Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Psychodelia
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 9, 10, 11  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Monstrualny Talerz
remaster


Dołączył: 24 Maj 2017
Posty: 2170

PostWysłany: 15.05.2020, 14:42    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

MirekK napisał:

Tego się nie da wytłumaczyć, ani w żaden obiektywny sposób zweryfikować, ale na tej płycie jest coś takiego, taki ma ona klimat, takie brzmienie, że uważam ją za psychodeliczną


Więc dla każdego ten sznyt psychodeliczny będzie nieco inny, można też dyskutować o "ilości psychodelii w psychodelli". Dlatego też, gdyby dziś miała powstać taka lista jak z topu z 2010 r. należałoby albo pójść na żywioł i dopuścić co kto uważa (i mógłby zrobić się bigos), albo jednak zaufać wyczuciu osób bardziej czujących klimat jak np. Greg.

MirekK napisał:


O jakiej liście piszesz powyżej? Top zestawienia psychodelicznego 1966-69?
A czy ten Deee-Lite to nie jest z przełomu lat 80-tych i 90-tych?


Tak, tak o liście, bo tam toczyły się sążniste dyskusje o przynależności gatunkowej i czasowej.

Ja sobie dziś przesłuchałem tak często ostatnio przywoływany Kak - bardzo fajne, rzeczywiście poza tymi dwoma balladami z naleciałościami country. A teraz słucham Slayera, jakoś mnie naszło nie wiadomo z jakiego powodu Confused
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 15.05.2020, 19:10    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ktoś tam napisał, ze na liście praktycznie są wszystkie płyty wydane w drugiej połowie 60-tych lat. Faktycznie racje miał Bartosz nie ustalono pewnych zasad, tylko czy dałoby się je ustalić?
Dlatego myślę że rocznikowe albo dekadowe listy mają sens ale tutaj to właśnie było pójscie na żywioł.

Choć z drugiej strony prawie na każdej płycie z tamtego okresu jest trochę domieszki psychodelii. Znając życie najpierw byśmy dyskutowali "o ilości psychodelii w psychodelii na danej pycie" co mogłoby doprowadzić do zgrzytów. I nie wiem czy wstępna lista by powstała.

Co do tamtego głosowania, jedynie dobrze się stało, ze nie wygrała pyta zawierająca muzykę z domieszką psychodelii, bo to by nie stawiało naszego forum w pozytywnym świetle. Wink
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 31.05.2020, 12:55    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

JEFFERSON AIRPLANE - Surrealistic Pillow /1967/



Gitarzysta Grateful Dead, Jerry Garcia opisał brzmienie tego albumu jako tak surrealistyczne, jak opadająca w puchu miękka poduszka. I ma w dużej mierze rację, bo jak poznamy ten zestaw to z łatwością znajdziemy mnóstwo surrealistycznych nutek, które unosząc się w powietrzu, tworzą lekki krąg puchowego dymu. Na przykład „Comin’ Back to Me”, napisane przez lidera grupy, Marty Balina, brzmi jak spokojny, lekko wietrzny las delikatnie śpiewający hymn. Tylko gitara i towarzyszący jej flet ukazują nam przemyślane obrazy. „Spacerując po wzgórzach z widokiem na brzeg/Zdaję sobie sprawę, że byłem tu wcześniej/Cień we mgle mógł być kimkolwiek”.
Albo ”How Do You Feel” to kolejna perełka z wykorzystaniem fletu, który ciągle pobrzmiewa w tle numeru. Szczególnie ciekawe jest zastosowanie echa w wokalu i sposób w jakim dociera to do twojej głowy, zwiększając potrójność melodii. Środkowa część instrumentalnie nasila się, a wokaliści rozpadają się na boki. Marty Balin przejmuje wokal a Grace Slick przechodzi na zaplecze. I co ona robi?! Sposób w jaki używa swojego głosu jako instrumentu, trzymając pierwszą nutę stabilnie i dodając niezbędnych smaczków do sekcji instrumentalnej godny jest wysłuchania. Zresztą wokalne rozgrywki są na tej płycie wielkim smaczkiem.

wiecej na blogu
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 05.06.2020, 19:41    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

TOUCH - Touch /1969/

Lider grupy Don Gallucci jako 14 latek brał udział w nagraniu numeru "Louie, Louie" grupy The Kingsman ale to 1963 rok.
Po paru latach i zmianach jakie wydarzyły się wokół Gallucci ze swoją nową kapelą nagrał płytę będącą mostem między psychodelią a progresywnym rockiem, można rzecz że zespół jak i płyta były pierwsze na amerykańskim rynku grające taki mariaż. To jest brakujące ogniwo i jest samo w sobie klasą. Pobrzmiewają tu echa "Renaissance" Vanilli Fudge ale całość ma większą lekkość. Zaskakują w utworach dźwięki wydobywające się z keyboardów oraz fakt, że gitara raczej jest freakowa niż tradycyjna. W książeczce do płyty słowo napisał Kerry Livegren (Kansas) : Po raz pierwszy usłyszałem Touch, kiedy wracałem z koncertu w zachodnim Kansas w 1969 lub 1970 roku. Było to około 2 nad ranem i słuchałem stacji AM z Arkansas. W czasie "Seventy Five" musiałem zjechać z drogi i wysłuchać tego na spokojnie. Następnego dnia kupiłem tą płytę. To co napisałem dla swojego zespołu oraz zaaranżowałem wziąłem z grupy Touch. To było genialne i wtedy było już o wiele za daleko dla amerykańskich zespołów progresywnych.
Co ciekawe gdy grupa nagrywała ten lp. w studio pojawiali się różni muzycy: Grace Slick, Mick Jagger i Jimi Hendrix, który podobno tak był zafascynowany tym dźwiękiem, że przesiedział w studio do końca sesji.
Jak kogoś zainteresowało to zapraszam do wysłuchania.

https://www.youtube.com/watch?v=lCRR1pWcbJo


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 10379

PostWysłany: 05.06.2020, 20:40    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Przy okazji reedycji w 2012 r. napisałem:

Niezwykły album, a tym samym jeden z przykładów na poparcie tezy, że koniec lat `60 był w muzyce rockowej czasem wizjonerów, awangardzistów i eksperymentatorów. Takimi byli muzycy i producent jedynej płyty grupy Touch, będącej syntezą rocka, jazzu, muzyki klasycznej, marihuany i LSD. Podobno Hendrix był świadkiem nagrywania utworu otwierającego płytę, a po tym co usłyszał, zapragnął natychmiast poznać cały zarejestrowany uprzednio materiał - do tego stopnia, że gotów był bez wahania zapłacić za wydłużenie dnia pracy obsługi studia. Zaś Mick Jagger w podobnej sytuacji po prostu zarezerwował czas tego studia na potrzeby zmiksowania „Beggar`s Banquet”. Album Touch zrobił duże wrażenie po obu stronach Atlantyku, co przyznawali muzycy zespołów takich, jak Kansas, Yes czy Uriah Heep. Nagrania z tej płyty przywodzą jednak na myśl prawdziwych gigantów progresu np. „Friendly Birds” mogłoby znaleźć się wśród nagrań Genesis, ballada „Alesha and Others” rodzi skojarzenia z VDGG, a słuchając tych i innych utworów nie sposób odnieść wrażenia, że King Crimson nie byli wcale aż tak pionierscy. Wszystkie te muzyczne formy ubrano w bogate brzmienia (pojawiają się nawet organy piszczałkowe), a dodatkowo zanurzono jeszcze w gęstym psychodelicznym sosie, czego przykładem sztandarowym jest szczególnie wyróżniający się, kilkuczęściowy „The Spiritual Death of Howard Greer”, gdzie mieszają się melodyjne motywy a la Iron Butterfly z walcowaniem w stylu Vanilla Fudge. Płyta, której opis zawiera tak szlachetne konotacje, stała się jednak tylko zapomnianym epizodem historii rocka, pogrzebanym przez sam zespół, który zrezygnował z koncertowej promocji albumu, nie wierząc w możliwość osiągnięcia na żywo brzmień wypracowanych w studio. 43 lata później Esoteric Recordings nadaje tej perle nowy i pełny blask dorzucając do podstawowego materiału garść nie ustępujących mu bonusów, które powstały w czasie tej samej sesji nagraniowej (z wyjątkiem jednego fragmentu muzyki filmowej nagranej w 1973 roku). Dla luminarzy psychodelii i rocka progresywnego pozycja obowiązkowa.
_________________
In pfecutione. extrema S.R.E. fedebit.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 21.06.2020, 12:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

MONKS - Black Monk Time /1966/



Garażowy rock zaczął się od Monks i to z pewnością można stwierdzić słuchając ich debiutanckiej i niestety jedynej płyty. To samo w sobie może nie jest tak interesujące, jak bardziej ciekawy jest sposób mieszania popowych dźwięków lat 50-tych i wczesnych lat 60-tych z surową, dziwną i szaloną kreatywnością wzbogaconą dzikim wokalem. Tu obok energicznych fraz czasami pojawia się jodłowanie lub harmonijnie spójne nucenie. Dziwne brzmienie gitary za sprawą wykorzystywania feedbacku gitarowego prowadzi do kakofonicznej furii mającej ogromny ładunek energii. Warto wspomnieć, że zakotwiczony w Niemczech Gary Burger używał feedbacka niezależnie od działających na scenie brytyjskiej zespołów, The Kinks czy The Troggs. Kto był pierwszy? Niech rozstrzygną historycy.
Jak przyłożymy ucho do nagrań z płyty „Black Monk Time” usłyszymy dźwięki banjo ale wykorzystane w niepośledni sposób. Otóż drugi gitarzysta zespołu Dave Day jest jednym z niewielu muzyków rockowych w historii muzyki, który zamienił gitarę elektryczną na banjo. Dave nagłośnił je na dwa mikrofony i stroił jak normalną gitarę, co dawało porażające, trzeszczące brzmienie. Nie znajdziemy żadnych konkurentów w tamtych latach dla mrocznej, schizofrenicznej muzyki zawartej na tej płycie. Podobne dźwięki zaczną pojawiać się dopiero dziesięć lat później, gdy na scenę wejdzie kolejna rewolta.
więcej na blogu

https://www.youtube.com/watch?v=5jC4D6DYMSg
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
SafeMan
kaseta FeCr


Dołączył: 29 Paź 2019
Posty: 201
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: 21.06.2020, 12:22    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Poznałem tę płytę zaraz po zapoznaniu się z ogromem pozycji post-punkowych i byłem w szoku, jak bardzo Monks wyprzedzili swoje czasy.
_________________
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 28.06.2020, 11:07    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE ELECTRIC BANANA - The Complete De Wolfe Sessions

Nagrania dokonane przez zespół The Pretty Things w latach 1967-1978 ujawniły się w postaci płyt „The Complete De Wolfe Sessions” a zostały nagrane pod pseudonimem, The Electric Banana. Utwory te przeznaczone były głównie do użytku telewizyjnego/filmowego, w tym m.in. muzyki do filmu „Swinging Southport” Normana Wisdoma.
Chłopaki z The Pretty Things to byli niesamowici goście. Jedynym dowodem na potwierdzenie tego stwierdzenia jest to, że mniej więcej w tym samym czasie, w którym zarejestrowali genialnego „S.F. Sorrow”, udało im się również opracować wysokiej jakości album z muzyką dla De Wolfe Music. Powodem, dla którego The Pretty Things stało się pożądane do dostarczenia muzyki wykorzystanej w filmach i telewizji, było zmienianie się trendów w latach 60-tych. Istniejąca masa utworów była odpowiednia do nastrojowej muzyki a tutaj pojawiało się zapotrzebowanie na zupełnie inną, bardziej dziwaczną muzykę pop, będącą doskonałym podkładem do wszelkich mistycznych tańców pełnych kwasowych odlotów. The Pretty Things właśnie to zrobili.

więcej na blogu


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 16.07.2020, 19:59    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE OTHER HALF - The Other Half /1968/

Grupa The Other Half powstała w Los Angeles ale po krótkim czasie przeniosła się do San Francisco. Ich muzyka była pod silnym wpływem brytyjskiej grupy rhythm and bluesowej, The Yardbirds. Zresztą gitarzysta Randy Holden miał szansę zastąpić Jeffa Becka przed dołączeniem do The Other Half.
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych ruch Flower Power był u szczytu i w pełni rozwijał się na Haigh Ashbury. Ale The Other Half nie byli łączeni z zespołami z San Francisco, takimi jak Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service czy Jefferson Airplane.
Styl The Other Half w krótkim czasie zmienił się z typowo garażowego brzmienia opartego na wokalu na jeden z najgłośniejszych dźwięków tamtych czasów, a wszystko to sprawił były gitarzysta Sons Of Adam, Randy Holden. Ich brzmienie zostało porównane do The Yardbirds i zawierało elementy bluesa, hard rocka i wschodnich wpływów melodycznych.

więcej na blogu


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 02.08.2020, 17:39    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE ELECTRIC FLAG - A Long Time Comin' /1968/

W muzyce i sztuce jest wiele tragicznych historii, jest zbyt wiele przedwczesnych śmierci utalentowanych muzyków i artystów i niestety bardzo częsta przyczyną tego stanu rzeczy są narkotyki. Nie ogranicza się to do żadnego gatunku, a nawet do żadnego stulecia-jest to coś co wydaje się nękać artystyczny temperament i co powoduje najpierw entuzjastyczne wyzwolenie a potem… przepaść i samotność.
Chciałbym więc zacząć od napisania paru słów o Michaelu Bernardzie Bloomfieldzie, który zmarł 15 lutego 1981 roku w wieku 37 lat. To heroina zrujnowała karierę Mike’a Bloomfielda i to narkotyki go zabiły. A jak się cofniemy do 1965 roku, Bloomfield był prawdopodobnie najlepszym gitarzystą na świecie, mającym już swój styl a także grający z wielkim wyczuciem i oddaniem. Grał w The Paul Butterfield Blues Band i budował reputację świetnego muzyka. Zagrał na jednym z największych albumów wszech czasów-”Highway 61 Revisited” Boba Dylana oraz występował wraz z nim na słynnej elektrycznej trasie po Anglii. Ale usłyszymy go również na epickiej płycie „East-West”, The Paul Butterfield Blues Band, gdzie połączył muzykę indyjską z jazzem i chicagowskim bluesem.
Aż nadszedł czas na założenie swojego własnego bandu. The Electric Flag, grali nie tylko bluesa, ale wspomagani świetną sekcją dętą umiejętnie połączyli: soul, rhythm and blues i muzykę psychodeliczną w oryginalną całość.
A co to był za skład!
Mike Bloomfield-gitara i wokal, Harvey Brooks-bas, Barry Goldberg-instrumenty klawiszowe, Buddy Miles-perkusja, Nick Gravenites-gitara i wokal, Michael Fonfara-instrumenty klawiszowe, Herb Rich-saksofon barytonowy, Stemsy Hunter-saksofon altowy, Peter Strazza-saksofony i Marcus Doubleday-trąbka. A przynajmniej wszyscy oni pojawiają się na debiutanckim krążku grupy zatytułowanym „A Long Time Comin’”.
Płytę rozpoczyna głos prezydenta Lyndona Johnsona wygłaszającego przemówienie przed Kongresem, a mówiącego o „godności człowieka”, gdy jego przemówienie przerywa ochrypły śmiech, oklaski i dźwięk The Electric Flag prowadzący do porywającego otwieracza „Killing Floor”. Oryginał Howlina Wolfa dotyczył destrukcyjnego związku z kobietą, zespół Mike’a Bloomfielda przedstawia Amerykę jako niszczycielska damę, a tytułową „podłogą śmierci” staje się wojna w Wietnamie. Obecność Bloomfielda jest ugruntowana od samego początku dzięki jego charakterystycznemu brzmieniu i stylowi mocno osadzonemu w chicagowskim bluesie, ale to nie tylko-te dźwięki są takie eleganckie, takie wypełnione dostojeństwem a nawet gdy gra ostro i ochryple, te nuty wznoszą się ponad wszystko. Reszta ekipy żwawo podąża za gitarą i zaglądając w każdy zakamarek wypełnia cały utwór dostatkiem.
Niemal królewski początek utworu „Groovin’ Is Easy” to idealnie zsynchronizowane instrumenty dęte z perkusyjnymi uderzeniami z dramatyczną intensywnością. Gravenites jest tak gładki w tej piosence jak jedwab, dopasowuje swoje frazowanie do przodu i do tyłu, ale zawsze jest uzależniony od rytmu. Piosenka ta oparta jest na jego klawiszach, a ten pop soulowy numer jest majstersztykiem albumu. W „Over-Lovin’ You” wokal bierze Buddy Miles. Piękny ma głos a piosenkę tą śpiewa z cholerną radosną energią. Ale najważniejszą w tym utworze jest gra Brooksa na basie. Mocna, pełna polotu i zadziornej werwy kontrastuje z resztą nagrania. Zresztą podobnie jak w „She Should Have Just”, jego bas jest zachwycająco słyszalny a zagrana w średnim tempie melodia wzbogacona zostaje strunami i pluskami hiszpańskiej gitary.
Oddająca doskonale ducha zabawy „Wine” kopie w tyłek już od pierwszych taktów. Tu jest fantastyczna praca Bloomfielda. Ta rozdarte solo idzie w górę, w dół, oplata całą przestrzeń i długo jeszcze tkwi w moich uszach. Te niewiarygodne dźwięki są nagrodą słuchania, są nagrodą umieszczenie tej płyty w swoich zbiorach.
Dęciaki prowadzą swoje kolory, gitara kąśliwie podbarwia linie a Buddy Miles śpiewnie wypełnia środki w „Texas”, bluesowo rockowym killerze. Cudownie uwodzicielska gitara utwierdza tylko w mnie w przekonaniu, że Bloomfielda to ja mogę słuchać bardzo często, zdecydowanie jego dźwięki wtapiają się w mój umysł i dobrze tam się czują. Rozpoczynająca się grzmotem i ciągłym deszczem „Sittin’ in Circles” jest zdecydowanym klimatem San Francisco i epoki Flower Power. Forma ballady z delikatnym soulowym puchem wypełnia nastrój radości i optymizmu. I pomimo pojawiających się ostrych zniekształceń gitarowych zabójczych dla nastroju to nadal jest mocna psychodeliczna ballada. A „You Don’t Realize” to znowuż bardziej zwarta i spójna ballada o czystym soulu. Świetny wokal Buddy’ego Milesa ładnie współgra z resztą kompozycji a sekcja dęciaków mile buja w tym duchowym klimacie.
Pod całą kwiecistą patyną epoki hipisów w Stanach pojawiła się równie silna obawa i odraza, ogólny niepokój. Polaryzacja w społeczeństwie amerykańskim osiągnęła nowe skrajności. Nagrany jeszcze przed ofensywą Tet i dwoma zabójstwami popularnych polityków „Another Country” okazuje się zarówno pouczający, jak i proroczy.
„Znajdź najbezpieczniejszy pokój, jaki możesz znaleźć/ I zamknij drzwi/ Znajdź sobie inny kraj/ Gdybym mógł przegrać, wszystkie moje problemy/ Uciekając/ Nie, nie zostałbym tam”.
Utwór rozpoczyna się od sprzężenia zwrotnego, które przekształca się w zawodząca syrenę. Pojawia się cały zespół, po zdyscyplinowanej aranżacji wezwań i odpowiedzi, w których Bloomfield wyrywa te same trzy nuty na gitarze, a dęciaki odpowiadają kombinacją dźwięków poza linią bazową. Gravenites dostarcza zwrotki w wokalu i tak do 2:25 gdy aranżacja zostaje zdmuchnięta przez kakofonię sprzężenia zwrotnego, ryku klaksonów i odległego dźwięku Lyndona Johnsona, który wykręcił się z przemówienia, które rozpoczął na początku albumu. Dźwięki w sekcji kakofonicznej obejmują szaloną mieszankę recitali wokalnych, a trąbki nabierają smaku psychodelicznych mariachi. W końcu docieramy do sola Bloomfielda. Zaczyna się w odpowiedzi na kołyszący się rytm napędzany przez kastaniety i hiszpańską gitarę, w tej sekcji nuty Bloomfielda brzmią jak spadające kwiaty w ciepłej, wiosennej bryzie, słodkie i och, jak piękne!
Pod koniec tego segmentu, Bloomfield brzmi tak jakbyś podążał od podstaw za płynnymi liniami kwitnących liliowców, lawiną nut kończącą się bluesowym riffem, który daje zespołowi wskazówkę, aby się dostroić. Dęciaki reagują, a po kilku kolejnych taktach tempo przechodzi na szybszy blues rock, w którym gitarzysta wykonuje oszałamiający bieg jeden po drugim. I tak do kolejnego przejścia z powrotem do zwrotki i uspokojenia.
„A Long Time Comin’” kończy trwający niespełna minutę „Easy Rider”, który brzmi jak Mike Bloomfield grający bluesa w nieszczelnej piwnicy.
Och, jakże bym chciał, żeby ten mały kawałek trwał dziesięć razy dłużej!
I jakże żałuję, że Mike Bloomfield spotkał na swojej drodze pieprzoną heroinę.


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
bananamoon
singel analogowy


Dołączył: 20 Wrz 2017
Posty: 305

PostWysłany: 02.08.2020, 18:28    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Piękna recenzja greg66, piękna!

Bardzo się cieszę, że zwróciłeś uwagę na Electric Flag, że tak pieczołowicie, z taką atencją opisałeś "A Long Time Comin'".
A ponieważ w czasach "przedcedekowych", miałem "A Long Time Comin'" nagrany z analogów na kasecie magnetofonowej wraz z "An American Music Band", automatycznie / bezwiednie ciśnie mi się na usta / do uszu ich następne wydawnictwo (pogrubione)...z funkowym, ostrym, gęstym od dęciaków Soul Searchin', przejmującym Sunny (to wyznanie, szczególnie w końcówce utworu, obezwładnia szczerością - nie słyszałem w muzyce, z ust kobiety, podobnej deklaracji - he, he); rozwibrowane harmonicznie, dżezujące Whith Time There Is Change; pogmatwane, kojące Nothing To Do; przebojowo-festiwalowe See To Your Neightobour; nośne Qualiefied; ewergrinowe Hey Little Girl; funkowe, wywrotowe Mystery (znowu to "cierpienie miłosne"); koślawe, rozpieprzone, zadumane My Woman That Hangs Around The House.
Mam nadzieję, że wkrótce pochylisz się nad tym albumem i skrobniesz parę słów...(o ile już o nim nie wspominałeś?)...
...bo to niesamowita płyta, pełna stylowego piękna, hendriksowskiej "nie-ogłady" (he, he), pięknych, rozbudowanych aranżacji, niepowtarzalnego czuja.

Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na fantastyczną grę Mikea Bloomfielda, chociaż moim zdaniem, na solowych płytach nie zapuszczał się w tak nieoczywiste rejony przekazu, jak czynił to w zespołowych układach (studium jego gitarowej myśli, umiejętności, można prześledzić na tytułowym East-West autorstwa Butterfield Blues Band, gdzie "przeleciał" harmonicznie i rytmicznie, nieoczywiste dla blues-rockmanów skale i tempa).

https://www.discogs.com/The-Electric-Flag-An-American-Music-Band/release/8189152

Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 02.08.2020, 19:41    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki
Wiesz tą płytę znam od lat i zawsze jak jej słuchałem to jakoś tak "nieuważnie", chociaz niektóre jej fragmenty nawet sobie nuciłem. A tu od paru tygodni po prostu zaczęła za mna chodzić i wydeptała ścieżkę. Myślałem co ja będę tu opisywał, przecież to wszyscy znaja, ale tak nie jest to co ja znam od lat nie każdy musi znać, uświadomiłem sobie to dopiero niedawno.
Oczywiście ich kolejne wydawnictwo o którym piszesz tez jest warte opisania, chociaż nagrane już bez Bloomfielda. Pojawi się opis - kiedyś.

Co do Bloomfielda to nie sposób nie wspomnieć o kooperacji z S.Stillsem i Al Kooperem. To tez są płyty do opisania Smile
A nie jedną "Live Adventures of Mike Bloomfield and Al Kooper " już opisałem.

http://musicpsychedelic.blogspot.com/search/label/Bloomfield%20%26%20Kooper
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 12.08.2020, 20:39    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE KOOBAS - Koobas /1969/



Jeśli kochasz „Odessey and Oracle” The Zombies to „Koobas” jest z pewnością płytą dla ciebie.

więcej na blogu
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 23.08.2020, 11:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

FEVER TREE - Fever Tree /1968/



Zespół Fever Tree pochodził z Houston w Teksasie a do Kalifornii wyemigrował z początkiem 1968 roku. Zanim muzycy zdecydowali się przenieść do mekki jaką było San Francisco nagrali singla, który uczcił wdzięki dziewcząt z Bay Area w piosence „San Francisco Girls (Return of the Native). Intrygujący singiel niestety ledwo trafił na listę singli Bilboardu w 1968 roku. Utwór napisała para menedżer/producent, Scott i Vivian Holtzman, a numer ten deptał po piętach przebojów z 1967 roku: „San Francisco (Be Sure to Wear Some Flowers in Your Hair), Scotta McKenzie i „San Francisco Nights”, Erica Burdona i jego The New Animals. Piosenka Fever Tree podtrzymuje koniec tej trylogii miejskiej.
„San Francisco Girls (Return of the Native) otwiera się balladą ze smakowitym, ale nieprawdopodobnym tańcem klawesynu i talerza. Nastrój łagodzi flet a Dennis Keller ustawia scenę: „Tam jest lato/ mleczne i miodowe dni/ Och, dziewczyny z San Francisco/ San Francisco”. Zaduma trwa krótko bo do głosu dochodzi wzmocniona gitara, która przyspiesza utwór przekształcając piosenkę w galop. Dochodzą nuty garażowych dźwięków a wokalista z zimnym sercem przekazuje pocałunek: „Nie próbuj mnie powstrzymać dziewczyno, nie możesz postawić na swoim/ Nie próbuj mnie powstrzymać dziewczyno, nic nie możesz powiedzieć/ Żyj tak, jakbyś chciała żyć i zostań tam, gdzie chcesz/ Ja muszę tylko iść i wrócić do Bay”. Tempo zmienia się jeszcze kilka razy a kinowy finał zapoczątkowuje szybująca, przepełniona podtrzymaniem gitara.

więcej na blogu
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3739
Skąd: Opole

PostWysłany: 10.09.2020, 19:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

SUSAN CHRISTIE - Paint A Lady /1970/

https://www.youtube.com/watch?v=oEpdxvQ0xuQ

Pamiętam jak pewnego sierpniowego wieczoru siedziałem sobie na werandzie i z zainteresowaniem obserwowałem co to się dzieje w przyrodzie. Powoli odchodził upalny dzień, jeszcze powietrze drgało niezliczoną ilością szalonych promieni słonecznych ale już w oddali słychać było grzmoty zaczynającej się burzy. Chmury rosną jakby na grzbiecie ogromnej fali ponad rojem paproci wspaniale ukołysanych u zielonej skały. Ten ocean dźwięków drgających w delikatnym mokrym powietrzu upada na ziemię aby wpatrzeć się w doskonałość traw. Wysuwa się z niego pełen niewinności jeszcze jeden głos. W tych przyrodniczych otchłaniach głos Susan Christie zespala się, wtapia i wybija przyjemnie otulając mnie i pozwalając wsunąć się w powietrze pełne mokrych kropel zanikającego deszczu.
Płyta „Paint A Lady” został nagrana przez Susan Christie w 1970 roku a dlaczego przeleżała na półce do wydania aż 36 lat tego nie wie nikt. Susan miała podpisany kontrakt płytowy z Columbia Records. Jednak po nagraniu materiału demo uznano go za mało komercyjny i rozwiązano kontrakt z artystką.
Ukazało się zaledwie kilka egzemplarzy tego albumu i dopiero w 2006 roku Andy Votel DJ z Manchesteru natknął się na jeden z nich i podjął wysiłki, by krążek pojawił się na rynku. Tak ta płyta ujrzała światło dzienne w 2006 roku. Słuchając „Paint A Lady” aż trudno uwierzyć, że decydenci Columbia Records zdecydowali się nie wydawać tych nagrań.
No ale na szczęście mamy ten zbiór piosenek zanurzonych w otchłaniach folkowej mistyki o lekkim zabarwieniu psychodelicznym.
Płyta zaczyna się finezyjnym, chwytliwym tematem z którego gdzieś tam w tle dociera do nas mroczna ciemność. Jednak głos Susan rozwiewa wszelkie niepokoje snując opowieść o deszczowym dniu. No właśnie ten głos mający tajemniczy i spokojny charakter rozbrzmiewa bez skazy powodując, ze tej płyty słucha się z zapartym tchem. A i sekcja rytmiczna ma wiele do powiedzenia. I wcale nie dziwią niepokojące dźwięki klawiszy w tytułowym numerze czy też partie instrumentów smyczkowych w „Rainy Day”.
A dziewięciominutowy „Yesterday, Where’s My Mind” oj. robi wrażenie.
Co!?
Folkowa jazda przez prawie dziesięć minut. Na początku z silnie akcentowaną perkusją Christie recytuje i wykrzykuje tekst, brzmi to jakbyś przebywał w jakimś narkotycznym transie a do tego jeszcze bardziej odjechany klimat nadają klawisze.
I gdy powoli zaczynasz się irytować tymi trippowymi zagraniami, nagle utwór przechodzi w całkiem chwytliwą folkowo popową piosenkę, która sobie płynie swobodnie docierając do kresu świadomości.
Pozostałe utwory na płycie są bardziej spójne. Nie może zabraknąć pieśni protestu. Wszak trwa wojna i kolejni młodzi chłopcy wyruszają do Wietnamu.
„For the Love Of A Soldier” pięknie oddaje niepokój duszy tych chłopaków i ich dziewcząt.
Czy zobaczymy się jeszcze?
I tak sobie leci tych parę utworów z płyty, której Columbia Records nie chciała wydać.
Za mało komercyjna!!! Co ci panowie mieli w głowach.

No ale jest i tak sobie myślę, że gdyby tego jednak nie wydano to świat straciłby kolejną muzyczną perełkę a ja nie mógłbym po raz kolejny odtworzyć sobie płyty Susan Christie „Paint A Lady”.

https://www.youtube.com/watch?v=25TRVfbk-3E
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 9, 10, 11  Następny
Strona 10 z 11

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group