Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Bob Dylan
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3847
Skąd: Opole

PostWysłany: 07.06.2020, 16:16    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

W tej ostatniej twórczości jest parę piosenek, które nagrał i które wywołują przyjemny dreszczyk Smile choćby tytułowy "Tempest". I to bardzo dobrze.
O Dylanie mam nadzieję, ze pogadamy w Tułowicach. Co nie?

Crazy, "Planet Waves" jest inna trzeba pamiętać, ze została nagrana po burzliwych latach. Towarzyszący The Band też zrobił dobrą robotę, ale płyta ta nie ma takiej mocy jak "Blood on the Tracks", myślę, że jeśli chodzi o Twoją listę i moc płyt do wybrania jeszcze to chyba ci się "Planet Waves" nie zmieści. Wiesz jak czytam co słuchasz z 1974 roku i co nie za bardzo ci podchodzi to ten Dylan chyba nie jest, ten.
Ale jak napisałem na blogu, kiedyś w wolnej chwili gdy będziesz zmęczony i nie będziesz wiedział co sobie puścić to: Wystarczy po prostu włączyć sobie płytę i rozkosznie odpoczywać na łonie przyrody oddalając się we własny świat spokoju.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Crazy
longplay


Dołączył: 19 Sie 2019
Posty: 1452

PostWysłany: 07.06.2020, 16:23    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki Smile
_________________
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Freefall
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 18 Lut 2012
Posty: 5627

PostWysłany: 07.06.2020, 19:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Crazy napisał:
A czy Planet Waves z 1974 (której nie znam, ale jakoś mnie nie ciągnie i wybieram cały czas inne odsłuchy) ma tutaj jakiegoś orędownika?


Bardzo sympatyczna płyta, która rzeczywiście może człowieka odprężyć z takimi fajnymi utworami, jak Forever Young czy Wedding Song.
Problrm polega na tym, że po niej były Blood On The Tracks i Desire...
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3847
Skąd: Opole

PostWysłany: 26.07.2020, 11:08    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

BOB DYLAN - Love and Theft /2001/

Mój Boże, Bob Dylan nagrał płytę, która nie jest przygnębiająca a brzmi jak doskonałe albumy z lat sześćdziesiątych. Oczywiście ta niesamowita magia dźwięku „Highway 61 Revisited” czy „Blonde On Blonde” jest nie do podrobienia ale tu pachnie mocno tamtymi rowkami płyty i jest to naprawdę świetna sprawa. Poważnie, to niesamowity album. To nie jest hałaśliwe BUUUUM, tylko jest to płyta, która zajmuje zasłużone miejsce gdzieś między akustycznymi kawałkami Boba a introspekcyjnymi ćwiczeniami country rocka z wczesnych lat siedemdziesiątych. I jeszcze „Love and Theft” zdecydowanie podsumowuje jedną rzecz – stary Bob Dylan jeszcze się nie poddał.
Idea płyty jest zasadniczo prosta. Dylan bierze kilka starych standardowych melodii i dopasowuje je do całości uatrakcyjniając je dowcipnymi tekstami. Zaraz, mam na myśli naprawdę stare standardowe melodie. Niektóre prymitywne boogie-woogie, kilka typowych jazzowych ballad, zupełnie proste bluesowe rytmy i parę dźwięków country ogołoconych do samego korzenia. Po drodze jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji, takich jak nagła zmian tempa w „Cry A While” ale i tak to niczemu nie przeszkadza ponieważ Bob dociera do swoich korzeni i basta.
O co tyle szumu?

więcej na blogu


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
esforty
remaster


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2015
Skąd: Łódź

PostWysłany: 27.07.2020, 14:47    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To fajna płyta, moja ulubiona w tym stuleciu... nawet jeśli, Tempest w kategoriach bezwzględnych( czytaj w warstwie lirycznej) jest lepsza to częściej w odtwarzaczu Love and theft.

greg66 napisał:
BOB DYLAN - Love and Theft /2001/
... I jeszcze „Love and Theft” zdecydowanie podsumowuje jedną rzecz – stary Bob Dylan jeszcze się nie poddał...


Powyższe odbieram, w związku z tegorocznym Rough and Rowdy Ways także, jako zdanie profetyczne!
Dylan wyprzedził się, bezsprzecznie. Potrzebuję jeszcze ze dwóch odsłuchów by... zamienić się w żonę Lota, lub przepraszać z dotychczasowymi faworytami Jego dorobku Wink .
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3847
Skąd: Opole

PostWysłany: 04.09.2020, 17:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

BOB DYLAN - Modern Times /2006/

Gdy wyszedłem nocą do ogrodu cudów

Zranione kwiaty zwisały z winorośli

Gdy mijałem krystalicznie chłodną fontannę

Ktoś od tyłu uderzył mnie


Głos Dylana w ostatnich latach nigdy nie był tak dobry jak na płycie „Modern Times” z 2006 roku. Jest trochę rozstrzelony ale przecież gdybym chciał usłyszeć naprawdę dobry wokal, to sięgnąłbym raczej po Roberta Planta niż Dylana. Ale Dylan wpasowuje się w klimat nagrań i o to chodzi. Ot choćby ciepło i delikatność w „Spirit On the Water” czy pokazanie swojej mocniejszej nuty, która od czasu do czasu wślizguje się w kilka subtelnych akcentów (wstrzymywanie nut, łapanie oddechu itp.). To pomaga w skuteczności tych piosenek bez końca. „Modern Times” jest trzecia płytą typu „come back” Dylana. Pierwsze dwie to „Time Out of Mind” oraz „Love and Theft”. Na pewno dorównuje poprzedniczkom a nawet je przewyższa. Doznaję tutaj pewnego rodzaju magii i muszę zgodzić się z moim kolegą Mieszkiem, że „Ain’t Talkin’” jest jednym z najlepszych utworów Dylana. Stworzył w nim niesamowitą intensywność z fortepianem, skrzypcami i prostą perkusją, a w tekście zawarł opis stanu psychicznego z „płonącym” i „tęskniącym” sercem.

wiecej na blogu


_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Duch 1532
digipack


Dołączył: 18 Maj 2008
Posty: 2843
Skąd: Breslau, Schmiedefeld

PostWysłany: 04.09.2020, 19:36    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cool
_________________
Strzeżcie się przyjmowania do swego rzemiosła, wymagającego takiej czujności, jakiegokolwiek młodzieńca o ściągłej twarzy i zapadniętych oczach, skłonnego do niewczesnych rozmyślań, młodzieńca, który się zgłasza na okręt z „Fedonem”.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 3847
Skąd: Opole

PostWysłany: 25.10.2020, 11:30    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

BOB DYLAN - Tempest /2012/

Gdyby „Tempest” był jego pierwszym albumem, czy byłby zauważalny na scenie muzycznej? A gdyby jeszcze ten debiut odbył się w 2012 roku? Bob Dylan nie pisze muzyki pop, jego muzyka zakorzeniona jest w dekadach poprzedzających lata 60, więc czy jego miejsce jest w 2012 roku, gdzie powstaje zupełnie inna muzyka. Jego głos nie jest tym, co jest uważane za wspaniały głos. Dylan nie gra w tę grę. Dylan nie stanowi pożywki dla tabloidów. Jednak raz po raz pobudza naszą wyobraźnię. Nagrywając swoje płyty nie patrzy na boki. I to samo robi ze swoim trzydziestym piątym albumem. Wydaje w 2012 roku „Tempest”, który spokojnie broni się wśród dorobku Artysty.
Wokal Dylana, to 71-letni głos, który przeszedł wraz z nami przez całe lata. Ten chropowaty, zużyty głos ma większą emocjonalną wagę i moc niż tysiące czterooktawowych, doskonale tonowanych głosów. W głosie Dylana jest autorytet zmieszany z odrobiną czułości, tego się nie da podrobić. Płyta trwa 68 minut i jest jedną z najdłuższych nagranych przez Dylana w swojej karierze. Częściowo ma swoje bardziej bluesowe momenty ale jest tu coś więcej niż blues.
Otwierający album utwór „Duquesne Wind” jest ciekawym występem, żwawym i radosnym zespołu gitarowego, który przypomina ducha „John Wesley Harding”. Utrzymany w klezmerskiej pozie, skocznie wywija zakrętasy. Ta staromodna wiejska przygrywka świetnie sobie radzi jako rozpoczęcie albumu. I koniecznie obejrzyj teledysk do tego numeru. To rewelacyjny klip w stylu Tarantino, w którym widzimy zakochanego nieszczęśnika. Miłość odwzajemnia mu się gazem paraliżującym a potem ciosami kijów bejsbolowych. Niezwykła drużyna na czele z mistrzem, cynicznie mija leżącego na bruku. A jaką pomoc mogłaby mu zaoferować? No cóż, odkrywając ten album nie słyszysz „burzliwych” piosenek, ale z drugiej strony Dylan bardziej był zwiastunem „burzy” („All Along The Watchtower”) niż mistrzem, a pod tym względem burza w „Tempest” jest jeszcze bardziej przerażająca. „W Szkarłatnym Mieście, koniec jest bliski/ Siedem cudów świata jest tutaj/ Zło i dobro żyją obok siebie/ Wszystkie istoty ludzkie zdają się być wielbione/ Wyłóż swe serce na tacy i zobacz kto weźmie kęs/ Zobacz, kto będzie cię trzymał i całował na dobranoc/ Jest tam orzechowy gaj i drewno klonowe/ W Szkarłatnym Mieście płacz nie przyniesie nic dobrego”. „Scarlet Town” płynie jak pogrzebowa procesja, z żałobną partią skrzypiec prowadzących (niejasne przypomnienie Rivery z „Desire”-i czy to nie czysty przypadek, że miała na imię Scarlet?). Gitara, fortepian i banjo montują trzyczęściowy rytm, który kojarzy się z ziemią jałową i rozrzuconymi prochami. Ale zaskakująco tekst nie przedstawia właściwie apokaliptycznego obrazu. Tak naprawdę bohater jest zadowolony z Szkarłatnego Miasta, chociaż nie jest to miejsce na rodzinne wakacje. „W Szkarłatnym Mieście niebo jest czyste/ Będziesz prosił Boga, żeby tu zostać”. Kolejnym mrocznym numerem jest „Tin Angel”, nawiązujący do wielowiekowych ballad o morderstwie. Tylko tu mamy wywrócone wszystko do góry nogami. Normalnie jest, że „mąż zabija kochankę i żonę”, Dylan podaje bardziej złożony schemat „kochanek zabija męża, żona zabija kochanka i siebie”. W każdym razie jest jeden melodyjny haczyk w tej piosence. To głęboki, nawiedzający „doouup” basowej partii Tony’ego Garniera, który usłyszysz ponad czterdzieści razy w ciągu tych dziewięciu minut. „Tin Angel” jest duszą płyty. Tempo ma wolniejsze od pozostałych numerów, ale jest ono bardziej hipnotyczne a zespół wspierający Dylana rozwija się i wspaniale wypełnia powtarzalne frazy mrocznego podbrzusza. Grupa towarzysząca Dylanowi, wzmocniona przez Davida Hidalgo z Los Lobos, jest naprawdę doskonała. Płytę wyprodukował sam Dylan, występujący pod pseudonimem Jack Frost. Wszystko zostało idealnie nagrane. Wokal jest wyeksponowany do przodu a zespół brzmi jakby grał w pokoju. Co dziwne, ale jest to chyba pierwszy album Dylana gdzie nie słyszymy gry na harmonijce. Ale nie brakuje mi jej tutaj. Na pewno zatrzymaj się na tytułowym numerze, utrzymanym w tradycji „Desolation Row” i „Bronsville Girl”, ponad trzynastominutową opowieścią o zatonięciu Titanica. I to niemal dosłowne powtórzenie historii zatonięcia statku, muzycznie obsadzone jest w irlandzkiej balladzie, gdzie główną rolę grają skrzypce i akordeon. Historia znana do znudzenia, ale być może Dylan daje nam kolejny znak. Gdy pan Jones („Ballad Of Thin Man”) nie wiedział co się wokół dzieje, tak tu lepiej żebyś znał tą historię pomimo, że to tak niewiele. Niezależnie od przyczyny, nastrój płyty brzmi morderczo. Przecież wzmianka o strasznej przemocy pojawia się już po paru sekundach opadnięcia igły na rowki płyty. W „Narrow Way” jest jeszcze gorzej: ”Grabiliśmy i plądrowaliśmy odległe brzegi/ Dlaczego moje łupy nie są równe waszym/ Twój ojciec odszedł, matka też/ Nawet śmierć umywa ręce od was/ To jest długa droga, to jest długa i wąska droga”. Gniew zawsze pasował do głosu Dylana i nadal mu to pasuje. „Narrow Way” to orzeźwiający chicagowski riff, a „Pay in Blood” wdzięczy się stalową gitarą którą wzmaga furia i zrujnowana krtań wokalisty, dając niezwykły efekt. Mikrofon głośno stara się poradzić sobie z zaciekłością jego wypowiedzi: „Ty draniu, mam cię szanować?/ Oddam ci sprawiedliwość”. Wyraźnie ktoś lub coś Dylana irytuje. Być może chodzi o bankierów, z pewnością brzmi to tak jakby nacinali szyję rzymskich cesarzy. Końcową piosenką płyty jest „Roll On, John”, napisana dla człowieka, który zmagał się z przytłaczającą sławą i ubóstwieniem podobnie jak Dylan. „Ruszaj John, poprzez śnieg i deszcz/ Obierz właściwą drogę i idź tam, gdzie bawoły się pasą/ Uwięzią cię w pułapce, zanim się zorientujesz/ Za późno by żeglować z powrotem do domu/ Podążaj John dalej, jasno świecąc i paląc się jasnym światłem”, śpiewa nawiązując do morderstwa Lennona. To modlitwa wielkiego Artysty do drugiego i przypomnienie, że Dylan został praktycznie sam wśród swoich rówieśników z lat 60-tych. Jego własny akt toczy się dalej, warto go posłuchać. „Tempest” jest zaskakująco dobrym albumem. Wszystkie piosenki są świetne, ponieważ wszystkie mają w sobie ten mroczny akcent, ale mimo to rezultat jest bardzo ciepły i kojący. Chociaż głos Dylana jest w kiepskim stanie, utwory na albumie są tak dobrze napisane, ze w rzeczywistości wzmacnia to płytę. Jeśli jesteś fanem Boba, na pewno spodoba ci się słuchanie tego albumu. Wiem, że tak.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
Strona 7 z 7

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group