Muzyczne Dinozaury Forum Index Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SearchSearch   MemberlistMemberlist   UsergroupsUsergroups   RegisterRegister 
 ProfileProfile   Log in to check your private messagesLog in to check your private messages   Log inLog in 

PUNK (is not dead?)
Goto page Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next
 
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Muzyka
View previous topic :: View next topic  
Author Message
I&I
album CD


Joined: 15 Oct 2010
Posts: 1635
Location: KRK

PostPosted: 19.12.2010, 00:35    Post subject: Quote selected Reply with quote

Patti Smith
Patti
Back to top
View user's profile Send private message
I&I
album CD


Joined: 15 Oct 2010
Posts: 1635
Location: KRK

PostPosted: 19.12.2010, 00:48    Post subject: Quote selected Reply with quote

Nigger by Patti Smith
Back to top
View user's profile Send private message
I&I
album CD


Joined: 15 Oct 2010
Posts: 1635
Location: KRK

PostPosted: 26.12.2010, 23:30    Post subject: Quote selected Reply with quote

Polish Punk-Funk Smile
Robert jest good!
IZRAEL
Back to top
View user's profile Send private message
I&I
album CD


Joined: 15 Oct 2010
Posts: 1635
Location: KRK

PostPosted: 02.01.2011, 16:19    Post subject: Quote selected Reply with quote

The Wire „Pink Flag" (1977)
W natłoku zespołów punk niestety polegli, przynajmniej w Polsce. Dlaczego? Bo „puszczali” The Stranglers, The Jam, The Sex Pistols i The Clash. I parę innych zespołów też.
Ale i tak chwała Rzewuskiemu, Olechowskiemu, że cokolwiek takiego prezentowali na przełomie lat 70. i 80.

Debiutancki album i krótkie, około 2 minutowe piosenki. Ale zagrane prosto, bezkompromisowo i zaśpiewane tak samo.
Esencja punk-rock music. Świetny album. Dla mnie - sam miód.

PS. Drugi album też nie najgorszy. Ale o nim potem.


Wire - Ex Lion Tamer (1977)
Back to top
View user's profile Send private message
Admin
Site Admin


Joined: 10 Apr 2007
Posts: 373

PostPosted: 20.09.2011, 16:12    Post subject: Quote selected Reply with quote

mahavishnuu wrote:
...Dla niektórych muzyka rockowa nie ma prawa się rozwijać w pewnych kierunkach , uszlachetniać , łączyć się z innymi bardziej wysublimowanymi nurtami, odchodzić dalej od swojego pierwotnego idiomu. W czasie rewolucji punk-rockowej to przeświadczenie zostało jeszcze mocniej ugruntowane, tylko co dało nam w zamian? Gdy patrzymy z perspektywy czasu na dorobek artystyczny tego nurtu wygląda on dość żałośnie.

Pisząc o fatalnym wpływie punk rocka na rozwój muzyki rockowej mam tu na myśli nie tylko drastyczne zaniżenie standardów wykonawczych ale także pewną muzyczną filozofię , która chyba ostatecznie zwyciężyła . Wedle niej muzyka rockowa musi być prosta, zrozumiała , mieć w sobie ten archetypiczny brud, ekspresję i swoisty prymitywizm. Takie podejście do rocka spowodowało , że zatracił on możliwość twórczego rozwoju poprzez dalsze fuzje z bardziej szlachetnymi i wyrafinowanymi odmianami muzyki. A przecież na początku lat 70-tych wydawało się , że przed muzyką rockową otwierają się szerokie perspektywy rozwoju. Takie gatunki jak rock progresywny, rockowa awangarda , jazz-rock, psychodelia , folk-rock, rock elektroniczny, zeuhl poszerzały możliwości rozwoju, przydając muzyce rockowej świeżości. Po 1977 roku ta idea została zakwestionowana nie tylko przez grupy punk-rockowe ale także przez sporą część krytyków muzycznych. Co ciekawe, wielu krytyków w Anglii właśnie po 1977 roku nagle zmieniło front na fali popularności punk rocka. Niemało musiało w tym być zwykłego oportunizmu i koniunkturalizmu, wszak prasę muzyczną kupowali przede wszystkim młodzi ludzie bardzo podatni na modę. Muzyka rockowa w ten sposób dokonała swoistej ,,samoograniczającej się rewolucji’’ , rezygnując z większych aspiracji. Kiedyś przed podobnymi dylematami stała muzyka jazzowa , ale tam wybrano drogę artystycznego rozwoju , co zaowocowało takimi nowymi nurtami jak be-bop ,cool itd. Być może to jest jedna z przyczyn tego , że dzisiaj muzyka rockowa jest swoistym zombie, który zjada własny ogon...


Okechukwu wrote:
Według mnie głównym zagrożeniem dla proga był nie tyle punk co AOR- czyli rock stadionowy. To grupy typu Foreigner, Boston czy Styx zabierały miejsce ambitniejszej muzyce w stacjach radiowych i to właśnie na modłę AOR zaczęły grać brytyjskie kapele progresywne w drugiej połowie lat 70. Punk mimo nienawistnej postawy wobec proga był adresowany do kompletnie innego odbiorcy i jako taki specjalnego zagrożenia dla proga nie stanowił


Peter Hammill wrote:
O tak, z tym się zgadzam w stu procentach. Trafiłeś w sedno.


WOJTEKK wrote:
...

mahavishnuu wrote:
W czasie rewolucji punk-rockowej to przeświadczenie zostało jeszcze mocniej ugruntowane, tylko co dało nam w zamian? Gdy patrzymy z perspektywy czasu na dorobek artystyczny tego nurtu wygląda on dość żałośnie.

Pisząc o fatalnym wpływie punk rocka na rozwój muzyki rockowej mam tu na myśli nie tylko drastyczne zaniżenie standardów wykonawczych ale także pewną muzyczną filozofię , która chyba ostatecznie zwyciężyła . Wedle niej muzyka rockowa musi być prosta, zrozumiała , mieć w sobie ten archetypiczny brud, ekspresję i swoisty prymitywizm. Takie podejście do rocka spowodowało , że zatracił on możliwość twórczego rozwoju poprzez dalsze fuzje z bardziej szlachetnymi i wyrafinowanymi odmianami muzyki. A przecież na początku lat 70-tych wydawało się , że przed muzyką rockową otwierają się szerokie perspektywy rozwoju. Takie gatunki jak rock progresywny, rockowa awangarda , jazz-rock, psychodelia , folk-rock, rock elektroniczny, zeuhl poszerzały możliwości rozwoju, przydając muzyce rockowej świeżości. Po 1977 roku ta idea została zakwestionowana nie tylko przez grupy punk-rockowe ale także przez sporą część krytyków muzycznych. Co ciekawe, wielu krytyków w Anglii właśnie po 1977 roku nagle zmieniło front na fali popularności punk rocka. Niemało musiało w tym być zwykłego oportunizmu i koniunkturalizmu, wszak prasę muzyczną kupowali przede wszystkim młodzi ludzie bardzo podatni na modę. Muzyka rockowa w ten sposób dokonała swoistej ,,samoograniczającej się rewolucji’’ , rezygnując z większych aspiracji. Kiedyś przed podobnymi dylematami stała muzyka jazzowa , ale tam wybrano drogę artystycznego rozwoju , co zaowocowało takimi nowymi nurtami jak be-bop ,cool itd. Być może to jest jedna z przyczyn tego , że dzisiaj muzyka rockowa jest swoistym zombie, który zjada własny ogon.



A tu kolega to delikatnie mówiąc pieprzy od rzeczy.
Do głosu doszło wtedy – pod koniec lat 70-tych, całkiem nowe pokolenie wykonawców, którzy złotych czasów rock’n’rolla nie pamiętali, bo sikali wtedy w pieluchy, epokę flower power może już trochę lepiej, ale wiele nie skorzystali, bo do podstawówki chodzili, a ich pierwszymi poważnymi doświadczeniami muzycznymi byli Bowie, Suzi Quatro, Slade, czy Gary Glitter. Arogancko potraktowali całą muzyczną spuściznę klasycznego rocka jako chałę niewartą uwagi i zaczęli grać po swojemu. Programowo nie przywiązywali większej wagi do umiejętności muzycznych – najważniejszy był przekaz – te parę akordów gitarowych się opanuje, jednym palcem na prostym klawiszu melodię też da się wystukać. Ale wbrew pozorom były to rzeczy jednak dość mocno zaawansowane formalnie - wystarczy posłuchać wczesnego PIL, czy Stranglersów. A co zrobił nasz ulubieniec - Peter Hammill - przecież od polowy lat siedemdziesiątych nagrywa płyty nowofalowe, ktore do prog rocka maja się nijak - "pH7", "Nadirs Big Chance", "Enter K, Sitting Targets, The Future Now - co to jest? nowa fala. Przecież nawet w pewnym okresie zastępował Cornwella na wokalu i gitarze w Strangelrsach. Powróciły czasy singla jako samodzielnego dzieła muzycznego. Na szczęście w bardzo wielu przypadkach ta arogancja szła w parze z autentycznym talentem, czasami nawet graniczącym z geniuszem. Właśnie lata 77-82 są jednymi z ciekawszych w historii rocka i właśnie punk rock był swego rodzaju mechanizmem spustowym dla powstania wielu bardzo, bardzo wartościowych dzieł – właśnie rockowych, sam punk to jest kilka trochę dobrych płyt, ale jeszcze nowa fala, new romantic, potem Clash nagrało „London Calling”, powstało PIL, Tubeway Army, Killing Joke, The Specials, Madness, Gang of Four, Joy Division, Cure, Stranglersi, zza Oceanu Television, Patti Smith, Pere Ubu, Suicide, Devo, a jeszcze jest metal, całe NWOBHM i Motorhead - to jest jednak kawał rockowej klasyki, tak ją wrzucić do kosza – no to świadczy o nieznajomości, albo niezrozumieniu tematu. A z prog-rockiem to sprawa miała się nieco inaczej w tym czasie. W sumie nie można całej winy za zmierzch prog-rocka zrzucić na pismaków i punków. Fakt, że ci pierwsi z założenia brali pod obcasy wszystko co nie było punk rockiem i okolicami, i z rzetelnością dziennikarską nie miało to nic wspólnego, ci drudzy byli na zupełnie innym biegunie muzycznym, niż prog-rock, a starzy mistrzowie byli dla nich establishmentem, który należy zwalczać. Prog-mani w wielu przypadkach poprzewracali się sami z przyczyn naturalnych. Pod koniec lat siedemdziesiątych często mieli za sobą kilkanaście lat intensywnej kariery, wiele miesięcy spędzonych w trasach koncertowych, albo w studiach nagraniowych. Zaczynało brakować pomysłów, zdrowia i ochoty do dalszej działalności. The Moody Blues zawiesili działalność na kilka lat, rozpadło się Procol Harum, King Crimson, ELP, VDGG, po amerykańskiej trasie koncertowej cichutko skonało Gentle Giant, UK błysnęło i znikło, Strawbs zostali bez kontraktu i na długie lata słuch po nich zaginął. W Pink Floyd, Yes i Renaissance posypał się skład, w Kansas też. Cudów nie ma - zmierzch prog-rocka pod koniec lat 70-tych to głównie zmęczenie materiału


Peter Hammill wrote:
WOJTEKK wrote:
Arogancko potraktowali całą muzyczną spuściznę klasycznego rocka jako chałę niewartą uwagi i zaczęli grać po swojemu.


A tutaj to już bym ja polemizował, bo w mojej opinii, ale zapewne nie tylko ja tak sądzę, punk rock był nieco nowocześniejszą kontynuacją garażowych brzmień z drugiej połowy lat 60. To jest dokładnie to, co robił brytyjski (czy amerykański) underground tyle, że nagrane na lepszym, nowocześniejszym sprzęcie i może tylko bez różnego rodzaju ozdobników typowych dla tamtej psychodelicznej epoki. Ale jak dla mnie to jest kontynuacja tego rodzaju gitarowej muzyki. Wielu by powiedziało nawet - nic nowego pod słońcem.

Ale oczywiście nie obarczałbym punku za to, że prog-rock podupadł.


błazen wrote:
Nie znam dobrze historii muzyki, a raczej społecznego podłoża, ale ja bym to widział tak: prog rock rozwijał się wraz ze słuchaczami, a gdy minęło 5-10lat, to napłynęli nowi słuchacze, młodzi, którzy nie bardzo mogli załapać ducha tej muzyki, bo nie znali podstaw, z których wyrastała. Stąd idealne miejsce do prostej muzyki punk. Mogło tak być? Cool


WOJTEKK wrote:
Ale oni tak to właśnie potraktowali. Wrócili do źródeł, do archetypu rock'n'rolla - nawet nie do garażowych kapel amerykańskich lat 60-tych, bo pewnie ich nie znali, ale do rock'n'rolla w swojej podstawowej postaci - sekcja, gitara i wokal. Właśnie w punku o to chodziło. Z tego zaczęła się nowa fala wykluwać - Joy Division, PIL, Cure, Killing Joke - tak nikt nie grał - oni to wymyślili. Jeżeli lata siedemdziesiąte w muzyce były prosta kontynuacją lat sześćdziesiątych, to lata osiemdziesiąte trzeba było wymyśleć od nowa (tzn. chodzi mi już o okres po "Never Mind", bo "mentalnie" to już były lata 80-te)


WOJTEKK wrote:
błazen wrote:
Nie znam dobrze historii muzyki, a raczej społecznego podłoża, ale ja bym to widział tak: prog rock rozwijał się wraz ze słuchaczami, a gdy minęło 5-10lat, to napłynęli nowi słuchacze, młodzi, którzy nie bardzo mogli załapać ducha tej muzyki, bo nie znali podstaw, z których wyrastała. Stąd idealne miejsce do prostej muzyki punk. Mogło tak być? Cool


Dokładnie, może nie tyle potrafili złapać ducha tej muzyki, tylko mieli inne doświadczenia muzyczne. Poza tym umknęły im najlepsze rzeczy, które prog-rock proponował, a jesli nie byli na bieżąco, to trafiali na mniej udane krążki, co też nie jest bez znaczenia.


Leptir wrote:
Jeszcze nieśmiało też bym wskazał na potrzebę wykrzyczenia problemów młodzieży w pogrążonej w kryzysie Brytanii. Raczej trudno to zrobić w postaci półgodzinnej suity, szczególnie jak się grało na instrumencie od paru miesięcy Smile

Analogiczną sytuację mieliśmy parę lat temu w przypadku hip-hopu - wystarczyły wysmażone na komputerze proste bity i odpowiednia nawijka.

Konfrontację punka z prog-rockowym establishmentem wymyślili dziennikarze i krytycy. Punkowcy generalnie mieli proga w głębokiej d..., właściwie w ogóle go nie zauważali, dopóki krytycy nie wmówili im, że ich misją jest walka z rockowymi dinozaurami.


Peter Hammill wrote:
Czy ja wiem czy nie zauważali? Na przykład Johnny Rotten twierdzi, że był fanem Petera Hammilla. Po za tym wydaje mi się, że trochę przesadzacie, że punkowcy olewali prog-rocka. Wydaje mi się, że jeśli już, to była taka poza, a rzeczywistość była zupełnie inna.
Back to top
View user's profile Send private message
Admin
Site Admin


Joined: 10 Apr 2007
Posts: 373

PostPosted: 20.09.2011, 16:15    Post subject: Quote selected Reply with quote

Tilion wrote:
na dobrą sprawę każdy z Was ma tutaj racje, wszystkie czynniki sie złożyły i wyszło co wyszło, jedno jest pewne, byłby popyt to byłaby i podaż:)


Leptir wrote:
Peter Hammill wrote:
Czy ja wiem czy nie zauważali? Na przykład Johnny Rotten twierdzi, że był fanem Petera Hammilla. Po za tym wydaje mi się, że trochę przesadzacie, że punkowcy olewali prog-rocka. Wydaje mi się, że jeśli już, to była taka poza, a rzeczywistość była zupełnie inna.


Był fanem Hamilla w czasie, kiedy ten nagrywał już proto-nowofalowe płyty. Punk zrodził się z agresji społecznej, a jego pierwszymi twórcami i odbiorcami nie byli fani Yes czy Genesis, a raczej pub-rocka, glamu, ewentualnie hard rocka. Z nielicznymi wyjątkami to nie byli ludzie o jakichś wyrafinowanych gustach - wychowali się na tym, co leciało w radiowych listach przebojów i co grały pubowe kapele. Czyli Bowie, T Rex, cała plejada glamowców, Roxy Music itp. itd. Przy okazji nie przeceniałbym wpływu Iggy Popa czy Velvet Underground - bo kto z przeciętnej punkowej hałastry miał szansę ich usłyszeć? Przecież to była totalna nisza - już prędzej sam wybuch punka stymulowali The Ramones. Mieli dość popularną trasę po wyspach i sporo punków sie na nich później powoływało.


zinger menu wrote:
Sądzisz, że uderzające podobieństwo między twórczością The Stooges a późniejszym punkowym nurtem można uznać za przypadek?

Co do Velvet Underground, to się zdecydowanie zgadzam, ale po pierwsze - Velvet Underground był zespołem parę lat starszym od The Stooges, a po drugie - było mu dość daleko do wynalezienia punku, dla mnie ta muzyka to kompletnie co innego.


WOJTEKK wrote:
zinger menu wrote:
Sądzisz, że uderzające podobieństwo między twórczością The Stooges a późniejszym punkowym nurtem można uznać za przypadek?

Co do Velvet Underground, to się zdecydowanie zgadzam, ale po pierwsze - Velvet Underground był zespołem parę lat starszym od The Stooges, a po drugie - było mu dość daleko do wynalezienia punku, dla mnie ta muzyka to kompletnie co innego.


W kwestii formalnej - ale VU debiutowali raptem dwa lata wcześniej od The Stooges, a fanami VU byli Bowie, Eno, Tom Verlaine i Curtis. I możemy dalej gadać o Jethros. ale ten offtop jest bardzo ciekawy...


mahavishnuu wrote:
WOJTEKK wrote:
A tu kolega to delikatnie mówiąc pieprzy od rzeczy.
Do głosu doszło wtedy – pod koniec lat 70-tych, całkiem nowe pokolenie wykonawców, którzy złotych czasów rock’n’rolla nie pamiętali, bo sikali wtedy w pieluchy, epokę flower power może już trochę lepiej, ale wiele nie skorzystali, bo do podstawówki chodzili, a ich pierwszymi poważnymi doświadczeniami muzycznymi byli Bowie, Suzi Quatro, Slade, czy Gary Glitter. Arogancko potraktowali całą muzyczną spuściznę klasycznego rocka jako chałę niewartą uwagi i zaczęli grać po swojemu. Programowo nie przywiązywali większej wagi do umiejętności muzycznych – najważniejszy był przekaz – te parę akordów gitarowych się opanuje, jednym palcem na prostym klawiszu melodię też da się wystukać. Ale wbrew pozorom były to rzeczy jednak dość mocno zaawansowane formalnie - wystarczy posłuchać wczesnego PIL, czy Stranglersów. A co zrobił nasz ulubieniec - Peter Hammill - przecież od polowy lat siedemdziesiątych nagrywa płyty nowofalowe, ktore do prog rocka maja się nijak - "pH7", "Nadirs Big Chance", "Enter K, Sitting Targets, The Future Now - co to jest? nowa fala. Przecież nawet w pewnym okresie zastępował Cornwella na wokalu i gitarze w Strangelrsach. Powróciły czasy singla jako samodzielnego dzieła muzycznego. Na szczęście w bardzo wielu przypadkach ta arogancja szła w parze z autentycznym talentem, czasami nawet graniczącym z geniuszem. Właśnie lata 77-82 są jednymi z ciekawszych w historii rocka i właśnie punk rock był swego rodzaju mechanizmem spustowym dla powstania wielu bardzo, bardzo wartościowych dzieł


Trudno ustosunkować się do tekstu autora , który nie przeczytał ze zrozumieniem tego , co napisałem. W swoim poście pisałem o rewolucji punk rockowej , tymczasem kolega wyjeżdża mi tu z różnymi stylami muzycznymi z lat 1977 - 1982 , o których nawet nie wspomniałem. Wszystko to nawiązywało do zarzutu wobec płyty Jethro Tull ,,A passion play’’ jakoby była ona odejściem od korzeni rocka. Korespondowało to bowiem z zarzutami wobec progrocka formułowanych ze strony grup punk-rockowych w okresie rewolty z lat 1976 – 1977. Potem nastąpiła stopniowa fragmentaryzacja tego nurtu na coraz to bardziej zróżnicowane style muzyczne. Przedmiotem mojej krytyki był ten właściwy pierwszy , ortodoksyjny nurt punk-rocka .

Jeżeli chodzi natomiast o Twoją wypowiedz to mam kilka uwag. To programowe nie przywiązywanie uwagi do umiejętności instrumentalnych nie było przecież li tylko wymysłem tej grupy muzyków. Zdecydowana większość z nich to byli muzyczni analfabeci , ewentualnie bardzo przeciętni muzycy. Chłopaki z The Damned , Sex Pistols , Generation X z ledwością potrafili sklecić kilka siermiężnych akordów , zatem jaka mogła przyświecać im muzyczna filozofia jak nie kult własnego muzycznego obskurantyzmu i idealizacja amatorszczyzny. Nie dziwi zatem fakt , ze opracowali manifest muzyczny , który z ich niekompetencji i braku talentu uczynił cnotę.


WOJTEKK wrote:
A z prog-rockiem to sprawa miała się nieco inaczej w tym czasie. W sumie nie można całej winy za zmierzch prog-rocka zrzucić na pismaków i punków. Fakt, że ci pierwsi z założenia brali pod obcasy wszystko co nie było punk rockiem i okolicami, i z rzetelnością dziennikarską nie miało to nic wspólnego, ci drudzy byli na zupełnie innym biegunie muzycznym, niż prog-rock, a starzy mistrzowie byli dla nich establishmentem, który należy zwalczać. Prog-mani w wielu przypadkach poprzewracali się sami z przyczyn naturalnych. Pod koniec lat siedemdziesiątych często mieli za sobą kilkanaście lat intensywnej kariery, wiele miesięcy spędzonych w trasach koncertowych, albo w studiach nagraniowych. Zaczynało brakować pomysłów, zdrowia i ochoty do dalszej działalności.


A gdzież to niby czyniłem , kolejne niezrozumienie., Przyczyny upadku rocka progresywnego nie były w najmniejszym stopniu przedmiotem mojej analizy. To bardzo skomplikowane i wielowarstwowe zjawisko, które trudno ująć w kilku zdawkowych zdaniach. To , co napisałeś na ten temat to tylko jedno z wielu zjawisk.


WOJTEKK wrote:
Na szczęście w bardzo wielu przypadkach ta arogancja szła w parze z autentycznym talentem, czasami nawet graniczącym z geniuszem. Właśnie lata 77-82 są jednymi z ciekawszych w historii rocka i właśnie punk rock był swego rodzaju mechanizmem spustowym dla powstania wielu bardzo, bardzo wartościowych dzieł – właśnie rockowych, sam punk to jest kilka trochę dobrych płyt, ale jeszcze nowa fala, new romantic, potem Clash nagrało „London Calling”, powstało PIL, Tubeway Army, Killing Joke, The Specials, Madness, Gang of Four, Joy Division, Cure, Stranglersi, zza Oceanu Television, Patti Smith, Pere Ubu, Suicide, Devo, a jeszcze jest metal, całe NWOBHM i Motorhead - to jest jednak kawał rockowej klasyki


Bardzo zaintrygował mnie ten fragment z bardzo utalentowanymi , by nie powiedzieć genialnymi artystami z lat 1977 – 1982 , chętnie poznałbym ich nazwiska. Większość artystów , których wymieniłeś z tego okresu cechuje raczej przeciętność (Madness , PIL , Tubway Army, Gang of Four , The Specials, Suicide), inni są natomiast dobrzy , tylko ,,dobrzy’’ (Patti Smith , The Cure, The Stranglers , The Clash). Umieszczenie w tym gronie nurtu tak konfekcyjnego jak new romantic zakrawa na lekką desperację , czy naprawdę nie można już znaleźć nic wartościowego w tym okresie? Z wykonawców , których podałeś do grona wybitnych zaliczyłbym tylko Joy Division i to ze względu na album ,,Closer’’ , gdyż debiut żadną rewelacją artystyczną nie był, to solidny , dobry album , ale bez przesadnych uniesień. Jeżeli to mają być ci następcy pokolenia nagrywającego w latach 1969- 1976 to ich dorobek jest sporym regresem artystycznym. Nie chodzi o to , aby potępiać dorobek muzyczny z tego okresu , powstało wtedy sporo interesujących płyt , szczególnie w latach 1977 – 1984 , jednak powodów do ekscytacji bynajmniej nie widzę.


WOJTEKK wrote:
Ale tam pod spodem było nieco inne powody zmierzchu prog-rocka.

Faktycznie, może nie doczytałem do konca, ale Never Mind klasykiem jest, czy tego chcemy, czy nie, "London Callling" też, myślę, że dolożyć jeszcze do tego płyty Zuzi i Bansheesów, Damned i trochę ważnych rzeczy się uzbiera. najważniejszą zasługą punka było nie tyle to, że był punkiem ale, ze zmienił muzykę rozrywkową. I dobrze, bo lata siedemdziesiąte powoli dogorywały.

Co do grupy wykonawców post-punkowych i nowofalowych, których Ty określiłeś jako przeciętnych - no to różnimy się w tym momencie co do oceny lat osiemdziesiątych w ogóle. New romantic to też Ultravox, a tu jest Vienna, to Foxx i The Garden. Nawet jeżeli nazwać new romantic ruchem konfekcyjnym - bo taki faktycznie był to jednak sporo dobrej muzyki po nich zostało.


mahavishnuu wrote:
WOJTEKK wrote:
Ale tam pod spodem było nieco inne powody zmierzchu prog-rocka.

Faktycznie, może nie doczytałem do konca, ale Never Mind klasykiem jest, czy tego chcemy, czy nie, "London Callling" też, myślę, że dolożyć jeszcze do tego płyty Zuzi i Bansheesów, Damned i trochę ważnych rzeczy się uzbiera. najważniejszą zasługą punka było nie tyle to, że był punkiem ale, ze zmienił muzykę rozrywkową. I dobrze, bo lata siedemdziesiąte powoli dogorywały.

Co do grupy wykonawców post-punkowych i nowofalowych, których Ty określiłeś jako przeciętnych - no to różnimy się w tym momencie co do oceny lat osiemdziesiątych w ogóle. New romantic to też Ultravox, a tu jest Vienna, to Foxx i The Garden. Nawet jeżeli nazwać new romantic ruchem konfekcyjnym - bo taki faktycznie był to jednak sporo dobrej muzyki po nich zostało.


Sam widzisz jaki jest problem z wymienieniem ważnych płyt punkowych. Te naprawdę znaczące to w gruncie rzeczy tylko dwie : debiut Pistolsów i ,,London calling'' The Clash , pozostałe już są niejako na doczepkę. Porównując to z innymi nurtami muzycznymi z lat 70-tych wypada przerażajaco ubogo.

Z new romantic po latach niestety także niewiele zostało. Ta muzyka słuchana dzisiaj brzmi mocno archaicznie , a mówię to z perspektywy człowieka , który słuchał jej wtedy na bieżąco. Wtedy rzeczywiście brzmiała dość świeżo. Problem w tym , że pozycji godnych uwagi z tego nurtu jest dość mało. Bo cóż , oczywiscie Ultravox z lat 1980 - 1982 , przy czym , umówmy się ,,Quartet'' to już był akces zespołu do popowego mainstreamu, choć album jest bardzo dobry w swoim gatunku. Pierwsza płyta Talk Talk jest tyleż sympatyczna co konfekcyjna. Gdy grupa Marka Hollisa nagrywała najlepsze albumy niewiele miały one już wspólnego z noworomantyzmem. ,,Garden'' Foxxa nie brzmi już dzisiaj tak świeżo . Duran Duran i Spandau Ballet są trudne do strawienia, nie licząc pojedyńczych utworów . Real Life , Pseudo Echo i White Door to tylko takie ciekawostki sprzed lat , które dzisiaj raczej nikogo nie rzuciłyby na kolana, ot sympatyczna popelinka. Classix Noveaux strasznie się zestarzał i tak możnaby ciagnąć dalej... Zresztą nawet Tomek Beksiński już w latach 90-tych nie krył , że ten nurt dawno przestał go interesować i sporo stracił w jego oczach.
Back to top
View user's profile Send private message
Admin
Site Admin


Joined: 10 Apr 2007
Posts: 373

PostPosted: 20.09.2011, 16:22    Post subject: Quote selected Reply with quote

Tarkus wrote:
mahavishnuu wrote:
Sam widzisz jaki jest problem z wymienieniem ważnych płyt punkowych. Te naprawdę znaczące to w gruncie rzeczy tylko dwie : debiut Pistolsów i ,,London calling'' The Clash , pozostałe już są niejako na doczepkę.

E, tam. Debiut The Damned, trzy pierwsze płyty The Jam, debiut Stranglersów, debiut Siouxie & The Banshees, debiut X-Ray Spex, "Pure Mania" Vibrators, debiut Buzzcocks, dwa pierwsze albumy The Ramones plus ich rewelacyjny "It's Alive", debiut Blondie (choć to bliżej new wave niż punka sensu stricto, ale wówczas Ramonesów zaliczamy do rockandrolla), z późniejszych lat "Punk's Not Dead" The Exploited, "Fresh Fruit for Rotten Vegetables" Dead Kennedys, "Rock For Light" Bad Brains... Sporo tego jest, naprawdę. A te albumy to tylko to, co mój niedospany mózg sobie na bieżąco przypomniał, jutro pewnie będę wiedział, że zapomniałem o tym czy owym.


mahavishnuu wrote:

Wymieniłeś ważne płyty w obrębie punk rocka. Ale czy są to ważne albumy w kontekście całej muzyki rockowej. Istotne były może w tym sensie , że w latach 1977 - 1978 miały pewien posmak świeżosci. Natomiast gdybyśmy oceniali je tylko w kontekście artystycznym , ocena byłaby daleka od entuzjazmu. Po tym , co wydarzyło się w latach 1967 - 1976 mieliśmy prawo oczekiwać dużo więcej od kolejnej generacji muzyków.


Tarkus wrote:
Sugerujesz, że twoje zdanie jest najtwojsze i tylko z tej racji mamy odmawiać wymienionym albumom "artyzmu"? Przedstaw może jakiś wzór na "artyzm" albumu, będzie łatwiej dyskutować Wink

Tak BTW muzyków Sex Pistols - to była kompetentna ekipa i kompetentnie grała. Niestety McLaren uznał, że Matlock wygląda źle i zamienił go na Viciousa, który faktycznie był dyletantem i grać nie potrafił. Co resztę składu przyprawiało o białą gorączkę. Zresztą jak sie przysłuchać tym najważniejszym zespołom punkowym, to nagle stwierdzi się, że panowie / panie grać / śpiewać umieli. I komponować. I pisać teksty wykraczające poza "no future / fuck the system / life sux". I że nie bez kozery za swoich ojców chrzestnych część z nich uznała The Stooges i The Velvet Underground. Na przykład.

Quote:
Po tym , co wydarzyło się w latach 1967 - 1976 mieliśmy prawo oczekiwać dużo więcej od kolejnej generacji muzyków.

A niby z jakiej racji? Proszę też łaskawie zwrócić uwagę, że w/w lata zawierają:
- bubblegum music
- eksplozję popu
- disco
- glam (przy czym wykładnikiem byłby tu raczej The Rubettes niż Bowie)

Tak naprawdę twórcze z tego okresu były lata 1967-69/70. Reszta to w znacznej mierze było odcinanie kuponów i tylko od wielkiego dzwona trafili się nowatorzy klasy Kraftwerk czy Jarre'a którzy faktycznie pchnęli muzykę na nowe tory.


zinger menu wrote:
Tarkus wrote:
Tak BTW muzyków Sex Pistols - to była kompetentna ekipa i kompetentnie grała.

Nie wiem o Sex Pistols zbyt wiele, ale sorry, oglądałem dokument dotyczący tej grupy, w którym wypowiadali się również sami muzycy. I z tego, co mówili, można było wywnioskować, że zaczynając koncertować, nie umieli praktycznie nic - gitarzysta miał ledwo opanowane ze cztery akordy, nie mówiąc już o wokaliście, którego umiejętność śpiewu można zweryfikować w minutę, włączając dowolne nagranie Sex Pistols. Ta muzyczna niedbałość, postawienie prostego przesłania ponad muzycznymi ambicjami, to oczywiście też jest jakiś pomysł, to też jest ciekawa idea, ale nienadająca się do dłuższej eksploatacji, bo możliwości daje niewielkie. W przypadku Sex Pistols to było jeszcze fajne i, jak to mówicie, świeże. Ale potencjał takiej filozofii artystycznej jest niewielki.

Tarkus wrote:
Zresztą jak sie przysłuchać tym najważniejszym zespołom punkowym, to nagle stwierdzi się, że panowie / panie grać / śpiewać umieli. I komponować. I pisać teksty wykraczające poza "no future / fuck the system / life sux".

Tyle że gość, który napisał "Anarchy in the UK", sam się śmiał ze swojego kunsztu literackiego. Zresztą niebezpodstawnie. Stwierdził, że tekst, który spłodził, był okropny, a zwłaszcza jego początek - "jestem antychrystem, jestem anarchistą". To idealnie się wkomponowuje w te kilka haseł, które wypisałeś - life sux, fuck the system, to są właśnie takie klimaty.

Tarkus wrote:
Tak naprawdę twórcze z tego okresu były lata 1967-69/70. Reszta to w znacznej mierze było odcinanie kuponów

Aqualung - odcinanie kuponów? Islands? Who's Next? Acquiring the Taste? Tago Mago? Tarkus? Pawn Hearts? Meddle? Jade Warrior? Faust? Żeby było zabawnie, to wymieniam same albumy z 1971 r., który jest dla mnie najlepszym rokiem w historii rocka - a Ty nie uwzględniasz go nawet w swoim wskazaniu "jedynych twórczych lat". I mówisz, że przez cały okres 1971-1976 zdarzyło się paru kolesi, którzy jakoś muzykę popchnęli do przodu. A mógłbym do tego powymieniać zabójcze dzieła z 1972, 1973 itp. Naprawdę spudłowałeś swoimi stwierdzeniami. A Henry Cow, które dwie piękne płyty nagrało aż w 1975 r.?


Tarkus wrote:
Czytaj ze zrozumieniem - odnosiłem się do tezy, że najtwórcze lata to były 1967-76. Tych "paru kolesi" przytrafiło się przypadkiem po 1976. W tym Heniek Krowa i całe RIO, które bardzo lubię. I Zeuhl. Nie zmienia to faktu, że lata 1967-69, no, 1970 to był ten okres, który DAŁ IMPULS do poszukiwań. Wtedy odkryto, że rock to niekoniecznie "She Loves You", że niekoniecznie musi być zwrotka-refren-zwrotka-solo-zwrotka-refren-dziękujemy. Poza tym cytując Toma Waitsa, opinia jest jak dupa, każdy ma swoją. Dla mnie na przykład tym najnaj rokiem jest 1973. Dla ciebie 1971. A dla kogoś innego np. 1982. Obiektywnie nie wynika z tego nic, poza tym, że każdy ma najswojszą rację, której będzie się trzymać Smile

Swoją drogą jestem ciekaw tego rzekomego nowatorstwa Jade Warrior i tego, co jest nowatorskie na stronie A "Meddle". Albo na stronie B "Atom Heart Mother" Smile

Ad liryków Rottena - zwracam dyskretnie uwagę, że na "Never Mind..." jest kilka numerów więcej, niż "Anarchy..." Smile Takie np. "Bodies". Poza tym Pistolsi powstali po to, żeby wywołać szok, takie było zamierzenie McLarena i udało mu się to w 120%.


Leptir wrote:
Dyskusja wielce ciekawa i podobnie jak Tarkus uważam, że jednak rewolucja punkowa narobiła sporo twórczego fermentu w świecie rocka (i nie tylko rocka). Zgadzam się też z opinią, że topowe kapele punkowe wcale nie składały się z takich dyletantów muzycznych jak się ich przedstawia. Jeśli posłuchać "Nevermind..." uważnie to łatwo zauważyć, że kawałki są proste - owszem - ale zagrane bezbłędnie, z wykopem, do tego na swój sposób melodyjne i wcale nie takie głupie. Żeby wysmażyć taką zjadliwą krytykę showbiznesu jak w "EMI" to trzeba mieć coś w głowie i trochę talentu literackiego. O The Clash nie będę pisał bo to, że potrafili grać i komponować jest chyba ewidentne. Dotyczy to także Buzzcocks, The Damned i wielu innych. The Jam to z kolei punkowe wcielenie The Who i naprawde słucha się ich bardzo dobrze.

Zresztą nic w tym dziwnego - z nadprodukcji kapel punkowych w latach 76-77 musiały się w końcu wyłonić zespoły sprawne technicznie i kompozytorsko. A programowy kult muzycznego dyletantyzmu należał do klimatu epoki. Każdy szanujący się punk musiał twierdzić, że grać nauczył się wczoraj i nie zna więcej niż 4 akordy.

Proponuję jednak kontynuować ten temat w innym wątku, bo szkoda psuć temat o Jethro.


Tarkus wrote:
Każdy w zasadzie gatunek miał swoją nadprodukcję, w każdej epoce trafiali się geniusze i trafiali się Slaughter & The Dogs Smile Zresztą w szeroko pojętym progresie też - z jednej strony King Crimson, z drugiej takie np. Czar.

The Jam...w zasadzie wszędzie się słyszy, że to upunkowione The Who, ale w repertuarze mieli "Davida Wattsa" Kinksów i to jest całkiem zabawne Smile Aczkolwiek na koncertach mieli modsowski sznyt i robili rozpierduchę jak Townshend & Co.


Peter Hammill wrote:
Dlatego można postawić pytanie czy punk rock był twórczy czy odtwórczy i czy - do tego chyba zmierzają tezy stawianie przez zinger menu - po eksplozji punku muzyka wzniosła się na wyższy szczebel, czy nastąpił rozwój czy raczej zaczęła ona zaniżać poziom.


Tarkus wrote:
A to już kwestia indywidualnej optyki. Z jednej strony owszem, nie powstały drugie "Oceany", ale z drugiej - "Die Mensch Machine", "Oxygene", "Vienna", "Ace of Spades", "Master of Puppets"...


zinger menu wrote:
Tarkus wrote:
Swoją drogą jestem ciekaw tego rzekomego nowatorstwa Jade Warrior i tego, co jest nowatorskie na stronie A "Meddle". Albo na stronie B "Atom Heart Mother" Smile

Jade Warrior - choćby sekcja rytmiczna i zresztą ogólne brzmienie, "Masai morning" świeci przykładem. Strona A Meddle - oczywiście "One of these days" jest bardzo ciekawe, fajna elektronika itp. Oczywiście, oni na to nie wpadli, nie byli pierwsi, ale to wciąż jeszcze była dziedzina rozwijająca się, było to niewątpliwe parcie naprzód. Strona B Atom Heart Mother - "Summer 68", czy też "Alan's psychodelic breakfast" nie są może dziełami nowatorskimi, ale "odcinanie kuponów" to by było w stosunku do nich bardzo krzywdzące sformułowanie. Nie każdy utwór musi wprowadzać do sztuki jakąś nową ideę - takich zawsze jest mniejszość.
Tarkus wrote:
Nie zmienia to faktu, że lata 1967-69, no, 1970 to był ten okres, który DAŁ IMPULS do poszukiwań.

Ej no, tu się zgadzam w 100% - te lata były w pewnym sensie sygnałem startu dla progresywnych i awangardowych wykonawców. Ale to nie oznacza, że następne lata były odcinaniem kuponów, bo muzyka rockowa wcale nie stała w miejscu. Nie zachodziły już takie rewolucje, jak w końcówce siódmej dekady, bo rewolucje nie mogą wybuchać co chwila - ale cały czas był jakiś postęp. Było sporo twórców, którzy wnosili coś odmiennego, coś unikalnego. I wspomniany Jade Warrior nie zostawał pod tym względem w tyle, brzmiał w sposób niecodzienny.
Leptir wrote:
A programowy kult muzycznego dyletantyzmu należał do klimatu epoki. Każdy szanujący się punk musiał twierdzić, że grać nauczył się wczoraj i nie zna więcej niż 4 akordy.

Ależ ja się zgadzam, to było w pewien sposób fajne, wybuch takiej nowej filozofii, ten klimat itd. Tyle że ten spadek ambicji artystycznych (który, co by nie mówić, w znacznym stopniu nastąpił, nawet jeśli punkowi muzycy umieli przyzwoicie zagrać i zaśpiewać) dawał niewielki potencjał do rozwoju, na dłuższą metę nie dawał wielkich możliwości. I w konsekwencji taka filozofia, jak wyżej napisał Peter Hammill, może prowadzić do zastoju i chyba tak w znacznej mierze było. Takie punkowe zjawisko jest ciekawe i interesujące, o ile trwa dostatecznie krótko.


Leptir wrote:
zinger menu wrote:
Tyle że ten spadek ambicji artystycznych (który, co by nie mówić, w znacznym stopniu nastąpił, nawet jeśli punkowi muzycy umieli przyzwoicie zagrać i zaśpiewać) dawał niewielki potencjał do rozwoju, na dłuższą metę nie dawał wielkich możliwości. I w konsekwencji taka filozofia, jak wyżej napisał Peter Hammill, może prowadzić do zastoju i chyba tak w znacznej mierze było. Takie punkowe zjawisko jest ciekawe i interesujące, o ile trwa dostatecznie krótko.


Ależ on trwał krótko! Własciwie już w roku 1979. punk był w zdecydowanym odwrocie. Sztandarowe kapele albo się rozpadły, albo grały już coś innego. Sex Pistols dawno już nie istniało a Lydon grał nowofalowo w PIL. The Clash odeszło od punka zdecydowanie w kierunku rocka mainstreamowego i dubu. The Damned - jak ktos już tu napisał sterowało w kierunku gotyku i new wave itp. itd.
Pojawiła się co prawda nowa fala punka (Exploited, Discharge, i inni) ale to już więcej miało wspólnego z późniejszym trashem.

A co do ewolucji punka - wyewoluował on w rozmaite formy nowej fali, gotyku, w brzmienia 4AD, wreszcie i post rock też mu sporo zawdzięcza, boć jego prekursorami był Talk Talk, którego noworomantyczne początki przecież z punkowej rewolty się wywodzą. Dla mnie to jest prawdziwy prog lat 80. i 90. a nie kapele pokroju Marillion.


Tarkus wrote:
Leptir wrote:
Pojawiła się co prawda nowa fala punka (Exploited, Discharge, i inni) ale to już więcej miało wspólnego z późniejszym trashem.

Nie, nie. To był punk, tylko drugiej fali - szybciej, mocniej, agresywniej, ale sam przekaz się nie zmienił. To o czym piszesz to crossover i generalnie ten etap w twórczości sztandarowych hc/punków mi się średnio podoba. Za dużo tam metalizowania i kombinatoryki, a za mało "raz dwa trzy cztery jedziemy" Smile

A w 1979 punk był skończony jako moda, ale przecież wówczas nastąpiła eksplozja małych wytwórni w myśl zasady Do-It-Yourself. No i nastąpiło błyskawiczne pączkowanie stylów typu oi, street, hc... I potem punkiem określa się zarówno takich np. Buzzcocksów jak i Anal Cunt Smile Coś mniej więcej, jak Pink Floyd i Art Zoyd - w obu wypadkach rock progresywny, ale stylistycznie przepaść.
Zresztą identycznie miała się rzecz z muzyką disco - gwałtowne załamanie mody po Nocy Niszczenia Disco, a sama muzyka przetrwała i ewoluowała ku muzyce klubowej, electroclashowi, electro itp. miksując się z innymi podgatunkami i gatunkami.
Back to top
View user's profile Send private message
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami


Joined: 12 Apr 2007
Posts: 19128
Location: Lesko

PostPosted: 20.09.2011, 17:24    Post subject: Quote selected Reply with quote

Taka obserwacja - w latach siedemdziesiątych , w pierwszej połowie wiadącymi nurtami rocka, takimi najbardziej medialnymi był prog-rock i hard-rock - w drugiej połowie lat 70-tych WSZYSTKIE główne kapele z tych kierunków przeżywały spore kłopoty, kryzysy i tym podobne nieszczęścia - i zrobiło się miejsce dla innych - natura nie znosi próżni.
_________________
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Back to top
View user's profile Send private message
Leptir
zremasterowany digipack z bonusami


Joined: 04 Sep 2010
Posts: 6116

PostPosted: 20.09.2011, 19:15    Post subject: Quote selected Reply with quote

Geneza punka jest skomplikowana i tylko w niewielkiej części dotyczy muzyki. Natomiast fakt, że pod ciosami punkowych barbarzyńców padło imperium prog rocka wynikał rzeczywiście z tego, że to był kolos na glinianych nogach. W rzeczy samej w połowie lat 70. prog zdecydowanie wyhamował, stracił potencję twórczą i nowatorski rozpęd. Kiedy przyszli punkowcy to zmietli coś, co prawdopodobnie i tak by upadło, tylko może w mniej spektakularny sposób.

A zmietli to niejako mimochodem - bo nikt z pierwszych punkowców nie brał gitary do ręki z celem rozprawienia się z Yes, Camel, Genesis czy Pink Floydem. Im raczej chodziło o wywrzeszczenie, że życie jest do d... nie ma przyszłości, a jedynym sensownym sposobem spędzania wolnego czasu jest rozp... wszystkiego co się da.
Oczywiście ten przekaz szybko ewoluował, wkrótce też i skonfrontowano ich z rockowym establishmentem.
Back to top
View user's profile Send private message
Peter Hammill
album CD


Joined: 13 Nov 2007
Posts: 1630

PostPosted: 20.09.2011, 19:28    Post subject: Quote selected Reply with quote

A ja sobie sapiens tak - te całe ideologie (jesteśmy biedni, mamy dość świata itp) popsuły samą muzykę. Zamiast na ideologiach, przesłaniach muzyk powinien skoncentrować się na samej muzyce (to jest dla mnie zaleta lat 60).
Według mnie, o czym już wspomniałem, punk rock był powrotem do klasycznego rocka czy jak wspomniał Wojtek - do rock and rolla. Robi się z punku jakiegoś potwora, co to zniszczył wszystko co wcześniej powstało. Ja słuchając płyt Yes czy kilku innych grup z drugiej połowy lat 70. wcale się nie dziwię, że trochę niektórzy mieli dość takiego grania. Czasami te progresywne płyty był wręcz śmiertelnie nudne, ciągnęły się jak guma do żucia i można było przy nich usnąć.
Druga strona medalu jest taka, że i po eksplozji punku powstawały zespoły, które grały na wielkich stadionowych koncertach (zwieńczeniem tego był choćby charytatywny koncert Live Aid), a muzyka stała się równie pretensjonalna, albo nawet jeszcze bardziej pretensjonalna niż to miało miejsce w początkach lat 70.
_________________
Zima czy jesień?
Back to top
View user's profile Send private message
Leptir
zremasterowany digipack z bonusami


Joined: 04 Sep 2010
Posts: 6116

PostPosted: 20.09.2011, 19:39    Post subject: Quote selected Reply with quote

Ejże - lata 60. nie były czasem ideologii? A te wszystkie flower-power, "make love not war" itp. itd.

A ja właśnie nie chcę robić z punka potwora co to zmiatał proga ponieważ uważam, że:

1. nie bardzo było co zmiatać bo prog sam zżerał ze smakiem własny ogon
2. pierwsi punkowcy mieli ochotę wrzeszczeć o swoich problemach, natomiast los proga, hard rocka, czy balijskiego gamelanu był im kompletnie obojętny
3. muzycznie faktycznie był to powrót do prostego rock'n'rolla - a wynikało to po części z ograniczonych umiejętności wykonawców, a po części z tego, że taka muzyka najbardziej pasowała do nihilistycznego przekazu punkowców (wyobrażacie sobie Jona Andersona przez pół godziny wyśpiewującego "no future" w różnych tonacjach?)
Back to top
View user's profile Send private message
Peter Hammill
album CD


Joined: 13 Nov 2007
Posts: 1630

PostPosted: 20.09.2011, 19:46    Post subject: Quote selected Reply with quote

Flower power to był wycinek. W dodatku sprowadzający się do poglądów, muzycznie mało kogo to wszystko to obchodziło. Wystarczy spojrzeć na koncerty typu Monterey czy Woodstock - muzycznie każda z tych grup tkwiła w swojej bajce i wydaje mi się - choć mogę się mylić - że jakieś 95% tych wykonawców w ogóle nie poruszała spraw, do których sprowadzał się ten cały ruch flower power, czyli miłość itp.
_________________
Zima czy jesień?
Back to top
View user's profile Send private message
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami


Joined: 12 Apr 2007
Posts: 19128
Location: Lesko

PostPosted: 20.09.2011, 19:50    Post subject: Quote selected Reply with quote

Lata 60te, to dopiero była ideologia. Lata 70-te to była raczej anty-ideologia - nihilzm, no future.

oczywiście że wielu miało dosyć takiego grania (prog, hard), przyszła nowa publiczność, młodsi bracia hipów, którzy nie chcieli słuchać o ich brachole, tylko grali po swojemu. I to dobrze grali. Lata 77-82 to był drugi najbardziej twórczy okres w historii rocka po latach 67-70. Closer, Pornografia, London Calling, Asy Pikowe, to takie same klasyki jak Ciemna Strona, Close to The Edge, Led Zeppelin II, czy In rock - to rzeczy o podobnej sile oddziaływania. Jedni i drudzy to obecnie ta sama loża honorowa na imprezie ku czci. To nie tylko punk i nowa fala , to też i heavy metal i pop i rewolucja technologiczna w muzyce - pewne standardy muzyczne wymyślone wtedy obowiązuja do dzisiaj - chociażby w metalu. Lata osiemdziesiąte, chociaż już te nieco późniejsze to najlepiej produkowane płyty wszech czasów.
_________________
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Back to top
View user's profile Send private message
Peter Hammill
album CD


Joined: 13 Nov 2007
Posts: 1630

PostPosted: 20.09.2011, 20:07    Post subject: Quote selected Reply with quote

Lata 60 ideologie? Gdzie? Słuchając Kinks czy The Who albo Yardbirds jakoś nie słyszę tych ideologi.
_________________
Zima czy jesień?
Back to top
View user's profile Send private message
Leptir
zremasterowany digipack z bonusami


Joined: 04 Sep 2010
Posts: 6116

PostPosted: 20.09.2011, 20:15    Post subject: Quote selected Reply with quote

A Jefferson Airplane i cała ta psychodeliczna czeladka? A Bitle, nawet Stonesi?
Back to top
View user's profile Send private message
Display posts from previous:   
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Muzyka All times are GMT + 1 Hour
Goto page Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next
Page 4 of 10

 
Jump to:  
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group