Muzyczne Dinozaury Forum Index Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SearchSearch   MemberlistMemberlist   UsergroupsUsergroups   RegisterRegister 
 ProfileProfile   Log in to check your private messagesLog in to check your private messages   Log inLog in 

Relacje z koncertów
Goto page 1, 2, 3 ... 91, 92, 93  Next
 
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Muzyka
View previous topic :: View next topic  
Author Message
Jos
Guest





PostPosted: 12.04.2007, 12:58    Post subject: Quote selected Reply with quote

Ścianka - Wrocław, Firlej, 2006;

Piszę specjalnie kilka dni po koncercie, żebyście nie posądzili mnie o to, że recenzja powstała pod wpływem emocji.
Koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że Ścianka to obecnie jeden z najlepszych polskich, koncertowych zespołów. SBB w dzisiejszej formie (np. koncert przed DP w marcu) jest dużo gorsze od Ścianki.
Ścianka na żywo to energia, czad, zabawa. Koncert w Firleju był z 10 razy lepszy od tego darmowego który był w sierpniu. Materiał znów opierał się na płycie Pan Planeta, i dobrze!! Ale tym razem muzycy dodali znacznie więcej od siebie, wersje były mocno zmienione, rozimprowizowane. Co rzadkie w dzisiejszej muzyce polskiej zespół zaprezentował dwie czyste improwizacje. Dosyć chałaśliwe i trudne do oceny, ale na pewno warto to odnotować. W jednym kawałku zacytowali Hawkwind!! Ale przecież nie powinno to dziwić, w końcu rozwijają z powodzeniem Space-rock na nowe, rewelacyjne tory i drogi. Potężnie zabrzmiała Wichura, niemal zahipnotyzowała publiczność. Perkusita Ścianki jest rewelacyjne, nabija momentami tak połamane rytmy, że aż dziw bierze. Bruford przy nim to leniwy emeryt. Maciej Cieślak nie jest rewelacyjnym gitarzystą, wręcz przeciętnym, ale gra pomysłowo i używa fajnych brzmień i efektów, efekt końcowy bardzo dobry. Basista to klasa sama w sobie, bardzo potężnie i jednocześnie melodyjnie brzmi jego bas.
Na bis zagrali jeden kawałek Sonic Youth i Help Beatlesów, przez co wersję Bitli będę już zawsze uważał za dalece niedopracowaną (Ohhh ty niedobra Ścianko!!). Po koncercie mieliśmy okazję poznać lidera Job Karmy, a także gitarzystę zespołu Nurt(ten blues,art,rockowy z lat 70), ale był nawalony jak Messerschmitt zresztą o tym kiedyś w wątku o minizlotach.

jeśli zatem Ścianka gra w Waszym mieście (co jest bardzo prawdopodobne bo jest w trasie) nie zróbcie błędu i nie pozwólcie by taka okazja Was ominęła.

Pzdr
Jos
Back to top
Jos
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 10:22    Post subject: Quote selected Reply with quote

Osibisa - Wrocław, Rynek, 2005;

Muszę przyznać, że wcale nie miałem wielkiej ochoty iść na ten koncert. W pamięci miałem darmowy koncert Di Meoli, oraz pełno wiochy wśród publiczności. Zresztą trzy płyty Osibisy jakie znam, średnio mi podchodzą, to trzeba zaznaczyć na wstępie. Ale okej, poszliśmy w zeszłą sobotę z kolegą na rynek wrocławski. Byliśmy o godzinie 21.15 i stanęliśmy niemal pod samą sceną. Zastanowiło nas to, czyżby ludzie tak zlali legendę? Ale nie później w kilkanaście minut rynek zapełnił się cały.
Muzycy wyszli na scenę może z 3 – 4 minutowym spóźnieniem (w kręgach koncertowych nawet nie można nazwać tego obsuwą), pierwsze co rzuciło się w oczy to niesamowicie kolorowe, pomysłowe szaty muzyków. Jeden miał taką purpurową szatę i wyglądał jak jakiś biskup;). Kolejną sprawą była ilość muzyków aż 8. Ludzie to już nie młodzi. Ale przecież grają już ok. 35 lat, więc to mnie nie zdziwiło. Zespół składa się z: klawiszowca, gitarzysty głównego, trębacza, perkusisty, gitarzysty rytmicznego, basisty, muzyka grającego na bongosach i innych instrumentach perkusyjnych oraz z lidera który gra na saksofonie altowym, flecie, i bębnach. Każdy z ośmiu muzyków zapodaje również na wokalu, a także bywały momenty, że muzycy (wszyscy) rzucali swoje instrumenty a chwytali instrumenty perkusyjne. Trzeba przyznać, że robiło to gigantyczne wrażenie. Słów kilka o szefie, liderze zespołu. Ledwo wszedł na scenę, ma jakieś problemy z nogą i ledwo chodzi. Przez większość część koncertu stał w miejscu lub siedział, ale mimo wszystko grał rewelacyjnie Very Happy.
Koncert miał jakąś niesamowitą atmosferę, którą potrafią wyczarować muzycy z Osibisy, grają na pełnym luzie, dużo żartują, zagrzewają publikę do czynnego udziału w koncercie:D, Co najważniejsze cały koncert grają z uśmiechem na twarzach, zero gwiazdorstwa.
Każdy utwór jaki zagrany na koncercie zabrzmiał dużo lepiej niż na płytach, każdy właściwie miał dużo elementów improwizowanych, często utwory zaczynały się i kończyły jednym tematem a w środku było prawdziwe szaleństwo (dokładnie jak w czystym jazzie). Zauważyłem, że solowe popisy rozdziela lider zespołu. Po prostu wskazuje na danego muzyka, a on zaraz wychodzi na plan pierwszy. Np. chyba ich jedyny wielki hit Sunshine Day, zagrany dwa razy (raz w zasadniczej części raz jako trzeci bis) zabrzmiał całkowicie inaczej. W bisowej wersji było powalające kilku minutowe solo na trąbce. Aż dreszcze mnie przechodziły, podczas tego sola Very Happy. A instrumenty perkusyjne dosłownie walały się po scenie, niejednokrotnie jakiś muzyk odstawiał swój instrument i szedł na drugą stronę sceny by wziąć jakąś grzechotkę albo coś innego. Z utworów które znam zagrali: „Dawn” na początek – widać, że dopiero się rozgrzewali bo wypadł chyba najsłabiej z całego koncertu, „Sunshine Day” w dwóch całkiem innych wersjach (no tylko chwytliwy refren został), „Welcom Home” Które zabrzmiało niesamowicie potężnie i lirycznie zarazem. Na pewno też zagrali „Music for gong gong” oj ładnie wydłużyli ten kawałek, niesamowity „Fire” opus magnum koncertu wg mnie. „Woyaya” raczej średnio zabrzmiało, „Ayiko Bia” świetne dialogi z publicznością, było śmiesznie w tym utworze Very Happy, i chyba „Living Loving Feeling”. Pozostałych kawałków nie znałem. Trzeba przyznać, że nieźli z nich instrumentaliści, niby nic nadzwyczajnego nie grają, a jednak brzmią świetnie. Klawiszowiec poprawny, gitarzysta prowadzący –rewelacyjny, grał to co powinien, tak jak powinien, i bez zbędnego festynu (patrz koncert Di Meoli), wszyscy pozostali też dobrze lub bardzo dobrze.
Ta magia tworzona przez muzyków udzieliła się publiczności, wszyscy byli radośni, uśmiechnięci nie czuć było złości, chamstwa (ze strony publiczności) jak na koncercie Di Meoli.
Podsumowując najlepszy darmowy koncert na jakim byłem, ośmielę się nawet napisać, że przebił kilka regularnych (płatnych) koncertów. Warto było się wybrać tego dnia na wrocławski rynek. A po koncercie nawet kawałki z płyt wchodzą mi dużo lepiej:D.

Pzdr
Jos
Back to top
Jos
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 10:22    Post subject: Quote selected Reply with quote

Ray Wilson - Wrocław, Od Zmierzchu Do Świtu, 2005;

Miejsce samego koncertu nieco mnie przerażało. Bo jest to bar, duży bar ale jednak. I zawsze do tej pory jak tam bywałem, koncerty lokalnych zespołów cechowały się kiepskim brzmieniem. No ale Na Rayu wszystko brzmiało cacy. W końcu to inna liga, no i wjazd za kase nie za darmoche Razz. Nie ukrywam, poszedłem właściwie tylko na kawałki Genesis. Choć znam lekko również solowe dokonania Raya. 5 osobowy zespół spisywał się całekiem przyzwoicie, tylko jak zwyke klawisze były za słab0o słyszalne (to już chyba tradycyjne na wrocławskich koncertach:/). Zaczęli od instrumentalnego urywku z Firth Of Fifth który po chwili płynnie przeszedłw Lamb Lies Down On Brodway (tu już zagrany był cały utwór). Pózniej było Carpet Crawlers, nieco bardziej żywe niż tradycyjna wersja Genesis. W dalszej części koncertu trafiły się Follow You..., Land Of Confusion (kawałek wyśmienity na koncerty!!!), Not About Us, Shipwrecked, I Can`t Dance (w porównaniu do wersji oryginalenej to był heavy metal Smile ), Turn It On Again, Ripples (zdecydowanie najwspanialszy moment koncertu), oraz In The Air Tonight z repertuaru Collinsa. Tyle było z około Genesisowych dokonań. Reszte koncertu wypełniły solowe dokonania Raya, czy też utwory napisane jeszcze z Stiltskin (taki rzępolniany stuff). Po koncercie można było sobie zrobić zdjęcie z Rayem, ale nie miałęm aparatu, pogadać z nim chwilę, kupić jakieś pierdoły (np. plakaty z zestawem autografów za 10, płyty po 60 )
Ogólnie koncert bardzo mi się podobał, ale nie powalił. Za mało Genesis.
Aha w sumie grali 2,5 h.

Pzdr
Jos
Back to top
Jos
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 10:22    Post subject: Quote selected Reply with quote

Puma - Opole, 2005;

Na koncert do Opola (w tym miejscu dzięki dla Radka za załatwienie świetnych miejscówek) pojechałem głównie dla Pumy Piaseckiego, znanego i cenionego gitarzysty. Ale już od piwerszych chwil moją uwagę zaabsorbował perkusista. Nie był on młody, ale wymiatał jak nastolatek. Duże tempo i siłowe granie. Byłem pod wrażeniem. Carl Palmer, bo tak sie nazywa ten perkusista, równie dobrze mógłby grać sam, lub tylko z basem i tak by się obronił jego koncert.
Na koncercie było wiele kawałków których nie znałem, ale trafiały się i znane i lubiane powszechnie hity. A wśród nich: Touch And Go, Lucky Man, From The Beginning, Bitches Crystal, Fanfare For The Common Man z repertuaru wiadomo kogo.
A tak serio pisząc nawet Puma nie popsuł mi koncertu choć usilnie się starał przez cały gig to zrobić. Gdyby w miejscu Pumy grał Emerson (nawet z Ruskiem na basie, bo on grał porządnie) to bym chyba umarł z wrażenia. Palmer niesamowicie nabija. Koleś jest niesamowity. Pokazał też trochę festyniarstwa podczas kilku solówek perkusyjnych, ale mi to się podobało!! Świetny gig!! Kto nie był niech żałuje.


Maciek i CP,


CP i ja.



Ja i CP. Ale za mną, kolejny potencjalny forumowicz.

Pzdr
Jos
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:28    Post subject: Quote selected Reply with quote

W uzupełnieniu relacji z koncertu Pumy...

BOHATER WIECZORU...



...JEGO pomocnicy...



...i samodzielnie: Carl Palmer...



...a wreszcie tenże + 4 for(um)owicze (3 czynnych i 1 w stanie uśpienia). Od prawej: Jos, Maciek, C. Palmer, Voyteck , Radek.



Niestety, Puma, mimo licznych próśb, nie uległ naszym namowom, aby pozować do wspólnej fotografii Crying or Very sad.
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:29    Post subject: Quote selected Reply with quote

Mike Mangini w Opolu [2005-10-22; XIV Miedzynarodowy Festiwal Perkusyjny]

Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego w Opolu miałem okazję być na 3 koncertach. Tylko jeden z nich był „teatrem jednego aktora” – koncert Mike’a Manginiego. Muzyk ten jest nie tylko byłym członkiem zespołu Extreme czy współpracownikiem takich sław jak Steve Vai, James LaBrie, Gary Cherone, ale i wykładowcą bostońskiego Berklee College Of Music (czyli uczelni, którą ukończyła np. większość muzyków Dream Theater).
Mike Mangini został zapowiedziany jako dzierżyciel rekordu w szybkości gry na werblu. Jeśli dobrze zrozumiałem, wynosi on 20 uderzeń na sekundę. Tego, czy dobrze zrozumiałem, nie jestem pewien. Sprawy nie ułatwiał zresztą „tłumacz”, o którym już lepiej nie pisać, żeby się nad chłopem nie znęcać (wspomnę tylko, że był on śmieszniejszy niż sam Mangini, któremu bardzo zależało na rozbawieniu publiczności). Wojciech Lasek, zapowiadając perkusistę, przeprosił też za koszulkę, w jakiej artysta miał się pojawić…Okazało się, że jeśli rzeczywiście Mangini miał na sobie coś szokującego, to w ostatniej chwili się rozmyślił. Nasza ciekawość nie została w tym względzie zaspokojona…
Koncert rozpoczęło ponadpółgodzinne solo, które nie było może błyskiem perkusyjnego geniuszu, ale na pewno – dziełkiem wyrastającym ponad „bardzo dobre opanowanie instrumentu”. Co ciekawe, Mangini nie popisywał się zbytnio metalopodobnym młóceniem – postawił na muzykę.



Drugą – znacznie dłuższą – część koncertu wypełniło granie do podkładów. Przede wszystkim były to utwory wykonawców, z którymi Mangini grywał. Niestety, wybrał on chyba najgorszy z utworów MullMuzzlera, z jego 2. – znacznie słabszej moim zdaniem – płyty; bardzo ciekawa była natomiast, ku memu zaskoczeniu, suita… Steve’a Vaia. Wśród rzeczy zagranych na bis pojawiły się m.in. 2 utwory Led Zeppelin (jednym z nich był, znów jakby na złość, jedyny kawałek tego zespołu, który mnie wnerwia – Rock And Roll). Wadą tej części występu było przesadne wyeksponowanie perkusji, która dosłownie zagłuszała utwory odtwarzane z iPoda.
Po koncercie, jak to już w Opolu bywa, bez problemu można było zdobyć autografy, zrobić zdjęcia z perkusistą, a nawet doświadczyć na własnej dłoni, z jaką prędkością gra M.M. (zob. fot. poniżej).



M. Mangini - mistrz mimiki: Very Happy Smile Sad Surprised Shocked Confused Cool Laughing Mad Razz Embarassed Crying or Very sad Wink Rolling Eyes Twisted Evil Evil or Very Mad
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:33    Post subject: Quote selected Reply with quote

Tony Royster Jr + Wojciech Pilichowski + Marek Raduli w Opolu [2005-10-17]

Koncert wymienionej trójki muzyków był tym, który otwierał tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Perkusyjny. Tym razem postanowiłem wybrać się nań wraz ze swoimi uczniami. To dopiero było ryzyko… Nie chodzi mi tu o jakieś kłopoty z postawą gimnazjalistów – tak naprawdę zastanawiałem się nad tym, czy dziś można zainteresować tak młodych ludzi muzyką trudniejszą, ambitniejszą (niż ta, którą znają z mediów).



Koncertowi patronował – jak zapowiedział już na początku Marek Raduli – duch fusion. Rozpoczął główny bohater wieczoru – Tony Royster Jr, ale pozostali pojawili się dosyć szybko i maszyna ruszyła.



Muzycy zagrali, jeśli wziąć pod uwagę bisy, bardzo długi koncert. Już w pierwszym utworze jednak pojawił się pewien problem: Pilichowskiemu urwała się jedna ze strun. Muzyk pokazał w tej sytuacji naprawdę wielką klasę. Zagrał prawie cały kilkunastominutowy utwór na 3 strunach.



Przed koncertem zastanawiałem się nad tym, jak będą brzmieć razem ci muzycy. Odpowiedź, jakiej udzieliłbym dziś, zapytany o to, brzmiałaby: nieźle. Raduli był może z nieco innej bajki, ale to gitarzysta wystarczająco wszechstronny, żeby dopasować się do dwóch pozostałych.



Oczy (i uszy) większości osób skierowane były na młodego Amerykanina (przyleciał do Polski wraz ze swoim tatą – Tonym Roysterem [Seniorem]). Właściwie nie ma się do czego przyczepić w jego grze, ale, co wydało mi się dziwne, sprawiał on wrażenie osoby nie otrzaskanej jeszcze w grze zespołowej. A może jednak się czepiam?
Zdumiewające jest to, że nie było po nim widać śladów zmęczenia (można powiedzieć, że w tej kategorii sytuuje się on na przeciwległym biegunie w stosunku do jednego z największych bohaterów FD – Pumy).



Pilichowski tym razem jakby mniej epatował swoją techniką. Częściej sięgał też po bas 6-strunowy.



Gimnazjaliści wracali z koncertu zadowoleni. 3 osoby z tego grona zainteresowały się nawet pewnym forum, dotyczącym muzyki…



Prawda K. (tzn. Ryou Wink ), Sz. (tzn. Jaroy Wink ) i M. (tzn. Sid Wink )?
Back to top
Jaroy
cylinder Edisona


Joined: 13 Apr 2007
Posts: 12
Location: Kaftanów

PostPosted: 13.04.2007, 13:35    Post subject: Quote selected Reply with quote

Prawda, prawda... Ło jakie to zdjęcie nieaktualne już... Very Happy
Back to top
View user's profile Send private message
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:43    Post subject: Quote selected Reply with quote

ΠR2 w Grodkowie [2006-08-25]

Koncert był podsumowaniem trwających kilka dni warsztatów muzycznych prowadzonych w Grodkowie przez paru znanych polskich muzyków.
Zaczęło się o 19.00 występami kilku młodych wokalistek, które zaśpiewały utwory przygotowane pod kierunkiem Elżbiety Zapendowskiej (tę część koncertu prowadziła zresztą sama jurorka "Idola"). Było ciekawie, chociaż zdarzył się utwór, w którym jedna z młodych wokalistek popełniła więcej kiksów, niż zaśpiewała czystych dźwięków (pozostaje jeszcze ewentualność, iż była to awangarda zrozumiała dla nielicznych).
O 20.00 do akcji wkroczyli instrumentaliści z ΠR2 w składzie: Marek Raduli - Wojciech Pilichowski - Tomasz Łosowski - [klawiszowiec, którego nazwiska nie pamiętam Embarassed ]. Kwartet zaproponował publiczności naprawdę niezłą porcję fusion. Koncert uznaję za lepszy, niż opolski występ Radulego i Pilicha z Tonym Roysterem Jrem podczas Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego. Najjaśniejszym punktem programu okazało się solo Pilichowskiego, który, jeśli można to tak określić, jakby dojrzał "muzycznie" od ostatniego koncertu, na jakim mogłem podziwiać jego grę. Do fenomenalnej techniki, którą przeważnie błyszczy, dodał tym razem coś magicznego - dużo "spokojnego", wysmakowanego grania. Pozostali muzycy wypadli nieźle: Raduli, opatrujący komentarzem cały występ, lepiej prezentował się grając, Łosowski nie powalał co prawda finezją, ale świetnie sprawdził się w grze zespołowej. Osobne słowa uznania należą się młodzieńcowi obsługującemu (gościnnie) klawiaturę - pięknie wkomponował się w repertuar ΠR2 (brzmienie zbliżone do fortepianu Fendera pasowało do tej muzyki).
Za rok znów odbędą się w Grodkowie warsztaty muzyczne, nadarzy się więc kolejna okazja do darmowego posłuchania znakomitej muzyki.

P.S. Pod koniec zdarzyło mi się kilka ziewnięć. Niewiele brakowało, bym zasnął. Niestety - koncert się skończył, więc nie zdążyłem się dowiedzieć, czy obcowałem z wybitnymi twórcami, czy może z ... .
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:46    Post subject: Quote selected Reply with quote

„Faraon” kontra „pirat” (z „Wodnikiem Szuwarkiem” w tle), czyli The Virgil Donati Band w Opolu [Filharmonia Opolska, 2006-10-01]


Przed koncertem

No i zaczęło się! Wreszcie nastał październik, który od kilku lat – za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego – jest moim ulubionym miesiącem roku.
Bieżąca edycja MFP jest jubileuszową (XV), wypadało więc zaprosić do Opola i kilku innych miast prawdziwe gwiazdy. Jedną z nich jest niewątpliwie Virgil Donati – australijski perkusista znany najbardziej z instrumentalnej grupy Planet X. Do The Virgil Donati Band zaprosił on swoich kolegów z zespołu: Rufusa Philpota (obecnego basistę) oraz Tony’ego MacAlpine’a (byłego gitarzystę, współpracującego m.in. z takim tuzem gitary jak Steve Vai). Skład grupy uzupełnił klawiszowiec – Mitchel Forman, grywający w przeszłości z Mahavishnu Orchestra, Simonem Philipsem czy Dave’em Samuelsem.
Koncert rozpoczął się z 40-minutowym opóźnieniem, lecz to wcale mnie nie zmartwiło. Dzięki temu mogłem dłużej porozmawiać z rzadko widywanymi kolegami, a nawet dowiedzieć się od jednego z nich – Michała – że niedawno zarejestrował się na FD i czyta, czyta, czyta… Oby wkrótce zaczął też pisać.
Kiedy rozsiedliśmy się w wygodnych, nowiutkich fotelach, Wojtek zaczął mówić coś o „facecie z wiadrem”. Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli. Szybko okazało się, że schowany za jakąś reklamą młodzieniec był jednym z muzyków tria, które można by nazwać supportem dla gwiazdy wieczoru. Wiadra, których obrzeża miały podoczepiane – zwisające do wewnątrz – fragmenty łańcuchów, ku pewnemu zaskoczeniu publiczności, stanowiły jedyny instrument. Nie ulega wątpliwości, że opracowanie utworu „na wiadra” wymagało od opolskiej grupy nie tylko inwencji, ale i sporych umiejętności żonglerskich. Ciekawe, czy tercet zaprezentuje inne utwory przed kolejnymi koncertami festiwalu? Chętnie usłyszałbym coś jeszcze.


„Wiaderni”

Po hymnie festiwalu oraz krótkim zapowiedzeniu Donatiego i spółki przez Wojciecha Laska, rozpoczęła się uczta. Pierwsi na scenie zaprezentowali się MacAlpine i Forman. W trakcie „malowanej” przez nich przepięknej impresji weszli kolejno basista i perkusista (powitany zresztą gromkimi brawami, wobec czego nie ulegało już wątpliwości – „na kogo” przyjechała większość melomanów). Muzyka zaprezentowana przez kwartet to coś na kształt fuzji fusion z muzyką poważną Idea . W repertuarze dominowały prawdopodobnie kompozycje z solowych płyt lidera, lecz – zdaje się – zagrano także po jednym utworze Philpota oraz MacAlpine’a. W związku z ograniczoną znajomością utworów Donatiego przez resztę muzyków, cała trójka towarzysząca „Burzy z Antypodów” często zaglądała w nuty. Zagrano ok. 8-9 kompozycji, a jedynym tytułem, który kojarzę był Alien Hip Hop. O ile w pierwszej części występu zespół krążył bliżej muzyki poważnej (ścisłe trzymanie się zapisu nutowego było wtedy szczególnie nasilone), o tyle jego druga faza była już w obszernych częściach improwizowana, a miejscami nawet mocno awangardowa. Nie muszę chyba wspominać, że ta właśnie część wydała mi się ciekawsza, choć większe zdyscyplinowanie muzyków w pierwszej fazie koncertu też przemawiało silnie „do mojej imaginacji”.
Precyzja, a więc coś, co w muzyce uważam za szczególnie istotne, biła wręcz od gitarzysty i perkusisty. Dwaj pozostali muzycy zanotowali kilka wpadek, lecz przypuszczam, że często mogły one umykać uwadze słuchających, bowiem zagęszczenie dźwięków było momentami bardzo wysokie. Cały koncert stał pod znakiem połamanych rytmów, a także dużej ich zmienności (dotyczyła ona także temp). Ku mojej radości nie wpłynęło to na specjalne zubożenie warstwy harmonicznej czy melodycznej. Największy wpływ na rozwój wydarzeń miał oczywiście mistrz ceremonii, a proponowane przezeń zwroty akcji wprawiały w zdumienie także jego towarzyszy. Zdarzyło się na przykład, że w trakcie jednego z utworów krzyknął on nagle w kierunku gitarzysty: – Tony! – i zaproponował nowy motyw do „dyskusji”. Wtedy klawiszowiec i basista spojrzeli na siebie i podjęli decyzję o nieangażowaniu się w dalsze granie. Podobne obrazki można było obserwować dosyć często.
Skoro już wspominam o wizualnej stronie koncertu… Donati miał na głowie chustkę, która sprawiała, że wyglądał jak pirat, a w pewnych momentach przypominał bardziej faraona. Prawdziwie interesujący repertuar póz i min przedstawił jednak basista: czasami „wybijał się” jak Małysz dojeżdżający do progu, innym razem łapał powietrze niczym Wodnik Szuwarek, często „dziwił się światu” niby Marceli Szpak. Kiedy się uśmiechał, przypominał mi pewnego kolegę, który wyjechał do Wielkiej Brytanii, a w momentach lirycznych przyjmował postawę żony Lota. Był też „ufoludek”, co jednak, z uwagi na to, iż Philpot gra w Planet X, dziwić nie powinno. Najmniej ruchliwy na scenie był MacAlpine, któremu showmańska postawa zdaje się być zupełnie obca.
Po koncercie zebraliśmy autografy (mam wreszcie komplet podpisów przybyszy z Planety X) i natrzaskaliśmy trochę wspólnych fotek z muzykami.

Po tej garstce wspomnień z wczorajszego koncertu, muszę nadmienić, iż żałuję, że zlot FD nie odbył się właśnie przy jego okazji. Myślę, że wielu z Was byłoby mile zaskoczonych. Powiem więcej – po tym, co wczoraj usłyszałem, wydane w tym roku płyty OSI, The Tangent, Toola czy MV wydają mi się muzyczną błahostką. Niestety, to zapewne mało prawdopodobne, by ukazała się jakaś koncertówka The Virgil Donati Band.

P.S. W pewnym sensie bohaterem imprezy okazał się także polski basista Andrzej Rusek, ale o jego doniosłej roli wspomni tu wkrótce Wojtek (obiecałem, że Mu tej przyjemności nie odbiorę).



Tony MacAlpine


Virgil Donati




Mitchel Forman i Rufus Philpot


MacAlpine


Donati


Philpot (między Szuwarkiem a Marcelim Szpakiem)


Forman


Reakcja na aplauz po koncercie


Donati po rozdaniu autografów
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:47    Post subject: Quote selected Reply with quote

Dwóch okularników i jeden bez okularów, dwóch łysych i jeden owłosiony, dwóch chudych i jeden krępawy – moja krótka relacja z koncertu, podczas którego najpierw okazało się, że Maciek jednak nie przyjechał Sad , na widowni zasiedli Puma Confused i Rusek, gwiazdami wieczoru byli (co się rzadko zdarza podczas MFP) dwaj muzycy, z których jeden grał na perkusji, a drugi na wibrafonie i marimbie (a trzeci występujący wcale im nie ustępował ze swoimi 5-strunowymi basami), a ponadto Cobham najpierw mówił basem, po czym przechodził na falset, więc Samuels, chcąc byś oryginalnym, szeptał, w dodatku – jedynym tytułem utworu, który zapamiętałem było Opole Solo (czyli zapowiedziany przez perkusistę popis basisty), i – oprócz tego – podczas pierwszej solówki Cobham zgubił pałeczkę, co z powodzeniem zrekompensował, grając drugie solo przy pomocy pałek czterech, Samuels bohatersko trafiał we wszystko, w co celował, a Rademacher (który powinien się przecież nazywać Rickenbacker) chociaż zasuwał na basie z progami, brzmiał niczym grający na fretlessie (i kojarzył mi się z Seanem Malone’em), wreszcie – udało się zmusić muzyków do bisowania, choć na drugi bis już wyjść nie raczyli (pomimo kilkuminutowej, gromkiej owacji wspomaganej przeciągłym wrzaskiem pana siedzącego obok mnie, który zresztą przed koncertem zajął moje miejsce, a w jego trakcie darł się na początku i na końcu każdego utworu, a nierzadko – także w środku i to po kilkakroć), rozdawali za to autografy i udało mi się zdobyć podpisy wszystkich, w związku z czym mam też kompletny plakat dla Maćka (na otarcie łez), a na samym końcu, przy wyjściu, spotkaliśmy Alana White’a Very Happy , czyli Billy Cobham, Dave Samuels & Stefan Rademacher w Opolu [Filharmonia Opolska, 2006-10-10].

Było świetnie! Very Happy


Samuels


Rademacher


Cobham

Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:48    Post subject: Quote selected Reply with quote

An Evening Of Yes Music +, czyli Alan White + Katarzyna Piasecka, Krzysztof „Puma” Piasecki, Andrzej Rusek i Tadeusz Leśniak [Państwowa Szkoła Muzyczna w Opolu; 2006-10-11]

Po jazzowych odlotach zafundowanych przez muzyków grających dzień wcześniej, nadszedł czas na koncert w większym stopniu „zaplanowany”. Legendarnemu perkusiście Yes towarzyszyli polscy muzycy, którzy rok temu grali z Carlem Palmerem, oraz 2 kolejne osoby: wokalistka Katarzyna Piasecka oraz pianista Tadeusz Leśniak.
Koncert wypełnił przede wszystkim repertuar Yes, a muzycy całkiem nieźle sobie z nim poradzili (mimo iż wspólnie odbyli tylko jedną próbę). Ze względu na obecność wokalistki, utwory dobrano tak, by się nie nudziła. Klasycznych yesowych suit niestety nie zagrano. Repertuar zapowiedział niejako - swoim wyglądem - Andrzej Rusek: okulary przeciwsłoneczne, w których wyskoczył na scenę, mogły się bowiem kojarzyć tylko z okresem "cyferkowym".

Jeśli mnie pamięć nie myli, kolejność utworów była następująca:
1. Mind Drive (fragment) płynnie przechodzący w:
2. Heart Of The Sunrise (część wstępna; z intrygującą partią perkusji);
3. Lightning Strikes (na scenie pojawiła się wokalistka);
4. Changes (utwór efektownie zagrany i zaśpiewany, szczególnie w końcówce);
5. Cinema (krótko i z pewnymi zgrzytami, jeśli chodzi o gitarę);
6. Finally (w wolniejszym, niż znane z wersji studyjnej, tempie – bardzo fajny pomysł i przyzwoita realizacja);
7. Imagine (pierwszy utwór spoza repertuaru Yes; najbardziej liryczny fragment koncertu);
8. Roundabout (absolutny nr 1; końcówka rewelacyjna, szczególnie – wokal!);
9. Owner Of A Lonely Heart (wersja wydłużona, z długą solówką gwiazdy wieczoru i naprawdę niezłą partią Pumy Shocked ).
Bis:
10. Improwizacje na tle jakiegoś bluesowego kawałka.
Drugi bis:
11. Roundabout (zagrane słabiej niż poprzednio).

Ogólnie – udany koncert, choć brak starszych kompozycji Yes nieco doskwierał. Najtrudniejsze zadanie miał chyba Rusek. Partie Squire’a to jednak spore wyzwanie dla basistów. Źle nie było, ale w niektórych miejscach brakowało „mięsa”. Puma zaprezentował się korzystniej niż rok temu Shocked . Bardziej leżały mu partie Howe’a, niż Rabina (z wyjątkiem Owner Of A Lonely Heart, kiedy to przedstawił interesującą interpretację solówki Trevora Shocked ). Klawiszowca słabo było słychać. Sądząc po ruchach – nieźle wymiatał. Wink Jego wygląd sprawiał, iż odnosiłem wrażenie, że zacznie zaraz śpiewać Mój jest ten kawałek podłogi...

White, zapowiadając utwory z 90125, cały czas mówił o roku 1985. Question

Jeszcze jedno: Alan White wydał mi się najmniej "gwiazdorską" gwiazdą, od kiedy mam okazję spotykać w Opolu największych perkusistów tego łez padołu. Przy Donatim i Cobhamie to wręcz uosobienie skromności.


Alan White


Puma, White, Pumówna


Rusek (niestety, już po zdjęciu okularów - pewnie dlatego, że przy Roundabout nie wypadało...), Leśniak (Mr. Z'oob)
Back to top
Radek
Guest





PostPosted: 13.04.2007, 13:52    Post subject: Quote selected Reply with quote

Ostatni będą pierwszymi, czyli Bill Bruford's Earthworks na XV Międzynarodowym Festiwalu Perkusyjnym [Filharmonia Opolska, 2006-10-14]

Będzie króciutko i tylko dlatego, że do zdjęć przyda się kilka zdań. Czasu wciąż brakuje, a i ochota do pisania jakaś mniejsza…
Występ gwiazdy poprzedzili trzej opolscy perkusiści, o których wspominałem przy okazji relacji koncertu The Virgil Donati Band. Byli nieźli.
Bill Bruford ostatnio dość radykalnie zmienił skład swojej grupy jazzowej. Z muzyków uczestniczących w nagraniu ostatniej płyty Bill Bruford’s Earthworks ostał się jedynie były członek Chick Corea Group – Tim Garland (saksofony, klarnet basowy, flet), który i tak w zespole znanego perkusisty funkcjonował jako druga gwiazda (o czym świadczyć może sposób podpisania ostatniej płyty – Random Acts Of Happiness: „Bill Bruford’s Earthworks featuring Tim Garland”). Obecny skład uzupełniają: pianista Gwilym Simcock i doświadczony basista Laurence Cottle (jego grę usłyszeć można na płytach takich wykonawców jak Eric Clapton, Black Sabbath, Tony Iommi, Gary Moore, Alan Parson’s Project, Brian Eno, Cozy Powell czy Seal).
Koncert zespołu Bruforda był najlepszym, na jakim dane mi było pojawić się podczas tegorocznego festiwalu. Wśród utworów zagranych w Opolu rozpoznałem (lub wydaje mi się, że rozpoznałem; co do 2 tytułów upewnił mnie sam perkusista, po prostu podając je po owacjach, jakimi zespół sowicie był nagradzany): Libreville, Pigalle, Speaking In Wooden Tongues (super! Very Happy ), Footloose And Fancy Free, Bajo del Sol, It Needn’t End In Tears i The Wooden Man Sings, And The Stone Woman Dances. Nie skojarzyłem, niestety, kompozycji, którą zagrano jako drugą oraz „bisowej”. A może jeszcze coś było? Embarassed Nie pamiętam, bo trochę czasu od występu BBE jednak już upłynęło.
Bruford pod koniec koncertu wyraźnie podkreślił, że właśnie taka – jazzowa – muzyka sprawia mu obecnie najwięcej przyjemności. Szkoda jedynie, że sam okazał się najbardziej pasywnie grającym członkiem zespołu. Jego mniejszą energiczność wynagrodzili nam jednakże pozostali muzycy: zwłaszcza klawiszowiec (niestety, jego instrument najsłabiej nagłośniono) i „dmuchacz”.
P.S. 1. O ile w 1995 r. bardzo długo i fajnie mogliśmy porozmawiać z Brufordem, o tyle tym razem perkusista zachowywał się w sposób znacznie bardziej gwiazdorski (jawił mi się wręcz jako przeciwieństwo przesympatycznego Alana White’a). W każdym razie… na pewno „nie był na TAK”. Czyżby już ofrippiał do reszty? Rolling Eyes
P.S. 2. Teraz już mogę „grać” na perkusji! Pałka Bruforda jest nieco mniejsza (tj. krótsza i cieńsza) od zdobytej kiedyś na koncercie Planet X pałki Donatiego.


Wiaderni. Tym razem bez wiader.


Laurence Cottle (w tle) i Tim Garland


W czasie, kiedy Bill Bruford grał tak…


…w taki sposób prezentował się Gwilym Simcock.
Back to top
Voyteck
pocztówka dźwiękowa


Joined: 11 Apr 2007
Posts: 42

PostPosted: 14.04.2007, 21:11    Post subject: Quote selected Reply with quote

Kilka zdjęć z "podniebnego" koncertu Skrzeka. Ze zlotu też będą, ale nie wiem kiedy.


Mój przyjaciel Moog


Zaczarowane źródło


Odlecieć z wami


Dla przyjaciół


Rainbow Man / Loneliness


Obraz po bitwie


Jak było tak było ale było


Całkiem spokojne zmęczenie / ( Wink ) Mountain Melody
Back to top
View user's profile Send private message
Radek
Guest





PostPosted: 16.04.2007, 09:37    Post subject: Quote selected Reply with quote

Oto zdjęcia z tego samego koncertu, zrobione przez mojego Tatę. Pozwoliłem sobie je wrzucić, kiedy długo nie było minizlotowych.



Back to top
Display posts from previous:   
Post new topic   Reply to topic    Muzyczne Dinozaury Forum Index -> Muzyka All times are GMT + 2 Hours
Goto page 1, 2, 3 ... 91, 92, 93  Next
Page 1 of 93

 
Jump to:  
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group