Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9 ... 12, 13, 14  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 02.01.2020, 22:48    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Po wydaniu dwóch płyty z materiałem koncertowym i po blisko trzech latach od nagrania studyjnej płyty muzycy Grateful Dead weszli do studia , by w 1973 roku nagrać i wydać kolejny album.
Tym razem płyta została wydana przez własną wytwórnię płytową Grateful Dead Records i tak muzycy osiągnęli to do czego zmierzali od początku swojej kariery – pełną niezależność.
Uwielbiam „American Beauty” i „Workingman’s Dead” prawie jak każdy Deadhead -wiadomo , że są to tytuły wywołujące dreszcz emocji przy ich słuchaniu.
Ale magia „Wake Of The Flood” sprawia, że przechodzę z tą płytą w inny wymiar odsłuchu,
w kosmiczne czeluście otchłani by na końcu spotkać tę gwiazdę jedyną najjaśniejszą w całym kosmosie.
Burzliwy rok 1973 w działalności zespołu zaowocował kolejną doskonałą płytą, w której od początku pachniało czymś innym. Jest to pierwszy album grupy po śmierci Pigpena a co za tym idzie klimat bluesowych nagrań został przesunięty na dalszy plan. Nowymi muzykami zespołu zostało małżeństwo Godchaux. Keith którego głównym instrumentem było akustyczne pianino oraz jego żona wspomagająca chłopaków wokalnie. Zmiana w brzmieniu grupy nastąpiła między innymi za sprawą nowego klawiszowca. Nowym elementem Deadowej układanki stał się jazzowy feeling.

A wszystko zaczyna się od łagodnego brzmienia skrzypiec w utworze „Mississippi Half Step”
i fantastycznego wokalu Jerry’ego. Gładkie gitarowe riffy i dodatkowo fortepian skocznie wygrywający rytm tworzą z tego numeru w pełni dojrzały południowy owoc.
„Let Me Sing Your Blues Away” zaśpiewany przez Keitha jest radosnym bluesem z naleciałościami folkowymi. Niezwykle czysty, klarowny dźwięk wspaniale podaje nam brzmienie gitary, pianina i saksofonu. Z ciekawostek utwór ten grany był na koncertach tylko szesnaście razy.
Znowu na szczyt swoich możliwości dochodzi duet Garcia-Hunter co w piosence „Row Jimmy” słychać najlepiej. Piękny tekst świetnie zaśpiewany tworzy z tej bujającej , swawolnej piosenki ponadczasowy utwór. Prowadzony jest przez linię basu P.Lesha w dużej mierze uzupełnianej przez K.Godchaux i perkusistę B.Kreutzmann. No i oczywiście bardzo łagodna solowa gitara J.Garcii dopełnia nastrój błogiego luzu.
„Stella Blue” kolejny numer na płycie jest smutną opowieścią o miłości. Ta przejmująca ballada tworząca nastrój ogromnego smutku jest jedną z najpiękniejszych w dorobku zespołu.
Z kolei „Here Comes Sunshine” utrzymany w klimacie nagrań G.Harrisona jest raczej radosną piosenką, która lepiej wypada w wersjach koncertowych.
Prawdopodobnie jednym z najlepszych nagrań w historii Grateful Dead jest ‘Eyes Of The World”. Klasyczny utwór grupy ma świetny rytm oraz bardzo chwytliwą melodię. Każdy instrument brzmi doskonale a gitarowa praca J.Garcii utwierdza mnie w przekonaniu aby odpocząć na wzgórzu wśród przyjaciół drzew. Fantastyczna piosenka.
Płytę kończy trzy częściowy epicki utwór napisany przez B.Weira i J.Barlowa.

„Weather Report Suite” pnie się niczym winorośl po filarze domu, rozkwita czerwonymi kwiatami w blasku wieczoru i wybucha w płomieniach by rozpoznać swoją moc. Kosmiczna nieskończoność wywraca się w nicość a potężny wybuch muzyki nadbiega zza nieludzkich drzwi.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Crazy
digipack


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 2721

PostWysłany: 02.01.2020, 22:59    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ale super napisałeś! Z pewnością w niedługim czasie zobaczę, jak u mnie z tym innym wymiarem i pnącą winoroślą Smile
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Oleeks
kaseta "metalówka"


Dołączył: 05 Kwi 2015
Posty: 268
Skąd: Szczecin

PostWysłany: 03.01.2020, 09:57    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Crazy napisał:
Zaczynanie bliższej znajomości od Wake of the Flood pewnie jest mało reprezentatywne, sądząc z tego, co tu piszecie. Ale sory, teraz na forum jest jak przed maturą, nie ma czasu na roczniki pozaplebisycytowe Wink


Wake of the Flood to z pewnością najbardziej dopieszczona brzmieniowo płyta Deadów. Od samego utworu w uszy rzuca się bogatsze niż na innych płytach instrumentarium (skrzypce, saksofon...), co faktycznie nie jest czymś reprezentatywnym Smile

Z drugiej strony, to była pierwsza ich płyta, która mnie kupiła w stu procentach i pozwoliła się zagłębić w twórczość zespołu. Może dlatego, jestem zatwardziałym dylanistą, a ta płyta bardzo przypomina mi klimat nagranej przez niego Desire Wink

Jednym zdaniem - spróbuj, przekonaj się. Moim zdaniem nie pożałujesz, to nie jest jakieś wielkie faux pas Very Happy
_________________
Last.fm | RYM
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Marcos
pocztówka dźwiękowa


Dołączył: 27 Paź 2019
Posty: 41

PostWysłany: 05.01.2020, 06:56    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie sposób nie wspomnieć o wielu grupach, których twórczość i styl grania na koncertach jest wyraźnie inspirowana dokonaniami Grateful Dead. Wymienię choćby Umphrey`s McGee, JRAD, Twiddle, Shpongle, Pigeons Playing Ping Pong, Mike Gordona, a na pewno zebrałoby się wiele innych.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 05.01.2020, 13:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Crazy na moim blogu opisałem wszystkie płyty GD. Zapraszam.

Z tych kapel to dodałbym String Cheese Incident no i Phish.
Ale wiele kiedys z tego posłuchałem i najbardziej podeszło mi JRAD, ciekawie aranżowali utwory GD.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 25.01.2020, 18:57    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Sugeruję zainteresowanie Smile

GARCIA/SAUNDERS - Live at Keystone vol.1 & 2 /1973/



Szerokie muzyczne zainteresowania Jerry’ego Garcii doprowadziły do różnorodności muzyki jaką wykonywał grając z własnym zespołem. Podobnie jak w macierzystej grupie Grateful Dead solowa działalność Jerry’ego opiera się na bluesie, folku, country, jazzie i rocku, podanej w improwizacyjnym środowisku, który w dużym stopniu służyło jako ramy dla jego solówek. Jego grupa nie grała awangardowych dźwięków a była bardzo silnie ukierunkowana na rhythm and bluesowe ścieżki, nie brakowało też wycieczek w stronę funkujących rytmów czy też gospelowych śpiewów.
Rok 1973, 30-letni gitarzysta Jerry Garcia był u szczytu swoich możliwości. Był muzycznym fanatykiem, który zawsze chciał grać. Nic dziwnego, że jego obecność na płytach z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest zauważalna. Jefferson Airplane, Crosby, Stills, Nash and Young, It’s a Beautiful Day, New Riders Of the Purple Sage, David Bromberg czy Ornette Coleman to tylko niektórzy wykonawcy na których płytach słychać grę Garcii. I to nie zawsze na gitarze. Wywodzący się z bluegrassowej tradycji Jerry Garcia opanował do perfekcji grę na pedal steel guitar czy na banjo.
W 1971 roku wraz z Howardem Walesem nagrał jazz rockową płytę „Hooteroll?” a rok później połączył swoje siły z kolejnym keyboardzistą Merlem Saundersem, z którym nagrał dwie studyjne płyty. Jak się okazało ta współpraca była jedną z najdłużej trwających, tak muzycznej jak i osobistej przyjaźni. To właśnie Saunders pomógł Garcii odzyskać umiejętności muzyczne po śpiączce, która w 1986 roku prawie Jerry’ego zabiła. Nagrania opisane poniżej z kilku koncertów w Keystone, Berkeley ilustrują dynamiczną współpracę obu muzyków w szerokim zakresie.
Repertuar obejmuje wszystko od bluesa, rocka i elementy muzyki karaibskiej po jazz, funk i Motown. Jest to część geniuszu artystycznego Garcii, jego miłości do wszelkiego rodzaju muzyki i zdolności do ułożenia tego w całość, w przeciwieństwie do wielu artystów, którzy tkwią w jednym gatunku. Luźna atmosfera nagrań podkreśla tylko radość z grania i umiejętność poprowadzenia solowych poczynań obojętnie w którą stronę. Świadomość, że pozostali muzycy pójdą za mną jest bezcenna. Doskonała i świetnie rozumiejąca intencje Jerry’ego sekcja rytmiczna również nie wypadła sroce spod ogona. Basista John Kahn oraz perkusista Bill Vitt współpracowali już z Garcią od jakiegoś czasu. Nagrania z Keystone, które zawierają te płyty zostały zagrane 10 i 11 czerwca 1973 roku.
Ogień, woda, powietrze i wiatr luźno wymieszane w słońcu jak skrzydła motyli prowadzą nas w tych dźwiękach, mających w sobie nieprzebraną tęsknotę za swobodnym, luźnym niczym nieskrępowanym życiem. Niebo jest nadal czyste, krople deszczu są pełne osobowości, usiądź przyjacielu obok mnie nad wodą i posłuchaj. „My Funny Valentine” odbija się w tęczowych wodospadach, prowadząc luźne dźwięki w stronę docelowego portu. Ten ponad osiemnastominutowy numer zawiera w sobie czysto jazzową atmosferę. Wszyscy muzycy improwizują ale robią to tak delikatnie, tak swobodnie, że… Posłuchaj! ten wodospad cichutko tchnął nowy powiew… Podobne jamowe granie usłyszysz np. w „Merl’s Tune” czy w „Mystery Train”. Tutaj dzielnie sekunduje Garcii, Saunders, którego gra wysuwa się czasami na pierwszy plan a jego wyczucie instrumentu sprawia, że to wszystko wspaniale chodzi. Zestaw zawiera również niektóre w najlepszych wokali Garcii, choćby w dylanowskich „Positively 4th Street” i „It Takes a Lot to Laugh, it Takes a Train to Cry”.
Natomiast „The Harder They Come” Jimmy Cliffa utrzymana w klimacie reggae jest zagrana czysto i powołuje się na duchową atmosferę wyrażoną przez Jerry’ego pięknym solem gitarowym.
„Live At Keystone” zawiera materiał, na którym miłośnicy takiej szczerej i niezobowiązującej muzyki dostrzegą mistrzostwo wykonania i specyficzną atmosferę, a zarazem jest to kolejny dowód, że Jerry Gracia jest jednym z najbardziej wpływowych artystów i postaci kontrkultury współczesnej historii.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 15.11.2020, 20:51    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

GRATEFUL DEAD - Legendarne koncerty Grateful Dead 27.08.1972

Dla wielu ludzi Grateful Dead jest synonimem psychodelicznej kultury i wolnej myśli lat sześćdziesiątych a muzyka ich jest jak najbardziej częścią tego równania. Grateful Dead dało ludziom możliwość nawiązania kontaktu z podobnie myślącymi ludźmi na koncertach, doświadczenia otwartej drogi, podróży i wzięcia udziału w podnoszącym na duchu zbiorowym scaleniu. Tego rodzaju możliwości rzadko występują w kulturze, która przez ostatnie dziesięciolecia usunęła wszystkie tradycyjne rytuały przejścia i bagatelizowała moc magii i ducha. Proste spotkanie z muzyką, bez otoczki (tak teraz pożądanej) pokazuje jak można wchłonąć przekaz aby po jakimś czasie stać na jednym wraz z nim poziomie. Muzyka Grateful Dead to oferuje. Nie raz słuchając któregoś z koncertów grupy w pewnym momencie po prostu odlatuję, wchłaniam się w dźwięki, staję się nimi i czuję tą moc energii wydobywającą się już nie z głośników tylko z mojego wnętrza zamienionego w kosmiczny pył ulotnej muzyki. Koncert, który odbył się 27 sierpnia 1972 roku w Veneta w stanie Oregon i został wydany wraz z zestawem DVD pod nazwą „Sunshine Daydream” jest ulubionym zestawem Deadheadów i jest jednym z najczęściej wymienianych i gromadzonych koncertów w karierze Grateful Dead.
To jest św. Graal dla ludzkości!


więcej na blogu


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 17.04.2021, 09:49    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Grateful Dead to nie tylko muzyka to też fani grupy i o nich zwanych potocznie Deadheadami we wrzesniu 2019 roku powiedziałem parę slów w trakcie konferencji muzycznej "Unisono w wielogłosie" w Tułowicach.

Deadheads-to więcej niż myślisz....
część pierwsza

Cała ta historia zaczęła się w 1965 roku w Palo Alto w Kalifornii gdy pięciu chłopaków założyło zespół o nazwie The Warlock. Będąc w epicentrum nowego ruchu kulturowego nazwanego kontenstacją The Warlock świetnie czuło się w tej materii. Byli też jedynym zespołem branym pod uwagę do udziału w tzw.”acid testach” Kena Keseya i jego Wesołych Rozrabiaków, bo The Merry Pranksters było komuną hippisowską mająca na celu organizowanie multimedialnych wydarzeń będących wspólnym eksperymentowaniem z halucynogennym narkotykiem LSD. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie LSD było jeszcze legalne, więc imprezy odbywały się niezakłócane przez stróżów prawa. A połączenie Grateful Dead z używaniem LSD nie skończyło się z Acid Testem. Zespół przyciągał publiczność, która kontynuowała przyjmowanie narkotyku długo po latach sześćdziesiątych. Natomiast Mountain Girl żona Jerry’ego Garcii mówiła, że zdarzało się chłopakom granie na kwasowym odlocie. Nie wiem mam około 300 koncertów grupy i nie czuję tego, nie słyszę żadnych mocno niekontrolowanych odjazdów, rozjechanych i nic nie mówiących.
Grupa długo nie zagościła u Prankstersów, po paru miesiącach, Bill Graham, który miał swoją halę koncertową Fillmore West, zaproponował Jerry’emu i jego grupie pewne miejsce u siebie. I tak Jerry Garcia, Bob Weir, Phil Lesh, Ron Pigpen McKernan, Bill Kreutzmann i Mickey Hart zostali jako Grateful Dead sztandarowym zespołem występującym w Fillmore. Często były to występy tzw. Early show i Late show dawane dwa razy w ciągu dnia ale żeby nie było czasami Grateful Dead grali jeszcze jeden show np. do południa mając ochotę trochę pograć wyrzucali sprzęt na zewnątrz, na wielkie schody kamienicy w której mieszkali czyli pod słynnym numerem 710 na Haight Ashbery i dawali koncert. Te spontaniczne występy, nie tylko na ulicy ale też w parkach np. Golden Gate i w różnych miejscach hippisowskich zgromadzeń doprowadziły do tego, że muzycy świetnie się zgrali oraz ciągle podróżowali w improwizacyjnych odlotach co już za chwilę można było usłyszeć na każdym koncercie jaki zespół dawał. Grupa dawała koncerty dzień po dniu a publiczność zaczęła jeździć z koncertu na koncert i świetnie się bawić przy ich muzyce. Chodzenie na koncerty GD było dla wielu ludzi taką zbiorową wycieczką, która jeśli magia zadziałała, zabierała publiczność daleko poza granice kosmosu by kontemplować wraz z muzyką i polecieć jak najdalej. Inżynierem dźwięku na koncertach był legendarny chemik LSD Owsley Stanley, który doskonale wprowadzał tak zespół jak i publiczność w odmienne stany świadomości. To, co może wydawać się dziwne, to fakt, że płyty GD nigdy nie brzmiały psychodelicznie. Owszem to była psychodelia ale bez tych różnych udziwnień dźwiękowych, bez tej manipulacji w studio nagraniowym, która stała się tak powszechna w muzyce psychodelicznej od 1966 roku. W porównaniu z zespołami i artystami z tego samego pokolenia, brzmienie grupy jest zaskakująco konwencjonalne z ich bluesową i country rockową muzyką. Ich nagrania mogły być psychodeliczne ale zespół nigdy nie nagrał odpowiednika, powiedzmy Tomorrow Never Knows, The Beatles. Ale jeśli ktoś słucha uważnie, nie ma wątpliwości, że muzyka GD jest psychodeliczna.
Jest tylko czasami trochę bardziej wysublimowana. Jak szukasz przykładu wystarczy, że posłuchasz sobie jednej z długich i w dużej mierze instrumentalnej wersji na żywo Dark Star. To jest muzyka ze zrozumieniem tajemnic wszechświata i tylko zespół z doświadczeniem penetracji zmiennych stanów świadomości może brzmieć w ten sposób.
W swojej książce „Dancing in the Streets”, amerykańska dziennikarka Barbara Ehrenreich podejmuje się zadania opisania historii zbiorowej radości Lata Miłości. Ehrenreich używa koncertów GD jako przykładu nowej kultury, która pojawiła się na zachodzie. Nowe podejście do zazywania narkotyków i swoboda obyczajów utorowało drogę do tego, co autorka nazywa powrotem ecstasy-Dionizos, bóg wina powrócił. Ani Stany Zjednoczone, ani Anglia nie były szczególnie prawdopodobne, by stworzyć miejsce dla muzyki rockowej w połowie XX wieku. Według Ehrenreich oba kraje charakteryzowały się purytańskim dziedzictwem z XVI wieku i starały się tłumić ekstatyczne tradycje wśród ludzi, których zniewolili i skolonizowali. Nic więc dziwnego, że wczesna muzyka rockowa była uważana za nieprzyzwoitą, a nawet zbrodniczą. Ale muzyka oczywiście nie mogła się zatrzymać. Pod koniec lat sześćdziesiątych było już tak dużo ciekawych i wartych zobaczenia grup, że sale koncertowe przestały wystarczać. Zorganizowano festiwale muzyczne na których Dionizos w pełni się objawił. Monterey i Woodstock otworzyły nową drogę. To nie tylko była muzyka. Cała rzesza młodej Ameryki wtopiła się w nowe ideały a wielu znalazło swój sposób na życie. Oczywiście trzeba tu wspomnieć o tej gorszej stronie jaką były narkotyki. Wielu ludzi swoją drogę poprowadziło ku katastrofie.
No cóż poprzednio wzgardzony karnawał został odtworzony podczas ruchu hippisowskiego.
Ale niestety w 1970 roku okazało się, że ten ruch zaczyna słabnąć. Otóż w sierpniu 1969 roku odbył się festiwal w Altamont, na który organizatorzy zatrudnili członków gangu motocyklowego Hell’s Angel’s jako ochroniarzy. Niestety brak zapanowania nad nimi doprowadził do tragedii. W trakcie koncertu Rolling Stones, podczas zamieszek paru zdrowo naćpanych ochroniarzy zasztyletowało młodego człowieka. Bóg wina i zabawy odwrócił się plecami. Wydarzenie to doprowadziło do upadku moralności i wysokiego ducha kontrkultury lat sześćdziesiątych, podobnie jak śmierć Jimiego Hendrixa, Janis Joplin czy Jima Morrisona a także zamordowanie przez Gwardię Narodową podczas manifestacji pokojowej czworo studentów z Kent State University w Ohio. Na marginesie świetną pieśń o tym wydarzeniu napisał Neil Young. Upadek ruchu kontrkulturowego spowodował, że wiele zespołów mających coś do powiedzenia (szczególnie jeśli chodziło o kwestie polityczne) zamilkło. Wiele młodzieży zwróciło się w stronę występów GD, którzy kontynuowali tradycje lat sześćdziesiątych uprawiając muzykę bardzo amerykańską. GD stał się symbolem lat sześćdziesiątych a także reprezentował sposób w jaki nadal można było uczestniczyć w duchu tamtych lat. Uczestnicząc w ich koncertach można było zachować i doświadczyć stylu życia Lata Miłości. Nic zatem dziwnego, że wielu uczestników koncertów GD zawiązywało między sobą specyficzną więź, wspólnotę duchową opartą na miłości do muzyki zespołu.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 03.05.2021, 16:17    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

część druga

Powoli rodziła się subkultura nazwana Deadheads, fanatycznych zwolenników Grateful Dead, jej medialna wersja objawiła się w 1971 roku. Do tego czasu tysiące ludzi zaczęło podążać za zespołem, a dla wielu to wszystko stało się stylem życia. W klipie na kanale muzycznym You Tube z amerykańskiego spotu telewizyjnego o Deadheads, młoda kobieta mówi, że po uczestnictwie w 50 koncercie GD przestała już liczyć koncerty na które jeździła. Innymi słowy, to nie tylko zespół wyruszył w trasę. Znaczna część publiczności również wyruszyła w drogę, a często to całe rodziny podróżowały aby uczestniczyć w kolejnym show zespołu. Dodajmy show muzycznym, bo poza muzyką nic efektownego na scenie się nie działo.
Sformalizowana forma subkultury Deadheads jak wspomniałem pojawiła się w 1971 roku kiedy powstała lista mailingowa przeznaczona do dystrybucji biletów oraz informacji o datach koncertów i wydawania płyt grupy. Na początku lista obejmowała 40.000 ludzi. Oczywiście w związku z tym pojawił się biuletyn zawierający wszelkie informacje o zespole oraz powstały różne unikatowe wydawnictwa jak choćby płytki promujące solowy album Jerry’ego Garcii wraz z Howardem Walsem, czy seria „From the Archive” zawierająca wersje demo numerów, które nie znalazły się na płytach czy choćby występ w klubie Matrix w formie swobodnego grania wraz z Davidem Crosbym. Podobnie jak większość muzycznych subkultur, Deadheads używali kilku atrybutów związanych z zespołem. I tak czaszka z różami, pojawiająca się na wcześniejszych plakatach koncertowych grupy była symbolem drukowanym na t-shirtach, naklejkach czy różnych gadżetach.
To wszystko dostępne było przed koncertami. Również wiele było radosnej twórczości samych deadheadów, którzy np. ozdabiali swoje taśmy koncertowe różnego rodzaju malunkami, nierzadko ukazywali swój talent i miłość do zespołu malując na swoich samochodach okładki płyt Grateful Dead czy inne charakterystyczne malunki jednoznacznie kojarzące się z zespołem.
Świetnie kulturę Deadhead obrazuje film powstały w 1974 roku, zatytułowany Grateful Dead Movie. Film został nakrecony w październiku 1974 roku, kiedy zespół dał pięć koncertów w Winterland Ballroom w San Francisco. W tym czasie Grateful Dead grali razem już prawie 10 lat i mieli oddaną publiczność. To już była cała rzesza Deadheadów, wiernych fanów. Widowiska odbywały się przy zastosowaniu tzw. „ściany dźwięku”, czyli systemu dźwiękowego dzięki któremu każdy fan przebywający na koncercie obojętnie w jakim miejscu się znajdował, miał warunki stworzone do idealnego odbioru muzyki. Wall Of Sound polegał na zbudowaniu ogromnej ściany głośników ustawionych jeden na drugim. System ten składał się z sześciu niezależnych systemów dźwiękowych przy użyciu jedenastu oddzielnych kanałów. Każdy z instrumentów miał swój osobny kanał i zestaw głośników. Ten idealny dźwięk docierał na odległość 180 metrów. Po osiągnięciu tej odległości czynniki atmosferyczne takie jak wiatr czy turbulencja powietrza powodowały pogorszenie się jakości nagłośnienia. Na szczęście wielkie stadiony na których grupa występowała były krótsze, miały około 130 metrów długości. Wracając do filmu, widzimy około 30 letniego mężczyznę w kowbojskim kapeluszu wraz z grupą przyjaciół komentujący całe wydarzenie. „To jest cała społeczność, która powstała od czasu, gdy zaczęliśmy podążać za Grateful Dead. W zasadzie zawsze jest to grupa tych samych twarzy. Przez lata pojawiają się też nowi ludzie. Wiesz wszyscy przechodzą do różnych podróży i czasami nie widzisz tych twarzy często, ale ciągle uczestniczymy w tej podróży”. Interesującym aspektem filmu są sekwencje pokazujące odbiór muzyki Grateful Dead przez publiczność. W trakcie grania utworów wielu ludzi po prostu tańczy do muzyki – i nie mówimy tu o kołysaniu delikatnie w rytm, ale o prawdziwym tańcu, w którym tańczy się całym ciałem. Ramiona wirują w powietrzy niczym piasek na pustyni, a twarze wybuchają uśmiechami. To jest pełna radość z uczestnictwa w takim show, gdy dusza cieszy się falując nad dźwiękami potężnej muzyki.
Film Grateful Dead Movie pokazuje wyraźnie pojawienie się zjawiska subkultury deadheads. Koncerty stworzyły własny wszechświat ze specjalną wspólnotą duchową opartą na miłości do zespołu. Deadheads przez większą część roku przebywał w podróży, kursując od stanu do stanu, z miasta do miasta, aby brać czynny udział w każdym występie ukochanej grupy. Był to ich styl życia nawet przy wysokich kosztach logistycznych i finansowych.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 23.05.2021, 13:23    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

część trzecia
Geograficznie subkultura Deadheads zlokalizowana jest w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Znaczna liczba Deadheads pochodzi z Anglii, Francji i Niemiec. W Polsce żyje sześć osób mogących pochwalić się bezgraniczną miłością do zespołu. Niestety ze względu na sytuację polityczną jaka panowała w naszym kraju przez dziesięciolecia, żadnemu z polskich fanów nie dane było zobaczyć GD na zywo. Więc u nas określenie Deadheads ma trochę inne znaczenie. Są to raczej entuzjastyczne opowieści o danych koncertach oraz polecanie takowych. Odbył się oficjalny zjazd polskich Deadheadów w Górach Sowich na którym słuchanie muzyki GD było bardzo ekscytujące, zważywszy, że słuchaliśmy w małym gronie i do tego każdy był wtajemniczony w dźwięki jakie wydobywały się ze sprzętu grającego. Nagrania koncertowe jakimi dysponowaliśmy są szeroko dostępne dla całej rzeszy fanów. Na koncertach GD istniała, za pozwoleniem zespołu cała tzw. „sekcja taperów”, czyli publiczności, która nagrywa dany koncert. Zwykle taka praktyka jest tłumiona ale tutaj współistnieje ta szczególna więź między fanami a zespołem. Wydawanie taśm z nagraniami jest legalne a Deadheadzi w czasie każdego koncertu mogą wymienić się różnymi koncertami grupy aby być jeszcze bliżej swojego zespołu. Jest to istotna część społeczności Deadhead. Sam pod koniec lat 80-tych otrzymałem parę kaset magnetofonowych ręcznie ozdobionych z koncertami GD w czym pomógł mi kolega przebywający akurat w Nowym Jorku i wynajmujący mieszkanie u Deadheada, Briana Hassana, dziennikarza New York Times. Brian ucieszył się, że jest ktoś w dalekim kraju kto zna i słucha jego ulubionego zespołu. Dostałem od niego kasety, które na dodatek były jeszcze opisane przez niego. I tak na jednej z nich pisze, ze na tym koncercie poznał swoją żonę, a jadąc na inne show miał wypadek samochodowy, dlatego kaseta z tego koncertu jest od jego przyjaciela, bo on był w szpitalu. Późniejsza moja pogoń za bootlegami GD zaprowadziła mnie do Berlina i do małych sklepików prowadzonych przez zakręconych muzycznie właścicieli. To w dużej mierze dzięki nim moja kolekcja nagrań bootlegowych zaczęła nabierać rumieńców. Ale ponieważ nie było to tanie ( za niektóre bootlegi trzeba było zapłacić 150 marek) a już weszliśmy w sieci internetowe, to buszując po różnych forach czy blogach cały świat Deadheadów otworzył się przede mną. Co więcej istnieje oficjalna strona GD archive z której leganie za darmo można sobie pobrać każdy z zamieszczonych tam koncertów. A jest ich około dwóch tysięcy. Więc co to jest z moją skromną kolekcją ponad 300 koncertów.
Niewątpliwie internet odegrał dużą rolę w funkcjonowaniu oraz organizacji społeczności Deadhead.
Wielu badaczy próbowało wyjaśnić, dlaczego Deadheads wykracza daleko poza zwykłego fana muzyki, tworząc tak silny związek z zespołem. Niektóre z najlepszych odpowiedzi dotyczą uczonych, którzy widzieli religijne aspekty koncertu GD. Ale nie chodzi tu o muzykę. Innymi słowy, koncert GD to nie tylko muzyka, ale elementy przypominające grupy religijne. Oczywiście subkulturę deadheds nie uważa się za religię. Zamiast tego naukowcy skupili się na tym, jak subkultura pokazuje zjawisko związane z socjologicznymi badaniami religii. Według Suttona, doświadczenie deadheada w trakcie koncertu obraca się wokół czterech religijnych zjawisk, którymi są społeczność, cultus (zachowanie rytualne), credo (przekonania o znaczeniu ludzkiego życia) i kod (zasady codziennego zachowania odzwierciedlające credo). Sutton mówi dalej, że koncerty GD są miejscem, w którym społeczność rozwija się poprzez wspólne osiągnięcie stanów mistycznych a ci uczestnicy, którzy są najbardziej otwarci na przekształcanie swojej świadomości w środowisku koncertowym poprzez taniec, halucynogeny i muzykę, staja się w pełni oddanymi uczestnikami tego show i są całkowicie zespoleni z zespołem. Osiągają nirwanę. Ogólnie poświęcenie deadheada przebiega w bardziej intensywny sposób niż przeciętnego człowieka, ponieważ doświadczenie podczas koncertu to coś więcej niż sama muzyka. Jest to zbiorowe doświadczenie mistycznego stanu, przemieniające się w intensywne uczucie jedności w obrębie grupy.
Robert Sardeillo tworzy trzy rodzaje deadhedów:
pierwszy typ określa jako hard core deadhead, którego poziom osobistej wewnętrznej tożsamości z zespołem jest najwyższy. Często są to ludzie związani bardzo bliskimi kontaktami z ekipą zespołu, którzy np. sprzedają gadżety grupy przed koncertami czy służą wszelaka pomocą podczas koncertu. Drugi typ deadheada Sardeillo nazywa Nowy Deadhead i charakteryzuje go jako młody na ogół uczeń collage’u, który prawdopodobnie został przyciągniety do kultury dzięki sukcesowi albumu „In the Dark”. Ta grupa deadhedów jest obwiniana za przeludnienie subkultury gdyż brak jej doświadczenia i wiedzy a najbardziej liczy się dla nich czynnik chwalenia, że należą do tej grupy.
I trzecim typem jest stabilny deadhead, który charakteryzuje się sporadycznym ale konsekwentnym udziałem w subkulturze. Często prowadzi normalne życie ma rodzinę i pracę, zbiera płyty i nagrania z koncertów oraz w miarę możliwości uczestniczy w koncertach.

Niekwestionowanym liderem deadheadów jest uczestniczący w koncertach Grateful Dead od 1967 roku Bill Walton, były koszykarz Boston Celtics. Ma na swoim koncie zaliczonych 850 występów ulubionej kapeli.
A co może łaczyc takie postacie jak: John Belushi, Bill Clinton, Elvis Costello, Perry Farrell i Dave Navarro, Whoopi Goldberg, Tipper Gore czy Al Gore, Stephen King, Frank Marino czy też autora „Gry o Tron” Georga Martina. No oczywiście łaczy ich to że są po prostu Deadheadami. I pomimo że Bill Clinton przyznaje się do około 10 shows w których uczestniczył to już Whoopi Goldberg zaliczyła ich ponad 200 a Tipper Gore jest koleżanką Mickey Harta z którym w 2009 roku wystąpiła na scenie, grając jeden z numerów GD.

I oto gdy 9 sierpnia 1995 roku świat muzyczny obiegła smutna wieść, że lider GD Jerry Garcia zmarł na atak serca, wielu sobie zadawało pytanie, co dalej z Deadheadami? Ale siła tej społeczności jak i muzyki zespołu jest przepotężna. Subkultura Deadhead pozostała zaangażowana w utrzymanie się razem. Sprzyja ku temu działalność muzyczna pozostałych muzyków GD, ich występy w różnych konfiguracjach a także pojawiające się grupy muzyczne oddające hołd muzyce GD. Proszę państwa jak podaje strona GD Tribute Band tych grup w Stanach jest 572. Tak więc społeczność Deadhead trzyma się razem i pewnie tak jak muzyka Grateful Dead będzie istnieć jeszcze przez wiele tysiącleci.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Okechukwu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 4186

PostWysłany: 26.05.2021, 11:48    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo ciekawy tekst! Piszę to z perspektywy osoby, dla której muzyka Grateful Dead ma raczej marginalne znaczenie (mam raptem 2 płyty, znam bodaj cztery). Ale recepcja zespołu, który z jednej strony jest legendarny i bardzo popularny w pewnej (wpływowej!) części świata, a u nas funkcjonuje na zasadzie niszy jest intrygujący. Czy w tych "zlotach" Smile w Sowich Górach uczestniczyło tylko 6 osób?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 26.05.2021, 17:15    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki Jarku Smile
To jest właśnie ciekawa sprawa, dlaczego u nas w Polsce ten zespół jest prawie nieznany tzn, znany jest z nawy ale już z np. pełnej dyskografii, nie. Myślę, ze to sprawa radia i periodyków muzycznych. Dobrze wiemy co nam lansowano w latach 80-tych 90-tych i później w radiu. Po prostu ówcześni redaktorzy muzyczny nie zauważyli a może nawet nie chcieli zauważyć zjawiska. Zreszta popatrzmy na inne grupy amerykańskie tam bardzo sławne i kasowe tu wręcz marginalnie zauważane. The Allman B.B, Chicago czy Grand Funk Railroad. Jeśli już coś "puszczano" to fragmenty "Fillmore", "I" i "Live Album".
Tak na zlocie była nas sześciu bez osób towarzyszących. Gdańsk, Poznań, Kraków, Wrocław i Opole. Zlotu nie opiszę szczegółowo, grunt że muzyka brzmiała w podświadomości i rzeczywistości w całych Górach Sowich Smile
I jeszcze wiem, że fanem Gd jest/był Tomasz Tłuczkiewicz, niestety nie udało mi sie z nim porozmawiać. Natomiast miałem taką przygodę we Wrocławiu w połowie lat 90-tych. Otóż po zakupie paru bootlegów w sklepie "Bemolka" na rynku, które właściciel dla mnie sprowadził zaczepił mnie pewien gość. Otóż okazało się że jest to Alek Mrożek znany z Nurtu, Stalowego Bagażu i Recydywy B.B. Też fan GD. Tak się zgadaliśmy, że poszliśmy do jednego z lokali w mieście, który prowadził jego znajomy i poprzegrywał sobie te booty a z głośników leciało Grateful Dead. Pijąc kawę gadając o muzyce tego zespołu słuchając tego co leci z głośników, to były bardzo miłe chwile.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 26.05.2021, 18:47    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Rhythm Devils - The Apocalypse Now Sessions /1989/



Francis Ford Coppola do swojego słynnego filmu „Czas Apokalipsy” poszukiwał brakującego perkusyjnego podkreślenia ścieżki dźwiękowej muzyki, która oddawałaby charakter i mroczność wietnamskiej dżungli oraz złożoność psychiki bohaterów filmu. Bill Graham wpadł na pomysł zabrania Coppoli na koncert Grateful Dead aby ten posłuchał grających na różnych instrumentach perkusyjnych, perkusistów grupy Mickey Harta i Billa Kreutzmanna. To spotkanie muzyków i filmowca było ostatnim ogniwem muzycznego akompaniamentu do jego filmowej wizji apokalipsy. Coppola chciał występu, w którym sam powiew wojny przenikał każdy gest, każda chwila dźwięku potęgowała nastrój i tak już tajemniczej i groźnej dżungli. Wyobraził sobie aby muzyka tworzona była bezpośrednio na obrazy z filmu jako całości, bez podziału na pojedyncze sceny, poruszająca się nieustannie wraz z filmem, próbująca estetycznej fuzji wizji oczu i uszu. Dążył do tego, a koncepcje tą od razu podłapali Hart i Kreutzmann. Stworzenie czegoś radykalnie nowego jest zarówno czasochłonne, jak i kosztowne. Aktualizowaniem starożytnych projektów za pomocą nowoczesnych materiałów oraz przetwarzaniem elektronicznym niektórych dźwięków zajął się Jim Loveless. Hart wraz z Lovelessem stworzyli nowy instrument, który zasymulował niesamowity dźwięk napalmu (będący symbolicznym dźwiękiem stanowiącym podstawę większości filmu). Hart:” Użyliśmy belki z długiego aluminium na której zamocowaliśmy dwanaście strun fortepianu basowego. Rozciągnęliśmy je wzdłuż jej długości a ich wibracje wyczuwalne są przez bardzo duży przetwornik magnetyczny. Dźwięk jest wzmacniany przez głośniki Meyers oraz głośniki niskotonowe, których głośność można regulować za pomocą pedału, co pozwala na kontrolowany stopień sprzężenia akustycznego. Urządzenie nazwaliśmy „The Beam” i używałem go podczas koncertów Grateful Dead w sekcji „Drums>Space””.
Mickey i Billy zaprosili paru kolegów do sesji a całość wystąpiła pod szyldem Rhythm Devils. Wszyscy muzycy biorący udział w projekcie przynieśli swoje osobiste kolekcje instrumentów, co dało niepowtarzalny i masywny zestaw możliwych barw dźwięków. W bardzo dużym studiu ta dżungla perkusji została starannie ułożona w labiryncie ścieżek. Instrumenty zostały pogrupowane według barwy dźwięku ze szkła, drewna, kamienia, metalu i rozmieszczone tak, aby te cichsze instrumenty były słyszalne, nawet jeśli grało się je w tym samym czasie co głośniejsze. Powstał ogród dźwiękowy, ze ścieżkami oraz zakątkami po których muzycy mogli się poruszać, zmieniając instrumenty, kiedy tylko chcieli.
Hart: „Poproszono nas o zagranie ruchu w dżungli. Wiadomo, że całe prawo dżungli polega na przeżyciu, albo zdobywając jedzenie albo starać się unikać niebezpieczeństwa. Dżungla sama w sobie jest miejscem nieustannej śmierci, a historia ukazała nam wojnę, która tam się odbyła. Jako muzycy nasza wojna nie musiała być dzika ani szalona, ale nie było mowy aby ten dźwięki był ładny. W dżungli perkusja to wstrząs, a od celności tego ciosu zależy przetrwanie. Sesje te były wystarczająco intensywne i wiele instrumentów zostało zniszczonych przez namiętną grę. Coppola wyjaśnił muzykom, że ich zadaniem jest wyczarowanie muzyki nie tylko związanej z Wietnamem w latach 60-tych, ale także muzyki sięgającej do pierwszego człowieka u początków istnienia”. Istotą filmu jest pierwotny mit o zabiciu króla i zabójcy, który zajął jego miejsce jako nowy król. Zadaniem Rhythm Devils było podróżowanie w górę rzeki do „Jądra ciemności” i ogłaszanie apokalipsy.
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.

T.S.Elliot „Ziemia Jałowa”
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Okechukwu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 4186

PostWysłany: 28.05.2021, 14:10    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Aż sobie powtórzyłem wczoraj Aoxomoxoę i Live/Dead z 69 r. Co do tej pierwszej nadal bez uniesień - materiał jak dla mnie dość nużący i po połowie zacząłem ziewać z trudem dosłuchując do końca Smile . Live zupełnie co innego - znakomicie mi się słuchało- i nastrój jest piękny i swoboda improwizacyjne (te "bezkresne" płynące akordy dwóch gitar) i sekcja świetnie uzupełnia całość. Trochę jakby inny zespół grał Smile
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 28.05.2021, 17:35    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Troche orientując sie co Ci najbardziej podchodzi proponowałbym "Wake Of the Flood" i "Blues For Allah" a z bardziej folkowo-countrowych "Workingman's Dead" i "American Beauty".
Faktycznie koncertowe GD jest inne, muzyka nie ma precyzyjnych ram i swobodnie ulatuje w róznych kierunkach i to obojetnie który rok się weźmie do słuchania.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com


Ostatnio zmieniony przez greg66 dnia 28.05.2021, 20:16, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9 ... 12, 13, 14  Następny
Strona 8 z 14

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group