Jabberwocky" Lewisa Carrolla w "Mama Frog". Inwencja i młodzieńcza fantazja muzyków wydaje się nie mieć granic. Później już czegoś podobnego nie powtórzyli. Czasy się powoli zmieniały. Należy wspomnieć, że w ramach "rewanżu" panowie pojawili się jako muzycy sesyjni na debiucie Alan Parsons Project - "Tales of Mystery and Imagination". Nie wszyscy wiedzą, że za programowanie syntezatorów był odpowiedzialny młody James Newton Howard - później jeden z największych kompozytorów muzyki filmowej. Nieco psychodeliczną okładkę zaprojektował Eddie Douglas. Dla tych, którzy zetknęli się z Ambrosią dzięki późniejszym pogodnym pioseneczkom - debiut może być niezłym szokiem i przyjemną niespodzianką.