Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Dream Theater i projekty okołodreamowe
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, ... 14, 15, 16  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jaroy
cylinder Edisona


Dołączył: 13 Kwi 2007
Posty: 12
Skąd: Kaftanów

PostWysłany: 15.04.2007, 10:41    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Radek napisał:
DVD będzie zawierało wersję 5.1 oraz 90-minutowy film dokumentujący nagrywanie płyty:


A nie przypadkiem 90-minutowy film w wersji 5.1? Wink

P.S. 5.1 oznacza tylko, że jest to dźwięk przestrzenny, np. taki jak w kinie domowym, a 2.1 to zwykłe stereo. '1' po '5' i '2' oznacza że obsługiwany jest także Subwoofer.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Radek
Gość





PostWysłany: 15.04.2007, 11:32    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jaroy napisał:
Radek napisał:
DVD będzie zawierało wersję 5.1 oraz 90-minutowy film dokumentujący nagrywanie płyty:


A nie przypadkiem 90-minutowy film w wersji 5.1? Wink

Tu chodzi o zmiksowany w 5.1 cały album + film (w którym nie wiadomo, jak zmiksowano dźwięk - na razie przyjmuję wersję ?.? Wink).
Powrót do góry
Jaroy
cylinder Edisona


Dołączył: 13 Kwi 2007
Posty: 12
Skąd: Kaftanów

PostWysłany: 15.04.2007, 20:54    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Zwracam honor, ale mimo wszystko zawieranie wersji 5.1 jakoś tak niezgrabnie wyglądało. Rolling Eyes
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Radek
Gość





PostWysłany: 17.04.2007, 12:57    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Tak wygląda amerykańska wersja plakatu "Chaos In Motion World Tour":

Powrót do góry
Tarkus
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 11251
Skąd: Wa-wa

PostWysłany: 17.04.2007, 13:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jaroy napisał:
2.1 to zwykłe stereo.

Nieprawda. 2.0 to "zwykłe" stereo. 2.1 to dźwięk de facto trzykanałowy (lewy, prawy i basowy). Tak samo 5.1 to dźwięk sześcio- , a nie pięciokanałowy, w odróżnieniu od pięciokanałowego 5.0. To tak w kwestii czepialstwa szczegółów Smile
_________________
If you don’t love RoboCop, then you are a Nazi and support terrorism.
THIS IS NOT A LOVE SONG
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Jaroy
cylinder Edisona


Dołączył: 13 Kwi 2007
Posty: 12
Skąd: Kaftanów

PostWysłany: 17.04.2007, 18:54    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki za poprawkę, nie zauważyłem wcześniej mojego błędu... Embarassed
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Radek
Gość





PostWysłany: 20.04.2007, 15:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Zainteresowani - ściągać! Wink

Pod poniższym adresem (w górnej części strony) znajdziecie do pobrania film ze studia, który dostępny ma być tylko dziś, z okazji urodzin Mike'a Portnoya:

http://mikeportnoy.com/forum/
Powrót do góry
pk
kaseta "żelazówka"


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 120
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 24.04.2007, 18:02    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jezeli ktos nie zdazyl sciagnac to moge podeslac filmik.

I tak mam go na serwerze zewnetrznym.
Wlasnie go sciagam z tego serwera do siebie do domu. (Jeszcze go nie widzialem.)
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Radek
Gość





PostWysłany: 24.04.2007, 18:17    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

pk napisał:
Jezeli ktos nie zdazyl sciagnac to moge podeslac filmik.

I tak mam go na serwerze zewnetrznym.
Wlasnie go sciagam z tego serwera do siebie do domu. (Jeszcze go nie widzialem.)

Obejrzałem. Taka... ciekawostka, dokumentująca wrzaski kilkudziesięciu szczęśliwców, które zespół ma ponoć wykorzystać w jednym z utworów z nowego albumu. Pewnie jakoś poprawią efekty tej sesji podczas miksowania, bo rycząca ekipa wchodziła czasami odrobinkę wcześniej, niż rytm wynikający z podkładu i dyrygowania Portnoya. Rolling Eyes
Powrót do góry
Radek
Gość





PostWysłany: 28.04.2007, 08:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jest już do ściągnięcia mp3 z nowym utworem Dream Theater - Constant Motion, mającym znaleźć się na pierwszym singlu promującym nowy album:
http://www.roadrunnerrecords.com/dreamtheater/

Słyszałem fragment audycji Kosińskiego, w którym zaprezentował on ów utwór, a także 4 minuty wstępu do innej kompozycji (miałem wreszcie okazję po raz pierwszy usłyszeć jego głos). Stwierdził on, że singlowy kawałek, jako "metallikowaty", nie jest reprezentatywny dla albumu. I dobrze.
Powrót do góry
buubi
singel analogowy


Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 363
Skąd: Rzeszów

PostWysłany: 28.04.2007, 09:32    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Po pierwszym przesłuchaniu jest... średnio. Wciąż grają jak to zwykli grać. Dość metalowo (metallikowo nawet można by rzec). Technicznie jak zawsze, bardzo miła dla ucha wstawka w środkowej partii utworu. Jednak wszystko to kosztem tego iż nieco mniej to, że tak powiem, progresywne - tak nieco w stylu Train Of Thought.

A więc czekamy na całą plytę i z pewnością zawodu nie będzie - po prostu ci panowie nie potrafią nagrać czegoś słabego. Jestem optymistą...
_________________
Gust to wróg twórczości...
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Jakuz
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 6916
Skąd: Częstochowa

PostWysłany: 28.04.2007, 09:58    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Też posłuchałem tego nagrania. I bardzo zawiedziony jestem. "Otwieracze" z ostatnich płyt DT jakoś nigdy mną nie wstrząsały (As I Am czy The Root Of All Evil) ale mimo wszystko trzymały pewien poziom. Ten nowy - beznamiętna rzeźnia jak dla mnie... Sad
Oby był to tylko zły miłego początek - zresztą musi tak być Wink
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Radek
Gość





PostWysłany: 07.05.2007, 12:17    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Z oficjalnej strony zespołu można się dowiedzieć, że 3 koncerty podczas europejskiej trasy będą poprzedzane występami zespołu Dominici:
Tues - June 5th - Posthof - Linz, Austria
Wed June 6th - Petofi Open Air - Budapest, Hungary
Thurs - June 7th - Jarun - Zagreb, Croatia


Szkoda, że nie u nas, bo fajnie byłoby móc porównać... Naprawdę zazdroszczę Austriakom, Chorwatom i Węgrom. Crying or Very sad
Powrót do góry
Michał
kaseta "żelazówka"


Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 115
Skąd: Rybnik

PostWysłany: 13.05.2007, 01:56    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pomyślałem, że napiszę nowy post o moim stosunku do Dream Theater, ponieważ:

1. Miała miejsce przeprowadzka.
2. Dużo więcej poznałem od czasu, kiedy to napisałem swojego pierwszego posta o zespole na tym wspaniałym Forum.

Dream Theater w tej chwili plasuje się w mojej trójce ulubionych zespołów wszech czasów. Co prawda nie są szczególnie innowacyjni (choć braku progresywności nie można im zarzucić), mają skłonności do popisywania się, ale jeden fakt przeważa nad wszystkim, co złe - ich gra ma duszę. Poza tym jest inteligentna - z tego względu uważam ten zespół za progresywny.
Ostatnio spotkałem się z kolejnym zarzutem odnośnie do popisywania się. I o ile zgodzę się, że Petrucci i Rudess czasem doprowadzają mnie do szału swoimi partiami, o tyle nie potrafię przyznać racji temu (mojemu serdecznemu przyjacielowi), kto powiedział, że milion instrumentów w jednej chwili i zmiana metrum co pięć sekund to popisywanie się. Dla mnie to bogactwo kompozycji, coś dla wymagających słuchaczy, którzy chcą WSŁUCHAĆ się w muzykę, a nie tylko jej POSŁUCHAĆ. A także talent kompozytorski czwórki pomysłowych ludzi. Technika (na którą szybkość składa się między innymi - nie jest ona jej synonimem!) ma pomóc w komponowaniu Wielkich Rzeczy. Im pomaga, gdyż świetnie wykorzystują swoje możliwości.

Z płyt nie znam jeszcze tylko debiutu, ale podobno nie tracę zbyt wiele. Lubię Ytse Jam - więcej studyjnego materiału z When Day And Dream Unite nie słyszałem. Natomiast trzy lata później wydany został prawdziwy skarb - Images And Words. Chyba najlepsza muzycznie płyta Dream Theater. Niesamowita ilość pomysłów na kompozycje, cholernie dużo chwytliwych partii Petrucciego i Moore'a, świetnie brzmiący wokal Jamesa, najlepsze partie w karierze odegrał Myung, a Portnoy - świetny jak na każdej kolejnej płycie. Popisy techniczne (tym razem również i szybkość) na tym albumie (oraz na Awake) mają, według mnie, największy sens. Cały czas słychać niezwykłą grę całej czwórki (albo i piątki), mało popisów solowych. A obok tego jest miejsce na niesamowicie klimatyczne Wait For Sleep Kevina, które razem z Learning To Live tworzy jeden z najmocniejszych punktów w twórczości Dream Theater.
Skoro o Kevinie mowa, przyznać muszę, że jak Myung odegrał swoje najlepsze partie na Images And Words, tak Kevin zrobił to na Awake. Albumie, który kończy mój ulubiony, wczesny okres Dream Theater. Albumie wyśmienitym, który bez wspomnianego Kevina straciłby chyba z połowę na wartości. Pomijając już absolutnie przepiękne Space-Dye Vest (mój ulubiony utwór wszech czasów), któregoż to jest autorem - również niesamowitego tekstu - nie widzi mi się bez tego człowieka The Mirror, Lie czy całe A Mind Beside Itself. Jest to klawiszowa Ekstraklasa. Ani jednego popisu, ani jednego zbędnego dźwięku. A reszta? A co tu dużo mówić - świetna. Świetną robotę odwalił Petrucci pisząc The Silent Man, w którym słyszymy także zupełnie innego Jamesa, jakiego znaliśmy do tej pory. Piękny, melodyjny, chwytliwy głos. Szkoda, że nieczęsto tak śpiewa.
Są co prawda utwory Na Awake, których nie kocham (np. Caught In A Web), ale fakt pozostaje faktem, że można ze świecą szukać drugiego takiego albumu. Klimat jest jego główną zaletą, a sam koncept zwierciadła (lub też lustra, ale zwierciadło lepiej mi tu pasuje) niesamowicie mi się podoba. No i fantastyczna okładka, chyba moja ulubiona spośród albumów Dream Theater.
1995 rok jest dla mnie czymś w rodzaju podsumowania wczesnego okresu, który skończył się na Awake. Wtedy to dostaliśmy "epkę" A Change Of Seasons. Utwór tytułowy, pochodzący z czasów pisania Images And Words, to pierwszy TAKI utwór zespołu. 23 minuty, ani sekundy nudy, wyśmienita produkcja (może z wyjątkiem perkusji). Carpe Diem to chyba moja ulubiona część. Kolejna świetna robota Petrucciego. Po raz kolejny znakomite klawisze Moore'a, jednak tym razem już w wykonaniu Sheriniana, ciekawe wstawki Myunga. I dobrze brzmiący (pomimo niekiedy niesamowicie wysokich rejestrów) LaBrie. Można chcieć więcej? Można - fajnych coverów. I mamy je tutaj. Ciekawy The Big Medley, fajne wykonanie Perfect Strangers czy Love Lies Bleeding. A Change Of Seasons była pierwszą płytą zespołu, jaką kupiłem. Myślę, że nie był to zły wybór.
Przyszedł czas na Falling Into Infinity. Album najsłabszy z tych, które zespół wydał do 1997 roku, moim zdaniem lepszy jednak od takich pozycji jak Train Of Thought i Octavarium. Jest tu przecież dużo świetnej muzyki - Peruvian Skies miażdży, mimo "singlowej" konstrukcji. Rewelacyjne jest także Lines In The Sand z fantastycznymi wokalizami i solówką Petrucciego. Co jeszcze? Niewiele ustępujące im Trial Of Tears, bardzo fajne Hell's Kitchen czy piękne Take Away My Pain i Hollow Years. To ostatnie szczególnie dobrze wychodzi na koncertach.
Albumowi temu zarzuca się wygładzoną produkcję. Moim zdaniem zarzuty te są przesadzone - produkcja czyni utwory przystępniejszymi może w 2-3 przypadkach. Na takim Octavarium - prawie we wszystkich.
Podobno zespół miał już napisaną drugą część Metropolis w postaci ponad-dwudziestominutowego utworu. Bardzo dobrze się stało, iż nie został on wydany, gdyż dzięki temu świat zna Metropolis - Part 2: Scenes From A Memory. Mój ulubiony album zespołu, jeden z moich ulubionych albumów wszech czasów. Nawet jeśli muzycznie wolę chyba Images And Words - nie sama muzyka tworzy wydawnictwo. Scenes From A Memory to niesamowita, zawiła historia ze znakomitymi tekstami ubranymi w niesamowitą muzykę. Finally Free to po Space-Dye Vest mój ulubiony utwór zespołu. Niesamowity klimat, świetna część Rudessa z pianinem, przyprawiająca o dreszcze scena morderstwa, wreszcie fantastyczny riff z najlepszą partią perkusyjną Portnoya spośród tych, jakie dane mi było słyszeć. Wielki utwór. Z pozostałych kompozycji najbardziej lubię te spokojne, czyli Through Her Eyes, Through My Words czy Regression. Są takie proste, a jednocześnie takie piękne... "Piękne jest proste", jak to mówi mój przyjaciel. W tym przypadku sprawdza się to wyjątkowo.
Na płycie tej zadebiutował w Dream Theater Jordan Rudess. Jest to debiut bardzo udany. Jordan pisze fantastyczne partie pianina (grane są co prawda na syntezatorze, ale cały czas mają duszę). Tutaj są one chyba najfajniejsze.
Finally Free kończy szum zerwanej płyty winylowej, który jest początkiem kolejnego, tym razem dwupłytowego albumu - Six Degrees Of Inner Turulence. Albumu nieco innego reszty. Na pierwszej płycie znajdujemy cztery długie kompozycje i jedną krótszą. Uwielbiam je wszystkie, z wyjątkiem The Glass Prison, które "tylko" lubię. Blind Faith to świetny wstęp i zakończenie, świetny riff, świetna partia pianina. Misunderstood ma ciekawe zakończenie, z którego wyłania się cholernie klimatyczny wstęp do The Great Debate. Utwór z niesamowitym rozwinięciem, niegłupim tekstem, fantastycznym refrenem. Następujące po nim Disappear należy do mojej dreamowej czołówki. Przejmujący liryk Jamesa, smutna, melancholijna melodia, kompozycja przypominająca nieco Space-Dye Vest swoją konstrukcją, co jednak w tym przypadku nie śmie nazywać się wtórnością.
Druga płyta to majstersztyk. Już sam początek Six Degrees Of Inner Turbulence z orkiestrą (czyli Overture) przyprawia o dreszcze oraz przedstawia główny motyw muzyczny kompozycji, powtarzany później co najmniej kilka razy przez Petrucciego i Rudessa. Dźwięk z Grand Finale, kończący ten solidny album, jest niesamowity. Słyszymy go ponownie zaledwie rok później, właczając Train Of Thought. Chyba najtrudniejszy w odbiorze album Dream Theater. Do tej pory nie przekonałem się do niego w całości. Uwielbiam Vacant - Stream Of Consciousness, In The Name Of God, Endless Sacrifice oraz tekst Petrucciego z As I Am, które muzycznie też jest okay. Nie potrafię polubić This Dying Soul i Honor Thy Father, choć nie wątpię w ich dobry poziom. Może kiedyś...
Mało na tym albumie Rudessa, a jednak jego outro albumu jest chyba moim ulubionym momentem Train Of Thought. I po raz kolejny mamy bezpośrednie odwołanie do początku płyty kolejnej - do Octavarium. Płyty najsłabszej ze znanych mi wydawnictw Dream Theater. Płyty, która zawiera tylko dwa utwory, które można określić mianem rewelacyjnych - Sacrificed Sons oraz tytułowy, Octavarium. To zatrważająco mała liczba jak na ten zespół. Reszta jest po prostu albo zwykła (Never Enough), albo banalna (I Walk Beside You, These Walls). Produkcja jest najbardziej wygładzona ze wszystkich znanych mi płyt Dream Theater. Nawet w The Root Of All Evil, mimo że uwielbiam ten utwór z pewnych względów. Wszystko to nie dotyczy tylko dwóch, wspomnianych już przeze mnie, kompozycji. Sacrificed Sons ma niezwykłe rozwinięcie, a całość jest mocno progresywna. Bardzo dobry tekst Jamesa.
Octavarium, tak na dobrą sprawę, to chyba główny powód, dla którego ta płyta powinna zostać wydana. Zgodzę się z opiniami, iż nie jest to kompozycja oryginalna, ale myślę, że niczego jej to nie ujmuje. 11-minutowe intro (w szczególności Someone Like Him - wstęp Rudessa jest magiczny!) jest czymś niewątpliwie wielkim. Dalej jest bardzo fajnie, ale to, co słyszymy później przechodzi już ludzkie pojęcie! Wzniosłe, majestatyczne wręcz Razor's Edge to chyba jedno z najlepszych zakończeń w muzyce. Warto czekać choćby i cały album na te ostatnie pięć minut.
Tak, wiem, że Panowie wykazali się niesamowitą inteligencją poprzez te wszystkie "smaczki" pozamuzyczne w postaci przeróżnych zagadek, przewijających się liczb "8" i "5" i powtarzalności. I jest to super sprawa, jednak nie zmienia to faktu, iż od strony muzycznej album nie zachwyca. Poza dwoma wspomnianymi przeze mnie utworami, jest tylko nieźle. A to, jak na taki wspaniały zespół, zdecydowanie za mało.

Z twórczością solową i różnymi projektami okołodreamowymi nie jestem zbytnio zaznajomiony. Słyszałem u przyjaciela pierwszy album Liquid Tenson Experiment - jest okay. Mam jeden bootleg Petrucciego - Like A Locomotive - który też jest okay. Posiadam płytę An Evening With John Petrucci & Jordan Rudess. Tę pozycję absolutnie kocham. Furia Taurina czy Black Ice to rewelacyjne rzeczy. Podobnie z Rudessowym From Within - prawdziwa, przepiękna i niesamowicie emocjonalna perełka! Chętnie poznałbym podobne utwory.
Cały album jest świetny. Fajnie, że Panowie na koncertach (a także na Six Degrees Of Inner Turbulence) odgrywają gnieniegdzie motywy z jego utworów.

Jak bardzo uwielbiam ten zespół, tak muszę przyznać, iż koncertowo nie jest już tak różowo. Przynajmniej nie tak, jak w studiu, bo jednak te bootlegi zbieram. Czwórka wypada znakomicie (jak zwykle), jednak koncertowy LaBrie wyciąga może połowę tego, co słyszymy na albumach i będę się o to wykłócał, gdy zajdzie taka potrzeba. Trochę mnie to irytuje. Zespół odstawia świetny show z licznymi improwizacjami, ale James zaniża nieco poziom. O ile na trasach Train Of Thought Tour oraz Octavarium Tour znacznie się poprawił, tak wcześniej było momentami katastrofalnie. Zdaję sobie sprawę, iż miał on pewien wypadek, który osłabił mu warunki głosowe na niekrótki czas, ale już przed nim było czasami bardzo źle, żeby nie powiedzieć "tragicznie". Under A Glass Moon, Take The Time czy też Another Day choćby już z samego Live In Tokyo '93 to momentami katastrofa. James albo się wydziera, albo próbuje wyciągnąć najwyższe partie, co wychodzi mu raczej średnio. Całe szczęście, że teraz jest już lepiej. Nawet znacznie lepiej, dlatego jestem pełen optymizmu co do przyszłości jego wokalu na koncertach. Są jednak występy, na których wypada rewelacyjnie.

Jak wiemy, LaBrie nie był członkiem Dream Theater od samego początku. Co prawda Dominiciego słyszałem tylko dzięki kilku linkom na Youtube, ale po tym jestem w stanie stwierdzić, iż ma facet warunki i jest bardzo dobrym wokalistą.

LaBrie świetnie wypada w studiu, wręcz rewelacyjnie. O jego wokalu na koncertach już wspomniałem.

John Myung jest, według mnie, cholernie dobrym basistą, lecz tak samo cholernie niedocenionym. Być może dlatego, iż sam trzyma się nieco z boku? Tak czy siak - gra momentami niesamowite rzeczy, przy czym trzeba zwrócić uwagę, iż używa on głównie basu sześciostrunowego! Komponuje fajne rzeczy (jak riff z Beyond This Life czy końcówka Learning To Live - jeden z moich ulubionych fragmentów muzycznych wszech czasów). Tekstów wiele nie napisał, ale jeśli już to zrobił, to zazwyczaj świetnie. Po raz kolejny wspomnę o Learning To Live, ale także o Trial Of Tears.
A jego osoba jest, przyznam, fascynująca!

John Petrucci, w przeciwieństwie do Myunga, jest, w moim przekonaniu, gitarzystą nieco przechwalonym. Głównie ze względu na fakt, iż tak dużo mówi się (a szkoda!) o jego szybkości, która, choć należy do lepszych, nie jest już w dzisiejszych czasach niesamowita. Czasem mam wrażenie, że John stara się udowodnić nie-wiadomo-co. Całe szczęście, że stworzył on multum niesamowitej muzyki, która jest po prostu ciekawa nie ze względów technicznych, lecz czysto dźwiękowych. Jak choćby większa część Images And Words, Awake, Six Degrees Of Inner Turbulence.
I odwołuję to, co mówłem kiedyś o jego grze akustycznej. Potrafi grać na gitarze akustycznej i to całkiem nieźle.

Mike Portnoy, pomijając już, że odwala w zespole chyba najwięcej roboty, jest świetnym perkusistą. Nie interesuje mnie to, że podobno gra w ten sam sposób, co perkusista Rush. Są chwile, kiedy Mike po prostu maluje dźwięk perkusją (vide Finally Free, Sacrificed Sons czy The Great Debate), co jest doprawdy niesamowite, bez względu na to, do gry którego innego perkusisty podobne. Czapki z głów! Jest także chyba najlepszym tekściarzem w zespole.

Jordan Rudess, a właściwie jego gra, bo facet sympatyczny chyba jest, przyznam się, nierzadko mnie irytuje. Rozumiem jego fascynację nowoczesną technologią ("nowymi zabawkami", jak to ujął kiedyś Radek), ale momentami naprawdę przeasadza. Niektóre jego wstawki, mam wrażenie, niekoniecznie pasują do całości. I ma skłonności do popisywania się. Chyba jeszcze większe niż Petrucci. Całe szczęście, że nadrabia to fantastycznymi partiami painina, jakie pisze. Jego solówki z Dance Of Eternity, Blind Faith czy One Last Time naprawdę są rewelacyjne. Niesamowity klimat też potrafi stworzyć (jak na przykład w Octavarium), ale nie tak często jak choćby Moore. Na pewno nie jest on moim ulubionym klawiszowcem spośród tych, którzy mieli zaszczyt grać w Dream Theater.

Derek Sherinian grał tylko na dwóch płytach, z czego swoje partie tylko na jednej, więc jego ocena jest nieco utrudniona. Jego gra na Falling Into Infinity jest po prostu okay, stanowi niezłe dopełnienie. Anna Lee jest bardzo ładnym utworem. Z całej trójki klawiszowców Dream Theater jego gra porywa mnie najmniej. Być może powinienem poznać Planet-X...

Kevina Moore'a zostawiam na sam koniec, gdyż jest to nie tylko mój ulubiony muzyk, jaki miał styczność z Dream Theater, ale także jeden z moich ulubionych muzyków, jacy chodzą po tej Ziemi. Człowiek stworzony do tworzenia niesamowitego klimatu. Klimatu, jakiego Rudess nigdy nie stworzył i nie stworzy. Pisałem już o jego znaczeniu na Awake. Facet ma niesamowitą wobraźnię i pomysł na utwór. Przecież takiego Space-Dye Vest po prostu nie da się podrobić. To samo z Wait For Sleep.
Znam także jego solowy album Dead Air For Radios - i bardzo go lubię. On The Page to kolejna klimatyczna rewelacja.
Bardzo lubię jego teksty. Pomijając już utwory, do których samodzielnie napisał muzykę, na myśl przychodzą mi jeszcze Pull Me Under oraz Lie.
Osobowość Kevina jest chyba jeszcze bardziej fascynująca niż ta Myunga. Fani często określają go "nienormalnym", co jest dla mnie trochę przykre. Kevin sprawia wrażenie osoby wielce wrażliwej, co bardzo mi się w nim podoba. Czekam na kolejne efekty jego twórczości.
Szkoda, że ściął włosy. Wink Jeśli ktoś zna jego image tylko z Dream Theater, może być trochę zszokowany po zobaczeniu jego zdjęć sprzed choćby kilku lat. Wink

W tej chwili ze zniecierpliwieniem czekam na koncert w Spodku, ale przede wszystkim na nowy album. Zamówiona jest już dla mnie wersja specjalna, nie mam zamiaru psuć sobie przyjemności poprzez ściąganie płyty z torrenta, jak to zrobił mój kolega. Będę cierpliwy - podobno jest na co czekać. Constant Motion nie jest najgorsze, ale wiemy, jak to często z singlami jest. Większość z nas jest chyba optymistami, jeśli mowa o Systematic Chaos. Singiel nie najgorszy, okładka jest niesamowita - zobaczymy, jak będzie z resztą...

Dream Theater jest wielki!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Mariusz
kaseta "metalówka"


Dołączył: 16 Kwi 2007
Posty: 273

PostWysłany: 14.05.2007, 11:20    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

"Systematic Chaos" (2007)

In The Presence of Enemies Pt.1 (9:00)
Forsaken (5:36)
Constant Motion (6:55)
The Dark Eternal Night (8:51)
Repentance (10:43)
Prophets Of War (6:01)
The Ministry of Lost Souls (14:57)
In The Presence of Enemies Pt.2 (16:3Cool

Po pierwszym przesłuchaniu płyta nie powala, a nawet chwilami zniechęca. Można odnieść wrażenie, że zespół nadal szuka odmiany. Na "Octavarium" pojawiało się zbyt dużo (jak dla mie) klawiszowych dłużyzn. Tym razem chwilami wydało mi się, że jest (dla mnie) zbyt metalowo (metallicowo - jak to ktoś wcześniej zauważył). Ale do rzeczy.
Utwór pierwszy właściwie wypełnia definicję pojęcia "Dream Theater". Jest tu wszystko, czego od Nich oczekujemy, podane w stylu dobrze znanym z wcześniejszych płyt, jeszcze z czasów z Sherinianem, z Moorem. Choć może brzmienie klawiszy wskazuje jednak na Rudessa. Jest ciężko, jest szybko, są też piękne brzmienia solowe gitary. Ładna melodia, zmiany tempa, w środku, przed częścią śpiewaną, podkreślone chwilowym zatrzymaniem. Utwór może zapaść w pamięć. To rzeczywiście świetny kawałek na otwarcie.
Forsaken - zaczyna się cichym fortepianem, później robi się nieco głośniej. James nadal ten sam ... Troszkę przeszkadzało mi w tym utworze brzmienie gitary, chwilami właśnie kojarzące się z Metallicą. Na szczęście to najkrótszy kawałek na płycie.
Constant Motion wszyscy mieli okazję usłyszeć, mogę go więc pominąć.
Utwór czwarty - The Dark Eternal Night.
Jest ciężki, świetnie obrazujący techniczną precyzję i zgranie muzyków, ale tak na prawdę odnosi się wrażenie, że wszystko co tu zagrali już kiedyś było w innych utworach. Koło piątej minuty bardzo drażniący brzmieniowo Rudess, wpasowany w tym miejscu jakby przez pomyłkę. Kawałek dobry do koncertowego wymiatania, ale na tej płycie jakoś mi nie pasuje.
Repentance - pierwsze dźwięki gitary, klawisze, wszystko delikatnie zalatuje psychodelią. Cicha linia melodyczna rozpoczynająca partię wokalną jest nawiązaniem do (chyba) In the Name of God z Train of Though. Utwór ma bardzo niepokojący klimat, choć zagrany balladowo. Cicho i spokojnie. Nawet jakby zbyt spokojnie. Troszkę mi brakowało klawiszowego wypełniacza podczas sola gitary. Ale w sumie kawałek niezły.
Prophets Of War - to mógł być na prawdę niezły utwór, gdyby nie dziwaczne klawisze Rudessa, przywołujące skojarzenie z wymarłym gatunkiem new romantic. Zwraca uwagę melorecytacja, która pojawia się już chyba trzeci raz na tej płycie i - w takiej ilości - zaczyna być nurząca.
The Ministry of Lost Souls - wreszcie ten Dream Theater, który tak lubię. Pierwsze dźwięki od razu nasuwają skojarzenie z końcem ubiegłego stulecia. Dalej jest coraz lepiej, choć wolałbym, gdyby Portnoy walił w solidnie naprężony werbel, a nie puste pudełko od zapałek, bo strasznie to kontrastuje z dźwiękiem gitary, przez co brzmi kuriozalnie. Petrucci ... Ten gościu jest po prostu rewelacyjny.
Płytę zamyka ponad szesnastominutowy "In The Presence of Enemies Pt.2". Piersze trzy minuty cicho i spokojnie. Później, z każdą chwilą coraz soczyściej, by znowu powrócić do spokojnej zwrotki. Znowu pojawiają się uciążliwe melorecytacje, a agresywny charakter utworu ma podkreślać napinający się James, o ile James może się napiąć. Znowu troszkę powiewa Metallicą, ale w końcu to bardzo długi utwór, więc można im wybaczyć różne pomysły. Na finał spodziewałem się czegoś bardziej wysmakowanego, co mogłoby zachęcić do ponownego odsłuchania płyty. Tak miałem przy "Scenes ..." i "Train ...". Tymczasem znowu mam wrażenie, że jest to zlepek wcześniej już ogranych pomysłów, tylko autorzy zapomnieli w tytule dopisać "outtakes". A może jest w tym jakaś artystyczna myśl? Na całe szczęście utwór kończy się wzniosłym finałem, kojarzącem się z Octavarium, albo czymś równie wytwornym (już to gdzieś słyszałem na pewno!!!).
Reasumując, po drugim przesłuchaniu płyta nadal nie powala, ale przestaje zniechęcać. Wydaje się nawet odrobinę ciekawsza od poprzedniej. Przesłucham jeszcze raz i może znowu znajdę jakieś pozytywy. Pozostaje mieć nadzieję, że dodatkowym atutem będzie brzmienie wersji handlowej (w odróżnieniu od stratnego formatu), czego wszystkim zainteresowanym porządnym uesańskim graniem szczerze życzę.


Edit:
Po wielokrotnym przesłuchaniu ODSZCZEKUJĘ! Płyta jest świetna. W stosunku do Octavarium to jak odbicie się od dna. Polecam!


Ostatnio zmieniony przez Mariusz dnia 17.05.2007, 08:16, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, ... 14, 15, 16  Następny
Strona 2 z 16

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group