Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Paul McCartney & Wings - Rockshow

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Inkwizytor
remaster


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2324
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.03.2020, 08:30    Temat postu: Paul McCartney & Wings - Rockshow Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wirus zbiera okrutne żniwo - przewala gorzej niczym wszystkie plagi egipskie przez sfery życia , społeczne, kulturowe i co gorsza - zawodowo/branżowe. To w naturalny sposób wymusza by zająć czymś kreatywnym by do reszty nie oszaleć lub nie utopić do reszty smutków w alkoholu Very Happy

Nigdy w przeszłości nie byłem fanem Wings - nie łapałem ówczesnych kompozycji Paula i może poza sporadycznymi przykładami wydawały mi się takimi "nadprodukcyjniakami" - pracowitości i zawodowstwa McCartneyowi nigdy nie można było odmówić ale gros propozycji czyniła człowieka obojętnym - Ok, solidnie zrobione piosenki ale bez jakichkolwiek emocji. Z perspektywy czasu ten koncert wydaje się być nie tylko portretem Wings w szczytowej formie ale i chyba jednym z najlepszych koncertów rockowych w historii. Gdyby na naszą planetę przybyli obcy i chciałbym bym wyjaśnić fenomen rocka lub rock`n`rolla to pewnie sięgnąłbym po to. Nie tylko bajecznie zrealizowany spektakl z dramaturgią , która nie siada ani przez chwilę - team nieustannie podkręca tempo - wystarczy zerknąć na set listę - prawdziwy "zestaw marzeń", czegóż tam nie ma :


Venus And Mars / Rock Show / Jet

Let Me Roll It

Spirits Of Ancient Egypt

Medicine Jar

Maybe I'm Amazed

Call Me Back Again

Lady Madonna

The Long And Winding Road

Live And Let Die

Picasso's Last Words

Richard Cory

Bluebird

I've Just Seen A Face

Blackbird

Yesterday

You Gave Me The Answer

Magneto And Titanium Man

Go Now

My Love

Listen To What The Man Said

Let 'Em In

Time To Hide

Silly Love Songs

Beware My Love

Letting Go

Band on the Run

Hi Hi Hi

Soily

Co godne podkreślenia - nieprawdopodobna energia / energetyczność bijąca z każdego dźwięku, akordu, utworu - to aż chwyta za gardło i wali w potylicę. Widać jaką team Paula i on sam mają ogromną satysfakcję i radochę z bycia wspólnie na scenie i jak udziela im się entuzjazm - baaa..... szaleństwo publiczności. Wystarczy zerknąć i wyławiać te uśmiechy, spojrzenia, oczka , które sobie puszczają - czyżby jedynie "zagrywki pod publiczkę" lub wystudiowane aktorstwo bo "kamery pracują " ?. Trzeba chyba między bajki włożyć mroczne legendy zawistników o rzekomym złym, podłym traktowaniu muzyków przez lidera - by przytoczyć np że biedny Denny Laine z żoną mieszkali w stodole szefa i jeszcze zdzierał od nich ostatnie pieniądze za czynsz i nieustannie odnosił się do nich z wyższością, że taki "zaszczyt ich spotkał grać z takim gwiazdorem, że samo to musi im do życia wystarczyć i niech nie ględzą o pieniądzach". Czy tak na scenie prezentują się i grają najemni za grosze wyrobnicy jęczący pod jarzmem okrutnego tyrana i despoty ?.

Na pewno Paul był perfekcjonista i zawodowcem w każdym calu. Kolejna refleksja nasuwając się z lektury tego pięknego koncertu - kto jest liderem i szefem - nie ma wątpliwości ale na pewno pozostali nie są przez niego zepchnięci w cień i jedynie czekają na wskazówki kiedy grać a kiedy nie. Każdy ma swoje okienko i co ważne - ma się wrażenie, że ogląda się autentyczny ZESPÓŁ, zgrany TEAM i kolektyw. Moim zdaniem już nigdy później basista nie miał takich partnerów. Próbując analogii i porównań sportowo / piłkarskich, kim byłby Beckenbauer w reprezentacji RFN bez takich partnerów jak Muller, Maier, Hoeness, Overath, Grabowski, Netzer, Schwarzenbeck ?. Wszechstronny o świetnym nieco ostrym głosem Denny Leine - z jaką dziecinną łatwością zmienia instrumenty, gitary, bas, klawisze. Wielki entuzjazm wywołuje jego Go Now - jakby należał do kanonu Wings a nie Moodies. Na pewno cichym .... ale czy aby na pewno znowu takim "cichym" bohaterem, który niekiedy skrada całe Rockshow jest młodziutki wówczas niespełna 23 letni nieodżałowany Jimmy McCulloch. Wielki i w sumie zmarnowany talent - dziś chyba mało kto o nim pamięta - jak cholernie był dobry - wielu widziało w nim nowego Claptona lub Gallaghera. Paul wspomina, że był przeuroczą i przekochaną osobowością..... ale jedynie gdy był trzeźwy i nie naćpany. Gdy doładował dragi i podlał je alkoholem stawał tak paskudny i nieznośny dla otoczenia, że pozostali mieli dokonywać cudów by jedynie go nie spotkać na swojej drodze. Co ciekawe nie był ćpunem sensu stricte ale co jakiś czas sięgał po dragi - co doprowadziło go do przedwczesnej śmierci a miał ok 26 lat. Grając z Wings wyrobił sobie już wtedy imponującą markę i gdy Paul go za te narkotykowe odjazdy wywalił - nie mógł dosłownie opędzić od oferty. Jego gitara błyszczy w każdej kompozycji nie tylko autorskim i tekstowo autoironicznym Medicine Jar - owszem, utwór nieco zdradza inklinacje do hard rockowych stereotypów ale jak buja - jakiś kiepski żartowniś zasugerował, że Jimmy miał być nieślubnym synem Paula - podobieństwo uderzające Very Happy . Proszę zauważyć jak w trakcie wspólnego grania lider zerka na wyglądającego na ok 16 lat gitarzystę - niczym dumny ojciec patrząc jak syn rośnie z każdym dźwiękiem. Czy te zalotne pełne fantazji spojrzenia amerykanek wyłapane przez realizatorów z widowni - nie jedna chciałby naszego wioślarza "wziąć w jasyr i na dobre zniewolić".... no przynajmniej do kolejnej trasy po USA Wink .

Słowa uznania należą się perkusiście - Joe English - fakt, Ringo był tylko jeden ale ile ten facet ma niespożytej energii - od początku aż do końca - mi przywodzi skojarzenia z tymi wszystkimi zasuwającymi króliczkami z Energizera - na jakich "bateriach" on jechał.... nie śmiem się domyślać. Jednocześnie sporo śpiewa w chórkach i uśmiech mu praktycznie nie schodzi z ust - wielka szkoda, że ten jowialny brodaty lokaty misio zerwał z muzyką i stał się działaczem Chrześcijańskim. Dziwnie się plotą ludzkie losy. Może tego rockowego szaleństwa dla niego było w pewnym momencie za wiele. A może jemu "dyktator" Paul też kazał sypiać w swojej stodole ? Wink .

W wywiadach odnośnie wznowienia na Blue Ray tego koncertu lider dał wiele wywiadów i podkreśla - że mimo pewnej nutki nostalgii czuje głównie radość i dumę - z tamtego okresu, że był aż tak udany. Trasa trwała około roku. Niestety troje "bohaterów" tamtych gorących lat już od dawna nie ma wśród nas - co dodaje goryczy - obok "cudownego dziecka" Jimmiego, nie żyje Laine oraz Linda. Ona sama wydaje się zaskakująco naturalnie pasować - nie od dziś wiadomo, że gwiazdy tworzą konstelację - w sporcie, w filmie i na estradzie. Linda mimo dość skromnych możliwości i talenty - radzi sobie całkiem dzielnie - choć legendy krążyły wokół jej kiksów , pomylonych akordów - muzycy starali się aż tak bardzo na niej nie polegać. Muzycy po latach wspominają z rozbawieniem, że pukała do ich pokojów w nocy i wypłakiwała na ramię prosząc by wpłynęli na lidera i ją w końcu zwolnił z tych przymusowych koncertów. Lecz McCartney był w swej woli nieugięty - stawiał sprawę jasno - on chce Lindę na scenie, czuje przy niej pewnie, bezpieczny itd. Był czas, że sądziłem, że jej obecność do efekt kobiecej zawiści , niespełnionych ambicji czy "warowania swojego" Very Happy . Nie brakowało opinii , że Paul w ten sposób odgrywał na Johnie , który doprowadzał do szału wlokąc wszędzie ze sobą Yoko i skoro ten promował na wspólnych występach takie "beztalencie" to Paul weźmie "jeszcze większe" i osiągną razem jeszcze większy sukces. Co należy podkreślić - Paul rozkręcał się z Wings powoli - początki były słabe i arcy trudne. Na dłuższą metę to on okazał nie do zatrzymania - klasyczny długodystansowiec.

Podsumowując - nie tylko w/w niespotykana energia, radość, entuzjazm, doskonale zestawiony repertuar - po wybuchającym niczym wszystkie możliwe fajerwerki w Bondzie - Live and Let Die ( chyba najlepsza piosenka z tej serii - na pewno w pierwszej trójce - jakże inna i daleka od tych przesłodzonych, cukierkowych, mydłkowatych pseudo soulowych propozycji ) mamy dla zmiany nastroju piękny akustyczny set - na trzy gitary i 5 głosów - znów o lata świetlne wyprzedzając epokę wszelkich "Ungpluggedów" ( tu również słowa uznania dla Lindy - jak partie znów pasują i uzupełniają całość ) - tu perlą jest chyba najdoskonalsza wersja Bluebird, pojawia stareńki Beatlesowski lekko countrujący I`ve Just Seen a Face, Blackbird i Yesterday ( czy mogło tego w ogóle zabraknąć ? ). Na finał również doskonałe wersje Band on the Run czy autoironiczny Silly Love Songs - ten ostatni hicior mógłby na dobrą sprawę się nigdy nie kończyć - wyśmienita zabawa i ten lekko dyskotekowo / funkujący riff na basie - czy ten facet się nigdy nie męczy można zapytać ?.

Dostałem od znajomego kilka współczesnych koncertów - owszem, forma godna pozazdroszczenia, świetny warsztat towarzyszących muzyków ale tu pojawia jakaś "rutyna" i brak tamtej magii. Kiedyś czytałem, że przez lata były poważne problemy prawne z tym materiałem - etatowi mądrale pokroju Leśniewskiego opisywali to w Magical Mystery Tour - prawie jakby chodziło o thiller szpiegowski czy wymianę agentów w Berlinie Wschodnim lub między obiema Koreami Very Happy . Nigdy Amerykanie nie mogli dogadać z Japończykami, którzy mieli na tym podstępnie położyć łapę - że wśród wtajemniczonych fanów krążyły nielegalne kopie z "vhs`iaka" itd itd.

Znów wstyd mi się przyznać i mogę to jedynie zrzucić na karb młodzieńczej głupoty i arogancji - lecz wcześniej nie doceniałem Wings - lecz ten wyborny show otworzył mi oczy. Pamiętam jak bodajże w 2013/2014 katowałem to jak szalony i oglądałem wszelkie powtórki np na TVP Kultura i zachwycałem się każdym kolejnym utworem. Polecam wszystkim - na obecne długie "koronawirusowe" popołudnia i wieczory. Uczta dla koneserów i nie tylko - również dla tych którzy uświadomili sobie, że szlachetny dobry stary rock stał czymś elitarnym.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1255

PostWysłany: 23.03.2020, 20:27    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wielkie dzięki za ten post - muzę przyznać, że mój stosunek do Wingsów jest mniej więcej taki, jak przedstawiłeś:

Inkwizytor napisał:
wydawały mi się takimi "nadprodukcyjniakami" - pracowitości i zawodowstwa McCartneyowi nigdy nie można było odmówić ale gros propozycji czyniła człowieka obojętnym - Ok, solidnie zrobione piosenki ale bez jakichkolwiek emocji.


Ani w dzieciństwie mnie to nie łapało, ani teraz, najlepszym zaś przykładem jest piosenka "Band on the Run", której wręcz nie lubię, bo wydaje mi się jednoczesnie przekombinowana i toporna (fatalne zestawienie Wink).

Noo ale skoro piszesz:

Inkwizytor napisał:
nieprawdopodobna energia / energetyczność bijąca z każdego dźwięku, akordu, utworu - to aż chwyta za gardło i wali w potylicę. Widać jaką team Paula i on sam mają ogromną satysfakcję i radochę z bycia wspólnie na scenie i jak udziela im się entuzjazm - baaa..... szaleństwo publiczności.

to zarysowujesz coś, co BARDZO bym chciał zobaczyć. Niejedna już płyta, która ze studia wydawała mi się sucha i nieprzekonywująca, po doświadczeniu jej na żywo zaczynała mi się podobać.

Więc bardzo chętnie! A jakaś podpowiedź, skąd to wziąć?
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
remaster


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2324
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 24.03.2020, 14:05    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie ukrywam, że pierwotnie do tego koncertu - który poznałem dzięki uprzejmości mojego ojca podszedłem w duchu pogadanki "Seks Małżeński" Abelarda Gizy - "... to dziś.... oooooch..... no dobra.... a myłeś się ?.... no dobra chodź....ale pamiętaj, że jednocześnie będę prasować...." Very Happy . A dawniej młody człowiek jak wysiadał z pociągu i widział zboże od razu szedł "młócić" Very Happy . Moja postawa była podobna - OK.... skoro Tata zdobył kopię blue-raya - no to obejrzymy - był okrutny upał, skwar nie do zniesienia i powoli pakowaliśmy na "męską wyprawę" w góry. Spodziewałem szlagierów The Beatles ( bo gdyby tego zabrakło to widownia niechybnie puściłaby samolot grupy z dymem ) bo publisia lubi to co zna plus kilka solowych melodyjek ..... znamienna była moja reakcja w trakcie całego ok 125 min show - grobowa cisza - no może przetykana zdawkowymi spontanicznymi komentarzami - "o cholera" , "to niezłe" , "ale wymiatają". Ja człek niewdzięczny nie zdawałem sobie sprawy, że dostąpiłem zaszczytu pełnego "wtajemniczenia" i od tej pory zostałem " wyznawcą". Kłania banał - że nie ma to jak " dobra stara muzyka".

Sama nazwa bandu - Wings - podobno gdy Paul modlił zawzięcie w szpitalu o pomyślny poród Lindy ( pojawiły pewne niepokojące komplikacje ) - go olśniło - jest perfekcyjnie trafiona - jak oni rozwijają w trakcie koncertu skrzydła i jak sama muzyka, atmosfera, entuzjazm publiczności ich uskrzydlają - tu nie ma żadnego grafomaństwa. Ze wspomnień mego ojca z 1976 pojawiają wspominki, że będąc na delegacji w Lublinie pamięta, że młodzież na dyskotekach / prywatkach / dansingach bawiła przy dźwiękach Let Me Roll It - jak by to określił w Noc w Operze Groucho Marx - "obmacywanki w kuluarach" Very Happy . Sam tekst był wedle znawców twórczości Paula - gestem / wyciągnięciem ręki na zgodę do Lennona. Proszę posłuchać samego nieco nerwowego i lapidarnego głównego riffu i wykrzyczanego refrenu. John miał docenić gest i Band on the Run określał w samym superlatywach i nie szczędził pochwał - nie unikał słowa - "arcydzieło". Nie był w tym odosobniony - w poważnych opracowaniach poświęconych 72/74 - Band on the Run zestawia się śmiało obok epokowych krążków jak Dark Side, Selling England, Tubular Bells, Machine Head, Grand Hotel itd itd. Album określany jako concept album - dotyczący ucieczki, wyrwania się na wolność, od zaszufladkowania, niewolników wizerunku, zniewolenia przez przeszłość, od tego co inni o nas myślą o co myślimy o nas sami. Paul chciał gorąco uwolnić od etykietki "ex-Beatles". Jak wielu z nas z mozołem ciągnie za sobą bagaż i ciężar przeszłości i pewne koła / osoby pragną nas zniewolić abyśmy byli nadal tacy jak dawniej, zamknąć nas do słoja i w dowolnej chwili oglądać.

Szykując na trasę 75/76 Paul zwrócił do firmy Showco z bodajże Texasu o zbudowanie potężnego systemu nagłośnienia - konstrukcję o sile wedle relacji ok 15 tyś megawatów wieszano nad sceną i co wieczór dawała tak krystaliczny i klarowny dźwięk jakby pochodził ze studia. Szybko pozostałe zespoły zapragnęły sytemu Wings-Showco ale nielicznych i najbogatszych było na to stać. Efekt był oszałamiający - dziś słuchając materiału można ironicznie przymrużyć oko - czy aby to wszystko nie jest zbyt piękne aby mogło być prawdziwe ?.... a może np partie Lindy są "z dyskietki" lub ktoś gra za nią za kurtyną ?. Nie ważne jakimi szatańskimi sztuczkami Wings osiągnął ten efekt - ale jest i do dziś robi piorunujące wrażenie. Pięknie brzmienia bandu dopełniają dęciaki - nie tylko w Silly Love Songs ( jakże pouczające przesłanie utworu - "What`s wrong with that ? - co w tym złego ?.... że głupiutkie pioseneczki o miłości ? ). We wspomnianym Bluebird - rozkoszne choć proste w wyrazie i zmysłowe solo na saxie gra Howie Casey.

Jeśli miałbym marudzić w filmie Rockshow brak mi innego "koncertowego asa" - Nineteen Hundred And Eighty Five - aż dziw, że po niego nie sięgnęli z tym nośnym głównym tematem na fortepianie i gorzką wymową całości. W późniejszych latach pojawiał na koncertach.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
remaster


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2324
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 24.03.2020, 16:43    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Muszę uzupełnić jeszcze paroma innymi detalami - Rockshow podobnie jak wcześniej Band on the Run - to chyba jedyny ( pomijając śmiałe przekraczanie granic macierzystego The Beatles ) okres gdy Paul "romansował" z szeroko pojętym rockiem progresywnym - pierwiastki progressivu czy art rocka pojawiają w rozmaitych miejscach. Nigdy więcej nie sięgnął do tej konwencji - czyżby świadomy zabieg, bo generalnie McCartney nie wypowiadał się o muzyce progresywnej i nie wiadomo jakie miał o niej zdanie - tak samo jak o zjadliwej parodii Pythonowskiej - The Rutles - próbował się silić na obojętność ale gdy Linda miała się zdrowo z tego uśmiać i zachwalać to zdobył na kilka ciepłych słów , wielka jest siła perswazji Very Happy .

Linda ma imponujące instrumentarium - od razu w oczy rzucają Mini Moog, Arp Pro Soloist, Hammond, Piano Fendera i Mellotron. Nie raz popuszczałem wodze fantazji jak wyglądały lekcje / korepetycje przed występami Paula i Lindy - jak ją katował przy pianinie i prał linijką po paluchach - to się nazywa miłość. W późniejszych latach pojawił zawodowy klawiszowiec Wix Wickens.

Skoro jesteśmy w temacie wysoce subiektywnych doświadczeń z solowym McCartneyem - niezapomniane są dla mnie przed-Wigilijne popołudnia w połowie lat 80 gdy odwiedzała mnie ciotka z moją kuzynką - i gdy panie królowały niepodzielnie w kuchni ( by po latach na skutek moich talentów zostać zdetronizowane ) to maluchy wykonywały z papieru kolorowe ozdoby choinkowe i czekały by na dwójce poleciał teledysk Paula - Once Upon a Long Ago. Jak on cudnie definiował klimat świąt u nas w drugiej połowie lat 80. Wcześniej również czekałem by nasza tv wyemitowała teledysk do duetu z Jacksonem - Say Say Say - świetna wyborna błazenada nawiązująca do wielkiego kryzysu - można rzucać gromy ale by obecnie dominowały takie taneczne szlagiery. Pamiętam również jak wzruszał antywojenny teledysk do Pipes of Peace - mamy Paula wcielającego się w żołnierzy po obu stronach okopów pokazujących zdjęcia bliskich - czyżby znów " silly love songs " ?.

ps. mam Rockshow na kompie - jeśli ktoś jest szczerze zainteresowany to mogę albo wrzucić na serwer lub nagrać i gdzieś podesłać.... taki jestem szalony Very Happy .... no może nie aż tak jak uczestnicy Paradise Hotel.... Very Happy
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Yer Blue
remaster


Dołączył: 17 Wrz 2007
Posty: 2265
Skąd: Bielsk Podlaski

PostWysłany: 28.03.2020, 00:09    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Inkwizytor napisał:
Muszę uzupełnić jeszcze paroma innymi detalami - Rockshow podobnie jak wcześniej Band on the Run - to chyba jedyny ( pomijając śmiałe przekraczanie granic macierzystego The Beatles ) okres gdy Paul "romansował" z szeroko pojętym rockiem progresywnym - pierwiastki progressivu czy art rocka pojawiają w rozmaitych miejscach. Nigdy więcej nie sięgnął do tej konwencji - czyżby świadomy zabieg, bo generalnie McCartney nie wypowiadał się o muzyce progresywnej i nie wiadomo jakie miał o niej zdanie


Nie zgodzę się z powyższym. W twórczości Paula z XXI wieku pojawiają klimaty progresywne i to wg mnie dużo bardziej śmiałe niż za czasów Wingsów. Przykłady:
10 minutowy Rinse The Raindrops:
https://www.youtube.com/watch?v=Reoqe6t14BA
Despite Repeated Warnings:
https://www.youtube.com/watch?v=5vDVZNOFMEM
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group