Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Tom Waits
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 25.05.2017, 08:48    Temat postu: Tom Waits Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

[img] https://www.rockhall.com/sites/default/files/styles/header_image_portrait/public/tomwaits_002.jpg?itok=MTsXLV9y [/img]

Tom dwa dni po <mikołajkach>.

Przede wszystkim wyjaśnijmy, bo to spędza sen z powiek, Wink wielu użytkownikom tego forum, czy Tom Waits zarabia na reklamach?

Otóż zarabia! Za to, w pewien przewrotny sposób bo wytacza procesy firmom, które uznały, że ten niszowy wykonawca (jego głos, jego kompozycje, fragmenty tekstów) będzie świetnym piewcą i akwizytorem ich produktów.
Co najmniej dwukrotnie Waits pozywał firmy, które wykorzystały bez jego zgody Jego wizerunek. Ten najsłynniejszy przeciwko Frito-Lay (2. 475 tyś $ odszkodowania, musiał dość długo czekać aż firma rozpoczęła wypłatę zasądzonej kwoty)i drugi przeciwko firmie Levis za użycie piosenki Heartattack and Vine, którą notabene wykonał Screamin’Jay Hawkins, w reklamie jeansów.
Waits zawsze odmawiał udziału, jakiegokolwiek, w reklamach. Producent wykonawczy Tracy-Locke David Brenner ,po propozycji reklamy dietetycznej coli, powiedział: Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak błyskawicznie powiedział <<Nie!>>. Istnieje jednak precedens, czego sam artysta się nie wypiera. Myślę o udziale Waitsa w reklamie psiej karmy dla Purina’s Butcher’s Blend Dog Food. Przeczytał tam pewien tekst reklamowy. Było to w czasie rozstania, niekoniecznie przyjaznego, ze swoim producentem Herbem Cohenem i pewnym nieładem ekonomicznym nie korespondującym z znaczeniem Waitsa jako twórcy w muzyce amerykańskiej.
W Polsce wydano dwie biografie artysty, obie, myślę, dobre. W 1995 krakowski Rock-Serwis wydał „Tom Waits - ten fortepian jest pijany, nie ja…” pióra Patricka Humphries’a z fantastycznym backgroundem obyczajowym i społecznym oraz masą smakowitych dygresji min. w postaci cytatów samego Waitsa i osób z jego otoczenia.
Drugą biografię „Dzikie lata. Muzyka i mit Toma Waitsa” podpisał Jay S. Jacobs. Wydało to Wydawnictwo Dolnośląskie w 2006 roku. Wartość tej wyznacza szczególnie solidne omówienie dokonań artystycznych. Tam lub choćby do Wiki odsyłam chcących dowiedzieć kiedy i gdzie, sam Tom ma na ten temat niezłą dykteryjkę, urodził się nasz bohater. Tam też można poznać nieco szczegółów Jego życia rodzinnego, nieco bo Waits chroni swą prywatność i to też nieźle mu wychodzi. Albowiem łże jak potrafi i kawałki o tym jakoby jego siostra powiesiła się na strunie od pianina, a on porzucił w tej sytuacji kształcenie muzyczne są dość częstym wybiegiem.
Tom Waits będąc zawodowym muzykiem a nie będąc zawodowym aktorem zagrał w, relatywnie wielu jak na muzyka, filmach. Nie wszystkie widziałem, ale wśród tych zapoznanych, należy wyróżnić „Chwasty” Hectora Babenco z 1987, „Na skróty” Roberta Altmana 1993,”Kawa i papierosy III” Jima Jarmusha z 1995, może jeszcze „7 psychopatów” Martina McDonagha z 2012.
Natomiast tym , którzy chcą się Waitsowi <przyjrzeć/ przysłuchać> bliżej, a nie zrobili tego dotychczas, bezwzględnie nakazuję żeby zaczęli tę przygodę od… filmu „Dracula” Francisa Forda Coppoli z 1992!
Ok. wielu, o ile nie wszyscy, ten film zna, ale… czy obejrzeliście go skupiając się na postaci Renfielda, w którą wcielił się bohater tego wątku?
Oddajmy głos samemu Waitsowi ( z wywiadu dla Morning Becomes Eclectic.):
„… pomimo, że naprawdę nie jadłem owadów, to musiałem je sobie wkładać do ust – jakbym zabierał je na przejażdżkę na diabelskim młynie… jak w beczce śmiechu w wesołym miasteczku. Wkładałem je do beczki śmiechu i pozwalałem, żeby sobie łaziły, po czym je wyciągałem. Nie mordowałem ich zębami. Ale bawiłem się nieźle. Były przerażające chwile, których odczuwałem zarówno strach, jak i uniesienie – kiedy polewali mnie ze szlaucha wodą w wariatkowie… przebranego za ćmę. Musiałem również nosić okowy, co było bardzo bolesne. Były skonstruowane na podstawie prawdziwych włoskich urządzeń dla pianistów – by trzymali prosto ręce. Były to metalowe pęta, które uniemożliwiały wykonywanie wszelkich ruchów niezwiązanych z grą na pianinie… <Urządzenie> było całe z metalu, miało nasadki na palce i naprawdę noszenie ich bolało, a poza tym wyglądało to koszmarnie. Takie było założenie.”

Wierzę, iż powtórne, a może pierwsze, obejrzenie „Draculi” z 1992 roku stanie się teraz dla Was palącą potrzebą. Dodam jeszcze, że udział w tym filmie zbiegł się w czasie z przygotowaniami do nagrania „Bone machine”, jednej z najmniej przystępnych w dorobku Toma.
Zasugeruję przegląd kilku płyt Toma, w zamyślonej przeze mnie kolejności o których myślę, jako szczególnie przydatnych by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Stąd płyty powszechnie uważane za najistotniejsze w Jego karierze znajdą się nie na czołowych miejscach tegoż przeglądu:

Rain dogs 1985


Waits w wywiadach często używa psich metafor, nie wiedzieć czemu. W końcu nie doświadczył indoktrynacji czeskich dobranocek kynologicznych co było udziałem mojego pokolenia.
Zapewne Rain dogs w kategoriach bezwzględnych ustępuje poprzedniczce. Tym niemniej pozostaje zbiorem motywów muzycznych, literackich Waitsa z epoki Elektry (Time, Hang down your head, Dowtown train) i epoki Island (Rain dogs, Singapore, Cementery Polka) splecionych ze sobą w idealnej równowadze. A pomiędzy, czarne jak smoła Clap hands wycharczane ze osobliwą dezynwolturą czy diabelski rock’n’roll Union square.
Że, to płyta przesiąknięta atmosferą Nowego Jorku to wspominam już tylko dla porządku. Wybrany na singiel Dowtown train, mający być lokomotywą (nomen, omen)dla sprzedaży albumu w okresie premiery nie do końca spełnił swe zadanie, jakkolwiek pozostaje wyjątkowo czułym wyznaniem, w kategoriach Toma tzn. bez jednej kropli miodu, o tęsknocie.
A jednak… W 1990 roku Rod Stewart uczynił z Downtown train prawdziwy killer. Trzeba przyznać, że w teledysku Stewart ubrany w kolejny ze swych garniturów odszytych na Savile Row, wiarygodnie i z pasją śpiewa o pragnieniu zobaczenia jej jeszcze raz w kolejce podmiejskiej, tym samym zarabiając dla Waitsa, no, nie wywrotkę dolarów, ale taczkę na pewno. 10/10 nawet jeśli pod numerem 15 pomieścił piosenkę country Blind love ale jak wspomniałem to konglomerat Waitsa starego i nowego a po drugie pierwsze Jego płyta i miał prawo!

Heartattack and Vine 1980


Ten album zamyka okres współpracy z Elektrą i jest to druga płyta z tak szerokim użyciem gitary, a w tytułowym, gitary sfuzzowanej(sic!). Na tej płycie głos Toma osiągnął taki tembr, który recenzent z New Musical Express rezolutnie określił jako własność kilkunastu portorykańskich rodzin gnębionych gruźlicą. Wśród pomieszczonych utworów można się już dosłuchać pewnych śladów stylistyki z następnych dekad jak 'Til the money runs out Aczkolwiek większymi atutami na płycie są Jersey girl , gdzie w refrenie pobrzmiewa sza-la-la, a Tom w jednym z wywiadów stwierdza: „że nigdy nie podejrzewał siebie o to , iż zaśpiewa coś co ma tekście <sza-la-la>”. Ta piosenka dedykowana była nowo poślubionej Kathleen, co jakoś tłumaczy owe pewne liryczne uproszczenie. Numer do koncertowego repertuaru włączył Boss, tworząc sobie nim jeden z kulminacyjnych momentów. Drugi atut to piosenka On the nickel, uważam że to jedna z najsugestywniej lśniących melodii autorstwa Toma, zaś tekst dyskretnie omija emocjonalne przejaskrawienia. Tom Waits w lata osiemdziesiąte zabrał się na betoniarce. Będzie mu potrzebna!10/10.

Swordfishtrombones 1983


To czego nie mogli przełknąć szefowie Elektry, słyszeli jakieś szkice tego co miało ujrzeć światło dzienne w 1983, a odrzucili też szefowie Warner Bros. zorientowani na ciężką harówę przy milionowych nakładach, jak przysłowiowy bocian połykający żabę połknął szef ISLAND Chris Blackwell. W przypadku tej płyty łatwo zostać uznanym za grafomana używając nad miarę przymiotników, tych wzniosłych szczególnie, w jednym zdaniu. Czego tu nie ma?! Nie ma ciszy i … saksofonu, co dla Waitsa zanurzonego w jazzowej ornamentyce swoich pieśni o włóczęgach, głównie, wyzbycie się tego instrumentu było trudnym wyzwaniem. Dźwiękami poszarpał znacząco swój poprzedni wizerunek, wydobył intrygujące dźwięki z przedmiotów, których użycie dla większości twórców było nadużyciem ale wszystko było świadome i bezsprzecznie oryginalne. Nawet jeśli sam twórca sugerował różne wpływy min. Captaina Beefhearta, z czym akurat mnie trudno się zgodzić, dostrzegam różnice w filozofii muzycznych dokonań. Ale, do cholery , Waits wie co mówi. Muzyka trudniej przyswajalna ale też nie tak by nie mogła zachwycić od pierwszego kontaktu. Pojawia się tu waitsowski bohater dekady, choć zaczerpnięty z Ch. Bukowskiego, Frank Leroux, tymczasem w półtora minutowym fragmencie, a który doczeka się … opery. Frank wieszający swoje dzikie życie na gwoździu, wbitym w czoło swojej żony, więc smokingi i fraki na ten spektakl, niekoniecznie. Arcydzieło Toma Waitsa, zapewne płyta dekady.10/10

Small change 1976


To tutaj osiąga artysta swój trademark w postaci głosu wydobywanego z gardła płukanego żwirem przed wypiciem porannego klina jak określił to jeden z Jego biografów. Do stałych tematów i bohaterów swoich piosenek Waits dołącza gangsterów, striptizerki. W piosenkach The piano has been drinking i Bad liver and a broken heartstaje się autoironiczny ale pozostaje ciągle po tej stronie granicy za którą zaczyna się minoderia. Przy piosence na zdarty głos Toma i perkusję Pasties and G- stringstring na perkusji towarzyszy mu Shelly Manne, facet mający na koncie pracę w Big Bandach min. Woody’ego Hermana, Stana Kentona, Colemana Hawkinsa. Kiedy kończy się Step right up wiemy, iż wkracza na nowy ląd, który kiedyś nazwie Swordfishtrombones. Wreszcie, to na Small changeznajduje się najsłynniejszy utwór Toma, mianowicie Tom traubert's blues. Niby tradycyjna piosenka, ale takiej precyzji w dawkowaniu słuchaczowi wzruszenia niezbyt często można doświadczyć. Jest zrośnięty z tą piosenką jak Dylan z Times they are a chan gin, jak Rolling Stones z Satisfaction, jak The Beatles z Come togather. Dla mnie w tej symbiozie jest najlepszy. Po ukazaniu się albumu dostał okładkę w Vogue co lapidarnie opisuje, iż tenże stał się sukcesem. I jeszcze jedno zdanie z biografa cytowanego na początku wpisu dotyczącego Small change,Waits przesiał wszystkie drobne z kieszeni zaczął płacić banknotami. 10/10.

Mule variations 1999


Sześć lat czekali wielbiciele na nowy album, artysta kolejny raz zmienił wytwórnię na Epitaph, skuszony obietnicą niezależności, której zaczynało, zdaje się, brakować w Island Records. Zaproszeni do współpracy muzycy ocierali się już o pomysły Waitsa a na tym forum nie są anonimowi min.: Greg Cohen(prywatnie szwagier), Marc Ribot, Larry Taylor, Les Clayopol…
Nie brakuje brzmień niecodziennych/egzotycznych, tym razem jednak wydobywanych z klasycznego instrumentarium, wyjąwszy użycie szuflad szafki nocnej z meksykańskiego hotelu, która nie przetrwała tego eksperymentu, notabene. Rzecz nagrano w Praire Sun Studios, studiu przerobionym z kurzej fermy i miejsce to miało, jak twierdzi Tom, niekwestionowane znaczenie dla powstającej muzyki (Chocolate Jesus o zdumiewającym przesłaniu).). Są tu numery, które po pewnych aranżacyjnych uproszczeniach można by sytuować w czasach Elektry. Z kolei takieBig in Japan, Eyeball kid, Filipino box spring hox, lepiej odnalazły by się na Bone machine . Waits jest tu z jednej strony jak zaklinacz węży, czaruje słuchacza a z drugiej jakby zajmował się konsumpcją przywilejów muzycznej legendy, przy czym nie ma tu mowy o żadnej estetycznej dezorientacji (What's He building?)Tą płytą nasz bohater zalicza artystyczny i komercyjny wzlot co w tym świecie jest rzadkością, w przypadku Toma rzadkością szczególną a użytkownicy tego forum o tym dobrze wiedzą. Tak czy inaczej 10/10.

Po raz pierwszy z twórczością Toma Waitsa zetknąłem się latem 1980 będąc na Jarmarku Dominikańskim (impreza kulturalno- handlowa, lub odwrotnie w Gdańsku). Kolega miał zamówienie na jakiekolwiek płyty Waitsa. Kupił mu wtedy, jedyny dostrzeżony, egz. Blue Valentine”, bodaj tłoczenie włoskie. W kwaterze gdzie nocowaliśmy był gramofon. Tam po raz pierwszy, świadomie, słuchałem Jego muzyki, ale nie chwyciło. Potem dzięki Kaczkowskiemu, przełom 83/84 będąc w wojsku zasłyszałem fragmenty Swordfish… i facet już mnie miał. Czego i Wam życzę!!!
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami


Ostatnio zmieniony przez esforty dnia 09.09.2019, 06:50, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Maciek
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 15 Kwi 2007
Posty: 6355

PostWysłany: 25.05.2017, 08:52    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

esforty - żeby móc Ci się pokłonić wystarczająco nisko za tak wartościowy wpis, będę zmuszony poddać się wielomiesięcznej gimnastyce.
Wielkie dzięki! Mamy co czytać i czego słuchać (przynajmniej ja). Fanów Waitsa u nas nie brakuje, więc zanosi się na gorący temat Wink
_________________
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Leptir
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 04 Wrz 2010
Posty: 6255

PostWysłany: 25.05.2017, 10:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo interesujący wpis esforty! I dobrze, że założyłeś wątek poświęcony tak ważnej postaci, jak Waits. Ciekawe, że również i ja zacząłem znajomość z tym muzykiem od "Blue Valentine". Z tą różnicą, że mi się od razu spodobała. Uważałem go zresztą na początku za jazzmana-balladzistę, z pewnymi rockowymi ciągotami - do momentu, gdy usłyszałem 'Swordfishtrombones".

Od siebie mogę szczerze polecić trzypłytową kolekcję "Orphans, Brawlers, Bawlers, Bastards". To monumentalny zbiór 56 utworów z różnych etapów kariery Toma, z których tylko 14 można odnaleźć na innych płytach. Pokazuje ona wiele wątków muzycznych, które czasem trudno dostrzec na regularnych albumach - od rockabilly, przez covery The Ramones, gospel, Delta Blues, po teatr Weilla/Brechta.


_________________
„Gdy słońce kultury chyli się ku zachodowi, to nawet karły rzucają długie cienie”.
Karl Kraus
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 16.11.2017, 14:48    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

I OKRES ASYLUM RECORDS

Closing time 1973


Anegdota o Clising time” jest taka: oto Harry Dean Stanton, kręcąc jeden z filmów, zdaje się, że był to „Cockfighter” w reż. Monte Hellmana, znalazł był egzemplarz debiutu Toma nad torowiskiem kolejowym gdzieś w śrdk. Georgii gdzie, co w Słońcu nieuchronne, zmieniał stan skupienia. Tak poznał pierwsze nagrania Waitsa. Ten zaś rezolutnie kończy tę dykteryjkę stwierdzeniem: iż lepszy taki koniec żywota dla płyty niż kosz z przecenami. Harry Dean Stanton zmarł we wrześniu tego roku, nie dowiemy się zatem ile tu waitsowskiej blagi a ile rzetelnej prawdy …
Powszechnie wiadomo, iż ten debiut nie dał szansy dłużnikom Toma zobaczyć swoich pieniędzy, kilku musiało zaczekać, nawet jeśli niektóre z piosenek doczekały się kolejnych wersji wypreparowanych przez min. Tima Buckleya (Martha) czy The Eagels (Ol'55).
Za to nie wszyscy wiedzą, że wspomnienia tych najistotniej zamieszanych w Closing time o powstawaniu materiału są nie zborne, by nie napisać krańcowo różne. Jerry Yester, który sznyt producencki wyrabiał sobie przy folkowych, głównie, wykonawcach, twierdzi - ,,Wiedziałem z całą pewnością, że stworzyliśmy wspaniały album. Tom to wielki artysta, wystarczy usunąć się z drogi i muzyka popłynie” I jeszcze, że jest bardzo szczęśliwy, że mógł to zrobić bla, bla, bla…
Na jego korzyść przemawia fakt, że Closing time jednoznacznie kojarzy się z tanimi barami, takąż whisky i kłębami dymu papierosowego i późnym wieczorem, gdy tymczasem nagrywano w biały dzień, właściwie kilka, bo studio można było wynająć tylko w tym czasie pomiędzy 10 a 17, co zapewne jest niezłą sztuką, która wszak, mogła się udać mając do dyspozycji piosenki Toma.
Tymczasem sam Waits jest dużo bardziej zdystansowany. Opowiadał w wywiadach (1976) o pewnym osaczaniu przez Yestera i parciu ku stricte folkowemu brzmieniu, podczas gdy Tom czuł się lepiej w towarzystwie trąbki z tłumikiem i kontrabasu i wykorzystywaniu braku jego doświadczenia przy studyjnej robocie. Efektem jest, jak myślę, kompromis, pięć numerów osadzonych w stylistyce jazzu wokalnego i siedem dryfujących w folk, zapewne osiągany po wielu awanturach w studiu. Tym niemniej zawartość Closing time wstydu, żadnego Artyście nie przynosi. Są ładne melodie, nawet jeśli smutne, to przecież nie ponure, są teksty wzruszające raczej niż refleksyjne, ale przecież dalekie od taniego sentymentalizmu.
Zaś, całość trzyma fason jakiego się oczekuje od debiutu
Toma Waitsa, 7/10.


The heart of saturday night 1974


Minęło półtora roku, jest październik 1974,od premiery debiutu Tom znosił ze dwie pary sadle shoes, ale też w Jego garderobie pojawiła się jedna para butów od Aldena ze skóry Cordovan. Wspominam o tym, ze względu na słabość Toma do porządnych butów komponującą się z namiętnością do tanich, choć dużych, samochodów.
Ma za sobą, wyrafinowany do granic, pomysł menadżera Herba Cohena a mianowicie trasę z Frankiem Zappą i Mothers of Invention, której wspomnienie puentuje lakonicznie innym wspomnieniem, tym razem z dzieciństwa:” …kiedy ojciec namawiał Toma – Może pójdziesz na strzelnicę ze swoim bratem Earlem? A on odpowiadał- Nie chcę. Może mi się coś stać…”

The heart of saturday night jest inna niż debiut, nie rewolucyjnie, ale inna. Waits podążył w kierunku zamierzonym wcześniej. Zaopatrzył płytę w sound z czasów kiedy nagłówki gazet straszyły Zimną Wojną i gloryfikowały politykę pewnego prezbiterianina o nazwisku Eisenhower. Czyli knajpiany jazz i knajpiane boogie z domieszką bluesa spowite w warstwie lirycznej wypadkową obserwacji czynionych: już to z tylnego siedzenia taksówki, już to z historii usłyszanych w niewielkich lombardach a na ten krajobraz <spogląda> przekrwiony księżyc.
Jest mniej melodyjnie, w ogóle poprzedni Closing time ” kodyfikatorzy dorobku Waitsa uznają za najbardziej rozróżnialny, jeżeli chodzi o melodyjność. Za to pojawiają się trade marki w postaci melodeklamowanych numerów: „Diamond on my windshield” ” i „The ghosts of Saturday Night”.
Tomowi łatwiej było osiągnąć taki właśnie rezultat również dlatego, ze zmienił się producent, którym został Dayton Howe ksywka <Bones>, który lepiej zrozumiał zamysł autora materiału, wiedział jak się nagrywa szczoteczki zmiatające nie istniejący kurz na perkusji i miękko brzmiący kontrabas, w końcu był silnie powiązany z formacją, właściwie bardziej, zjawiskiem muzycznym o nazwie The Wrecking Crew. Ważną rolę przy realizacji płyty odegrał też Michael Melvoin, mogący również pochwalić się rodowodem The Wrecking Crew, a który zajął się aranżacjami piosenek wypełniających „The Heart…”.
W czasach premiery, w zasadzie, album komercyjnie podzielił los debiutu i dopiero po wielu latach doczekał się, przynajmniej u niektórych, statusu płyty wybitnej. Ja oceniam podobnie jak Closing time z lekkim wskazaniem na debiut,7/10.


The Nighthawks at the dinner 1975


Nagranie płyty koncertowej nie było pierwotnie pomysłem samego Waitsa a jego menadżera Cohena. Jakkolwiek Tom jest już weteranem występów klubowych i knajpianych, ma za sobą trasę z Mothers Of Invention gdzie wypracował sobie, ostry jak samurajski miecz, mechanizm gaszenia złośliwości pochodzących z widowni. Lepiej, doświadczył również… ale oddajmy głos samemu Tomowi:
Z jakiegoś tam Bóg jeden wie powodu zostałem wpisany na listę wykonawców w benefisie Ruchu Wyzwolenia Homoseksualistów, a oglądała to naprawdę rozdrażniona widownia… Musiałem wyjść na scenę zaraz po Richardzie Pryorze, który zakończył swój występ okrzykiem: <Pocałujcie mnie w moją bogatą, czarną dupę, pedały>. Po czym zmył się ze sceny, w-i-ę-ę-c znalazłem się wtedy w dosyć kłopotliwej sytuacji, ale w końcu, nie wiem naprawdę dlaczego, zaintonowałem starą melodię „Standing on the corner watching all the girls go by”(„Stoję na rogu obserwując przechodzące obok dziewczyny”), coś mi powiedziało, że tak będzie dobrze!
Zatem profesjonalnie i emocjonalnie był gotów. Ciągle jesteśmy w czasach kiedy nie mógł wozić ze sobą na koncerty własnego fortepianu. Zresztą na taką fanaberię by Elton John i dzisiaj nie może sobie pozwolić. Kluby dostępne dla takiej rejestracji nie były dobrym akustycznie terenem, zatem „Bones” Howe zaaranżował klub w studiu, sprzedał bilety na cztery występy (po dwa 30 i 31 lipca) i rozpoczął rejestrację. Waitsowi towarzyszy w nagraniach jazzowy kwartet pod wodzą, znanego już nam, Mike’a Melvoina.
Zasadniczo tym razem Tom ofiarował słuchaczom album jazzowy, przenosząc nas dźwiękowo w lata 50-te.Barwa Jego głosu, choć to nie kres owej zmiany, świadczy już tysiącach wypalonych Cameli oraz o nadużywaniu napojów o mocy circa 40 %. Prezentuje same nowe piosenki swego autorstwa tzn. jedna z nich to wspólne dokonanie kompozytorskie także Jego kumpla Chucka E. Weissa, mowa o „Spare parts I”. Jest też jeden cover Reda Sovine’a „Big Joe and Phantom309”, nie wiedzieć czemu.
Aha! Żeby to jeszcze wszystko uwiarygodnić (przed publicznością? przed sobą?) Tom zaangażował striptizerkę, o znaczącym stażu zawodowym, aby otwierała każdy z występów co niemal na pewno redukowało świadomość pozostawania w studio.
Tom Waits wielokrotnie przyznawał się do słabości wobec komików estradowych pokroju; Lenny’ego Bruce'a, nawet wskazując jako jedne z istotniejszych dokonań fonograficznych płyty z zapisem występów tychże. Na Nighthawks at the dinner daje upust tej słabości wplatając w zapowiedzi piosenek wiele zabawnych, bezsprzecznie, monologów. Tym samym udowadnia, na przekór tekstom piosenek, że ideologia beatników i jej przedstawiciele pokroju Kerouaca, Bukowskiego to nie horyzont jedyny i ostateczny dla Jego inspiracji.
Co ja mam do powiedzenia o tej płycie?
W 1978 roku Sylvester Stallone(wkrótce John Rambo) powierzył Waitsowi, w swoim filmie „Paradise Alley” rolę, niewielką, pianisty o ksywce <Mamrot>. Dla mnie trzecia płyta Toma to taki mamrot, nawet jeśli dostaliśmy pewien ersatz atmosfery koncertowej z Tomem w roli głównej, 5/10.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 07.08.2018, 21:32    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

"Frank's wild years" 1987


Wydaje się , że “Frank’s wild years” to jedna z najrzadziej recenzowanych płyt Toma a jeśli już to , bywa że, pomawia się ją o… wtórność.
A przecież Waits na słuchacza przygotował lepszy hak niż Annasz i Kajfasz przychodząc do Poncjusza Piłata…
Ale o tym za chwilę, tymczasem dwa-trzy zdania o libretcie.

Jesteśmy we wsch. Saint Louis. Zima, wieczór. Od godziny pada śnieg. Na parkowej ławce siedzi facet przekonany, iż następnego ranka w jego papierach koroner napisze: … z wyziębienia.
Tymczasem spoglądając w niebo krzyczy: „Pamiętasz mnie? Zamawiałem blondynkę, Firebirda… Ktoś popełnił fatalną pomyłkę.”
Owa kwestia jest początkiem opowieści Franka o swym życiu, nie pozbawiana halucynacyjnej aury.
I choć powszechnie wiadomo, że wspomnienia to nie tresowane psy, nie przychodzą tylko kiedy się je woła, to tym razem są posłuszne. Przeniesiony siłą wyobraźni do ulubionego baru snuje więc swa historię ujętą w tekstach poszczególnych piosenek. Nad ranem okazuję się, iż słupek rtęci nie obniżył się, jednak, o ten krytyczny stopień i bohater musi się przygotować na kolejną noc, ot! Za to dalej bez grosza w kieszeni.
Franka zagrał, co zrozumiałe, Waits.
Całość, pomimo szeregu trudności finansowo- organizacyjnych, jednak wystawiono i przez trzy miesiące grano w chicagowskim Briar Street Theater.
Kiedy sztukę zdjęto z afisza, Tom postanowił koniecznie nagrać ten materiał na płytę. Praca w teatrze, jak wspominał w wywiadach, uświadomiła mu, pewne ograniczenia (rygor narracyjny)w stosunku do tego co sobie muzycznie zamyślił.
Mówił też, że obdarzając Franka swą fizjonomią towarzyszyła mu gryząca niepewność bo wraz z Kathleen, współautorką sztuki myśleli o katalogu oblicz, jakim posłużył się D. Lynch przy kompletowaniu podstawowej obsady do swego debiutu fabularnego „Głowa do wycierania”.
Zaciągnął zatem zespół towarzyszący, sobie na scenie podczas wystawień do studia by uczynić zadość pierwotnemu konstruktowi muzycznemu.
Mając komfort, iż w zasadzie pracuje z multiinstrumentalistami, pozamieniał ich role w studiu oczekując by bębniarz dmuchał w waltornię, gitarzystę usadził do klawiszy… sam z kolei sporą część materiału wyśpiewał via policyjną tubę.
Zresztą, w ogóle na „Frank’s…” Tom naginał swój głos np. falset w Temptations , quasi Sinatra w Straight to the pop, czy wreszcie baryton w Way down In the hole i czynił tym zabiegiem zadość pewnej indywidualnej estetyce tych piosenek, nie naruszając jednocześnie poczucia słuchacza o integralności zamierzenia.
Znów instrumenty(bo to cecha wszystkich dokonań z lat 80-tych), już to wychodzące z użycia (mellotron, optigon) czy tak egzotyczne jak choćby rożki afrykańskie, marimba różne tłumiki, kubki, piszczałki silnie wpływają na brzmieniową różnorodność albumu.
Wreszcie, korzystanie z akordeonu, o którego, jak myśli Waits ,niezbywalnym znaczeniu dla amerykańskiej muzyki popularnej( ciekawe co na to Armia Czerwona?) staje się znaczącym elementem dźwiękowej struktury.
Lubię wszystkie piosenki z albumu, jednak wskażę na: „Innocent when you dream(barroom)” będąca prostodusznym i nieco naiwnym wzruszeniem pijaka wobec pokręconego Świata, „Temptation” w oryginale bezbłędnie obnażająca ludzkie ułomności, a która w wersji Diany Krall będąca ledwie balladą podkręconej szansonistki będącej ozdobnikiem na zjedzie producentów sprzętu dentystycznego w Iowa.
https://www.youtube.com/watch?v=-J9bwNLRiJU
Czy wreszcie mój ulubiony „Way down In the hole” oryginalnie z gospelowym anturażem a świetnie poprawiony (a jakże!) poprzez wyeksponowanie linii basu w wykonaniu Johna Campbella.
https://www.youtube.com/watch?v=U8oXSmK3uoE
Warto dodać, iż po raz pierwszy zasadniczym nośnikiem dla dokonań Toma Waitsa stała się kompaktowa edycja, oferując cyfrową, w rozumieniu kolokwialnym i semantycznym, wierność przekazu struktury muzycznej. Ale ten kij ma drugi koniec, bo oto pozbawia się płyty Artysty owego naturalnego szumu i delikatnego trzasku świadczącego o wygarnianiu z rowków winylu brudu i kurzu silnie kojarzonego z atmosferą tekstów , które pisał.
Są tacy , którym „Frank’s Wild Years” jawi się jako ostatnia część trylogii , po „Swordfishtrombones” i „Rain dogs”.
Nie podważam takiej optyki, owszem przeświadczony jestem , że te wymienione są w stanie zdmuchnąć słuchacza po pierwszym kontakcie. „Frank’s” to nie taka lokomotywa , <zabije Cię> po przejechaniu przez Ciebie dopiero ostatniego wagonu „Innocent when you dream w tym wypadku. I zapewne niektórzy będą potrzebowali dwóch przejazdów, ale spokojnie, <zabije>!
A waitsowski hak?
Są dwa: pierwszy to, że płyta jest syntezą, już taką bez uników, Waitsa z okresu Elektry i tego z Islands, zdaje się , że najdoskonalszą bo nie faworyzującą żadnego z tychże.
A drugi to niezaprzeczalny fakt, że „Frank’s Wild Years” to koncept album bez mielizn , dłużyzn…
To synergia warstwy muzycznej i lirycznej ofiarującej słuchaczowi Sztukę bez cienia szantażu emocjonalnego i różnych tanich chwytów.
Tych, którym wydaje się być to wtórne, namawiam posłuchajcie jeszcze raz. Sprawdźcie tylko czy wszystko macie dobrze podłączone. 10/10.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 06.12.2018, 10:25    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

"Bone machine" 1992


Zanim cokolwiek o samej płycie, warto określić warunki brzegowe dla Jego sytuacji artystycznej w początku ostatniej dekady poprzedniego stulecia. Oryginalny nie będę, bo wspominają o nich biografowie Waitsa i te wydają się być celnie rozpoznane.
Przede wszystkim Tom jest <zarobiony>(w sensie finansowym). Wygrany „proces chrupkowy” w 1990 gwarantuje niemal 2,5 mln $ odszkodowania, a w 92 rozpoczęły się pierwsze wypłaty od Frito-Lay. A to nie wszystko, gdyż za cover ” Downtown train” popełniony, bardzo zgrabnie popełniony przez Roda Stewarta, wspomniana już w wątku (powyżej ), taczka dolarów z tantiem stanęła pod domem Artysty.
Zatem, pytanie: co może z sobą i swoją karierą zrobić syty artysta? wydaje się tu zasadne.
Kilka możliwości ma: może na przykład naściągać do studia nagraniowego sławy muzyki pop i nagrać p o d w ó j n y, a jakże inaczej, album „Duets”… Wiadomo do kogo <piję>, ale nazwisko Sinatry pojawiło się już w poprzednim wpisie. Nie ulega wątpliwości, że Tom myślał o Sinatrze co najmniej kilka razy( przecież Jego bohater piosenek z poprzedniej dekady imię po kimś nosi?!). Lepiej! Zmierzył się z dorobkiem ikony< Amerykańskiego Snu>. Oto, w 1990 piosenka, śpiewana Przez Sinatrę „Its All right with me” autorstwa Cole Portera ( najbardziej znana z filmu „ Can Can” 1960), dostała waistsowskiego anturażu i w takim właśnie anturażu, można jej posłuchać na „Red, Hot & Blue”, płycie będącej wydawnictwem nagranym przez wielu wykonawców( notabene bardzo dobrym)wspierającym walkę z AIDS; https://www.youtube.com/watch?v=RASG2JmtDeQ
No, ale w tej odsłonie do takiego, choćby, Ceasar’s Palace się nie za bardzo się nadaje. Za to świetnie odnalazłaby się na „Bone Machine”…

Tyle o ładzie ekonomicznym, bo należy jeszcze przyjrzeć się drugiemu warunkowi brzegowemu. A tym niewątpliwie jest udział w „Draculi” Francisa Forda Coppoli. W zasadzie sam wybrał sobie rolę Renfielda, naznaczonego szaleństwem po spotkaniu Księcia Ciemności i bardzo o nią zabiegał. W intro do tego przewodnika zamieściłem wskazówki samego Toma, do tego jak trzeba się aktorsko wypreparować by podołać takiemu zadaniu. Dodam, że jakkolwiek „Dracula” Coppoli to filmowa kaligrafia najwyższej próby z fantastyczną sekwencją montażu równoległego, choćby, to i w tym bogactwie kreacja Toma jest inkrustacją do zapamiętania. I mrok tego filmu grozy ogarnia, czule, „Bone Machine”.
Waits to nie cizio, który zamówi sobie tuzin mokasynów uszytych z marokańskiej skóry( papieżom się takie szyje) i będzie biegał po stacjach TV by tworzyć sobie rozpoznawalność wśród gawiedzi. Wręcz odwrotnie!

Przystępując do nagrywania „Bone machine”, wzgardził przydatnością studia i przeszukał większość pomieszczeń budynku należącego do ISLAND, aby znaleźć odpowiednią akustykę/atmosferę dla nowego zamierzenia. Sterylność studia, poniekąd, niweczyła aurę umęczenia, jaką zaplanowano dla tegoż.
Odpowiednim miejscem okazał się być jakiś magazynek ze stertą szpargałów min. map i skrzynek.
Tam ściągnął muzyków i instrumenty. Osobliwa skłonność Toma do wykoślawiania faktów, sugeruje dystans do tej deklaracji. Ale faktem jest, iż materiał realizowano przy pomocy DAT-a, a to otwierało wiele możliwości.

Pozornie, album brzmi chłodno, nieprzystępnie wręcz. Ale jak ma brzmieć skoro Artysta w jednym z wywiadów przyznał się, że aby wzbogacić perkusyjną warstwę nagrań użył instrumentu nazwanego: conumdrum, który zrobił mu jeden z kolegów, a który wydawał dźwięk: jak drzwi więzienia. Zamykające się. Za tobą(!).
Generalnie postawiono na surowość i ponury nastrój całości.
Okładka obiecująca niecodzienną porcję piosenek nie nadających się, zupełnie, do odtworzenia przy rodzinnym niedzielnym śniadaniu nie kłamie.
Otwierający „Earth died screaming” wprawia słuchacza w napięcie i każe spojrzeć za siebie. Bo sugestia z tytułu, że ten klekot, zapewne, pochodzący od poruszającego szkieletu jest dojmująca. Na tym tle, skowyt Waitsa o Ziemi umierającej z wrzaskiem sprawia, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych otwarć w dyskografii Toma.
„All stripped down” nadał by się do spotu reklamowego producentów krzeseł elektrycznych o ile takowi czują potrzebę reklamowania swoich wyrobów.
”The ocean dosen’t want me” to list samobójcy niejako wydeklamowany ”tonącym” głosem Waitsa . Utwór w instrumentacji wzniecającej niepokój zaimplementowany słuchaczowi w pierwszym z płyty.
„Jesus gonna be here” , nie brzmiący jak duet, a jednak: z Larrym Taylorem na gitarze odwołującym się stylistycznie i tekstowo do poprzedniej dekady.
W „In the Colosseum” słyszymy, wspomniany wyżej conumdrum ozdabiający, powściągliwy jak na Toma, opis szyderczych metod polityków i mediów.
Za to „Goin’ out West” to Waits nieco autoironiczny wobec swoich filmowych wcieleń, śpiewa:
Niepotrzebny mi makijaż/ mam prawdziwe blizny/mam owłosioną pierś/ świetnie wyglądam z nagim torsem… A przy okazji to prawdziwy ukryty killer. Odsyłam do koncertowej “Glitter and doom” z 2009 roku: https://www.youtube.com/watch?v=75ciBXPy_iQ .
Skłonność do makabry w "Murder In the Red Barn”, westernowy sznyt w “Black wings” uzupełniają smakowicie ten zbiór piosenek, ponuro się zaczynający, ponuro trwający I ponuro się kończący.
No, może niezupełnie. Zamykający płytę „That feel” to numer wspólnie napisany z Keithem Richardsem nosi znamiona optymizmu:
…Jest tylko jedna rzecz, której nie możesz porzucić
to uczucie
możesz oddać w zastaw zegarek i łańcuszek
ale nie to uczucie
zawsze przyjdzie i cię znajdzie
zawsze usłyszy twój płacz
krzyżuje moją drewnianą nogę
i przysięgam na szklane oko
nie zostawi Cię czystego i pewnego
nigdy nie zostawi Cię w spokoju
trudniej pozbyć się go niż tatuaży…

Nostalgicznie brzmiące gitary i chciałoby się napisać:Kiedy powodzie i głód tak ciasno spowijają błękitną planetę ta para pruje naprzód, stawiając tylko na wzajemne porozumienie i … wysokie przychody brutto!
Ale, tradycyjnie, płyta sprzedawała się źle. Jej nieoczywiste piękno nie docierało natychmiast nawet do fanów zagorzałych. Mimo zachwytu amerykańskiej krytyki, mimo Grammy za alternatywny album roku trzeba było czasu by rzecz docenić. 9/10.



"Foreign affairs"1977


Stosem pacierzowym tego wydawnictwa są dwa numery. Pierwszy z nich to „Potter’s field” będący czymś w rodzaju scenopisu do krótkiego filmu. Opowieść o ślepcu nadającym na gangsterskie porachunki policji za butelkę, czy dwie, wódki. Waits nie śpiewa, to melorecytacja, wprawdzie z Jego strony nienaganna. Niestety orkiestra towarzysząca jest lepka i rozsadza pomysł zostawiając słuchacza jedynie z wartością samego tekstu. Drugi to „Burma Shave” gorzka relacja o ucieczce z prowincji ku <czemukolwiek>, byle jak najdalej od małomiasteczkowej nudy, śpiewana głównie z towarzyszeniem pianina by na koniec dostać niewyszukane, moim zdaniem krótkie solo na trąbce.
Swój tytuł piosenka zawdzięcza marce pianki do golenia, reklamowanej wzdłuż szos. Tablice ustawiano co (circa!)50m, czytane jedna po drugiej, dawały w rezultacie slogany reklamujące Burma –Shave. Oto przykład: W tej dolinie/ znoju i grzechu/ twa głowa wyłysieje/ale nie podbródek/Burma-Shave.
Reszta materiału do piosenki sequele, a wiadomo jak to z sequelami bywa. Niekiedy wskazuje się na na urokliwą „A sight for sore eses” ale ja znam, co najmniej tuzin, piękniejszych Jego autorstwa.
Wspomnieć wypada, bo to jednak rzadkość, duet z Bette Midler „I never talk to strangers” choć to piosenka nie wychodzącą, tak myślę, ponad estetykę musicalu poprzedniej dekady. Właściwie to niewiele więcej da się napisać o płycie, nie przepadam za nią. Po poprzedniej, genialnej „Small change”, „Foreign affairs” jawi się jak epigon. A Tom Waits mógłby wykonać palcami znak V- victory niczym ustępujący Nixon po odkryciu Watergate. 5/10.

Jutro(7.12) Tom Waits kończy... 69 lat!
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 13.02.2019, 09:28    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

"Blue Valentine" 1978



Łatwo przeoczyć tę płytę, o ile znajomość z dorobkiem Waitsa nie złamała nam jeszcze serca .
W jednej z biografii poświęca się tejże nieco ponad pół strony, chociaż to bardzo dobra biografia. Powierzchowne spojrzenie na ten materiał wskazuje, że to kolejna z cyklu. Sam Waits odnosząc się, nie bezpośrednio do Blue Valentine, ale do pewnej powtarzalności opowiadał:

…Siądź, napisz piosenki, nagraj płytę, wyjedź w trasę, trzy miesiące koncertów, wracasz z podwyższonym ciśnieniem, problemami z piciem, gruźlicą i wypaczonym poczuciem humoru. Wszystko staje się tak łatwe do przewidzenia…

I rzeczywiście, Blue Valentaine zaczyna się ,niemal, tam gdzie kończy Foreign affairs. Ten mulisty cover Somewhere , poza tym że niczego nowego nie wnosi ani do kariery Waitsa ani dla struktury musicalu West Side Story, mimo to dwie rzeczy Tomowi załatwia: osobistą, bo ta piosenka była pomostem zgody pomiędzy nim a Rickie Lee Jones , Jego ówczesną dziewczyną, w której był bezsprzecznie zadurzony. Ta relacja miała dużo bardziej skomplikowany charakter niż lapidarność, którą się posłużyłem. Pani Rickie Lee Jones znajduje się na tylnej okładce opisywanej płyty. Nie widać jej twarzy, jedynie część pleców i długie blond włosy. Podobno, tylko na taki wariant zaistnienia w fizyczny sposób, na okładce Blue Valentine, wyraziła zgodę.

Za to drugi powód nagrania Somewhere odnosi się wyraźnie do sygnalizowania słuchaczom skąd wywodzą się bohaterowie Jego muzycznych opowieści. Tom mieszkał wówczas w Los Angeles, mieście mającym swoją złą sławę, bezwzględnie. A jednak, wydaje się, że natchnieniem częściej bywał nowojorski Five Pioint niż kalifornijskie miasta.
Następna piosenka po Somewhere to Red shoes by the drugstore odsłaniająca nieco inne oblicze autora. Zbudowana na jednostajnym rytmie, inkrustowana pasażami elektrycznego pianina i zaśpiewana z pasją jest czegoś zapowiedzią. Podobny anturaż , czegoś nieznanego wnosi jeszcze A sweet Little bulle from a pretty blue gun z przewrotnym tekstem i w nieco mniejszym stopniu tytułowy Blue Valentaine osobliwy skowyt przestępcy, korzystającego z programu ochrony świadków, zmuszonego tym samym do rozstania z kobietą i z miejscem, które tak bardzo było jego… A ów skowyt z dźwiękiem gitary jako wiodący instrument wygrywający bluesową linię taktową pozbawianą kulminacji.
Pomiędzy te utwory Waits <powkładał> bluesy, takie <gruboziarniste> ze świetnym tekstami, zagrane z nowo - skompletowanym składem, z którego niektórzy dotrwali z Tomem dnia dzisiejszego. To przy Blue Valentine narodziła się przyjaźń/ współpraca z basistą, aranżerem Gregiem Cohenem, o którym więcej już za chwilę. Tu też dał o sobie znać, już znany wtedy, George Duke posługujący się przy pracy z Tomem pseudonimem :Da Villie Conga!
Jednak największym asem Blue Valentine pozostaje, niezmiennie, piosenka odnosząca się do dzieciństwa i kumpla z tamtych czasów, poruszającego się na wózku Kippera. Mowa o wycharczanej Kentucky avenue. Moc tekstu, bez cienia taniego sentymentalizmu sprawia, że wzruszenie zmoczy nasze koszule i będzie kapać na nasze buty.
To kapanie na buty załatwił nam Bones Howe przekonując Toma by do struktury utworu dodać wyrazistą partię wiolonczel. Jedna z TYCH piosenek Toma Waitsa.
Życie ma tendencję do tego by tory, po których się poruszamy co pewien czas w ramach sabotażu rozkręcać. Jakieś niespodziewane spotkanie, rozmowa, zdarzenie w życiu nagle pcha nas w innym kierunku. Kontakt z twórczością Toma Waitsa, może niekiedy być, takim torów rozkręceniem.
8/10




"The Black Rider" 1993



… zobaczycie dziecko z trzema głowami,
Zobaczycie mózg Hitlera,
Uważajcie na siebie
Nawet jeśli macie zdrowe serca!

Cyrkowy naganiacz z tępym vibrattem ściągający gawiedź na szemrany pokaz osobliwości, będący otwieraczem płyty.

Zanim o samej płycie, krótko o kolaborantach, którzy nie będąc muzykami mieli znaczny wpływ na to zamierzenie artystyczne. Zacząć wypada od wymienienia Williama Burroughsa- guru bitników, a i Waitsa w swoim czasie, który miał napisać współczesną wersję sztuki z XIX w. napisanej Carla Marię von Webera.
Burroughs, będący naonczas niespełna siededziesięcio-latkiem i ciągle, programowo, nie bał się złych zakończeń ( a takie miało do tekstu wrócić) a pokładami drzemiącego w nim cynizmu dorównywał Tomowi. Nadto swoim znawstwem – tak zeznał w jednym z wywiadów sam Tom- w tematach węży, owadów i broni palnej zjednał go do uczestnictwa.

Drugi to Robert Wilson, już wówczas postrzegany jako artysta dużego formatu. Ten sam Robert Wilson, który odrzucił możliwość współpracy przy ” Frank’s Wild years”.
I ten sam, dodam, bo myślę, że to ważne dla zilustrowania braku artystycznego umiaru Wilsona, który w 2010 roku zrealizował( czytaj: położył!) spektakl na 30-lecie Solidarności. Przeplatając elementy muzyki, teatru, ognia, światła i poezji, mając do dyspozycji:
Macy Gray, Angelique Kidjo, Rufusa Wainwrighta, Marianne Faithfull, Sharon Jones, Philipa Glassa a ze strony polskiej:Kayah, Krystynę Jandę, Jerzego Radziwiłowicza, Jana Lisieckiego wypreparował <koszmar inwestorów> nieczytelny, chyba nawet, dla twórcy.

Opera Von Webera „Der Freischutz ";zamieniona w operetkę(?)”The Black Rider” by William Burroughs to historia Wilhelma, urzędnika rozkochanego w Katchen, córce Kuna, wielbiciela sztuki myśliwskiej. Zatem tenże Kuno obmyśla strzeleckie zawody, których zwycięzca będzie mógł zaślubić cnotliwą Katchen. Wspomniany wyżej Wilhelm, który strzelcem jest marnym, wobec czego z desperacją decyduje się na wsparcie piekielnego urzędnika o egzotycznym imieniu Pegleg. Ten daje mu pięć kul mających tę właściwość, iż trafią tam gdzie strzelający chce. Wilhelm wygrywa, choć Pegleg zostawia jedną jedną kulę dla siebie. Koniec końców ta ostatnia kula ląduje w sercu Katchen, zabijając ją. Obietnicy złego zakończenia staje się zadość. Artyści i widzowie idą do domu.

Libretto, jak libretto, nieszczególnie oryginalne i tu należało poprosić o pomoc Artystę klasy Toma by ową skostniałość ożywić i nie ograniczać się do wyobraźni Wilsona. W 1991 roku na kilka miesięcy do Hamburga zjeżdżają Waits i Greg Cohen. Tym razem nie idzie o nagrywanie płyty w klasycznym znaczeniu. Praca w miejscu zwanym Gerd Bessler’s Music Factory koncentruje się na pisaniu piosenek i aranżacji oraz ogrywaniu rezultatów z grupą niemieckich muzyków zwanych raz banalnie: The Black Rider Orch. Innym razem, egzotyczniej: The Devil’s Rhubato band. Ta druga nazwa szczególnie uruchamia wyobraźnię jeśli przysłuchać się choćby: Russian Dance, pochodzącemu z płyty.
Panowie Waits i Cohen pracują dużo, odżywiają w barach z atmosferą sprzyjającą temu zadaniu, za to z jedzeniem budzącym podejrzenie o legalność. Warto wspomnieć , że o ile są, z jednym wyjątkiem , a właściwie dwoma, autorami całego materiału kompozytorsko i aranżacyjnie to już nie we wszystkich utworach udzielają się jako muzycy. Skoro o wyjątkach, to we fragmencie o tytule „’T’aint no sin”(będącym coverem „’T’aint no sin to Dance around In your bones” radosnej piosence z 1929 roku autorstwa Edgara Leslie i Waltera Donaldsona. Tylko kto dzisiaj o nich pamięta?) głosu użyczył, bo nie zaśpiewał, nestor projektu William Burroughs, ale splendoru całości to nie przydało. Owszem da się stwierdzić starą prawdę, tu w odsłonie semantycznej
- kto się wróblem urodził, to kanarkiem nie zdechnie.
Na płycie pomieszczono kilka , doliczyć się można siedmiu z owym otwierającym płytę „Lucky day(overture)” instrumentali, które zapewne silnie, bo spektaklu nie widziałem, korespondują z atmosferą na scenie.
W użyciu były: kolejowe gwizdki, miechy organowe, piły, folie aluminiowe i wszelkie stukadełka, do których zdążył nas już przyzwyczaić Artysta.
Ale pomieszczone na płycie rozpraszają uwagę, generalnie, bo ten Russian Dance z odliczającym po rosyjsku Tomem jest smakowity.
I słuchacz rozglądający się za pilotem urządzenia odtwarzającego może przegapić części istotniejsze. Wśród nich dwie, może trzy, hmm… ballady: November, The Brian and the rose, I’ll shoot to the moon, które jednakże <ukąszeniami kobry> nie są . Wyróżnia się też, z powodu westernowej aury Just the right bullets.
Pozostały materiał , niewątpliwie, wzbogaca teatralną sztukę ale na płytę każe spojrzeć jak na najmniej trafiony projekt współpracy z ludźmi z branży teatralnej. A ponieważ ten teatr kładzie się cieniem, tak istotnie, na płycie to zrekapituluję powyższe cytatem samego Bertolda Brechta:

„Trzeba zmienić świat, a potem trzeba zmienić świat zmieniony”

Była ostatnią płytą dla Island i sprzedawała się źle, oczywiście.
6,5/10.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Bednaar
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 4982
Skąd: Łódź

PostWysłany: 13.02.2019, 14:14    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Foreign Affairs to była pierwsza płyta Waitsa, jaką poznałem - i tak się nim zainteresowałem. The Black Rider miałem w innej wersji - w postaci winylowego bootlegu, na czerwonym winylu, trochę inny zestaw utworów, a także inna okładka (przepraszam, nie mogłem znaleźć mniejszego rozmiaru). Jak widac - wersja 3 lata wcześniejsza od wydawnictwa oficjalnego.

Side 1:
The Black Rider (Opening)
November
Just The Right Bullets
The Briar And The Rose
Crossroads
Chase The Clouds Away
Flash Pan Hunter

Side 2:
Instrumental
T'ain't No Sin
In The Morning
Gospel Train
I'll Shoot The Moon
Instrumental
The Last Rose Of Summer



_________________
Jazz washes away the dust of every day life. Art Blakey
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 13.02.2019, 18:56    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Rzeczywiście, Wilson prosił Waitsa o napisanie muzyki do The Black Rider już w 1988. Zapewne ta muzyka powstała krótko potem. Nie wiedziałem, że jest jakiś zapis fonograficzny, choćby bootleg Embarassed .
Posłuchałem tego dzisiaj. Sporo odmienności,mniej lub bardziej subtelnych, właściwie tylko ten 'T'aint no sin jest potem powtórzony na oficjalnym wydawnictwie. Tylko dwa instrumentale, kto wie? czy to nie lepiej?
Z moich źródeł wynika,że Waits był w Hamburgu na początku 1991(ewentualnie pod koniec 1990) by nagrać oficjalną wersję w Gerd Bessler’s Music Factory z pomocą Grega Cohena i The Devil’s Rhubato band. W Hamburgu pozostał kilka miesięcy. Potem powstały też inne Art musicale ze współpracy z Wilsonem: Alice i Woyzeck.
Ale płyty z tym materiałem jako pełnowartościowe wydawnictwa dopiero w następnym stuleciu. Choć jakiś mniej oficjalny zapis tej muzyki też istnieje,zapewne. The Black Rider nie może być jakimś wyjątkiem.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
szpula


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 64

PostWysłany: 26.08.2019, 19:02    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Moja żona zadała mi kiedyś pytanie, które do dziś mnie intryguje i różnie sobie na nie odpowiadam. Wiadomo mianowicie, że czasami różne gwiazdy występują na niemal prywatnych koncertach u różnych osób... Powiedzmy więc, że jestem taką osobą, że na moich urodzinach u mnie w domu mógłby zagrać ktokolwiek bym zechciał - kogo bym wybrał/; warunki są tylko takie, że jest to ktoś TERAZ (a więc Jimi w szczycie formy odpada Wink) i przychodzi do mnie na chatę sam z instrumentem lub korzysta z tego, co znajdzie (u mnie akurat stoi pianino).

Wówczas po długich namysłach odpowiedziałem, że Paul Simon, jestem bowiem wielkim fanem Simona i Garfunkela, o czym jeszcze nie miałem okazji pisać. Ale w ostatnich latach odwraca się moneta na drugą stronę... i zaprosiłbym Toma Waitsa!


Cóż, twórca wątku opisał twórczość Toma Waitsa w sposób znakomity - pełen pasji dla muzyki, jednocześnie z wielką wiedzą, do której nawet nie mogę nawiązać i w dodatku z wyraźną, bardzo interesującą myślą przewodnią, jak ten wątek prowadzić i w jakiej kolejności opisywać płyty.

Na szczęście jednak pozostawił mi pole do uzupełnienia akurat w dziedzinie, która należy do mojej ulubionej części dyskografii Waitsa Smile mianowicie pozostawił luzem rok 2002. Ciekawe, swoją drogą, dlaczego, ale nie traćmy czasu, tylko jedźmy z tematem:

w 2002 roku Tom Waits wydał dwie piękne płyty: Blood Money i Alice. Byłoby to w zasadzie czymś niesłychanym, że gość po 30 latach kariery wydaje na raz taką furę tak dobrego materiału, ale faktem jest, że w większości nie były to rzeczy nowe, lecz nagrywane (ale nigdy do końca nie nagrane) w latach 90. jako muzyka do spektakli teatralnych (nie wnikałem nigdy głebiej w ten temat, więc proszę mnie poprawić, jeżeli nieściśle się wyrażam).

Jak by jednak nie było, wyszły w 2002 te dwie płyty, które dla mnie osobiście stanowią highlight późnego Waitsa, a w swoich highlightach - highlight całej jego twórczości w ogóle.

Oto płyta Alice zaczyna się najpiękniej jak się da: ... it's dreamy weather... we're on... i już jestem cały zanurzony w tej zimowej aurze, gdzie on jeździ po zamarzniętym jeziorze i wykreśla jej imię na lodzie. Przepiękna, nastrojowa piosenka, jedna ze zdecydowanie najlepszych w karierze, no ale co to dalej? Jakieś buuuuu, jakby parowóz gwizdał? Ale i mroczne, niepokojące dźwięki muzyki, wchodzą te waitsowskie pomruki, skrzypienia i pojękiwania, jak zza grobu, a na to czarny wprost głos Toma Waitsa śpiewa kolejną wybitną pieśń: everything you can think of is true!, a najlepsze, że one dwie są tak zupełnie od siebie inne a tak pięknie się komponują na początek tej płyty.

No dobra, od razu powiem, że niestety jak dla mnie płyta nigdy potem nie sięga już tych wyżyn, bo gdyby sięgała, uważałbym ją pewnie za jego najlepszą. Jej problemem nie są dalsze utwory, choć może brakuje im tego błysku pierwszych dwóch - ale dynamika, a raczej jej brak. Trzeci utwór jest jeszcze bardzo piękny, on the flower's grave śpiewa Tom Waits z takim smutkiem i powagą. A po nim następuje kolejny, który też jest bardzo ładny, ale... w zasadzie taki sam. I później będzie sporo tych takich samych, jak poprzednik, a płyty do krótkich (niestety) nie należy. I mi się dłuży.
Trzeba oczywiście wyróżnić jeszcze utwór nr 5, czyli całkowicie szaloną przyśpiewkę w języku niby-niemieckim (KOMME NICHT ZU SPAT! wykrzykuje Tom i chyba nieźle się przy tym bawi, ja na pewno Very Happy), czasem przechodzącą w angielski.
Podsumowując więc: te pierwsze pięć numerów lubię najbardziej - bardzo! - a reszta płyty jest zdecydowanie dobra, ale nie bez rozmaitych zastrzeżeń.

Większość krytyki chyba przedkłada Alice nad Blood Money. Ja na pewno nie!
Jako całość płyta Blood Money zasługuje na najwyższą ocenę - jeżeli do czegoś miałbym (ale tylko ciut ciut) się przyczepić, to do końcówki. Nie pierwszy zresztą raz płyty Toma Waitsa pod koniec mnie, nomen omen, mulą (lecz nie mówię o Mule Variations, bo nie znam Wink).

Znowu zaczyna się fenomenalnie, ale tym razem na pewno nie pięknie! Im wyżej małpa się wespnie, tym bardziej się odsłania, a póki nie umrzesz, nie zaznasz szczęścia... uch, jest ponuro i ja go rozumiem! Misery's the river of the world!, co Kazik dość kiepsko według mnie zaśpiewał, ale świetnie ujął po polsku: rozpacz płynie rzeką poprzez świat. I wszystko marność. Ależ to jest numer krwisty! Tekst tekstem, zresztą trudno przejść nad nim do porządku dziennego, skoro pada tam tak genialne zdanie, jak:

if there's one thing you can say about mankind, there's nothing kind about man Exclamation

ale mi się niesamowicie podoba i muzycznie.
Potem jeszcze jest mnie wystrzałowo, niż w Alice i pierwsze trzy utwory prezentują się lepiej na tamtej płycie (Everything You Can Think... zdecydowanie ponad Everything Goes To Hell, jednak). Ale już za chwileczkę, już za momencik... cudowna ballada, perła wręcz w twórczości Waitsa, czyli All The World Is Green. O właśnie to bym mógł chcieć usłyszeć na tych moich urodzinach!!! Zresztą nie będę tu peanów pisał na cześć kolejnych piosenek, aż do Brzucha wieloryba, a i dalej, jest czym się zachwycać.

Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na niezwykle ciekawą właściwość wielu nagrań Waitsa, a na tych dwóch płytach szczególnie: tam praktycznie nie występuje perkusja. A jest to szczególnie interesujące w tych utworach (a jest ich dużo), które wydają się bardzo zrytmizowane. Osiąga ten efekt Waits wielkim bogactwem środków, a też kiedyś mój kolega porównał dźwięki, którymi się posługuje do dźwięków, których pełen jest stary dom... ładne i trafne.

No a na dodatek na Blood Money jest ta super marimba! Very Happy Pełno jej wszędzie i zawsze trafiona w punkt!

Tyle ode mnie na dziś, a pewnie to nie wszystko, bo jak na razie w tym wątku zupełnie pominięty został mój naj-ulubieńszy utwór Toma Waitsa. Zatem, to be continued!
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 27.08.2019, 19:10    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

WRESZCIE KTOŚ! Wink Wink Wink

-chciałoby się zakrzyknąć, choć przecież nie zapominam o wpisach kolegów, jednorazowych wprawdzie, tym niemniej…
Cieszę się bo wątek zyska, w co wierzę, inną perspektywę( chociaż ten passus o zaproszeniu na urodziny, wiarę nieco studzi).
Bo dotychczasowa <z kolan> może już być nużąca.
Tymczasem trzeba jeszcze zaczekać , bo na tę chwilę ocena płyt wydanych przez Waitsa w 2002 roku jest nadzwyczaj zbieżna.

Tak! Ja także wolę Blood Money od Alice w opozycji do Świata.

Tak! Pierwsze pięć numerów z Alice niesie całość ku górze.

Tak! All The World Is Green to perła , werdykt jest niepodważalny .

Jest kilka różnic, ale wobec ogólnej aury wypowiedzi, będziemy dotykać niuansów.
Nie pisałem dotąd , o tym tandemie wydawniczym, nie wiedząc za dobrze, jak poradzić sobie z zawartością nie popadając w grafomanię. Szczęśliwie, zostałem wyręczony a rafy grafomanii roztropnie, przez przedmówcę, ominięte!
Zatem, jako samozwańczy gospodarz wątku skupię się na background-zie.
Dodam też, iż pomysł na wydanie dwu albumów jednocześnie, nowy nie jest, i niemal, zawsze niesie opór wydawcy. Najbardziej oczywiste przykłady tej praktyki to: Use your illusion I i II oraz Human touch/Lucky Town ale w tym towarzystwie ta informacja, w zasadzie, zbędna.
W przypadku Waitsa argumentem najistotniejszym na takiego <Podwójnego Nelsona> był rodowód teatralnej przynależności materiału, chociaż Artysta skutecznie zabiegał podczas realizacji by nie koncentrować się na tym aspekcie.
A drugim, trochę socjologicznym, że płyty Toma kupują nałogowi fani Jego twórczości (od tego stulecia też środowisko hipsterskie, ale co tam?!), a wiadomo ,skądinąd, że czy wypalam dwa czy czterdzieści papierosów, to suma nałogu jest stała. Nie przekonuje?
Za kilka lat sprzeda nam trzy w jednym, a fani łykali jak młody bocian żabę. Tu też schodziło zupełnie dobrze. Wg. Bilboardu na początek sprzedaży: 32 i 33 miejsce, który to rezultat, może odrobinę, osiągnięty dzięki (przepraszam!) przebojowemu Mule variations.

"Alice" 2002



Korzeniami Alice sięga 1991 i współpracy z Robertem Wilsonem realizującym kolejny ze swoich ART.-MUSICALi. Nie przepadam za tym Wilsonem, ale mam wsparcie. Niemiecki Der Spiegel jako rozpoznawczy znak towarowy tego pana, posłużył się zwrotem: prowokująca powolność teatralna! Ot!
Zaaranżował spektakl Alice jako chropawą, gruboziarnistą opowieść dla dorosłych.
Snuje tam dwie historie: jedną o Alicji i drugą o Charlesie Lutwidge Dodgsonie.
Dodgson,diakon zahamowany i niedosłyszący matematyk w Christ Church College w Oksfordzie, czuł się najlepiej w towarzystwie dzieci. Jego ukochaną była mała Alice Liddell, córka dziekana.
To dla niej - pod pseudonimem Lewis Carroll - wymyślił fantastyczne historie „Alicja w krainie czarów" i "Po drugiej stronie lustra".
W dwóch aktach Bob Wilson łączy erotyczny dramat życia Dodgsona ze swoimi słynnymi baśniowymi mitami. Program sugeruje, że Dodgson napisał swoje książki tylko po to by Alice Liddell, jego obiekt seksualny, obdarzała go pełnym zaufaniem.
Waits przyjął robotę napisania piosenek o dorosłych i dla dorosłych, chociaż jak widać grunt był grząski! Aura tychże wywodzić się miała ze sennych marzeń splatanych, a może lepiej, pętanych z rozwibrowanymi pragnieniami na jawie.
@Crazy, zdaje się, popsułem Ci dotychczasowe odczytywanie otwierającej ?
Za to, Waits był zachwycony współpracą. Określał tę, poetycko, nazywając siebie:
ślepym kalekim mikrusem stojącym na ramionach widzącego giganta”. Umówmy się, przegiął!
Powstał krótki film dla Late Show BBC. Wynika z niego, że że Alice jest znacznie bardziej przystępna niż Black Ryder, z kolekcją wspaniałych piosenek znakomicie zaśpiewanych przez wykonawców spektaklu.
„Alice” była wspaniała ”, podsumowuje Cooper, reżyser filmu. Ma świetną muzykę i fantastyczne ballady pięknie przedstawione przez Wilsona.
W latach 90-tych krążyły po rynku jakieś rejestracje tego materiału ale, o ile wiadomo, raczej z kiepskim dźwiękiem.
Wspomniałem wyżej, że Tom, poniekąd, chciał uwolnić te piosenki od teatralnego dziedzictwa co się, myślę, w pełni udało. W 2002 przystąpił do nagrywania Alice, mając w głowie zamiar wydania jednocześnie materiału z roku 2000 ze innego spektaklu.
Odbiór materiału, początkowo wywołuje, pewien dyskomfort zakreślony produkcją. Wyraźne wyeksponowanie dolnych zakresów pasma, po to by uczynić go bardziej mglistym, mulistym, nonsensownie mokrym (gdyby postawić barometr obok głośników ten by opadał) ukrywa atrakcyjność zastosowanych środków. Atrakcyjność mierzoną pomysłowością Waitsa i Oza Fritza(człowieka od praktycznych podejść, obecny już przy Mule variations).
I choć rzeczywiście nie ma na Alice prawdziwych asów/pereł muzycznych to jeśli płytę odtwarzać w staranniej dobranym systemie (mikrodynamika i kontrola basu będzie miała pierwszorzędne znaczenie), siadając przed głośnikami doposażając się w szklaneczkę Calvadosu, powiedzmy, satysfakcja gwarantowana. 7,5/10.

P.S. W jednej z piosenek na albumie, mianowicie Reeperbahn, Waits używa patentu la,la,la…Spokojnie, to nie spadek formy. Pasuje doskonale, tak jak za pierwszym razem, przy Jersey girl.


Blood money 2002


Historia o skromnym żołnierzu, który poddał się eksperymentom medycznym i powoli oszalał na punkcie przyjmowania leków i ziół. Dowiaduje się, że jego żona jest niewierna. Podcina jej gardło i wrzuca nóż do jeziora, wchodzi za nim i tonie, a potem jego dziecko wychowuje idiota ze wsi. Tak wygląda mocno skrócone libretto Woyzecka. W płytowej odsłonie Toma zmieniono tytuł, na znacznie bardziej chwytliwy, Blood Money.
Waits wspomina, że zapalił się do tego kiedy Wilson dotarł do momentu o... poderżniętym gardle. Uwielbiam takie historie. Poza tym… czego więcej chcieć od opery?
W samej sztuce Tom nie wystąpił, podobnie jak poprzednio, a jednak w kuriozalny dodatek do tegoż dał się wkręcić. Jest tam scena z przedstawieniem marionetki-małpy mówiącej głosem… Toma.
Małżonka muzyka Kathleen, pieszczotliwie(!) nazywa go czasem Ponurym żniwiarzem a czasem Wielkim żałobnikiem co silnie koresponduje z dwoistą naturą męża.
Tu ujawniły się obie nie wchodząc w konflikt.
O samym literackim oryginale warto dopowiedzieć, iż nie dotrwał do naszych czasów w pełnym, autorskim kształcie, dając sporo możliwości interpretatorom tekstu Georga Büchnera, z których to możliwości, skwapliwie korzystają.
Trochę tak stało się też z piosenkami, które napisał Tom do sztuki. Zespół wykonujący je miał swoje pomysły, swoje doświadczenia do tego Wilson ...potrafiący spowolnić nawet..., jak wspomina Waits, ... szum owadów. wykorzystany w realizacji. Uczynienie zatem z Woyzecka pełnoprawnego albumu Blood Money było więc koniecznością.
Jak to zostało poprawione napisał już @Crazy, nie będę tego podważał. Wskażę tylko, że brzmienie całości ciąży ku przejrzystości. Same piosenki są wyraziste, łatwiej zostające w głowie jakby energia i temperatura widowiska została przyłożona do produkcji płyty. Użył Tom gitary akustycznej, użył dość nieoczekiwanie, nadając fragmentom płyty cieplejszy sound.
Jaki to dało efekt to posłuchajcie All The World Is Green , jednego z trzech najczulszych, wg mnie utworów Artysty. Jaką siłą rażenia dysponuje ta perła to obejrzycie film Motyl i skafander Juliana Schnabla gdzie piosenki użyto…
Ale są i piosenki szarpiące: otwierający Misery is the River of the Word czy God’s away on business, porywający sznytem szpiegowskiego kina, instrumentalny Knife chase, czy wreszcie wycharczany Starving In the belly of a whale. 9,5/10.
- Calvados?? Jak najbardziej!
Przy obu tych wydawnictwach wydaje się, że Tom Waits osadził się w jakimś „ artystycznym teraz”. Nie wyrywa się , ani za tym co minęło, ani ku temu co nadchodzi. Niczego nie chce uniknąć, niczego nie musi osiągnąć. Po prostu jest.
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
szpula


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 64

PostWysłany: 27.08.2019, 21:26    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki!! Ale to wszystko ciekawe. I też:

esforty napisał:
@Crazy, zdaje się, popsułem Ci dotychczasowe odczytywanie otwierającej ?

Wcale nie! To jest fascynujące, co opisałeś, a moje odczytywanie bierze się bardziej z jakiejś aury tej piosenki, z brzmienia i nastroju, niż z konkretnej interpretacji tekstu. Ja w ogóle jestem dziwnym odczytywaczem tekstów, dość często słyszę nie to, co tam jest, albo w ogóle nie rozumiem, o czym jest piosenka (najbardziej ekstremalny przykład: ok. 15 lat zajęła mi eureka pt. o czym traktuje test "Oni zaraz przyjdą tu" Breakoutów) i co gorsza, w ogóle mi to nie przeszkadza Wink
Za to z tym ,co napisałeś, podejdę sobie do Alice raz jeszcze i na pewno niczego nie ujmie, a doda!


esforty napisał:
inną perspektywę( chociaż ten passus o zaproszeniu na urodziny, wiarę nieco studzi)

Hmm, czyżbyś chciał trochę krytyki?... Da się zrobić - dla mnie twórczość Waitsa jest mocno nierówna i z pewnymi rzeczami mam kłopot. Ale musiałbym trochę sobie przypomnieć rzeczy, które słabo mi tkwią w pamięci, bo teraz ciężko mi o niektórych więcej napisać. Ale jeden kij w mrowisko mogę od razu pyknąć:

Heartattack & Vine 10/10 Question
Small Change 10/10 Question

Toż to nuda! Very Happy
Serio, nie wchodzą mi te płyty zupełnie. Na Small Change mam trzy utwory najwyższej klasy (pierwsze dwa i Piano), ale cała reszta mi się zlała w całość, która nie tyle mi się nie podobała, co okrutnie mnie nudziła (celowo piszę w czasie przeszłym, bo nie słyszałem tego z 15 lat, kto wie, co by było dzisiaj?). Jednak mogę jednoznacznie powiedzieć, że piosenki Toma Waitsa opierające się przede wszystkim na fortepianie nie są tym, co lubię najbardziej. Owszem, Piano Has Been Drinking to klasyk a wręcz metaklasyk, bo cóż mogłoby lepiej definiować jego całe granie niż tytułowa fraza?! Ale w większym nagromadzeniu robi się to dla mnie mało strawne. Może też dlatego bardzo lubię i Christmas Card From a Hooker, i Kentucky Avenue z płyty Blue Valentine (o której kiedyś osobno, bo to jest moje 10/10!), ponieważ one są, te dwie pianistyczne piosenki, bardzo zgrabnie włożone pomiędzy utwory o zupełnie innej stylistyce. Small Change kojarzy mi się z tym, że gdybym w dawnych czasach przegrywał sobie od kolegi na kasetę AGFA lub HITACHI, to bym 70% piosenek zgrał/zignorował, bo wszystkie takie same...

Z kolei na Heartattack nie ma ani jednego numeru, który nie mówię o heartattacku, ale w ogóle żeby pobudził mi serce do żywszego bicia. To akurat mam w domu i czasem obie puszczę (na starej dobrej kasecie!), ale raczej jako wypełniacz tła, bo nic mnie tam specjalnie nie interesuje. Martha z pierwszej płyty (z której Twoim opisem skądinąd zupełnie się zgadzam) rusza mnie bardziej, niż cała płyta Heartattack and Vine.

Sorry Smile
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
longplay


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 1426
Skąd: Łódź

PostWysłany: 28.08.2019, 09:32    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To naturalne.
Subiektywnie odbieramy muzykę i kropka
Bo nawet jeśli, tu Waits, skłonił nas do wymiany myśli to zupełnie nie musi znaczyć, że w ocenie dorobku jesteśmy jednomyślni.
Ja piszę, że arcydzieła... a Ktoś czyta ... trzeba uważać na faceta! Chyba agent ubezpieczeniowy(czytaj nudziarz).
Mam nadzieję, że nie jesteś agentem ubezpieczeniowym Wink
Twoja opinia + moja opinia= nowa opinia czyli WARTOŚĆ! To truizm ale działający.

Skoro niczego w sprawie Alice Ci nie popsułem, dodam że ten Dodgson alias Lewis Carroll był brany pod uwagę, jako podejrzany, przez Scotland Yard w sprawie Kuby Rozpruwacza. Ale porzucono ten trop!
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
szpula


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 64

PostWysłany: 28.08.2019, 10:13    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

esforty napisał:
Subiektywnie odbieramy muzykę i kropka

Wiadomo! A o to chodzi na forum dyskusyjnym, żeby wbrew zdartej maksymie, że o gustach się nie dyskutuje, własnie sobie podyskutować, różne opinie skonfrontować, podobnymi pocieszyć, nowymi odkryciami podzielić... a czasem pokłócić! Twisted Evil

Znalazłem tymczasem swój stary tekst apologizujący Blue Valentine.
Coming soon!
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Crazy
szpula


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 64

PostWysłany: 03.09.2019, 21:48    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

A zatem... Blue Valentine to pierwszy album Waitsa, jaki poznałem w całości, i widzę, że to nie takie rzadkie, najwyraźniej taka polityka wydawnicza była. Poznałem - i z miejsca się zakochałem! Znałem już wcześniej różne utwory, pewnie oglądałem Jarmuscha i Draculę, ale to była pierwsza poznana całość. Wszystko mi się tam spodobało! Głos oczywiście (już na maksa chrapliwy, ale jeszcze nie tak podobny do zarzynanego barana, jak później Wink), ale i te aranżacje, te blusy! I noc, noc - w tekście, który zaraz wkleję, jest o tym, że to dla mnie bardzo nocny album. Niesamowicie "atmosferzysty".

Napisałem kiedyś tak:

Nastrój tej płyty to dla mnie nastrój nocy. Spokojnej, pełnej zamyślenia, czasem weselszej, częściej melancholijnej, czasem przejmująco smutnej (ale po cichu). Ten nastrój jest tak dojmujący, że bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że nie ma żadnej innej płyty na świecie, której słuchałoby mi się lepiej w nocy.

Najsłabszym punktem płyty jest według mnie otwierający Somewhere. Trochę przekombinowany pomysł skowerowania w taki sposób musicalowego szlagieru, przede wszystkim trochę zbyt nienaturalnie brzmi tu głos Waitsa, jakby za bardzo się starał. Ale i to przecież piękna piosenka, tylko wykonanie nie do końca udane.

Mimo tego płyta zachwyca mnie swoją kompozycją - żaden to koncept album, a jednak każdy utwór ma tu swoje niezastąpione miejsce.

Osią płyty są cztery bluesowo-oniryczne kawałki - Romeo, 29 Dollars, Wrong Side of the Road, Whistlin' Past... - to jest taki Waits dla mnie najłatwiej przyswajalny i kiedy po raz pierwszy słuchałem Blue Valentine, właśnie na takie coś czekałem. Muzyka płynie, bez żadnych awangardowych udziwnień aranżacyjnych, płynie i po bluesowemu hipnotyzuje... może raczej koi, bo hipnotyzuje to za dużo słowo.

Ale po obu bokach tej czwórki są dwie ballady z fortepianem, Christmas Card From a Hooker i Kentucky Avenue. Bliźniaczo podobne do siebie, można by je zamienić kolejnością, ale najważniejsze, że są właśnie tu, gdzie są - że otaczają bluesy, biorą je w taki nawias, wyciszają, i że od siebie nawzajem są tak oddzielone (bo monotonność następujących po sobie ballad z fortepianem to jedna z większych wad płyt Waitsa z lat 70.)

Bluesy i pijane fortepiany to jednak "normalka". W prawdziwy nawias biorą je dopiero utwór drugi i przedostatni, Red Shoes i Sweet Little Bullett, to dopiero są rzeczy w pełni oryginalne i arcydzieła. Zmieszczenie pomiędzy nie sekwencji fortepian/ 4 bluesy/ fortepian to posunięcie mistrzowskie, nawet jeżeli wcale nie świadomie przemyślane.

Gdyby Somewhere było lepsze, mógłbym jednak powiedzieć, że to nadal nic, bo największe atuty Waits zostawił na początek i koniec. Wydaje mi się, że tak właśnie miało być - Somewhere i Blue Valentine są najbardziej charakterystycznymi, najodważniejszymi momentami płyty.

I o ile Somewhere nie do końca mnie przekonuje, to Blue Valentine... "mój Boże, jakież to piękne", wzdychał biedny rybak w "Słowiku" Andersena. Jakież to piękne.

---

Tak napisałem następnie o tym właśnie utworze, jednej z moich absolutnie ulubionych piosenek ever:


To jest najbardziej wstrząsające świadectwo rozpaczy człowieka, który doznał życiowej porażki.

I jedna z najlepiej zaśpiewanych piosenek na świecie. Żadna wirtuozeria, tylko bezmiar smutku, próby ucieczki od wywołujących go wspomnień i demonów, a jednak przerażająca jasność, trzeźwość i niemożność zapomnienia - i to wszystko jest tym głosie tak bardzo, że zapiera dech.

I nic tego nie jest w stanie zagłuszyć, również muzyka, zredukowana tu do pobrzękiwania gitary. Partia solowa, niby niepotrzebna, mi osobiście jest potrzebna, żeby odetchnąć i żeby w ogóle wytrzymać to emocjonalne napięcie do końca piosenki. W swoich najlepszych momentach może Jeff Buckley potrafił osiągnąć taki poziom emocjonalnego wstrząsu przy takim minimalizmie środków muzycznych.

Przy utworze Blue Valentine nie jestem w stanie nic innego robić, niż słuchać. Nawet gdybym mógł, to bym się czuł okropnie, jak rozmawiając przez telefon podczas pogrzebu. To jest taki utwór, że by się chciało nie wiem, zdjąć czapkę, wstać jak do hymnu, nie wiem...



Zachęcam każdego, żeby w tych kilku minutach ciszy wsłuchać się w dźwięk utworu Blue Valentine Exclamation
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group