Muzyczne Dinozaury Forum Index Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SearchSearch   MemberlistMemberlist   UsergroupsUsergroups   RegisterRegister 
 ProfileProfile   Log in to check your private messagesLog in to check your private messages   Log inLog in 

Dream Theater i projekty okołodreamowe
Goto page 1, 2, 3 ... 14, 15, 16  Next
 
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Wykonawcy
View previous topic :: View next topic  
Author Message
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 22:40    Post subject: Dream Theater i projekty okołodreamowe Quote selected Reply with quote

Pozwolę sobie na rozpoczęcie wątku o DT od relacji z ostatniej wizyty zespołu w Polsce.

W krainie Piaskowych Dziadków, czyli Dream Theater w Poznaniu [Arena, 2005-10-04]


Wybrałem się na koncert Dream Theater po raz trzeci. Na dwóch poprzednich byłem w Krakowie. Zapamiętałem z nich, niestety, między innymi to, że zamiast muzyki, słychać było coś niezidentyfikowanego (chociaż w hali „Wisły” było BARDZO głośno).
Pierwsze doświadczenia z pobytu w Poznaniu to stres związany z niepewnością, czy nasz kierowca (wybraliśmy się w siódemkę busikiem) znajdzie Arenę. Udało się. Na miejsce dotarliśmy o 19.50. Doszliśmy do wejścia nr 1 i, nieco zdumieni, stwierdziliśmy, że prędko nie wejdziemy do środka. Oczekujący na wejście fani skandowali „K… mać! Ile mamy stać?”. Nie dołączyliśmy do nich i skierowaliśmy się do wejścia nr 2. Tam też nie było kolorowo, ale jakoś (po ok. 20 minutach oczekiwania) weszliśmy Very Happy . Ochroniarze, będący pod presją, wpuszczali ludzi bardzo szybko, nie kontrolując przy tym zupełnie, czy wnoszone są jakieś „zabronione” rzeczy. Rafał, mój kolega, nie mógł sobie darować, że w ostatniej chwili rozmyślił się co do wzięcia ze sobą cyfrówki.
Koncert rozpoczął się wkrótce po wpuszczeniu wszystkich zniecierpliwionych fanów. Zgodnie z taktyką przyjmowaną przez zespoły rockowe, DT otworzył ucztę „mocnym uderzeniem”: The Root Of All Evil i Panic Attack, oba z tegorocznego albumu Octavarium. Muzycy ustawieni byli klasycznie. „1. linię” tworzyli: Petrucci (po prawej), Myung (po lewej) i LaBrie (po środku), a Portnoy i Rudess (oczywiście w jego uzbrojeniu pojawił się też syntezator pozwalający na spacerowanie po okręgu) zabezpieczali tyły. Siedziałem wtedy po lewej stronie sceny i nawet mi to nie doskwierało: widziałem wszystkich muzyków, jedynie z dźwiękiem było nieco gorzej. Przy 3. utworze, którym był jakiś kawałek pochodzący z okresu, kiedy grupa występowała pod nazwą Majesty, zdałem sobie sprawę z niefortunności wybranego przeze mnie miejsca. Za plecami muzyków, na ekranie, zaczęły się pojawiać to animacje, to zbliżenia… Ekran zasłonięty był przez jakąś potężną kolumnę. Nie widziałem nic. Podjąłem decyzję o zmianie miejsca w czasie przerwy.
James pierwsze utwory zaśpiewał jakiś „nierozgrzany”, ale potem było już tylko lepiej.
Zespół nawiązał do początków kariery, a następnie, krok po kroku, serwował publiczności po jednym utworze z kolejnych płyt. Z debiutu wybrano A Fortune In Lies (jak dobrze, że nie śpiewał Charlie Dominici). Images And Words – ku mojej radości – reprezentował Under A Glass Moon, jeśli mnie pamięć nie myli – po raz pierwszy zagrany w Polsce. Punkt kulminacyjny, którym jest dla mnie solówka Petrucciego, przyprawił mnie o pierwsze „ciary” tamtego wieczora. Mój ulubiony krążek zespołu to Awake. Niestety, to nie Erotomania, której oczekiwałem, została zagrana, a Caught In A Web. Poziom oczywiście niezmiernie (i niezmiennie) wysoki. Potem, po nieco zagadkowym wstępie, nadszedł czas na Peruvian Skies z albumu Falling Into Infinity. Taki już urok tego utworu, że lubią weń powstawiać cytaty z Pink Floyd i Metalliki. Tym razem padło na fragmenty Wish You Were Here i Wherever I May Roam. Dalej były: Fatal Tragedy (świetnie zaśpiewane!) z Metropolis Pt 2: Scenes From A Memory, oraz 2 części tytułowej suity z LP Six Degrees Of Inner Turbulence: About To Crash i Losing Time / Grand Finale (tu zespół w jakimś sensie złamał „zasadę”: 1 płyta – 1 utwór).
Nastąpiła przerwa. Pamiętam z niej przede wszystkim opary dymu (nie sądziłem, że wśród wielbicieli DT jest tylu palaczy Wink ). Wybrałem się wtedy na poszukiwanie jakiegoś stoiska z płytami, koszulkami i innymi rzeczami przygotowywanymi z myślą o frajerach (takich jak ja), co to uzależnieni od materiałów związanych z ulubionymi wykonawcami są potężnie. Kiedy mam wspomnieć o płytach, które widziałem, cholera mnie ogarnia. Były tam chyba wszystkie pozycje należące do serii „Official Bootlegs”, wydawanej przez Mike’a Portnoya. Ceny: 100-140 zł. Efekt: w dalszym ciągu nie mam żadnej z tych płyt.
Po przerwie muzycy znów zaczęli ciężko. Tym razem stałem już kilkanaście metrów od sceny, widziałem ekran, ba, słyszałem szczegóły! O takiej selektywności dźwięku w Krakowie można było tylko pomarzyć. Kolejny album, Train Of Thought , też reprezentowany był przez 2 utwory: As I Am i Endless Sacrifice. O ile wcześniej miałem mieszane uczucia, jeśli chodzi o rzeczoną płytę, to tu zostały one zupełnie rozwiane. Absolutne Himalaje! Po nich widocznie musiał nastąpić najsłabszy fragment koncertu: I Walk Beside You z Octavarium. Na szczęście ten album uratowany został przez Sacrificed Sons oraz poprzedzone znakomitą partią solową Jordana (nie wiem, co to za cudo, na którym grał, ale instrumentem klawiszowym z pewnością to nie jest) Octavarium. Podczas tego koncertu także utwory z ostatniej płyty przekonały mnie do siebie jakoś bardziej.
Potem muzycy grzecznie się pożegnali, a następnie, zgodnie z planem, powrócili, by zagrać na bis. Były zresztą 2 wejścia. Podczas pierwszego rozbrzmiał In The Name Of God (trafnie przepowiedziany mi przez Andrzeja Shocked Very Happy ), a na drugi złożyły się: „zapalniczkowy” (widok przedstawiał się naprawdę pięknie) The Spirit Carries On oraz kombinacja: Pull Me Under / Metropolis Part I. Jordan rzucił publiczności kask, w którym (nie wiem dlaczego) wyszedł na 2. bis, Mike pozbywał się nadmiaru pałek i śliny…
Potem zrobiło się jakoś pusto…
W podsumowaniu powinienem wspomnieć o wysokiej formie zespołu. Nie chodzi tu bynajmniej o wygląd muzyków. Z drugiej strony to, że Petrucci ma „niemetalową” fryzurę jest nawet ciekawe Wink (bo podkreśla, moim zdaniem, niechęć do wpisywania się zespołu w typowo metalowy nurt), a to, że miał jakieś czerwone frędzle przy spodniach, w ogóle nie przeszkadzało. Za sprawą charakterystycznych bródek – Petrucci i Portnoy wyglądali jak Piaskowy Dziadek z enerdowskiej kreskówki Shocked .
Dobór utworów, poza nieszczęsnym I Walk Beside You, uważam za uzasadniony. Dwie ostatnie płyty musiały stać się najbardziej eksploatowanymi, ponieważ tego właśnie materiału nie można było wcześniej u nas usłyszeć na żywo.
Nadmienię, że o ile ja starałem się jakoś ogarnąć całość koncertu, to już na przykład dla mojego taty, grającego w swoim zespole na basie, wyjazd do Poznania był wyprawą „na Myunga”. Zachwytom nad jego grą nie było końca.

Co mi przeszkadzało?
Przy pośpiesznym wpuszczaniu ludzi, nie dało się uniknąć pojawienia się najzwyczajniej w świecie napranych buraków. W czasie Octavarium dwóch spośród nich lało się kilka metrów ode mnie. Płacąc za bilet prawie stówę, wolałbym móc się spokojnie skoncentrować na odbiorze muzyki, niż zastanawiać, czy przemieszczą się w moją, czy w drugą stronę. O narcyzach, trzepiących włosami dookoła własnej osi tak, że w promieniu 2 metrów nikt nie może swobodnie stanąć, nie chce mi się nawet pisać Evil or Very Mad .
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:04    Post subject: Quote selected Reply with quote

Dream TheaterWhen Dream And Day Unite (1989)
1989 MCA Records
2002 One Way Records



1. A Fortune In Lies (Dream Theater / Petrucci) [5:12]
2. Status Seeker (Dream Theater / Dominici and Petrucci) [4:16]
3. The Ytsé Jam* (Moore, Myung, Petrucci and Portnoy) [5:43]
4. The Killing Hand** (Dream Theater / Petrucci) [8:42]
i. The Observance
ii. Ancient Renewal
iii. The Stray Seed
iv. Thorns
v. Exodus
5. Light Fuse And Get Away (Dream Theater / Moore) [7:23]
6. Afterlife (Dream Theater / Dominici) [5:27]
7. The Ones Who Help To Set The Sun (Dream Theater / Petrucci) [8:04]
8. Only A Matter Of Time (Dream Theater / Moore) [6:37]

* Akcent nad e figuruje w tytule jedynie wewnątrz książeczki. Brak go zupełnie w wykazie utworów na rewersie okładki oraz na samym krążku, a także w wersji wznowionej przez One Way Records (edycja ta w ogóle nie zawiera książeczki z tekstami i zdjęciami).
** Tytuły poszczególnych części – tylko w książeczce pierwszego wydania.

Czas całkowity: 51:30

John Petrucci: Guitars
Charlie Dominici: Vocals
Kevin Moore: Keyboards
Mike Portnoy: Drums and Percussion
John Myung: Bass Guitars

Produced by Terry Date and Dream Theater


DT w Kajem/Victory Studios. Od lewej: Moore, Petrucci, Myung, Portnoy, Dominici

Co tu gadać, gdyby nie późniejsze płyty Dream Theater, po ten album pewnie nie sięgnąłbym nigdy lub też zniechęciłbym się doń po pierwszym przesłuchaniu. I to właśnie… byłby mój błąd!
Oczywiście debiutancka płyta nowojorczyków nie jest pozbawiona wad: koszmarne brzmienie, a właściwie – jakość nagrania (całość brzmi tak, jakby muzycy, nagrywając ją, w najlepszym wypadku siedzieli w pomieszczeniu sąsiadującym ze studiem nagraniowym), kompozycje jeszcze nie dorównujące tym, które znamy z płyt późniejszych, no i – last but not least – śpiewa tu niejaki Charlie Dominici, facet z innej muzycznej bajki, nie mający pomysłu na interpretacje wokalne, które pasowałyby do takiej muzyki.

Trzykrotne pukanie otwierające A Fortune In Lies, pierwszy utwór na When Dream And Day Unite, jest może niewyszukanym, ale całkiem miłym zabiegiem: Hej! To my! Otwieraj swój… – no właśnie: co? Umysł, duszę…? Zresztą już okładka ostrzega nas (może straszy, a może obiecuje?): odciśniemy piętno! Młokos, który na niej widnieje, jest chyba zlękniony, a w każdym razie – spogląda dość niepewnie. Znów chciałoby się zapytać: czego się obawia? Samego procesu (poznawania płyty)? A może jego efektu – uzależnienia? A Fortune In Lies to utwór, w którym po blisko minutowym wstępie zaczyna się mocne granie. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o śpiewie. Przy wyższych dźwiękach Dominici nie daje sobie rady, a fakt, że słychać go, jakby nadawał z zaświatów, nie przykrywa niedociągnięć. Po 3. minucie zaczyna się jednak część instrumentalna: najpierw budująca napięcie perkusja, „zagęszczona” basem, do tego dochodzą następnie monumentalne, organowo brzmiące klawisze, aż do akcji wkracza gitara Petrucciego. Nawet wejście wokalu w końcówce nie psuje klimatu i utwór urywa się może niezbyt wyszukanym, ale bardzo mocnym akcentem.
Status Seeker jest chwilowym obniżeniem lotów. Na taki właśnie mój odbiór tego utworu wpływa przede wszystkim banalny refren. Nie pomaga nawet świetna gra sekcji rytmicznej: połamana partia perkusji i pięknie eksponowany miejscami, „rozedrgany” bas Myunga. Na marginesie wypada wspomnieć o tym, że kiedy – na początku utworu – Dominici śpiewa w niższych rejestrach, barwa jego głosu jawi się jako całkiem przyjemna… Sam bohater szybko jednak wskakuje o oktawę wyżej i zaczyna się śpiewanie „całym ciałem”, byle tylko wydusić z siebie te wszystkie wysokie dźwięki.
Najsłabszy utwór albumu sąsiaduje z najlepszym – The Ytsé Jam. Jak powszechnie wiadomo, jego tytuł (bez The) czytany od końca to pierwotna nazwa zespołu – Majesty. Moim zdaniem mamy tu do czynienia z pierwszą wybitną kompozycją Dream Theater. Utwór jest bardzo spójny, choć zarazem dosyć różnorodny, a najciekawszy robi się, kiedy odtwarzacz CD wskazuje czas 2:45. Solowe partie mają po kolei: Moore, Petrucci, Myung (to chyba jego jedyne „pełnoprawne” solo w historii studyjnych albumów DT), wreszcie – na krótko – Portnoy (na koncertach miał w tym miejscu swoje długie solo). Żaden z nich nie notuje na swoim koncie wpadki. Potem mamy jeszcze okazję wysłuchać krótkiej „zabawy z pauzami” (jeden z ulubionych zabiegów stosowanych przez zespół w początkach kariery), przy czym dynamika utworu nigdzie nie ucieka, wręcz przeciwnie – narasta.
The Killing Hand to chyba pierwszy z utworów zespołu, które określane bywają czasem mianem epics (chociaż – gdzie mu tam do późniejszych rozbudowanych dzieł DT…). Pierwszą część (The Observance) rozpoczyna delikatny motyw grany na gitarze akustycznej, rychło pojawiają się jednak liczne zmiany nastrojów, temp, w końcu – niezbyt porywająca partia wokalu, zaśpiewana bez emocji i zaangażowania. W tej części można – uważnie słuchając – natknąć się na kilka smaczków basowych w tle. Nieznacznie lepiej wypada Dominici w dwóch kolejnych, „bliźniaczych” odsłonach, Ancient Renewal i The Stray Seed, choć może to tylko moja czujność zostaje tu zwiedziona przyjemnym graniem reszty zespołu? W Thorns jest już więcej wyeksponowanego grania, w tym fajne unisono gitarowo-klawiszowe. Exodus przynosi próby bardziej drapieżnego śpiewania, jednakże wszelkie starania Charliego przekreśla wyjątkowo nieudolny falset: I Am the Killing Haaand! The Killing Haaand!, którego wstrząsającej wymowy nie udało się zamaskować zastosowaniem pogłosu. W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o znakomitym wykonaniu The Killing Hand przez Jamesa Labie, znanym z albumu Live At The Marquee (1993). Podobnie rzecz ma się zresztą z A Fortune In Lies; Kanadyjczyk wypada na żywo znacznie lepiej niż Dominici w studio.
Light Fuse And Get Away to jedna z tych kompozycji, których długo nie doceniałem. Dziś należy do moich ulubionych. Bardzo odpowiada mi kontrastowe zestawianie różnych motywów w taki sposób, w jaki uczynione to zostało właśnie tu. Najlepszy przykład: piękna, nie kojarząca się z wirtuozerią stereotypowo przypisywaną Dream Theater, partia solowa Moore’a przechodzi w gitarowy popis Petrucciego. Linia wokalu w tym utworze jest bardzo niemetalowa.
Afterlife to właściwie piosenka. Ratuje ją – jak zwykle – instrumentalne tło (kiedy Charlie jest w akcji) i solo gitarowe wykończone pięknym quasi-unisonem.
Z The Ones Who Help To Set The Sun było u mnie tak jak z Light Fuse And Get Away – długo się doń przekonywałem. Jest to utwór spokojny, ale w wielu miejscach połamany rytmicznie tak, że mrówki przechodzą całymi tabunami (zupełnie jak na naszej działce Idea ). Ze względu na odgłosy przyrody (burza) i czynności (ktoś biegnie, a następnie trzaska drzwiami) kawałek mógłby się spodobać nawet fanom Pink Floyd.
Nie czy podobnie jest u innych osób znających Only A Matter Of Time, ale dla mnie już sam początek utworu (jeszcze bardziej słychać to po 50 sekundzie, a w pełni, kiedy wchodzi wokalista) jest zapowiedzią tego, że będzie to ostatni utwór na płycie. Właściwy wybór. Powolne, nieuchronne zmierzanie do końca czasami jest stopowane przez partie solowe (zdarza się nawet, że Kevin – ich główny bohater – ociera się o zagrywki rodem z baroku).

Gdyby ktoś mi zapowiedział kilka lat temu, że najdroższą płytą, jaką kupię, będzie właśnie ten album, pewnie zostałby przeze mnie wyśmiany. A jednak – stało się. Zostałem sprowokowany przez wytwórnię One Way Records do wyłożenia pewnej sumki na limitowaną edycję When… Mój egzemplarz, zremasterowany przy pomocy 32-bitowej technologii (cokolwiek to znaczy), nosi numer 2266 (z 10000 wydanych). Very Happy

Pierwsze wydanie zawiera następującą dedykację:
This Album is Dedicated to the Loving Memory of ANDREA HELD LEONE and RALPH R. DOMINICI, SR.

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:07    Post subject: Quote selected Reply with quote

PlatypusWhen Pus Comes To Shove (1998)
InsideOutMusic



1. Standing In Line [3:10]
2. Nothing To Say [4:54]
3. Rock Balls/Destination Unknown [7:40]
4. Platt Opus [5:01]
5. I'm With You [4:13]
6. Blue Plate Special [7:21]
7. Chimes [4:45]
8. Willie Brown [5:03]
9. Bye Bye [4:51]
10. What About The Merch? [4:31]

Czas całkowity: 51:29

John Myung: bass
Rod Morgenstein: drums, keyboards on Chimes
Derek Sherinian: keyboards
Ty Tabor: vocals, guitars, percussion

Rok 1998 był dla muzyków Dream Theater czasem realizowania projektów pobocznych. Jednym z nich była grupa Platypus, w której składzie znaleźli się dwaj muzycy DT: basista John Myung i ówczesny klawiszowiec Dreamów – Derek Sherinian. Do współpracy zaproszeni zostali również: znany z King’s X gitarzysta i wokalista Ty Tabor, a także perkusista Rod Morgenstein (m.in. Dixie Dregs/The Dregs, Winger, Rudess Morgenstein Project).
Materiał na pierwszą (z dwóch) płyt supergrupy został – jak podano w książeczce – skomponowany przez jej wszystkich muzyków, natomiast za teksty w całości odpowiedzialny był Tabor. Nie było zresztą owych tekstów do napisania aż tak wiele, gdyż blisko połowa kompozycji to utwory instrumentalne (gdyby nie liczyć Platt Opus, w którym Tabor recytuje „formułkę encyklopedyczną” z dość dużą prędkością – za instrumentalne należałoby uznać dokładnie połowę kawałków).
Płytę otwiera dynamiczny Standing In Line, który nieodparcie kojarzy mi się z początkiem słynnego albumu Deep Purple, tytułowym utworem z Fireball (1971). Utwór ten, jak większość tych wokalno-instrumentalnych, to po prostu dosyć poprawny rock (czasami hard rock), choć wykonany z naprawdę dużą klasą. Barwa głosu wokalisty i niektóre melodie przywodzą skojarzenia z The Beatles. Wśród utworów, w których Tabor śpiewa (co uważam – nawiasem – za najsłabszy element „Dziobaka”) zdecydowanie wybija się Willie Brown – kawałek zawierający obszerne fragmenty instrumentalne. Sherinian gra tu jak natchniony, a Tabor na gitarze dzielnie mu sekunduje.
Najciekawszymi, moim zdaniem, są na płycie utwory instrumentalne. Trzy spośród nich (dwuczęściowy: Rock Balls/Destination Unknown oraz Platt Opus i What About The Merch?) to typowe utwory „kombinatorskie”, w których naprawdę wiele się dzieje. Zmiany temp, rytmów, brzmień – po prostu art rock. Do tego dochodzą jeszcze: świetny blues – Blue Plate Special oraz „ilustracyjny” Chimes, z Morgensteinem (grającym na klawiszach) i Taborem w rolach głównych.
Uważam tę płytę za naprawdę niezłą i godną uwagi – ze wskazaniem na kompozycje instrumentalne.
Album ma 2 wersje różniące się okładkami. Ta umieszczona po lewej jest okładką wersji europejskiej, natomiast druga – amerykańskiej.



Platt Opus
The platypus is the lowest order of mammalian life.
It has a multi-purpose orifice and no teats.
Every year thirteen platypi are brutally slaughtered for their duck-like bill.
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:08    Post subject: Quote selected Reply with quote

PlatypusIce Cycles (2000)
InsideOutMusic



1. Oh God [4:16]
2. Better Left Unsaid [5:24]
3. The Tower [3:30]
4. Cry [6:15]
5. I Need You [4:17]
6. 25 [5:09]
7. Gone [6:42]
8. Partial To The Bean (A Tragic American Quintogy) [10:33]
a) Intro Pompatous [0:21]
b) Yoko Ono [1:27]
c) Yoko Two-no [1:01]
d) Yoko Three-no [2:13]
e) Platmosis [1:16]
f) Yoko Againo [2:08]
g) Yoko Outro [2:07]

Czas całkowity: 46:08

Ty Tabor: vocals, guitars, percussion
Derek Sherinian: keyboards
Rod Morgenstein: drums
John Myung: bass

Drugi album „Dziobaka” był zarazem jego dziełem ostatnim. Podobnie jak w wypadku debiutu, i tu można mówić o płycie nierównej. Podobnie jest z autorstwem utworów – muzykę skomponował cały zespół, a teksty napisał Tabor. Podobnie jak tam, także tu mamy wyraźną dysproporcję jakościową miedzy utworami, w których Tabor śpiewa (zdecydowanie słabsze) i tymi czysto instrumentalnymi. Niestety, zachwianiu uległy tym razem proporcje jeśli chodzi o ilość i można na tej płycie znaleźć jedynie 2 kawałki instrumentalne.
Część piosenkowa jest, tak jak w wypadku When Pus Comes To Shove, zagrana poprawnie. Można jej słuchać z jakąś przyjemnością, ale poszukiwaczom głębszych doznań muzycznych nie przysporzy raczej wiele radości. Oczywiście zdarzają się w tych kompozycjach fragmenty krótkich szaleństw instrumentalnych, ale niestety – przymiotnik wyjaśnia tu wszystko – słuchaczowi nie jest dane rozsmakowanie się w nich. Dla przykładu w takim Cry aż prosi się o pogranie…
Co innego utwory bez wokalu. Krótszy – 25 – też, nawiasem mówiąc, mógłby potrwać nieco dłużej. Chciałoby się, żeby Sherinian jakoś rozwinął ledwie napoczęte pomysły.
Najdłuższy na albumie Partial To The Bean (A Tragic American Quintogy) jest za to prawdziwym daniem deserowym. Podzielono go na 7 pomysłowo zatytułowanych części (szczególne wrażenie na mnie, jako osobie parającej się językoznawstwem, zrobiła seria wariacji na temat imienia i nazwiska Yoko Ono), a każdą z nich potraktowano na płycie jako osobną ścieżkę, co znacznie ułatwia dostęp do poszczególnych fragmentów. Są one bardzo zróżnicowane, a niekiedy nawet bardzo oddalone od tego, co zwykło się kojarzyć z art rockiem (w szczególności dotyczy to króciutkiego Platmosis). Pomimo swej mozaikowości, utwór jest dziełem spójnym i chyba najlepiej brzmiącym spośród dokonań Platypusa.
Okładka jest jedna – tym razem nikt nie kombinował.

W sumie – po zapoznaniu się z dorobkiem Platypusa – słuchacz może mieć uczucie pewnego niedosytu, niewykorzystania potencjału drzemiącego w muzykach. Zastanawiająca jest pewna „bierność”, czy raczej – zbyt daleko idące pozostawanie w cieniu przez Myunga. Wkurzać może, że największy wpływ na to, co zespół grał, miał nieszczęsny Tabor. Oba albumy tego zespołu niewykorzystanych szans są jednak godne tego, żeby trafić do kolekcji fana następców Dinozaurów.
I jeszcze jedno… Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że właśnie przewaga piosenek nad ambitniejszym graniem była przyczyną odejścia Sheriniana z zespołu (choć równie dobrze mógł nią być jego, niełatwy ponoć, charakter). Pozostała trójka gra nadal razem pod szyldem The Jelly Jam, o czym spróbuję napisać innym razem.
No tak... Tabor i Sherinian też się jeszcze spotkali – w zespole Jughead. To już jednak zupełnie inna bajka.

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:08    Post subject: Quote selected Reply with quote

The Jelly JamThe Jelly Jam (2002)
InsideOutMusic



1. I Can't Help You [3:01]
2. No Remedy [4:05]
3. Nature [0:59]
4. Nature's Girl [5:12]
5. Feeling [5:22]
6. Reliving [4:12]
7. The Jelly Jam [5:50]
8. I Am The King [4:38]
9. The King's Dance [2:11]
10. Under The Tree [9:37]

Czas całkowity: 45:07

Rod Morgenstein: drums and percussion
John Myung: bass
Ty Tabor: vocals, guitars

Odejście Dereka Sheriniana z zespołu Platypus stało się przyczyną powołania do życia „nowej” grupy – od tej pory Myung, Morgenstein i Tabor grają po prostu jako trio The Jelly Jam. Kiedy słucha się „debiutanckiej” płyty tercetu, można właśnie odnieść wrażenie, że „to już było”. Okazało się też nieoczekiwanie (przynajmniej dla mnie), że brak znakomitego pianisty nie wpłynął specjalnie na twórczość i – zwłaszcza – brzmienie zespołu.
Mamy tu małe odstępstwo od „dziobakowej” tradycji, jeśli chodzi o autorstwo utworów. Tradycyjnie wszystkie teksty napisał Tabor, ale nie wszystkie utwory zostały skomponowane przez całą grupę – Under The Tree jest bowiem dziełem Roda Morgensteina.
Niestety, na płycie przeważają utwory z wokalem, a Ty Tabor nie należy do moich faworytów jeśli chodzi o śpiew. Jeśli chodzi o kompozycje, w których nie jesteśmy denerwowani jego umiejętnościami wokalnymi też nie jest najlepiej, bo Nature nie trwa nawet minuty i jest właściwie wstępem do Nature’s Girl, a znakomity The King’s Dance sprawia wrażenie utworu niedokończonego (sam zresztą jest jakby „dokończeniem”, kodą po I Am The King. Właściwie broni się tylko jedyny „pełnowymiarowy instrumental” – The Jelly Jam.
Nie mam pojęcia, czyim pomysłem było eksperymentowanie z przepuszczaniem głosu Tabora przez jakieś urządzenia modyfikujące, ale za to posunięcie należy się pochwała Very Happy . Żeby nie wyszło na to, że przy każdej nadarzającej się okazji mieszam wokalistę z błotem, chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że podobają mi się tu bardzo harmonie wokalne Smile .
Kompozycje wokalno-instrumentalne, które bym wyróżnił to No Remedy (znakomicie wypada tu perkusista) i Nature’s Girl (tu z kolei sekcja rytmiczna w komplecie spisuje się całkiem nieźle, zwłaszcza bas, który brzmi w sposób bardzo „pełny”; inna sprawa, że utwór skutecznie stara się zepsuć wokalista Wink ). Najdłuższy na płycie – i ją podsumowujący – Under The Tree, zawiera miejscami granie dość nietypowe dla tego zespołu. Utwór płynie sobie spokojnie (czasami, za sprawą gitary rytmicznej, przywodząc skojarzenia z Clannad Question Exclamation ), a gdzieniegdzie pojawia się ostrzejsza wstawka. Całość wybrzmiewa bez pośpiechu, najpierw przy solówce gitary, która następnie – na moment – przechodzi w ludzki gwar, wreszcie – kończy się wyciszanym motywem z Nature i… pozostawia po płycie raczej miłe wrażenie.

P.S. Fajowy wizualnie jest sam krążek, który wygląda jak zakrętka słoika.

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:09    Post subject: Quote selected Reply with quote

The Jelly JamThe Jelly Jam 2 (2004)
InsideOutMusic



1. Not Today [3:22]
2. Coming Round [3:37]
3. Empty [5:24]
4. Drop The Gun [3:04]
5. Allison [5:32]
6. Maybe [4:45]
7. She Was Alone [4:34]
8. Angel Or Devil [4:50]
9. You Don't Need Me Anymore [2:40]
10. Runaway [3:15]
11. War Is... [3:27]
12. Message [0:36]

Czas całkowity: 45:37

Ty Tabor: guitar and vocals
John Myung: bass
Rod Morgenstein: drums and percussion

Mamy rok 2006, więc pewnie możemy się spodziewać kolejnego albumu muzyków nagrywających dotychczas pod szyldami Platypus i The Jelly Jam (jak dotąd wychodziły one co 2 lata). Pytanie: czy panowie powinni to dalej ciągnąć? Ostatni rozdział ich wspólnego dzieła jawi mi się bowiem jako płyta najsłabsza spośród wszystkich czterech (nie chcę przez to powiedzieć, że zła – jest po prostu dowodem na to, że muzycy wspólnie niewiele nowych rzeczy są już w stanie chyba zaproponować).
Grupa zupełnie nastawiła się już na utwory wokalno-instrumentalne (kompozycje zespołowe z tekstami Tabora). Niestety – tytuł niezłego, ciężko brzmiącego, pierwszego utworu (Not Today) okazuje się proroczym i potem jest już ogólnie słabiej… Rodzynki pojawiają się gdzieniegdzie: Empty z głębokim basem (znów proroczy tytuł?), może Drop The Gun, może War Is… Pytanie – czy już na zawsze będę o tym zespole myślał, jak o power-trio niewykorzystanych możliwości? Mam cichą nadzieję, że jednak nastąpi jakiś przełom.
Tak sobie myślę, że twórczość The Jelly Jam jest jednak pod pewnym względem fajna, bo… gdyby mnie coś jeszcze kiedyś naszło i wraz z kumplami wróciłbym do bawienia się w granie – robienie czegoś w tym duchu nie wykraczałoby raczej poza nasze umiejętności wykonawcze (wszak nawet Myung nie szaleje tu tak, jak w Dream Theater). Muzykom tej klasy stawiam jednak – jako fan – wymagania wyższe, gdyż to ich właśnie stać na to, żeby wychodzić poza schematy, łamać bariery. Nie powinno się trwonić talentu.

Not Today? Może następnym razem będzie lepiej...?

P.S. Tych parę zdań pisałem w gorączce, ponieważ chciałem się bardziej wczuć w sytuację muzyków podczas nagrywanie tej płyty. Wink


Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:09    Post subject: Quote selected Reply with quote

JugheadJughead (2002)
InsideOutMusic



1. Halfway Home To Elvis [3:14]
2. C’mon [4:17]
3. Snow In Tahiti [2:50]
4. Promise [3:58]
5. Bullet Train [3:56]
6. Waiting On The Son [4:03]
7. Yesterday I Found Myself [5:26]
8. Be Like You [3:17]
9. Flowers [2:58]
10. Shame On The Butterfly [3:34]
11. Paging Willie Mays [8:08]

Czas całkowity: 45:47

Ty Tabor: guitar, vocals
Matt Bissonette: bass, vocals
Greg Bissonette: drums, vocals
Derek Sherinian: rhythm guitars, keyboards



Czas wspomnieć ostatnią z „okołodreamowych” płyt – spośród tych, które mam w domu – na których można usłyszeć pana Tabora. Jak już nie omieszkałem parę razy tu wspomnieć, nie przepadam za jego wokalem. Dla takich jak ja, dobra wiadomość już na początku: na płycie nie zawsze śpiewa Tabor, gdyż często zastępują go (lub wspomagają) bracia Bissonette (śpiew Grega znam z koncertowego DVD projektu G3 – Live In Tokio i mam o nim bardzo dobrą opinię; tam Bissonette był zdecydowanie najlepszym wokalistą).
Cała muzyka została skomponowana przez zespół, a 3 utwory: Snow In Tahiti, Waiting On The Son oraz Be Like You, przy współudziale The Mustard Seeds (co to za cholerstwo Shocked Wink – nie mam pojęcia).
Ci, którzy szukaliby czegoś na temat Jughaed w Internecie, mogą natknąć się na takie określenia odnoszące się do muzyki zespołu, jak: „hard rock” czy „progressive metal”. Zapewne na taki stan rzeczy wpływa zestaw nazwisk, które wszak powszechnie kojarzone są właśnie z muzyką tego typu. Zdaje się zresztą, że nie wszyscy muzycy mają ochotę chwalić się udziałem w tym przedsięwzięciu, bo Sherinian na swojej oficjalnej stronie internetowej umieszcza wyjątkowo lapidarny komentarz do albumu: ...did I play on that? (przy płytach Platypusa wścieka się, że nie dostał wciąż pieniędzy za ich nagranie).
Na pewno znacznie bliższe prawdzie (niż terminy przytoczone wyżej) jest sklasyfikowanie tej muzyki przez wytwórnię InsideOut jako „power pop”. Popowe są kompozycje, lecz wykonane zostały one nierzadko z niesamowitą, zahaczającą czasami o metal, dynamiką i brzmieniem.
Najwięcej skojarzeń, jakie nasuwają mi się, kiedy słucham tego albumu, dotyczy twórczości The Beatles, w dodatku – z pierwszego okresu kariery. Decyduje o tym typ harmonii wokalnych, bardzo ciepłych, przyjemnych, a zarazem pomysłowych, lecz także – same kompozycje. Może komuś wyda się to dziwne, ale album „w moich uszach” broni się! Nie ma tu jakiegoś niezdecydowania – co mamy grać?, jak to ostatnio zdaje się wyglądać w The Jelly Jam. Sprawa od początku jest jasna – wielkie aspiracje artystyczne idą na bok. Nagrano więc znakomity album popowy, z wyróżniającym się basem i wyczuwalną radością wspólnego grania. Jedynie na końcu uraczono słuchaczy spokojnym, refleksyjnym (Gone in the class, / You spit out broken glass / Are you for real... / Strawberry's in the field?) „długaskiem” – Paging Willie Mays, który bynajmniej nie jest słabą stroną albumu.
Można przy tej muzyce beztrosko myć samochód, przeglądać forum internetowe czy rozmawiać przez telefon z szefem.

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:31    Post subject: Quote selected Reply with quote

Liquid Tension ExperimentLiquid Tension Experiment (1998)
Magna Carta Records



1. Paradigm Shift [8:54]
2. Osmosis [3:26]
3. Kindred Spirits [6:29]
4. The Stretch [2:00]
5. Freedom Of Speech [9:19]
6. Chris And Kevin’s Excellent Adventure [2:21]
7. Stage Of Grace [5:01]
8. Universal Mind [7:53]
9-13. Three Minute Warning* [28:31; kolejne części: 8:20; 4:02; 5:18; 4:20; 6:31]

* Caution: “Three Minute Warning” is not for the musically faint-hearted, impatient, or critics of extreme self-indulgence. If you fall into any of the above categories, please hit the stop button on your CD player after track # 8.

Czas całkowity: 74:02

Tony Levin: Bass, Stick and NS Electric Upright Bass
John Petrucci: Guitars
Mike Portnoy: Drums
Jordan Rudess: Keyboards

Supergrupa Liquid Tension Experiment powstała podobnie jak Bozzio Levin Stevens. Także w tym wypadku propozycja utworzenia zespołu skierowana została do perkusisty. Mike Portnoy musiał nieźle pokombinować, aby wreszcie móc skompletować skład. Na liście basistów, których najchętniej widziałby w zespole, znajdowali się: Tony Levin i Billy Sheehan. Udało się zwerbować tego pierwszego. Ewentualnych klawiszowców też widział tylko dwóch. Byli to: Jordan Rudess (ostatecznie znalazł się w składzie zespołu) oraz Jens Johansson. Co ciekawe, chociaż gitarzystów nadających się do udziału w projekcie dostrzegał Portnoy wielu (wśród wymienionych pojawili się m.in. Steve Morse, Dimebag Darrell czy Trevor Rabin), żaden z nich nie wyraził zgody co do udziału. Niektórzy byli zajęci realizacją własnych planów nagraniowych czy koncertowych, inni – po prostu nie byli zainteresowani uczestnictwem w przedsięwzięciu. Cóż było czynić? Skoro sam Mike miał trochę wolnego od Dream Theater, któż mógł odpoczywać w tym samym czasie, jeśli nie muzycy jego macierzystej grupy?! Wobec powyższego wybór Johna Petrucciego wydał się czymś naturalnym.
Płyta powstała w ciągu 6 dni, przy czym dwa pierwsze wiązały się z nieobecnością basisty. Jako autorów muzyki podano pełny skład zespołu.

Utwory z tego albumu można podzielić na 3 grupy: 1) kompozycje bardziej rozbudowane, 2) kawałki krótsze, chociaż nie ochłapy, 3) kilkuczęściową improwizację.

Zacznę od utworów zaliczonych do grupy pierwszej. Paradigm Shift oparto na pomysłach Rudessa (podobnie jest z Kindred Spirits i Universal Mind). Utwór nie tylko otwiera album, ale był również tym, od którego rozpoczęto rejestrację materiału. W jakimś sensie praca nad nim trwała najdłużej, bo chociaż trzech muzyków męczyło się ze swoimi partiami (jak i koncepcją) przez pierwszy dzień nagraniowy (przeciągnęło się to zresztą na kawałek następnego), to ścieżki basu nagrano dopiero na samym końcu sesji. Początek utworu to „gonitwa”, która zapowiadać może płytę raczej metalową. Jest ona sygnałem jednego z dwóch głównych motywów dominujących w tej kompozycji (po raz drugi pojawi się w zakończeniu). Ten drugi motyw – spokojniejszy – muzycy grają dłużej i częściej przy nim kombinują. Staje się on tłem dla naprawdę nieszablonowych popisów solowych – warto posłuchać sobie w tym czasie gry Portnoya, który jest klasą sam dla siebie, a świetnie bawiąc się w tle Wink , nie przeszkadza w grze innym. Kiedy pozostaje sama sekcja rytmiczna też jest ciekawie, bo taki duet, nawet grając sam „szkielet” utworu może dużo z niego wyciągnąć. Poza tym uspokojenie, do którego przyczynia się głównie brzmienie basu (właściwie to mamy tu chyba do czynienia ze stickiem) prowokuje pozostałych instrumentalistów do zaproponowania solówek zupełnie innego rodzaju. Utwór znakomity, ale to jeszcze nie magnum opus tego albumu.
W Kindred Spirits znakomicie wypada kontrastowanie ostrzejszych, gitarowych brzmień z delikatnymi (np. fortepianowymi) wstawkami. Smaczku dodają króciuteńkie "unisonka" Idea . Utwór, który ma dużej mierze charakter wariacyjny, płynie i mógłby się nie kończyć… Podobnie jest z Freedom Of Speech, z tym, że ta kompozycja z początku jest spokojniejsza, choć… zdarzają się też fragmenty kojarzące się z niepokojem Rolling Eyes Idea . Muzycy grają jakby mniej „gęsto”. To najsłabszy, moim zdaniem, kawałek w tej umownie wydzielonej grupie, choć jego druga część zawiera parę fajowych solówek.
Universal Mind najlepiej recenzuje już sam jego tytuł. Rodzaj emocji, jakie wywołuje u mnie ten utwór, jest poza zasięgiem możliwości muzyków o średniej technice gry. W tym zresztą widzę ewidentną przewagę niektórych (LTEowcy do nich należą) muzyków biegłych technicznie – mogą oni tworzyć piękno przy pomocy środków skromniejszych, jak i takich, które wymagają więcej „ślęczenia” nad instrumentem. Słabsi – dysponują tylko pierwszą możliwością. Dialogi Rudessa (fortepianowe brzmienia!) i Petrucciego to istna żonglerka pomysłami! Niespodziewana, żartobliwa końcówka utworu dopełnia całości. Emocje i uczta dla intelektu jednocześnie. W mojej głowie te składniki się nie sumują, raczej... mnoży się jedno przez drugie. Idea Skąd ci ludzie wytrzasnęli taką wyobraźnię?! Muzyka absolutna? Jeśli nie utwory takie, jak ten – to żadne.

W grupie drugiej znalazły się utwory krótsze. Osmosis to niejako wyciszenie po zakręconym Paradigm Shift. Sielankowy nastrój, żadnych „bieganek” po gryfach i klawiaturach. Przypomina nieco muzykę ilustracyjną. The Stretch oparty został na mocno wyeksponowanym basie (perkusja też - niczego sobie), w dodatku gdzieniegdzie smacznie „wariującym”. Obowiązki głównego solisty pełni tu Rudess. Uwielbiam to „zardzewiałe” brzmienie syntezatorów! Chris And Kevin’s Excellent Adventure to duet panów z sekcji rytmicznej. Zawsze będzie mi on przypominał rozmowę z moim Wujkiem – kiedy Mu ten utwór puściłem, z propozycją, aby zwrócił uwagę na grę basisty, odpowiedział, żebym przysłuchał się temu, co wyprawia perkusista. Miał rację – warto. Jest to jedyny kawałek nieinstrumentalny na płycie, gdyż pojawiły się tu różne pogwizdywania, jakieś podśpiewywanie… Wreszcie State Of Grace – liryczna „odpowiedź” gitarzysty i pianisty na „wyprawę” kolegów. Petrucci poprawny, ale bez błysku, Rudess – miejscami „klasyczny” i wręcz wzruszający. Ogólnie – utwory z tej grupy odbieram jako bardzo dobre, a duet sekcji rytmicznej – jako ocierający się o wybitność.

Improwizacja stanowi najsłabszą część albumu (kurka – akurat to musieli nagrywać w dniu moich urodzin Wink ), jednakże od wyrzucania jej na śmieci jestem daleki. Słaba jest jedynie na tle pozostałych utworów z tej znakomitej płyty. Znam zbyt wielu muzyków, którzy nawet po wielkich przygotowaniach i wielomiesięcznych, żmudnych sesjach nie byliby w stanie nagrać czegoś równie dobrego. Poza tym – muzycy LTE umieścili pod listą utworów stosowne ostrzeżenie dotyczące Three Minute Warning. Uczciwie.

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:47    Post subject: Quote selected Reply with quote

Proszę, proszę... Steven Wilson na Systematic Chaos? Fajowo!

http://www.swhq.co.uk/
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 23:59    Post subject: Quote selected Reply with quote

Jordan Rudess planuje złożyć hołd swoim mistrzom i nagrać album z coverami. Na pewno znajdą się na nim te utwory:

YES - Sound Chaser
ELP - Tarkus
GENESIS - Dance On A Volcano
GENTLE GIANT - Just The Same

Źródło: http://www.roadrunnerrecords.com/blabbermouth.net/news.aspx?mode=Article&newsitemID=70366
Back to top
Tarkus
box


Joined: 11 Apr 2007
Posts: 9995
Location: Wa-wa

PostPosted: 13.04.2007, 10:33    Post subject: Quote selected Reply with quote

Gościem specjalnym całej europejskiej trasy Dream Theater promującej "Systematic Chaos" będie Riverside!
_________________
If you don’t love RoboCop, then you are a Nazi and support terrorism.
THIS IS NOT A LOVE SONG
Back to top
View user's profile Send private message Visit poster's website
buubi
singel analogowy


Joined: 12 Apr 2007
Posts: 362
Location: Rzeszów

PostPosted: 13.04.2007, 15:48    Post subject: Quote selected Reply with quote

Radek wrote:
Jordan Rudess planuje złożyć hołd swoim mistrzom i nagrać album z coverami. Na pewno znajdą się na nim te utwory:

YES - Sound Chaser
ELP - Tarkus
GENESIS - Dance On A Volcano
GENTLE GIANT - Just The Same


Piękna wiadomość. Jak go znam to nie bedą to ślepe kopie, ale rodzaj "wariacji na temat" i będzie się czym delektować. Nie od parday Rudess był za młodu (i jak dla mnie wciąż jest) zwany nowym Keithem Emersonem. Jak dla mnie (i to nie świętokradztwo) jest lepszy Wink
Back to top
View user's profile Send private message
pk
kaseta "żelazówka"


Joined: 11 Apr 2007
Posts: 120
Location: Warszawa

PostPosted: 14.04.2007, 18:59    Post subject: Quote selected Reply with quote

Uprzejmie prosze moderatora by wyedytowal post poprzednika np tak:


Radek wrote:
Jordan Rudess planuje zlozyc hold swoim mistrzom i nagrac album z coverami. Na pewno znajda sie na nim te utwory:

YES - Sound Chaser
ELP - Tarkus
GENESIS - Dance On A Volcano
GENTLE GIANT - Just The Same
Zrodlo

Chodzi o to, ze ten link strasznie rozciaga mi forum i musze przewijac non stop prawo - lewo jak czytam posty w tym watku.
Strasznie niewygode..
Bede bardzo wdzieczny..
Back to top
View user's profile Send private message
Radek
Guest





PostPosted: 14.04.2007, 22:56    Post subject: Quote selected Reply with quote

Najpierw zapowiedziano taką okładkę Systematic Chaos:


Najdrastyczniejszym z kolejnych kroków była zmiana czcionki i koloru w pisowni tytułu płyty. Czerwony mi się podoba, ale małe litery mnie wkurzają (podobnie zresztą jak avatary):


Kolejna informacja była jednak fantastyczna: ukaże się także specjalna, 2-płytowa (CD + DVD) edycja! DVD będzie zawierało wersję 5.1 oraz 90-minutowy film dokumentujący nagrywanie płyty:


Ostatecznie zapowiedziano nakręcenie pierwszego od 10 lat teledysku - In Constant Motion. Co ciekawe, mowa o teledysku do 1. singla, a to może oznaczać co najmniej jeden kolejny. Single zaś mogą oznaczać dodatkowe utwory!
Back to top
buubi
singel analogowy


Joined: 12 Apr 2007
Posts: 362
Location: Rzeszów

PostPosted: 15.04.2007, 02:38    Post subject: Quote selected Reply with quote

Nie będe się rozwodził bo nie ma sensu a i późno - jest pięknie, a będzie tylko lepiej Wink
Back to top
View user's profile Send private message
Display posts from previous:   
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Wykonawcy All times are GMT + 2 Hours
Goto page 1, 2, 3 ... 14, 15, 16  Next
Page 1 of 16

 
Jump to:  
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group