Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Tom Waits
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
janko
pocztówka dźwiękowa


Dołączył: 15 Paź 2011
Posty: 43

PostWysłany: 09.09.2019, 13:03    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Blue Valentine to też jeden z moich ulubionych Waitsów, a na pewno z pierwszego okresu kariery. Dziwi mnie dlaczego często jest tak nisko oceniany.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 12.11.2019, 12:32    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem


Braindogs - "Real Live Brains - Celebration of Tom Waits" 2019

Jakkolwiek Telewizja Polska S.A., nie planuje udziału w celebracji 70-tej rocznicy urodzin Toma Waitsa(07.12.1949), bynajmniej, innym przyszło do głowy uhonorować Artystę. Oficyna XLNT Records (z siedzibą w Polsce!), wydała powyższy tytuł ,mniej więcej, miesiąc temu.
To rejestracja koncertu, który odbył się 07.03.19 w Budapeszcie, konkretnie w klubie A38, mieszczącym się na starej łodzi towarowej, zacumowanej już na stałe, przy jednym z brzegów Dunaju.
Braindogs to septet, a najbardziej znany z muzyków to Ian Siegal, brytyjski gitarzysta, najsilniej kojarzony z bluesem, ale takim z rozszerzonym horyzontem. Rozpoznawalne nazwisko ma też Austriak Ripoff Raskolnikov, będący w równym stopniu gitarzystą co wokalistą. Przy okazji pozostaje też takim freakiem ale mierzonym standardami austriackimi Wink , chyba.
Pozostali: Holender i czterech Węgrów, pozostaną, niejako, anonimowi.
Podobno, wieść internetowa niesie, że Braindogs to nie jest jednorazowy pomysł(początki to 2013), a 2019 rokiem kolejnym rozwijającym tenże. Za to, fonograficznie, dotychczas nie mający dorobku. Rzeczywiście, dobór repertuaru świadczyłby o pewnej orientacji w materii, arcytrudnej, coverowania Mistrza, z zachowaniem standardów wytyczonych przez płyty Toma, a jednocześnie nie osunięcia się w bezmyślne naśladownictwo z cyklu Twoja twarz....
Śpiewa głównie Ian Siegal, czasem oddaje mikrofon główny Raskolnikovowi. Obaj mają głos swoim tembrem przypominający, głos Waitsa. Z jednej strony, dobrze: te numery brzmią wiarygodnie tylko z gardeł, w które pompowano tanią whisky i wciągano trzy paczki Cameli, na dobę... Ale ten kij ma drugi koniec, bo trudniej o atrybut oryginalności.
Inna sprawa, iż tam gdzie popróbowano własnego odczytania piosenek Toma, wyszło, oględnie mówiąc, kaprawo. Oto Dirt in the ground w oryginale wycharczana owym skowyczącym trademarkiem Waitsa a'la lata 90-te i później, oprawiona w zawodzące, a jakże, dęciaki tu zostaje zamieniona w ... koślawą balladę na przecięciu Bryana Adamsa z zespołem Scorpions (brrr...).
Druga próba lepsza, raz że podjęta przy "The house where nebody lives I", piosence, w autorskiej odsłonie, silnie dryfującej ku country(a to nie moja stylistyka), którą tu rozbrojono, a dwa, że podarowano jej iście ognistą interpretację w anturażu Joe Cocker, na trzeci dzień po wycieniowaniu Wink .
Pozostały materiał kupuję bez zastrzeżeń. Otwierająca Goin' out west kolejny raz udowadnia, że mamy przyjemność z koncertowym killerem, rozciągnięte Shore leave i Downtown train celnie wykorzystują potencjał melodii. Cały koncert zagrany profesjonalnie, bez zgrzytów, muzycy lubią to co robią Wink .
I tylko ta publiczność... jakaś zdystansowana co osobliwe przy takim repertuarze zagranym z prawdziwą klasą. Ale A38 to i klub i restauracja jednocześnie. Reakcję słuchających dałoby się spointować stwierdzeniem iż to: kulturalna konsumpcja, jak na weselu w Kanie Galilejskiej!
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1457

PostWysłany: 12.11.2019, 22:21    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo ciekawa sprawa! Nic o tym nie słyszałem, ale z pewnością posłucham jakichś próbek, a potem, kto wie, może trafi na list do św. Mikołaja?


esforty napisał:
Rozpoznawalne nazwisko ma też Austriak Ripoff Raskolnikov

na maksa rozpoznawalne! Very Happy
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 29.12.2019, 13:58    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Real gone 2004


Nie ma najmniejszego powodu słuchania wyłącznie starych płyt, tak jak to robili nasi rodzice.
Tom Waits, wywiad dla San Diego Union Tribune 03.10.2004


Czasy Elektry, kiedy to Waits wydawał siedem płyt w 8 lat, minęły. Nie wrócą. Ale wydaje się, że tym razem Artysta dość aktywnie dba o swoich fanów. W 2002 dwa wydawnictwa, kilka kolaboracji, jakiś proces w sprawie nadużyć reklamowych (tym razem przeciwko hiszpańskiemu dealerowi marki Audi…).
Latem 2004, swoją premierę ma kolejny film J. Jarmuscha „Kawa i papierosy”. To zbiór etiud, w których bohaterowie prowadzą rozmowy w oparach papierosowego dymu i towarzystwie stygnącej kawy. Nas będzie, interesowała ta z udziałem Toma. Wraz z Iggy Popem wiodą dialog o branży muzycznej i własnych dokonaniach. Grają siebie lekko przesterowani w stronę autoironii.
W tym samym czasie Tom aktywizuje się, co osobliwe, na niwie społ-politycznej, wyrażając swój sprzeciw przeciwko reelekcji G. W. Busha. Stwierdza min.:

Uważam, że po wyborze na Prezydenta Stanów zjednoczonych powinno się zwycięzcę zabierać do takiego małego pokoju. I tam powinno się mu wyświetlić film o zabójstwie Kennedy’ego z takiego ujęcia , z jakiego nikt inny go nie oglądał. Powinno się jeszcze zadać jedno pytanie: <Są jakieś pytania?>.
Prawda, że gasi wszelką wątpliwość co do preferencji!?

Potwierdzeniem owej aktywności było również umieszczenie jednego z ważniejszych utworów Real gone, a mianowicie e Day after tomorrow na charytatywnym wydawnictwie Future Soundtrack for America.
Tom Waits, który poznał moc portali streamingowych i chyba pogodził się z tym stanem rzeczy, na dwa tygodnie przed właściwą premierą płyty umieścił materiał na iTune.com. Nieodpłatnie!
Ten krok zupełnie nie zaszkodził sprzedaży albumu. Bo oto 13.10.2004 (tydzień po ukazaniu), tytuł dociera do 28 miejsca na liście Bilboardu. Przypomnę o postrzeganym jako komercyjny wzlot Mule Variations, który dotarł do 30 miejsca(sic!). Tak nieprzydatny w salach tanecznych, Real gone osiąga taki rezultat(!). Ale w końcu, Waits w branży muzycznej to duży gracz.
Nawet jeśli tym razem obyło się bez jakiekolwiek nominacji do Grammy, a recenzje w 3/4 były umiarkowane i wycofane. Chyba to nasze przywiązanie do obiegowej opinii, sprawia że jak nie ma nominacji to jest najwyżej średnie. Magazyn Splendid, ujął to tak:

- ...To niemal wyzwanie rzucone fanom, by nazwali go wyzbytym pomysłów starym prykiem brnącym w swoje muzyczne fanaberie do granic wytrzymałości najzagorzalszych z nich. prawdopodobnie po to, by zrobiło im się niedobrze...

Czy rzeczywiście coś na rzeczy jest?
Najistotniejszą ze zmian jest poszukiwanie inspiracji w obszarze brzmień. Oto Tom zanurzył się w estetyce hip-hopu, tudzież rapu. Przeczesał płytotekę swoich dzieci. Posłuchał kilku specjalizujących się w estetyce stacji radiowych i odnalazł nowe składniki, które podstawił do wzoru, którego rozwiązaniem jest ciekawy album muzyczny.

Dygresja: stąd takie intro tego wpisu, korespondującego ze sporem wiedzionym w innym wątku.
Uspokajam, Real gone nie da się pomylić z tym co robią Wu-Tang Clan czy im podobni. Bardziej idzie o silniejszą niż zwykle więź z ulicznym rodowodem piosenek pomieszczonych na płycie oraz to co biograf Toma Jay S. Jacobs nazwał : <ludzkim pudłem rezonansowym>. Waits ograniczył w pewien sposób obecność sekcji rytmicznej, zastępując tę dźwiękami wydobywanymi z trzewi i gardła. Do swojsko już brzmiących dla fanów zawyć, skowyczących głosek, charkotu gardła dorzucił:
kaszlnięcia, pociąganie nosem, odkrztuszania, splunięcia i rechoty i nie wiem już, co więcej.
Jakimś punktem odniesienia mógłby być Bobby McFerrin. Tylko że to, co u McFerrina służy do ugłaskania słuchacza, u Waitsa odnosi odwrotny wręcz skutek. Jak rezolutnie opisał to recenzent portalu Pitchfork:
Po przesłuchaniu mniej więcej połowy płyty, słuchacz prawie chciałby zetrzeć sobie z twarzy ślinę Toma (cytuję z pamięci).
W innym miejscu dodając równie celnie:
Artysta nie będzie w stanie powtórzyć dokładnie tych samych dźwięków. Ponowne nagranie płyty w takim samym kształcie jest nieosiągalne!

Trzeba też wspomnieć o braku pianina. Jak wspomina Tom:
I taboret i pianino wtaszczono do studia (jakiego studia??? Nagrywano w opuszczonej szkole). Moja teoria mówi, że jak się o nich zapomni, to zaraz będą potrzebne. Ale nawet za nim nie usiadłem. Po prostu jakoś nie pasowało.

Początek płyty jest bury, symptomatyczny dla pozostałej zawartości. Poplątany bas, roztrzęsione gitary, hałas skretchy i Waits bardziej melorecytujący niż śpiewający w otwierającym Top of the Hill. Drugi Hoist that rag w zasadzie podobny, wzbogacony o dźwięk trąbki (wypreparowane zapewne przez Caseya Waitsa z innych płyt) podbija hermetyczność wydawnictwa .
Potem osobliwie długi Sins of father, podpierający się lekko pulsem reggae (ozdobnik rzadki w twórczości Toma) jako całość nawiązujący jednak silnie do tego, co znamienne w dorobku.
Kolejny Shake it stawia właśnie na <Ludzkie pudło rezonansowe> . Z tego budulca jest także kolejny Don’t go into the barn, któremu ofiarowano w warstwie lirycznej kolczastą gawędę, zapadającą w pamięć. How’s it gonna end - pierwszy na płycie, do którego można się przykleić. Oprawiony dodatkowo (co jest świetne!) w chór złożony ze skowyczących Tomów Waitsów .
Dalej mamy taneczną (tak twierdzi Tom) i wykaszlaną wersję tego, co w latach 70-tych wyniosło do sporej sławy południowo-afrykańskiego szansonistę Johna Kongosa.
Dead and lovely jak sam tytuł sugeruje jest ciągnącą się niemal przez 6 minut, obowiązkową dla Artysty, balladą o dziewczynie, która zaufała nie temu facetowi… Porcją czułości by Waits
Kiedy docieramy do Green Grass, musimy tę porównać (tytuł, linie taktowe) do doskonalszej w każdej warstwie All The World Is Green. Jest ckliwiej, niebezpiecznie, nawet jeśli pogwizdujący podmiot miałby sugerować pewną dezynwolturę wobec faktu rozstania.
Szczęśliwie następne: Baby gonna leave , króciutki Clang boom steam i smakowity Make it rain uniemożliwiają wyjęcie płyty z odtwarzacza.
Finał płyty to (w warstwie tekstowej bezsprzecznie najważniejszy na płycie) Day after tomorrow.
Ta wyżej wspomniana piosenka z albumu charytatywnego jest listem do domu żołnierza będącego na <nie swojej wojnie>. Jest protestem przeciw wysyłaniu swoich synów na wojnę. Jakąkolwiek.
Oprawiona zasadniczo w dialog ledwie dwóch gitar. Z czego jedna (Ribot zapewne) czasem zmierza do improwizacji godnych różnych płyt dekady.
Jest jeszcze utwór zrobiony(nie odważę się na : <zaśpiewany>) a cappella - Chicka-boom.I jest to a cappella, którego nie powstydziliby się Manhattan Transfer.
Oprócz wspomnianych już: Marca Ribota, syna Waitsa- Caseya do udziału w rejestracji materiału zaproszono też: Larry’ego Taylora, Les Claypoola, Briana Manti'ego oraz grającego na gitarze i banjo Harry’ego Cody’ego.
Jak wspomniałem recenzenckiego entuzjazmu (struna oczekiwań mocno naciągnięta) tym razem Tom nie doświadczył.
Zaś ja…
Początkowo była to dla mnie dziwna - niekiedy zniechęcająca, a czasami wciągająca płyta.
Nie przywodziła na myśl tak zwanej genialnej. To znaczy takiej, której słucha się jednym tchem.
Mimo to nawet się nie zorientowałem, kiedy piosenki te pochłonęły mnie bez reszty. Jeżeli w ogóle można tutaj mówić o piosenkach. Styl wydawnictwa nieco taką systematykę zaburza. Kawałki unurzane w błocie codzienności, niekiedy zaś tak szalone, że łatwo je wziąć za kronikę koszmarów nocnych.
Wobec twórczości Toma Waitsa jestem jak… uboga portugalska wieśniaczka, która widzi Matkę Boską. Nie chcąc zobaczyć nic innego. 8/10.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami


Ostatnio zmieniony przez esforty dnia 29.12.2019, 17:42, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 29.12.2019, 14:02    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jeszcze Tom na filmowo:
https://www.youtube.com/watch?v=Oncg1WJP8uU&feature=youtu.be
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1457

PostWysłany: 30.12.2019, 22:49    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Real Gone to niezwykła płyta, pełna tego brudu, może i ulicznego, może charczenia i spluwania, może ludzkiego pudła rezonansowego - niby dość typowa dla późniejszego Toma, ale jakby bardziej ekstremalna. Generalnie - budzi mój entuzjazm słuchana w częściach oraz zmęczenie słuchana w całości. Obawiam się, że Tom Waits wpadł tu w tę samą pułapkę, co Kazik w większości wydawnictw ostatnich 20 lat, czyli nieumiejętności selekcji. Nawet jeżeli wszystkie utwory byłyby super (a nie są, umówmy się, czego koronnym przykładem ten All The World Is Green bis), to nie wiem, po co zapychać kompakt 70 minutami dość podobnej do siebie muzyki. Blood Money i Alice w 40 minut z hakiem dały radę i czuję, że w tym przypadku też dałoby się osiągnąć efekt bardziej skonsolidowany, a przez to w wyrazie nawet mocniejszy.

Tym niemniej - jest w czym przebierać. Wspaniały jest drugi utwór, Hoist That Rag, nie mam pojęcia, o czym tam śpiewa, ale brzmi to dla mnie jak jakiś przejmujący lament... I zaraz potem ten świetny 10-minutowy Sins of My Father. Pulsacja rege, mówisz? Może trochę, ale mnie przede wszystkim zadziwia, że to tak długo się ciągnie, a w ogóle się nie nuży. I zdaje się, że baardzo ciekawy tekst mi tam przebija, he got right into the religious business, jak to zapowiedział na Big Time Wink
Trzeci z moich faworytów to chyba Make It Rain, piękna rzecz.
Fajny też ten hidden track a capella.


A jak z ostatnim albumem, jak mu tam... Bad As Me... zawalczy w podsumowaniu dekady?


Crazy napisał:
z pewnością posłucham jakichś próbek, a potem, kto wie, może trafi na list do św. Mikołaja?

o nie, skleroza Sad Ani Mikołajowi nie napisałem, ani nie posłuchałem.
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 31.12.2019, 09:49    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Którym znajomość twórczości Waitsa nie ciąży, zdarza się pomyśleć w duchu tzw. etosu producenta, czyli <praca z nożyczkami>.
W zasadzie i ja wierzę, że krótszy Real gone, byłby bardziej odlotowy.
Ale jak by mnie pytano co pominąć to... zagwozdka!
Później to, znalazłoby się na jakimś <Brawlers... >Wink, a ja ślinił się(!)- jakie to mocne(!).
Bad as me na dekadowej liście będzie, jasne. Może nawet uda się do końca stycznia z jakąś refleksją osobistą, na temat.
Tyle, ze ja już nie jestem taki zadaniowy jak ongiś.
W sprawie Braindogs , Mikołajowi zełgaj Wink, że nawaliła poczta, ot.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 29.01.2020, 10:35    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bad as me 2011



Kiedy w roku 2006 dziennikarz The Guardiana, Sean O’Hagan zadał pytanie:
Tom, która z twoich płyt, była tą pierwszą trzeźwą płytą?
Chwilę czekał na odpowiedź, Artysta zamyślił się i zaczął:
Cóż, jeśli ma to znaczenie dla kogokolwiek innego niż ja ...” przerywa na moment, po czym kończy „… Nie wiem, czy chcę na to odpowiedzieć. To rodzaj osobistej rzeczy”.

Słuchając Bad as me, myślę że Waits przechodził nawrót , nie ten alkoholowy, a artystyczny. Zachowując zdrową wątrobę, zatoczył koło i przypomniał sobie jakich patentów używał w latach 70-tych(choć nie tylko), pisząc swoje piosenki. Tym samym tarasując sobie drogę ku kolejnym szalonym ideom, o które podejrzewali go fani. Co mógł jeszcze zrobić , by udziwnić swoje płyty?
Nauczyć się gry na instrumentach robionych z tykwy calabashu, kory i trzciny, opanować arabską skalę muzyczną i pentatonikę? Studiować sufizm?
Na płycie z 2011 Waitsa eksperymentatora nie usłyszymy, raczej. Facet tym razem dokonuje retrospekcji i kiedy śpiewa (Last leaf):

Jestem ostatnim liściem na drzewie
Jesień zabrała resztę, ale nie zabierze mnie
Jestem ostatnim liściem na drzewie…


to wiemy, iż akceptuje nadejście tej jesieni. Ale to żadna, twórcza rezygnacja, nawet jeśli kiedy słyszę Kiss me to myślę o Blue Valentaine, a kiedy wybrzmiewa New Year’s Eve to pamięć odwołuje się do In the neighborhood. To te odniesienia bezpośrednie, ale i pozostałe też sprawiają, że do głowy zakrada się francuskie deja vu.
To jest bardzo gitarowa płyta, słychać to wyraźnie. Nawet jeśli zadziorne otwarcie, w postaci Chicago upstrzone dęciakami, to budulcem najważniejszym są akordy gitarowe, per saldo(!).
Pociąg ruszył… ale jakby wbrew tekstowi… do tyłu. Raised right men , tu <palacz lokomotywy> Waits oparty o ścianę organów Vox sypie węgiel do kotła. A propo … węgla… w tekście znajdziemy smakowity one-liner:

... dobra kobieta może zamienić w diament brudną grudę węgla...

Znam takiego Toma, znam Jego osobliwy falset, Jego słabość do amerykańskich gatunków muzycznych i ciągle daję się zaskoczyć . Face to the highway podciąga moją uwagę i gasi wątpliwość dotyczącą kreatywności Mistrza, stając się tą ulubioną z wydawnictwa.
Jakkolwiek na wizytówkę, albumu namaszczono Hell broke luce, która tematycznie odwołując się do Day after tomorrow zasila zbiór piosenek żołnierskich Toma, nie mających precedensu jakościowego w fonografii .Umówmy się! Bezsens wojen wyśpiewywano już wielokrotnie, ale tu ten bezsens został: wytupany, wyszczekany zębami i wypluty. Songs of resistance 1942-2018 podpisana w 2018 roku, przez Marka Ribota, uzmysławia jak bardzo grząski to grunt Wink.
Koniecznie trzeba wspomnieć o piosence Satisfied , będącej kontrapunktem wybornym dla wiadomej piosenki Kamieni. Zwraca się Tom, w pewnym momencie nawet personalnie do Jaggera i Richardsa, słowami już to czułymi , już to ostrzegającymi : że i oni niczego już nie muszą…
Zaś adresaci słów, wzięli sobie te do serca i kilka lat później wydali Blue & Lonesome, którą szyto z podobnej nostalgii.
Gdyby Satisfied pozbawić inkrustacji właściwych Waitsowi, mogłaby ozdobić którąś z ich płyt. Dodatkowym smaczkiem jest udział Keitha R. w rejestracji tej i trzech innych pomieszczonych na płycie. Ponadto w sesji: Mark Ribot, Larry Taylor, syn Cassey, Les Clayopol z tych oczywistych dla Toma a z tych oczywistych mniej to : Charlie Musselwhite, Flea czy David Hidalgo (<ostatnio> widywany w Los Lobos). Dobór instrumentów, tym razem mało egzotyczny, a wręcz klasyczny dla Artysty.
Zabrakło wprawdzie, za heblami Oza Fritza i niewiele, ponad lakoniczne: <poprawne>, wobec tej nieobecności da się wyartykułować.
Podejmując próbę rekapitulacji Bad as me posługuję się wersją de luxe, rozszerzoną o trzy piosenki na dodatkowej płycie. O tych da się napisać, że są… albo, że nie są żadnym przeskakiwaniem płotu <zagrody Toma> , a raczej, tego płotu przemalowywaniem.
Przyznaję, bardzo zaskoczył mnie medialny rozgłos wydawnictwa. Skąd nagle to zainteresowanie i aż taka atencja? Może, tłumaczyłem sobie, brak powikłanych metafor w użytej liryce, a nadto pewna potoczystość materiału kusiła recenzentów. Bo rzeczywiście, nie otrzaskanym z Waitsem, można by zasugerować Bad as me na pierwszą randkę z Tomem. Z drugiej strony pisali też Ci, których ja autorytetu i kwalifikacji nie jestem w stanie podważyć.
To o co chodzi?
Odpowiedzi, myślę, udziela Tom Waits (podprogowo, czy jakoś tak), zwracając się do tych beznadziejnie uwikłanych w swoją twórczość :

Uświadomiwszy sobie, iż w tej branży jestem ponad 40 lat, spojrzałem za siebie i przyszło wzruszenie.
I to właśnie, to wzruszenie nie pozwoliło mi ścisnąć Was, za gardło!


Ocena:7,5/10
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1457

PostWysłany: 31.01.2020, 22:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Super wpis o bardzo dobrej płycie!
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1457

PostWysłany: 22.08.2020, 15:07    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ale co powiedzą fani Waitsa w temacie tego, że ich bohater owszem jest jedyny w swoim rodzaju, brzmi unikalnie i bezkompromisowo - ale jednak nie do końca, bo przecież czasem brzmi jakby bardzo zasłuchany był w Kapitana Beefhearta? O głos mi chodzi oczywiście, bo pod innymi względami to jednak odczuwam twórczość Toma jako w pełni oryginalną. Kiedy Waits zaczynał, brzmiał z pewnością inaczej, ale zdaje się, że później zetknął się z twórczością Kapitana i bardzo na niego wpłynęła, a już na takich płytach, jak Bone Machine albo Real Gone charkot Waitsa potrafi brzmieć całkiem po kapitańsku.

Ja tam z pewnością wolę Toma Waitsa, ale Captain Beefheart jest w kontekście jego twórczości postacią z pewnością pierwszoplanową.
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 22.08.2020, 16:16    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Swordfishtrombones szczególnie często odczytywana w tym ujęciu.
Ja dystansuję się od poglądu takiego. Co z tego?
Tom sam czasami przywoływał w wywiadach Beefhearta, jako inspirację.
Jeśli już, to bardziej pasuje, subiektywnie, soundtrack z Night on earth.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group