Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Jazz z Kraju Kwitnącej Wiśni

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4375
Skąd: Opole

PostWysłany: 07.01.2021, 15:02    Temat postu: Jazz z Kraju Kwitnącej Wiśni Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI

W 2015 roku pojawiło się na forum moich 27 szkiców poświęconych japońskiemu jazzowi. Skupiłem się na płytach nagranych w latach 60., 70. i 80. Na przestrzeni ostatnich lat kilka razy szukałem pozycji, o której pisałem, aby przypomnieć sobie różne wątki. Za każdym razem trzeba było trochę buszować po internecie. Już kilka lat temu pojawiły się sugestie, aby zebrać wszystko w jednym wątku (pisał o tym choćby kolega Monstrualny Talerz). Faktycznie jest to lepsze rozwiązanie, dlatego w wolnej chwili postanowiłem uporządkować temat. Może jeszcze komuś się przyda.

Na wstępie mały bonus:


Kiyoshi Sugimoto Quartet – Country Dream (1970)

Gdy ponad pięć lat temu pisałem o różnych płytach jazzowych z Kraju Kwitnącej Wiśni w zestawie zabrakło „Country Dream”. W tamtym czasie była niedostępna w czeluściach internetu. Na szczęście sytuacja uległa zmianie. Postanowiłem dołączyć ją do poniższego zestawienia, bowiem jest to wartościowa pozycja. Debiutancki album gitarzysty został zarejestrowany w grudniu 1969 roku. Z jednej strony, jest odzwierciedleniem oblicza ówczesnego mainstreamu, z drugiej (w mniejszym stopniu), pokazuje, w jaki sposób jazzmani zbliżali się do idiomu rockowego. Wyłapywanie pierwszych prób takowej syntezy może być naprawdę zajmujące. Niektóre fragmenty kompozycji tytułowej brzmią trochę jak kameralna mutacja „Bitches Brew”. Warto przypomnieć, że w momencie, gdy muzycy nagrywali ten album epokowe dzieło Davisa nie ujrzało jeszcze światła dziennego. W sumie powstała interesująca mieszanka „starego” (mainstreamowy jazz) z „nowym” (wczesna odmiana jazzu elektrycznego). Jeśli ktoś lubi jazz „z przełomu epok”, warto zanurzyć się w te dźwięki.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (1)

Japoński jazz to bardzo obszerny temat. Po odpowiedniej selekcji wyszło mi, że powinienem napisać przynajmniej o 70-80 płytach, a spokojnie dałoby się zebrać ponad 100. Skupię się głównie na najciekawszym okresie, a więc latach 1969 – 1976. Postaram się sukcesywnie, w miarę wolnego czasu, umieszczać mini-recenzje płyt właśnie z tej pierwszej setki. No to zaczynamy.


Kiyoshi Sugimoto Quintet – Babylonia wind (1971)

Najwyżej ceniony album w dorobku tego gitarzysty. Charakterystyczny dokument swoich czasów, bowiem znajduje się na nim mieszanka stylów wówczas obowiązujących, które Sugimoto umiejętnie powiązał w jedną, koherentną całość. Najwięcej jest elementów fusion, wywodzących się w prostej linii od „Bitches brew”. Fjużyniaste kawałki mają bardzo fajną psychodeliczną aurę, dzięki przestrzennemu brzmieniu elektrycznego fortepianu, swoje robią także przeróżne przeszkadzajki. Poza tym mamy jeszcze solidną dawkę post-bopu („Colsabard hill”) i free jazzu („Hieroglyph”). Pozycja zdecydowanie godna uwagi. Z innych płyt tego muzyka znam jeszcze „L.A. master” (1977), ale nie jest to nic szczególnego – ot, typowy funkowo/pop-jazzowy krążek, jakich ukazywało się wtedy mnóstwo. Nie udało mi się dotrzeć do całej płyty „Country dream” (1970), ale fragmenty, które słyszałem są zachęcające.


Toshiyuki Miyama & His New Herd : Masahiko Sato ‎– Yamataifu (1972)

Niezła gratka dla fanów awangardowego big bandowego grania. O ile inne albumy Miyamy i jego orkiestry z początku lat 70-tych są dla mnie dość męczące to „Yamataifu” jest wręcz przepyszny. Uwagę zwraca oryginalność koncepcji muzycznej. Big bandów trochę wówczas było , jednak ten naprawdę ma swoją tożsamość stylistyczną. Gdybym musiał już z czymś to porównywać to może z niektórymi płytami Sun Ra z początku lat 70-tych. To, co przykuwa szczególną uwagę to śmiałe eksperymenty, mające na celu zespolenie w jedną, zintegrowaną całość tkanki „akustycznej” i „elektrycznej”. Masahiko Sato poszukuje nowego soundu, posiłkując się modulatorem pierścieniowym. Uzyskuje w rezultacie frapujące, mocno kosmiczne brzmienia. Słuchając rozbudowanej kompozycji „Ichi”, zajmującej całą pierwszą stronę winyla ma się czasami nieodparte wrażenie, jakby obcowało się z big bandową wersją hancockowskiego Mwandishi. Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej reprezentatywnych albumów big bandowego jazzu z lat 70-tych.


Keitaro Miho and Jazz Eleven – Kokezaru kumikyoku suite (1971)

Znakomity ekstrakt psychodelicznego jazzu i tradycyjnej muzyki japońskiej, z przewagą tego pierwszego. Czasami pojawiają się free jazzowe odjazdy, jednak to nie one decydują o głównym profilu stylistycznym tego albumu. Jest nim przede wszystkim świeża i nowoczesna formuła fusion. Głównym architektem tego projektu jest Keitaro Miho – kompozytor i aranżer całości, muzycznie jednak na płycie się nie udziela. Na albumie zagrało kilku znaczących muzyków jazzowych z Kraju Kwitnącej Wiśni. Warto wspomnieć przede wszystkim o takich, jak: Masahiko Sato (świetne partie elektrycznego fortepianu), Ryo Kawasaki, wnoszący dzięki swojej grze na gitarze psychodeliczną aurę, poza tym drummerzy: Takeshi Inomata i Akira Ishikawa. Japoński koloryt zapewniają dźwięki koto i charakterystyczny sopran Mutsumi Matsudy. Płyta na wysokim i równym poziomie. Zwolennicy kozmigroov powinni być w pełni usatysfakcjonowani.


Isao Suzuki Quartet +2 – Orang-Utan (1975)

Nierówny to album, ale summa sumarum wart posłuchania. Wyróżniają się dwie najdłuższe kompozycje na płycie, przy czym szczególnie tytułowa. To kawał soczystego fusion, w którym pobrzmiewają echa davisowskiego „Bitches brew”, Najbardziej wówczas, gdy swoje partie solowe na klarnecie basowym gra Mori Kenji. Wyróżniającą postacią jest także młody gitarzysta Kazumi Watanabe, który wkrótce stanie się jedną z najbardziej znanych postaci na japońskiej sceny jazzowej i okołojazzowej. Dwa krótsze utwory trochę psują ogólny obraz (wokalny „Where are you going?” nijak nie pasuje do całości, natomiast „My one and only love” to dość sztampowy mainstream). W sumie płytka jest dość udana, a tytułowy „Orang-Utan” powinien zadowolić koneserów fusion.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (2)


SHUNZO OHNO


W przypadku bardziej znaczących artystów, którzy mają w swoim dorobku więcej interesujących płyt, będę poświęcał im więcej miejsca. Dzisiaj skupię się tylko na osobie trębacza Shunzo Ohno, będącego jedną z wyróżniających się postaci na japońskiej scenie jazzowej. Zdobywca nagrody Grammy, autor blisko dwudziestu albumów autorskich. Współpracował z wieloma gigantami jazzu, by wymienić tylko takie postacie, jak: Herbie Hancock, Wayne Shorter, Larry Coryell, Gil Evans, Art. Blakey. Muzyka Ohno zmieniała się na przestrzeni lat. Skupię się na jego dokonaniach w latach 70-tych.


Shunzo Ohno Quartet – Falter out (1972)

Debiutancki album trębacza, który zaczyna z wysokiego C. Już opener „Alfa” zwiastuje, że na tym krążku będą się działy ciekawe rzeczy. Słychać w nim, że Ohno nasłuchał się płyt Davisa z przełomu lat 60-tych i 70-tych, nie jest mu obcy spiritual jazz, pobrzmiewają także nieco echa debiutu Mwandishi. Skojarzenia z Hancockiem budzi także kompozycja tytułowa. Pojawia się w niej czasami temat grany przez trębacza i pianistę, który przywodzi skojarzenia z głównym tematem melodycznym „Maiden voyage”. Ciężar partii solowych wzięli na siebie głównie lider i pianista Mikio Masuda. Ponieważ kompozycje na płycie są długie ich popisy solowe nie należą do najkrótszych, co bynajmniej nie jest żadną wadą, ponieważ są zazwyczaj bardzo interesujące. „Falter out” jest przykładem bezkompromisowego fusion zespolonego z elementami nowoczesnego mainstreamu. Od czasu do czasu w trakcie improwizacji muzycy zapuszczają się także nieco w rejony free. Bardzo obiecujący debiut.


Shunzo Ohno – Something coming (1975)

Po kilku latach Ohno wchodzi do studia i nagrywa nowy album, gromadząc w studiu mocną ekipę. Pojawiają się między innymi dwaj współpracownicy Milesa – klawiszowiec Cedric Lawson i gitarzysta Reggie Lucas, ponadto znakomity drummer Roy Haynes oraz jeden z najwybitniejszych japońskich muzyków jazzowych Masabumi Kikuchi. W obrębie swojego idiomu album jest po prostu kilerski. To świetna mieszanka space-fusion i funk/jazzu. Gra Ohno na trąbce, zarówno w partiach lirycznych, jak i tych bardziej ekspresyjnych, niedwuznacznie kojarzy się z Milesem Davisem. Słychać to dobrze choćby w ponad czternastominutowym utworze tytułowym, w którym Ohno serwuje nam wyborne solówki. Warto zwrócić także uwagę na grę Lawsona na syntezatorze, kreującego różne kosmiczne pejzaże. Dzieje się tu naprawdę dużo. Mnogość pomysłów, transowy charakter – wszystko to sprawia , że czas w trakcie słuchania utworu mija niepostrzeżenie. „Something coming” wyrasta także z inspiracji dokonaniami Hancocka z okresu „Head hunters”. Zamykający album „But it's not so” to esencja kosmicznego jazzu. Wyśmienita płyta.


Shunzo Ohno – Bubbles (1976)

Ohno stopniowo upraszczał swoją muzykę, czego ten album jest kolejnym świadectwem. Tym razem zaproponował mieszankę jazz-rocka i funku. Utwory są melodyjne, słucha się ich przyjemnie, aczkolwiek nie jest to muzyka o jakiejś dużej sile wyrazu. Zwolennicy bardziej zakręconego jazz-rockowego grania mogą zawieść się tym wydawnictwem. Sporo na tej płycie mamy klawiszowania (ARP,Mini Moog, organy, Fender Rhodes). Szczególnie przyjemnie słucha się tej syntezatorowej zawiesiny w utworze tytułowym, podzielonym na dwie części, spajającym klamrą to wydawnictwo. W kategorii „lekki fusion” płyta jest godna polecenia. Jeśli nie będziemy wymagać od artysty zakręconych eksploracji dźwiękowych, a nastawimy się na słuchanie przyjemnej muzyki, wówczas jej odbiór powinien być pozytywnym przeżyciem. #8222;Bubbles” to ostatnia płyta tego trębacza, o której warto pisać, biorąc pod uwagę, że nie będziemy się zapuszczać daleko poza lata 70-te. Na kolejnych – „Quarter moon” (1979) i „Antares” (1980) zanadto zbliżył się do ugrzecznionego, sztampowego pop-jazzu, podszytego mocno funkiem



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (3)


Tym razem przedstawię dwóch pianistów reprezentujących dość odmienne oblicze stylistyczne. Będą się oni jeszcze nie raz pojawiać na innych opisywanych płytach, ponieważ udzielali się w różnych projektach, grając z czołowymi postaciami japońskiego jazzu. W przypadku Takehiro Hondy pozostawiłem sobie jeden z jego najlepszych albumów do innej części cyklu. Napiszę w nim o różnych najciekawszych przedsięwzięciach płytowych podejmowanych przez czołowych muzyków europejskich i amerykańskich z japońskimi jazzmanami.


Takehiro Honda Trio - This is Honda (1971)

Coś dla jazzowych purystów. Klasyczne fortepianowe trio, czysty mainstream. Jak to często na takich płytach bywa nie mogło obejść się bez jazzowych standardów („Bye bye blackbird”, „Round about midnight”). Płyta cieszyła się dużą estymą wśród japońskich krytyków jazzowych. W 1972 roku wybrano ją nawet najlepszym albumem jazzowym w Kraju Kwitnącej Wiśni. Niebagatelne znaczenie miała z pewnością stylistyka płyty – albumy z kręgu jazzu elektrycznego czy też free jazzu wywoływały z reguły kontrowersje wśród niemałej części krytyki. Co ciekawe, Honda, podobnie jak Keith Jarrett, w co bardziej ekspresyjnych fragmentach utworów lubi sobie wyśpiewywać melodie. Bodaj najbardziej przypadł mi do gustu opener „You don't know what love is”. Generalnie rzecz biorąc „This is Honda” specjalnie mnie nie porwał. To pewnie kwestia indywidualnych preferencji, bo jednak taka bardziej staroświecka odmiana mainstreamu jakoś nigdy specjalnie mnie nie kręciła.


Takehiro Honda - Salaam Salaam (1974)

Honda preferował zawsze granie w zespole trzyosobowym. W jego dyskografii zdecydowanie przeważają właśnie takie projekty. Nie inaczej jest w tym przypadku. Tym razem udało mu się zaprosić dwóch jazzmanów amerykańskich – na basie gra Juni Booth, który w tym samym czasie współpracował z McCoy Tynerem, natomiast za perkusją zasiadł, znany z występów z Weather Report Eric Gravatt. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku Hondy. Na pozostałych zawsze czegoś mi brakowało. Pianista nagrywał bądź dość mdłe rozrywkowe stylizacje funkowo-soulowe („What’s going on”), bądź rzucał się w stronę dość zachowawczego mainstreamowego grania („Another departure”). „Salaam Salaam” jest przykładem nowoczesnego grania w konwencji bardzo zbliżonej do tego, co robił wówczas McCoy Tyner. Gdy słucha się niezwykle dynamicznej i ekspresyjnej gry Hondy skojarzenia ze słynnym amerykańskim pianistą nasuwają się same. Honda lubuje się w bardzo długich partiach solowych, jednak, co istotne, na tym albumie praktycznie nigdy nie są one nudne. Mało tego, potrafią wciągnąć bez reszty. Bardzo dobra płyta.


Mikio Masuda - Trace (1974)

Obiecujący debiut japońskiego pianisty. Przed nagraniem „Trace” młody muzyk dał się już poznać z dobrej strony, występując gościnnie na albumach takich twórców japońskiego jazzu, jak Terumasa Hino i Shunzo Ohno. Połowa utworów na płycie to klasyczne fortepianowe trio, pozostałe trzy nagrane zostały w kwartecie, jednak w każdym z nich wystąpił gościnnie inny muzyk. Warto wspomnieć przede wszystkim o takim gigancie japońskiego jazzu, jak Terumasa Hino, który uświetnił ten album swoją obecnością w „Black daffodils”. „Trace” wpisuje się zdecydowanie w estetykę mainstreamowego jazzu. Głównie słychać odniesienia do pierwszej połowy lat 60-tych. Trzeba jednak przyznać, że Masuda zadbał o unowocześnienie faktury, dzięki czemu słuchając tej płyty nie mamy wrażenia, że artyście zależało na zafundowaniu nam „dźwiękowego wehikułu czasu”. „Trace” brzmi świeżo, muzyka jest bardzo urozmaicona, obfituje w różne nastroje. Masuda potrafi grać w sposób niezwykle skupiony, liryczny i wyciszony („Alone, alone and alone”), by w innym miejscu zasypać słuchacza potężną kaskadą fortepianowych pasaży („Hard luck”). Płyta godna uwagi.


Mikio Masuda - Mickey’s mouth (1976)

Nagła zmiana stylu. Tym razem pianista zapuścił się zdecydowanie w elektryczne rejony. Nagrywając ten album dysponował bogatym instrumentarium (Fender Rhodes electric piano, Hohner D-6 Clavinet, Yamaha YC-30 organ, Mini Korg synthesizer, ARP String Ensemble). Elektryfikacja objęła także inne instrumenty – obok basu pojawia się jeszcze gitara, na której udziela się Masayoshi Saitoh. Masuda zaproponował na tym krążku własną odmianę fusion, choć niejednokrotnie słychać oczywiście echa twórczości innych słynnych wykonawców z tego nurtu. Nieco odstają poziomem dwie krótsze kompozycje, trącące nieco sztampą, jednak trzy pozostałe można spokojnie zaliczyć do udanych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje ponad dziewięciominutowy „Let’s get together”. Może to być smakowity kąsek dla fanów Hancocka z okresu „Head hunters”. Kompozycja ujmuje przede wszystkim przepysznym brzmieniem elektrycznego fortepianu Fendera. Masuda z dużą inwencją wykorzystuje modulator pierścieniowy i echoplex, dzięki czemu uzyskuje niezwykle przestrzenne, odrealnione brzmienie. Takich kosmicznych klimatów jest na tym albumie więcej, jednak to właśnie w „„Let’s get together” są one najbardziej frapujące. Dla miłośników space fusion przyprawionego funkiem jazda obowiązkowa.

Następne dwa albumy Masudy przyniosły niestety znaczny spadek formy. „Moon stone” (1978) i „Corazon” (1979) wypełniła pospolita i bardziej rozrywkowa odmiana fusion z elementami muzyki latynoskiej, pozbawiona większej inwencji i polotu.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (4)


KOLABORACJE ZE ZNANYMI ZAGRANICZNYMI JAZZMANAMI


Muzycy japońscy często nagrywali swoje albumy z innymi znanymi postaciami. Czasem były to projekty firmowane wspólnie nazwiskami, znacznie częściej sprowadzało się to do gościnnych występów w czasie sesji nagraniowych. Do tej części cyklu wybrałem właśnie ten pierwszy rodzaj współpracy. Takich płyt było oczywiście sporo, dlatego wybór nie był prosty. Spokojnie można by jeszcze napisać o wspólnych dokonaniach jazzmanów z Kraju Kwitnącej Wiśni z takimi prominentnymi postaciami, jak: Attila Zoller, Albert Mangelsdorff, Wolfgang Dauner, Gary Peacock…


Takehiro Honda Trio with Gerd Dudek – Flying to the sky (1971)

Płyta pochodzi z okresu najbardziej ożywionej działalności artystycznej muzyka. W latach 1969-1972 Honda nagrał aż osiem albumów studyjnych w różnych konfiguracjach personalnych. Do tej pory znany był głównie jako admirator tradycji post-bopowej. Na tym krążku, nagranym wspólnie ze znanym niemieckim saksofonistą, zbliżył się do świata free jazzu. Zważywszy na osobę Dudka nie ma w tym nic dziwnego. To właściwie projekt japońsko-niemiecki – obok Hondy zagrał jeszcze Motohiko Hino, brat słynnego trębacza (Terumasa Hino pojawi się jeszcze w dużej dawce w cyklu o japońskim jazzie), natomiast na basie gra z kolei Gunter Lentz. „Flying to the sky” to bardzo przyjemna odmiana „free jazzu z ludzką twarzą”. Owszem, nie jest to muzyka prosta w odbiorze, jednak daleko jej do hermetyzmu Taylora, Braxtona czy też Yamashity. W gruncie rzeczy trzon muzyki oparty jest na nowoczesnym wcieleniu tradycji post-bopowej. Tylko w czasie grania partii solowych zdarzają się free jazzowe odjazdy, dotyczy to zresztą przede wszystkim Gerda Dudka.


Masahiko Sato And Jean-Luc Ponty – Astrorama (1970)

Sato w latach 1969-1972 nagrał blisko dziesięć albumów firmowanych w duecie z różnymi znamienitymi muzykami (Albert Mangelsdorff, Attila Zoller, Wolfgang Dauner, Gary Peacock, Stomu Yamash’ta). Jednym z nich była także „Astrorama”. Obok francuskiego skrzypka grają na niej również: gitarzysta Yoshiaki Masuo, kontrabasista Niels Henning Orsted Pedersen i perkusista Motohiko Hino. Biorąc pod uwagę wszystkie wspomniane powyżej przedsięwzięcia właśnie to jest jednym z najbardziej interesujących. Album wypełniły długie, rozimprowizowane kompozycje, w których najwięcej słychać Ponty’ego. Sato najczęściej zasiada za elektrycznym fortepianem. Jego gra na tym albumie nie jest aż tak bardzo awangardowa, jak zazwyczaj to bywało w tych czasach. Stylistycznie „Astrorama” sytuuje się gdzieś między mainstreamem a awangardowym jazzem. Muzycy w czasie grania solówek zazwyczaj nie mają predylekcji do jakichś awangardowych odjazdów. Najczęściej dochodzi do nich w czasie zbiorowych partii improwizowanych. Wtedy atmosfera gęstnieje i robi się mocno free jazzowo. Trudno wyróżnić którykolwiek z utworów. „Astrorama” to równy, dobry album, przeznaczony dla zwolenników jazzu nowoczesnego, lubiących zapuszczać się w bardziej eksperymentalne rejony.


Masabumi Kikuchi, Gil Evans ‎– Masabumi Kikuchi With Gil Evans (1972)

Wspólny projekt Evansa i Kikuchiego został zrealizowany w Tokio w lipcu 1972 roku. W big bandzie zagrało ponad dwudziestu muzyków, przy czym zdecydowanie przeważali jazzmani z Japonii. Oprócz Evansa, pochodzącego z Kanady, wystąpiło jeszcze dwóch muzyków amerykańskich - Marvin Peterson i Billy Harper. Grający na saksofonie Harper jest kompozytorem dwóch utworów z tej płyty. Gil Evans na początku lat 70-tych starał się unowocześnić fakturę swoich big bandowych kompozycji. Stosował bardziej nowoczesny język harmoniczny, zaczął także wykorzystywać elektryczne instrumentarium (bas, gitara, elektryczny fortepian, z czasem także syntezator). Na tej płycie Evans wykorzystuje także modulator pierścieniowy, co słychać szczególnie dobrze w „Priestess”. Masabumi Kikuchi na początku tej dekady także starał się eksperymentować z elektrycznym instrumentarium (Fender Rhodes, organy, na kolejnych płytach sięgnął po syntezator), osiągając na tym polu duże sukcesy artystyczne. Muzyka big bandu brzmi na tym albumie świeżo i zajmująco. Umiejętnie balansuje między tradycją a nowoczesnością. Dzięki temu może zainteresować nie tylko zwolenników klasycznych płyt Evansa z lat 50-tych i 60-tych, ale także tych, którym bliższa jest stylistyka jazzu lat 70-tych.


Yosuke Yamashita Trio with Manfred Schoof – Distant thunder (1975)

Płyta jest owocem kolaboracji tria Yamashity ze znanym free jazzowym trębaczem z RFN-u. Występ miał miejsce w ojczyźnie Schoofa w czerwcu 1975 roku. Album nie odbiega stylistycznie od poprzednich płyt Yamashity. Manfred Schoof mógł także czuć się dobrze w takich klimatach, bowiem jego słynny „European echoes” sytuuje się mniej więcej w tym samym miejscu. Obydwa projekty są przykładem radykalnego free jazzowego muzykowania, przy czym „Distant thunder”, siłą rzeczy, ma bardziej kameralny charakter w porównaniu z szesnastoosobową ekipą, udzielającą się na „European echoes”. Muzyka na „Distant thunder” jest niezwykle gwałtowna, co w przypadku twórczości Yamashity nie jest żadną nowością. Połączone w jedną całość utwór tytułowy i „Hachi” to istne pandemonium dźwiękowe. Nie ma w nim dosłownie ani chwili wytchnienia. Przez dziesięć minut jesteśmy zasypywani lawiną ekstremalnie ekspresyjnej muzyki i radykalnymi dysonansami, czasami przybierającymi postać dźwiękowego chaosu. Nawet słynny standard „Round about midnight” niewiele ma wspólnego z pierwowzorem.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (5)

YOSUKE YAMASHITA


Poprzedni odcinek cyklu zakończyłem płytą „Distant thunder”, będącą owocem kolaboracji Gerda Dudka i Yosuke Yamashity. Jest to dobra sposobność, aby przejść na nieco dłużej do postaci zasłużonego pianisty. Początkowo wyglądało na to, że Yamashita zwiąże swoją karierę ze skrzypcami. Pobierał lekcje gry na tym instrumencie przez sześć lat, jednak ostatecznie przerzucił się na fortepian. W latach 60-tych zainteresował się free jazzem. Był jednym z prekursorów tego nurtu w swoim kraju. Płyty nagrywane przez jego różne tria w latach 60-tych i 70-tych to kanoniczne pozycje dla japońskiego free jazzu. Stopniowo zyskał uznanie także za granicą, czego efektem była współpraca z różnymi prominentnymi postaciami ze świata jazzu europejskiego (m.in. Manfred Schoof) i amerykańskiego (Mal Waldron, Cecil McBee, Joe Lovano). Yamashita jest znany ze swojej bezkompromisowości i radykalizmu, czego najlepszym odzwierciedleniem są jego nagrania z lat 60-tych i 70-tych.


Yosuke Yamashita Trio – Mina’s second theme (1969)

Yamashita zdecydowanie gustował w trzyosobowej formie muzykowania. Tak jest też na tym krążku. Jest to znacząca płyta dla japońskiej sceny free jazzowej. „Mina’s second theme” obok „Mokujiki” to absolutna klasyka tego nurtu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Yamashita proponował na swoich płytach bezkompromisową odmianę free, dlatego jego muzyka może być łakomym kąskiem dla poszukiwaczy dźwiękowych radykalizmów. Słuchając gry tego pianisty natychmiast nasuwają się skojarzenia z Cecilem Taylorem. Yamashita, podobnie jak jego słynny amerykański kolega, lubuje się w grze niezwykle intensywnej i dynamicznej. Wypełniająca całą pierwszą stronę płyty kompozycja tytułowa jest tego znakomitą egzemplifikacją – dynamika niemal cały czas oscyluje na poziomie fortissimo. To prawdziwe królestwo dysonansów. Ponad piętnastominutowy „Roihani” jest wprawdzie bardziej urozmaicony w sferze dynamicznej, jednak trudno mówić tu o odpoczynku. Wieńczący album „Gugan” to powrót do oszalałych i dzikich improwizacji, których dynamika zwaliłaby z nóg zdrowego konia.


Yosuke Yamashita Trio - Mokujiki (1970)

Od czasu „Mina’a second theme” w zasadzie nic się nie zmieniło. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych trio nagrywało płyty i koncertowało w dość stabilnym składzie (Yosuke Yamashita – fortepian, Seiichi Nakamura – saksofony, Takeo Moriyama – perkusja). Muzycznie jest to więc kontynuacja tego, co formacja prezentowała wcześniej. Dominuje zdecydowanie radykalny wariant free jazzowego muzykowania. Można pokusić się o wskazanie odniesień do twórczości Cecila Taylora i późnego Coltrane’a. Stronę pierwsza wypełnia w całości kompozycja tytułowa. Jest to utwór o niezwykle intensywnym charakterze. Wypełniają go długie, dzikie i nieokiełznane improwizacje. Yamashita lubuje się w gwałtownych, mocno dysonansowych pasażach, niezwykle rzadko z jego muzyki emanuje liryzm i spokój. Wyraźnie stawia na ekspresję i dynamikę. To samo można powiedzieć o Nakamurze, którego gwałtowne i żarliwe partie saksofonu dobrze uzupełniają grę lidera. Nie jest to muzyka dla każdego. Jeśli ktoś nie lubi takiej wersji free to może go mocno pokąsać.


Yosuke Yamashita Trio with Brass 12 – Gugan (1973)

Album nagrano na żywo w Toshiba EMI Studio w Tokio we wrześniu 1971 roku. „Gugan” jest nietypową pozycją w dorobku pianisty, ponieważ zdążył on przyzwyczaić już do tego, że najczęściej nagrywa swoje płyty w składzie trzyosobowym. Tym razem obok tria pojawia się jeszcze dwunastoosobowy aparat wykonawczy (saksofony, trąbki, puzony i tuba). W sensie stylistycznym żadnych zmian jednak nie ma. W dalszym ciągu jest to ortodoksyjna odmiana free jazzu w bardzo ekspresyjnej postaci. Rozbudowana sekcja dęciaków, która pojawia się obok podstawowego składu muzyków, nie odgrywa jakiejś szczególnie istotnej roli. Zdecydowanie dominują partie tria. Dodatkowy aparat wykonawczy w zasadzie ani razu nie przejmuje w swoje ręce całości akcji muzycznej. Ogranicza się głównie do kontrapunktowania partii tria, swoimi masywnymi fakturami, które mają nadać muzyce jeszcze większą moc i potęgę brzmienia. Z rzadka bierze także udział w zbiorowych improwizacjach, które zwykle są dość krótkie. Dłuższe partie solowe grają tylko członkowie tria. Hermetyczna muzyka dla zwolenników ortodoksyjnego free.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (6)


KOHSUKE MINE (1)


To jeden z najbardziej znanych i utalentowanych saksofonistów japońskich. Wypłynięcie na szersze wody umożliwiły mu występy w zespole Masabumi Kikuchiego na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Albumy tej grupy z lat 1970-1972 należą do absolutnie kluczowych dla japońskiej sceny fusion. Mine występował także z innymi gigantami japońskiego jazzu, by wymienić tylko takich artystów, jak: Sadao Watanabe i Terumasa Hino. W pierwszej połowie lat 70-tych Kohsuke studiował w Stanach Zjednoczonych. Zainteresował się wtedy w większym stopniu fusion, czego dowodem jest pierwszy jego album nagrany po powrocie do Japonii „Solid” z 1975 roku. W drugiej połowie dekady saksofonista z wolna zwracał się w stronę coraz lżejszych odmian fusion. Popularność przyniosły mu występy w grupie Native Son. Niestety była to już skomercjalizowana odmiana tego gatunku o bardziej rozrywkowym charakterze. Ponieważ interesujących płyt tego muzyka jest dość sporo, dlatego poświęcę mu dwie części cyklu. W pierwszej znajdą się albumy z lat 1970-1973, natomiast w następnej dokonania z lat 1974-1976.


Kohsuke Mine – Mine (1970)

Debiutancki krążek saksofonisty wpisuje się przede wszystkim w estetykę nowoczesnego post-bopu, choć jest na nim także trochę elementów fusion – głównie za sprawą partii elektrycznego fortepianu Hideo Ichikawy. Album jest równy, na dobrym poziomie, nie brakuje na nim długich partii solowych poszczególnych instrumentalistów. To rasowe jazzowe granie, nie rażące nadmiernym tradycjonalizmem, dzięki czemu muzyki słucha się dobrze także i teraz. Szczególnie wyróżniłbym czternastominutowy „Dream eyes”, będący niewątpliwie świadectwem fascynacji dopiero co wydanym albumem Davisa „In a silent way”. Znajdziemy w nim skrzące się różnymi barwami faktury elektrycznego fortepianu, Mine stara się subtelnie rzeźbić partie saksofonowe, współkreując wysublimowaną atmosferę utworu. Warto zatopić się w te dźwięki. Moim zdaniem debiutancki krążek artysty jest jego najwybitniejszym osiągnięciem na polu elektrycznych poszukiwań na styku post-bopu i fusion. „Mine” jest także ważnym albumem dla japońskiego jazzu z innego względu. Jest to pierwsza pozycja w katalogu wytwórni Three Blind Mice, która powstała w 1970 roku. Jej znaczenie dla japońskiego jazzu jest trudne do przecenienia.


Kohsuke Mine Quintet – 2nd album (1971)

Bardzo szybko po nagraniu debiutanckiego krążka saksofonista ponownie wchodzi do studia, aby zarejestrować swoje kolejne dokonanie. Tym razem w zestawie instrumentów nie ma elektrycznego fortepianu, pojawia się natomiast gitara. Stylistycznie album nie odbiega od poprzedniego, to nadal nowoczesny mainstream ze szczyptą free i fusion. W dalszym ciągu dominują długie kompozycje, głównie dzięki dość rozbudowanym partiom solowym poszczególnych instrumentalistów. Wyróżniają się te grane przez lidera na saksofonie sopranowym. „2nd album” to bardzo solidna pozycja, aczkolwiek nie skłania do jakichś artystycznych uniesień. Jego debiut robi jednak większe wrażenie. Brakuje mi na tym albumie elektrycznego fortepianu, ale to pewnie bardziej kwestia mojego „klawiszowego skrzywienia”. Summa summarum – niezły album, choć brakuje mu nieco błysku.


Kohsuke Mine – Daguri (1973)

Trzeci album saksofonisty. O ile poprzedni, choć całkiem niezły, był jednak pewnym rozczarowaniem po debiucie, to ten zdaje się być powrotem do dobrej formy. Różni się nieco od swoich poprzedników. Tym razem Mine zaproponował typowy jazz modalny, kontynuując w tym zakresie tradycje jazzu nowoczesnego z lat 60-tych. Jest to wprawdzie typowy mainstream, jednak bez „muzealnego” nalotu. Płyta zaczyna się od wybornego „Thirsty” - to niezwykle dynamiczny, galopujący utwór z ciekawymi partiami solowymi poszczególnych instrumentalistów. Moim zdaniem to najlepszy utwór na całej płycie, choć pozostałym także nic nie brakuje. Ciekawe, że w okresie apogeum popularności fusion Mine zwrócił się zdecydowanie w stronę mainstreamu. Trzeba jednak przyznać, że albumy, które wtedy nagrywał były na bardzo przyzwoitym poziomie. Do eksplorowania rejonów bliskich fusion powróci dopiero w 1975 roku. Biorąc pod uwagę tylko płyty „akustyczne” nagrane przez Mine właśnie „Daguri” oceniłbym najwyżej.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (7)


KOHSUKE MINE (2)


Tym razem czas na dokonania artysty z lat 1974-1976, kiedy to stopniowo zaczął skłaniać się w stronę fusion.

Kohsuke Mine – Out of chaos (1974)

Rok 1974 przyniósł trochę zmian. Mine zmienił wytwórnię, przenosząc się do właśnie powstałej East Wind, swoją drogą, zacnej i niezwykle istotnej dla japońskiego jazzu. Tym razem artysta postanowił odstawić saksofon sopranowy i altowy, przerzucając się zupełnie na tenor. Jeśli chodzi o muzykę to jakichś istotnych zmian nie ma. Nadal jest to nowoczesny mainstream. Zauważalny jest wzrost zainteresowania twórczością Johna Coltrane’a. Szczególnie opus magnum tej płyty, czyli ponad siedemnastominutowy „Cross wind” jest tego dobitnym potwierdzeniem. Mine zagrał w nim swoje najlepsze solo na tej płycie, niezwykle dynamiczne i ekspresyjne, cechujące się dużą siłą wyrazu. Na albumie udziela się jeden z gigantów japońskiego jazzu – Masabumi Kikuchi, który jest zresztą autorem jednej z kompozycji - nastrojowej ballady „Little Abi”. Porównując ten krążek z poprzednim wyżej oceniłbym „Daguri”, aczkolwiek ten także trzyma poziom. Na pewno nie rozczaruje zwolenników takiego klasycznego grania.


Kohsuke Mine – Solid (1975)

Płyta koncertowa zarejestrowana w październiku 1975 roku w Tokio. O ile na poprzednich dwóch krążkach Mine przyzwyczaił swoich fanów do konwencji akustycznego jazzu modalnego to tym razem ujawniły się pewne istotne nowości. Przede wszystkim pojawiają się elektryczne klawiatury (Fender Rhodes, Yamaha Combo Organ), które obsługuje Mikio Masuda. Pierwsza strona winyla przynosi także zmiany stylistyczne. Trwający, bagatela, ponad dwadzieścia minut „You make me so sad” w niektórych swoich partiach mocno kojarzy się z pierwszymi minutami davisowskiego „Right off” z „A tribute to Jack Johnson” – chodzi głównie o mocno zbliżony groove, charakterystyczną partię organów oraz pewne pokrewieństwa melodyczne. Utwór ma mocno jamowy charakter i wyraźnie wpisuje się w estetykę fusion. Druga strona płyty jest już inna. Wyraźnie dominuje na niej mainstreamowe granie. Jedynie partie Fendera Mikio Masudy stanowią w tym względzie pewien dysonans. Obydwie kompozycje mają balladowy charakter, co kontrastuje z energetycznym „You make me so sad” z pierwszej strony winyla. Ciekawa jazzowa hybryda.


Kohsuke Mine – Sunshower (1976)

O ile „Solid” był czymś pośrednim między światem post-bopu a fusion to „Sunshower” podąża zdecydowanie w tym drugim kierunku. Podobnie, jak na poprzednim krążku główne role odgrywają lider projektu i pianista Mikio Masuda. Mine, chcąc zadbać o to, aby „Sunshower” posiadał więcej rockowej ekspresji i zadziorności zaprosił na sesje gitarzystę Hiroshi Yasukawę. Jakie są tego efekty? Ano średnie. Gdy słuchałem tej płyty po raz pierwszy miałem nadzieję, że Mine zaproponuje bardziej wyrafinowaną odmianę fusion. Liczyłem także na ciekawe solówki Masudy na keyboardach, mając w pamięci jego udany krążek solowy „Mickey’s mouth”, wydany w tym samym roku. „Sunshower” zawiera tylko cztery dość długie kompozycje. Wszystkie trwają ponad dziesięć minut. To stwarzało pewne nadzieje. Niestety, frapującego klawiszowania nie ma na tym albumie zbyt dużo. Właściwie, tak na dobrą sprawę, w pamięci pozostaje głównie solo na Korgu w utworze tytułowym. W przypadku Mine i jego popisów solowych na saksofonie jest podobnie. „Sunshower” jest niezłą płytą. Słuchanie jej nie jest czasem straconym, jednak brakuje jej siły wyrazu oraz naprawdę intrygujących tematów, które zapadłyby na dłużej w pamięci. Być może była oznaką stopniowego wyczerpywania się weny twórczej, bo przecież później saksofonista nie nagrał już żadnego znaczącego albumu.

Na koniec wykaz najciekawszych albumów, na których gościnnie udzielał się Kohsuke Mine. Najbardziej znaczące zostały wyboldowane. Do tej pory o żadnym z tych wydawnictw jeszcze nie pisałem (nie licząc "Masabumi Kikuchi With Gil Evans"). Na pewno poświęcę im sporo miejsca, bo niektóre z nich to jazda obowiązkowa dla każdego fana japońskiego jazzu.

Motohiko Hino – First album - 1970
Masabumi Kikuchi Sextet – Re-confirmation – 1970
Masabumi Kikuchi Sextet – Poo-Sun – 1970
Masabumi Kikuchi Sextet/Sadao Watanabe Quartet – Collaboration – Part I – 1970
Masabumi Kikuchi Sextet/Sadao Watanabe Quartet – Collaboration – Part II – 1970
Hideto Kanai Group – Q - 1971
Masabumi Kikuchi – In concert - 1971
Masabumi Kikuchi – Hairpin circus/A short story for image (Soundtrack) – 1972
Masabumi Kikuchi, Gil Evans ‎– Masabumi Kikuchi With Gil Evans - 1972
Masabumi Kikuchi - End for the beginning – 1973
Sadao Watanabe – Open road - 1973
Masabumi Kikuchi – East wind – 1974
Joe Henderson And Kikuchi, Hino ‎– In Concert - 1974
Terumasa Hino – Hip seagull - 1978



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (8 )

AKIRA ISHIKAWA


Ważna postać na japońskiej scenie jazzowej. Ishikawa nagrywał bardzo różnorodne płyty pod względem stylistycznym. Jeżeli na początku trafi się na pozycję, która nie będzie nam odpowiadać, biorąc pod uwagę indywidualne preferencje, można się mocno zrazić. W dyskografii Ishikawy znajdziemy płyty z muzyką o dość rozrywkowym charakterze (Akira Ishikawa and the Gentures), mocno przesiąknięte elementami afrykańskimi („Uganda – Dawn of African Rock”), ciążące w stronę avant fusion („Electrum”) i bardziej konwencjonalnego funk/jazz-rocka („Get up!”). Największe sukcesy artystyczne odnosił perkusista z formacją Akira Ishikawa & Count Buffalos. To właśnie z nią nagrał swoje magnum opus „Electrum” – jeden z najlepszych albumów w historii jazzu elektrycznego w Japonii. Warto wspomnieć także o jego współpracy z The Freedom Unity, z którym zarejestrował bardzo udany album „Down by the naked city” (1971).


Count Buffalo & The Jazz Rock Band – Rock & Soul (1969)

Projekt Ishikawy, któremu udało się zgromadzić wokół siebie znakomitych jazzowych instrumentalistów. Dziwna to płyta. Mocno eklektyczna i nierówna. Słychać, że band jest dopiero na drodze w poszukiwaniu własnej tożsamości. Czasami penetruje obszary bliskie ówczesnej jazzowej awangardzie, by po chwili zaskoczyć staroświeckimi fakturami orkiestry smyczkowej. Na albumie znalazły się dwa covery The Beatles („Michelle” i „Hey Jude”). Szczególnie zaskakuje ten drugi, gdyż artyści przedstawili go w wersji… free jazzowej. Dominują krótkie, zwarte kompozycje, co w przypadku grupy Ishikawy już wkrótce radykalnie się zmieni. W sumie niezła to płytka, jednak następna przyniesie zaskakujący skok jakościowy.


Akira Ishikawa & Count Buffalos – Electrum (1970)

W latach 70-tych japoński jazz prezentował naprawdę bardzo przyzwoity poziom. Czasami powstawały płyty wręcz wybitne i właśnie „Electrum” jest jedną z nich. Zawiera wręcz piorunującą mieszankę wczesnego fusion z elementami psychodelii z domieszką free jazzu. Pierwszą stronę wypełnił w całości utwór tytułowy. Naprawdę jest tu na czym zawiesić ucho – świetne improwizacje, brawurowe partie solowe poszczególnych muzyków. W zasadzie trudno jest kogokolwiek wyróżnić – wszyscy prezentują wysoki poziom wykonawczy. Uwagę zwraca także nowoczesny język muzyczny – złożone harmonie, mocno dysonansowa faktura, zróżnicowane, nieregularne rytmy. Zdecydowanie bliżej tej muzyce do odmiany fusion w stylu „Bitches brew” niż formom fuzji, które uskuteczniały na swoich pierwszych płytach zespoły w rodzaju Colosseum, Chicago czy też Blood, Sweat and Tears. Druga strona bynajmniej nie jest wcale gorsza. Zaczyna się od mocno odjechanego, free jazzowego „Revulsion”. Potem, w ramach oddechu, czeka na nas „Speak under my breath”, cechujący się wysublimowaną tkanką dźwiękową i urokliwa melodyką. Płytę zamyka „The eyebrow”, kawał soczystego grania w konwencji fusion. Moim zdaniem jest to jeden z najwybitniejszych albumów fusion nagranych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Absolutna jazda obowiązkowa dla zwolenników takiego grania.


Akira Ishikawa Count Buffalo Jazz and Rock Band - Bakishinba - Memories of Africa (1970)

No cóż, takie płyty, jak „Electrum” nie nagrywa się codziennie. W tym wypadku muzycy wyraźnie zapragnęli jednak nagrać coś bardziej przystępnego. Jest to w zasadzie taki typowy jazz-rock, pozbawiony eksperymentalnych eksploracji. Tylko w najdłuższym utworze na płycie „Bakishinba” saksofonista Takeru Muraoka uderza niespodziewanie w bardziej free jazzowe rejony. Wbrew tytułowi nie mamy na tym krążku specjalnie dużo afrykańskich naleciałości muzycznych. W zasadzie tylko brzmienie niektórych perkusjonaliów może czasami przywodzić skojarzenia z muzyką z Czarnego Lądu. Płytka jest całkiem niezła, dlatego warto o niej wspomnieć przy okazji prezentacji dokonań tej formacji.


Akira Ishikawa & Count Buffalos – Get up! (1975)

Ishikawa po próbach eksploracji muzyki afrykańskiej powraca do konwencji zbliżonej do jazz-rocka. „Uganda” (1972) nie została uwzględniona w przewodniku, ponieważ nie ma w zasadzie nic wspólnego z jazzem. Może zainteresować osoby poszukujące fuzji rocka z muzyką afrykańską – dużo jest na tym krążku rytualnego bębnienia, wymieszanego z psychodelicznym, a czasami wręcz heavy-rockowym uderzeniem. „Get up!” zawiera materiał względnie homogeniczny w sferze stylistycznej. Są na tym albumie soczyste utwory jazz-rockowe, zagrane niezwykle dynamicznie z ciekawymi partiami solowymi. Do tych najbardziej udanych można zaliczyć przede wszystkim tytułowego openera i „Painted paradise”. Pojawiają się także rzeczy nieco bardziej miałkie, jak choćby sztampowy „Heated point”, mocno podszyty funkiem. W sumie „Get up!” jest to pozycja dość udana. Nie jest przeznaczona ani dla zwolenników awangardy, ani dla fanów smooth jazzu. Ot, solidny jazz-rock z elementami funky.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (9)


HIROMASA SUZUKI


Bardzo ciekawa postać. Suzuki to jeden z najlepszych japońskich pianistów jazzowych. Pod koniec lat 60-tych i w kolejnej dekadzie był zaangażowany w wiele bardzo interesujących projektów muzycznych. Warto wspomnieć o tych najważniejszych. W 1969 roku zagrał na płycie Terumasa Hino „Hi-Nology”, jednym z fundamentalnych albumów dla wczesnego fusion w Kraju Kwitnącej Wiśni. W kolejnych latach niejednokrotnie współpracował z inną prominentną postacią na japońskiej scenie jazzowej – Akira Ishikawą. To właśnie z nim nagrał „Electrum” – jeden z klejnotów japońskiego jazzu elektrycznego. W pierwszej połowie lat 70-tych Suzuki przedstawił własną wersję jazz-rocka z elementami world music na takich płytach, jak „Rock joint biwa” (1972) i „Rock joint cither” (1973). Obydwie nie pozbawione oryginalnych elementów stanowią reprezentatywny przykład dla japońskiego fusion. Suzuki współpracował także z The Freedom Unity, z którym zarejestrował bardzo udany album „Down by the naked city” (1971). Nie stronił od jazzu akustycznego, czego świadectwem są takie krążki, jak „Colgen world” (1976) i „Primrose” (1978).


Hiromasa Suzuki – Kumikyoku Furukotofumi (Rock Joint Biwa) – 1972

To, co różni ten album od wielu innych to fakt, że artyście udało się sporządzić dość oryginalny ekstrakt jazzu i rocka, w który umiejętnie wpleciono elementy muzyki japońskiej. Jej dalekowschodni koloryt uwypuklają dźwięki wadaiko i przede wszystkim biwy. W rezultacie otrzymaliśmy coś na kształt świeżej odmiany etnicznego fusion, który trudno jest zestawić z podobnymi projektami tego typu, pojawiającymi się choćby w krautrocku. Muzyka Suzukiego nie ma charakteru eksperymentalnego. Jazz-rockowy trzon wykazuje podobieństwo do bardziej mainstreamowych odmian tego gatunku. Utwory są z reguły krótkie i zwarte, jednak treściwe. Pianista zadbał o urozmaicenie w sferze aranżacyjnej i kolorystycznej, co sprawia, że muzyki słucha się z dużą przyjemnością. Pozycja ze wszech miar godna polecenia.


Hiromasa Suzuki – Silk Road – Rock Joint Cither (1973)

Na swoim drugim albumie Suzuki kontynuuje poszukiwania zapoczątkowane na debiutanckim krążku. Słychać jednak także pewne różnice i zmiany akcentów. Na pewno jest to dalszy krok w stronę większego zelektryfikowania instrumentarium. Pewnej modyfikacji uległa także faktura brzmieniowa, co jest związane z nieco innym instrumentarium. Przede wszystkim nie ma już biwy, zanikają także wpływy klasycznej muzyki japońskiej. W większym stopniu wyeksponowana została sekcja dęta. Bodaj najistotniejszą zmianą jest jednak obecność sitaru, który obok elektrycznego fortepianu lidera jest najbardziej wyeksponowanym instrumentem na tej płycie. W rezultacie otrzymaliśmy ciekawą odmianę fusion z elementami muzyki hinduskiej. Muzyka, którą proponuje Suzuki jest dość ambitna, w każdym bądź razie na pewno odległa od komercyjnych miazmatów. W niektórych utworach słychać wpływy mainstreamowego jazzu. Wyjątek stanowi „Kamigami no sakebi”, utrzymany w dość ortodoksyjnej konwencji free jazzowej. Kolejny bardzo udany album artysty.


Hiromasa Suzuki – High flying (1976)

Suzuki decyduje się zdecydowanie zapuścić w rejony bardziej skonwencjonalizowanego fusion. Muzyka ma w sumie dość rozrywkowy charakter. Sekcja rytmiczna mocno funkuje. W kilku utworach pojawiają się nawet żeńskie wokalizy, dzięki którym muzyka ma jeszcze bardziej przystępny charakter. Wadą tej płyty jest fakt, iż Suzuki zatracił oryginalną wizję ze swoich pierwszych dwóch albumów. Muzyka z „High flying” niczym specjalnym nie wyróżnia się na tle dziesiątek podobnych propozycji. W kategorii lekkiej odmiany fusion jest jednak pozycją cenioną i niejednokrotnie wysoko ocenianą, dlatego uznałem, że w ramach poszerzania ram stylistycznych przewodnika powinna się tu jednak znaleźć.


Hiromasa Suzuki – Colgen world (1976)

Ponieważ najpierw poznałem jego płyty „elektryczne”, gdy usłyszałem „Primrose” z 1978 roku doszedłem do wniosku, że Suzuki, podobnie jak wielu, zmienił front i powrócił do grania na modłę mainstreamową. Tymczasem okazało się, że już w 1976 roku nagrał „Colgen world”, trudno więc zarzucić mu koniunkturalizm. Być może on także, jak wielu innych muzyków jazzowych w tych czasach, zatęsknił za „akustycznymi” klimatami. „Colgen world” zostało nagrane w składzie trzyosobowym – klasyczne trio fortepianowe. W sensie stylistycznym muzyka bez reszty jest zanurzona w konwencji post-bopowej. Nie ma w niej żadnych naleciałości ani awangardowych, ani jazz-rockowych, a przecież, jak wiadomo, w przypadku tego artysty drzewiej wyglądało to zgoła inaczej. Na płycie warto wyróżnić niezwykle dynamiczny i ekspresyjny „Ode to Na-Me”, kojarzący się nieco z dokonaniami McCoy Tynera. Urokliwa jest także subtelna ballada „Love”, potwierdzająca zmysł melodyczny artysty. Pozostałe kompozycje prezentują solidny poziom, jednak brakuje im błysku, nośnych tematów, czy też przykuwających uwagę partii solowych.


Hiromasa Suzuki – Primrose (1978)

W 1977 roku Suzuki nagrał sztampowy album w konwencji fusion „Skip step Colgen”, który zdawał się świadczyć o tym, że muzyk najlepsze lata ma już za sobą. „Primrose” jest świadectwem odzyskania weny twórczej oraz przykładem tego, że artysta nie dał się uwieść w pełni komercyjnej odmianie fusion. „Primrose” wpisuje się dość znamiennie w ówczesne zmiany na scenie jazzowej, spowodowane w niemałym stopniu działalnością V.S.O.P. Suzuki po latach poruszania się po „elektrycznych ścieżkach” postanowił sprawdzić się w konwencji klasycznego jazzu. Dokładnie mamy tu do czynienia z triem fortepianowym. Jak mu poszło? Ano całkiem nieźle. Jest to rasowy jazz akustyczny. Suzuki zręcznie łączy zmysł improwizatorski z dość chwytliwą melodyką swoich partii fortepianowych. Nie ma może jakiegoś własnego, od razu rozpoznawalnego stylu, jednak rekompensuje to bardzo dobrym warsztatem. W jego grze nie ma jakichś ekwilibrystycznych popisów. Artysta dba o harmonijne połączenie formy z treścią i wychodzi mu to całkiem nieźle. Wyróżniające utwory: „Hornet” i „Dis-charge” – to w nich w największym stopniu skupiają się te zalety, o których pisałem powyżej. Solidna płyta.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (10)


SHUKO MIZUNO


Ponownie skupię się na twórczości tylko jednego wykonawcy. Będzie to postać znana głównie ze świata muzyki poważnej. Chodzi o Shuko Mizuno, który w Japonii uważany jest za jednego z bardziej reprezentatywnych przedstawicieli muzyki współczesnej w jej bardziej awangardowym wydaniu. Dorobek Mizuno jest bardzo bogaty. Tworzył symfonie, poematy symfoniczne, muzykę kameralną, elektroniczną, utwory na taśmę. Jego magnum opus jest „Symphonic metamorphoses”, utwór pod każdym względem gigantyczny – w czasie jego wykonania potrzebnych jest aż dziesięciu dyrygentów, ponieważ jest przeznaczony na 700-osobowy aparat wykonawczy. Utwór trwa, bagatela, 190 minut. Napisanie go zajęło Mizuno 26 lat. Podobno do tej pory był wykonany publicznie tylko raz. W latach 60-tych i 70-tych japoński kompozytor był zafascynowany jazzem. Popełnił wówczas kilkanaście utworów w tej konwencji. Stąd jego obecność w naszym cyklu. Wybrałem bodaj trzy najciekawsze.


Shuko Mizuno, Toshiyuki Miyama & The New Herd Plus All-Star Guests ‎– Shuko Mizuno's Jazz Orchestra '73 (1973)

Jako że Mizuno preferował często w swojej twórczości kompozycje na duży aparat wykonawczy, nie inaczej było w przypadku jego flirtu ze światem jazzu. W tym przypadku doszło do kolaboracji z Toshiyuki Miyamą i jego awangardowym big bandem. Album wypełniły dwie rozbudowane kompozycje. Pierwsza „Drive, drive, drive!” udatnie łączy konwencje post-bopową z free jazzem. Utwór skonstruowany jest w ten sposób, że na przemian pojawiają się partie big bandu i solówki poszczególnych muzyków. Z kolei drugi „Blues, autonomy, drive, chaos” jest bardziej urozmaicony w sferze dynamicznej i stylistycznej. Jego pierwsza część może nieco kojarzyć się z twórczością Mingusa z okresu „The Black Saint and the Sinner Lady”, przy czym dzieło Mizune bardziej grawituje w stronę free. Środkowa część przynosi uspokojenie, pojawia się wówczas repetytywna partia organów, przywodząca skojarzenia z minimalistyczną muzyką Terry’ego Rileya. Finał to powrót do dynamicznych zbiorowych improwizacji w duchu free. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, jednak jeśli ktoś gustuje w takich klimatach to warto spróbować.


Shuko Mizuno, Toshiyuki Miyama & The New Herd Plus All-Star Guests ‎– Shuko Mizuno's Jazz Orchestra '75 (1975)

Kolejna próba Mizuno zmierzenia się z idiomem jazzowym. Płytę wypełniła w całości blisko trzydziestominutowa kompozycja podzielona na dwie części. Jest to już nieco inna muzyka. Część pierwsza tak bardzo nie odbiega jeszcze od jego poprzedniej jazzowej propozycji. To w zasadzie taka mieszanka mainstreamu i free jazzu w big bandowym wcieleniu. Kiedy muzycy zapuszczają się w rejony free nie są one już jednak tak drapieżne i radykalne, jak na poprzednim krążku. Druga część kompozycji jest niemałym zaskoczeniem. W zasadzie niemal zupełnie zanikają free jazzowe klimaty, natomiast robi się mocno… funkowo. Szczególnie gra sekcji rytmicznej jest tego dobitnym potwierdzeniem. Podobnie jak na pierwszej stronie winyla muzyka jest niezwykle dynamiczna i ekspresyjna. W tym miejscu chciałbym wyrazić pewne zastrzeżenie. Biorąc pod uwagę całość kompozycji, brakuje mi w niej urozmaicenia w szeroko pojętej warstwie fakturalnej. Z muzyki emanuje często niesamowity ogień, jednak brakuje na przykład miejsca na oddech, wiele patentów aranżacyjnych zbyt często się powtarza. Wszystko oscyluje na podobnym poziomie dynamicznym i agogicznym. Summa summarum – pozycja na pewno ciekawa, jednak wyżej cenię sobie jego wcześniejszy album.


Shuko Mizuno - The World of Shuko Mizuno - Live in 5 Days In Jazz '76 (1976)

Tym razem kompozytor zaproponował trzy utwory o odmiennym charakterze. Szczególnie otwierający płytę, ponad trzynastominutowy „Dum” zasługuje na uwagę. Pierwszą część kompozycji wypełniają eksperymentalne dźwięki elektrycznego fortepianu i syntezatora, które z lekka mogą kojarzyć się z dźwiękowymi eksploracjami Sun Ra. Stopniowo dochodzi coraz więcej dęciaków, grających w dość ortodoksyjnej manierze free jazzowej. Długie crescendo doprowadza w finale do diabolicznej kulminacji – potężne, kakofoniczne masy dźwięków dosłownie wbijają w fotel słuchacza. Najkrótszy na płycie „Concentration” wypełniają partie solowe saksofonu, trąbki i elektrycznych skrzypiec w konwencji nowoczesnego post-bopu, przy czym gra sekcji rytmicznej jest mocno funkowa. Zajmujący całą drugą stronę płyty „Jazz Orchestra ’75 part II” jest kontynuacją rozbudowanej formy z poprzedniej płyty. W sensie stylistycznym nie przynosi niczego nowego. Brak w nim nawiązań do jazzowej awangardy, dominuje wyraźnie granie w konwencji mainstreamowej. Utwór cechuje się ogromną ekspresją i dynamiką, podobnie jednak jak jego pierwsza część razi nieco monotonią środków wyrazu. Szkoda, że cały album nie jest na poziomie „Dun”, wówczas byłaby to pozycja bardzo znacząca, niemniej i tak warta jest poznania.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (11)


TERUO NAKAMURA


Nakamura jest jedną z najbardziej znanych postaci na japońskiej scenie fusion. Niekoniecznie jednak jedną z najwybitniejszych. Zawsze był blisko związany z jazzem amerykańskim. Jeszcze jako młody chłopak wyjechał do Nowego Jorku, gdzie udało mu się zakotwiczyć w zespole znanego perkusisty Roya Haynesa. Nakamura zdobywał doświadczenie grywając z różnymi młodymi muzykami jazzowymi, takimi jak Lenny White i Steve Grossman. W kolejnych latach potrafił te znajomości dobrze zdyskontować, bowiem ci uznani artyści grywali gościnnie na jego płytach solowych. Basista zawsze trzymał się blisko bardziej rozrywkowych odmian fusion. Jego muzyka wpisywała się w nurt, który często był krytykowany za zbyt dalekie odejście od źródeł jazzu i nadmierne schlebianie pospolitym gustom słuchaczy. Takie bardziej melodyjne i przystępne granie trafiało jednak na podatny grunt – jego trzeci album solowy „Manhattan special” dotarł do 19 miejsca na U.S. Billboard Jazz Charts.


Teruo Nakamura – Unicorn (1973)

Debiutancki album kontrabasisty to w zasadzie taki towar eksportowy japońskiego jazzu. To jedna z bardziej znanych płyt z Kraju Kwitnącej Wiśni. Pamiętam, że gdy przed laty zaczynałem eksploracje japońskiego jazzu to właśnie ten album Nakamury napatoczył mi się, jako jeden z pierwszych. Artyście udało się zaprosić do studia grupę amerykańskich jazzmanów z najwyższej półki (Steve Grossman, George Cables, Alphonse Mouzon). Ponadto udzielają się mniej znane postacie z japońskiego światka jazzowego. Trzonem stylistycznym tego albumu jest post-bop, silnie okraszony elementami fusion. Pojawiają się także dwa kawałki wokalne, choć trudno nazwać je piosenkami. Wyróżnia się pierwsza z nich „Understanding”, zaśpiewana nienagannie przez Sandy Hewitt. Słuchając tego krążka ma się nieodparte wrażenie, że Nakamura starał się pogodzić na nim swoje artystyczne aspiracje z wymogami rynku. To w sumie jego najambitniejsza propozycja. W następnych latach, sądząc po zawartości płyt, oczekiwania rynku płytowego stawały się dla nieco coraz bardziej istotne, co miało niestety wpływ na poziom muzyki.


Teruo Nakamura – Rising sun (1976)

Minęły trzy lata od debiutanckiego krążka artysty i słychać wyraźnie, że od tamtej pory klimat muzyczny uległ pewnym przewartościowaniom. Jazz elektryczny stopniowo coraz bardziej się upraszczał, czego ta płyta jest także namacalnym dowodem. W latach 70-tych w muzyce Nakamury pierwiastka jazzowego będzie z roku na rok coraz mniej. Na „Rising sun” mało jest już post-bopu, który został wyparty przez dość lekką odmianę fusion z elementami funky. Zauważalna jest także postępująca elektryfikacja brzmienia, czego dalszym potwierdzeniem będzie kolejny album „Manhattan special” (1977). Nie powiem, aby takie granie specjalnie mnie kręciło, jednak ten krążek ma także swoich zwolenników. Ot, lekkie fusion, dalekie od wybitności.


Teruo Nakamura – Manhattan special (1977)

Kolejny krok w stronę muzyki rozrywkowej. Fan wyrafinowanego fusion raczej nic dla siebie na tym krążku nie znajdzie. Nakamura wyraźnie stara się kłaść większy nacisk na tkankę melodyczną, partiom instrumentalnym brak jazzowej zadziorności, dzięki czemu są bardziej przystępne. Od czasów „Unicorn” sporo zmieniło się także w warstwie rytmicznej – wyraźnie dominują proste, parzyste podziały. W niektórych utworach słychać echa ówczesnej twórczości Hancocka (np. kłania się „Man-child”), choć muzyka Nakamury jest jeszcze łatwiejsza w odbiorze. Jeśli komuś spodobała się płyta „Rising sun” z tą może być podobnie. Na rynku japońskim w kategorii pop/jazz elementami funky jest to pozycja znacząca, choć swojej poprzedniczce nie dorównuje.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (12)


Hozan Yamamoto ‎– Silver world (1977)


Muzyka została zarejestrowana pod koniec 1970 roku, jednak ukazała się dopiero w 1977. Głównym instrumentem na płycie jest shakuhachi, czyli japoński flet prosty wykonany z bambusa. Gra na nim lider tego projektu Hozan Yamamoto. Niemal całą muzykę skomponował doskonały pianista Masabumi Kikuchi, który zresztą udziela się na tym albumie. To bardzo subtelny i wyciszony album. Czasami nieomal muzyka ciszy. Najprościej rzecz biorąc mamy tu przykład syntezy jazzu modalnego z klasyczną muzyką japońską, czasami słychać także pewne wpływy free w łagodnej formie. Fortepian, kontrabas i perkusja wyraźnie łączą się z tradycją jazzu, natomiast gra Yamamoto i brzmienie jego instrumentu to właśnie część tradycji japońskiej. Płyta spokojnie mogłaby ukazać się w wytwórni Manfreda Eichera, słychać bowiem na niej wiele charakterystycznych wyznaczników ECM-owskiego stylu.


Hozan Yamamoto – The suite for shakuhachi (1975)

Jeden z najbardziej znanych albumów w dorobku tego niedawno zmarłego muzyka. Płytę wypełnia w całości podzielona na dwie części improwizowana kompozycja „Bamboo suite: improvisation”. Obok shakuhachi, na którym gra lider pojawia się trio fortepianowe. Zdecydowanie najważniejszym instrumentem jest jednak bambusowy flet lidera. Pozostali muzycy ograniczają się w zasadzie do akompaniamentu, z rzadka ich partie znajdują się na pierwszym planie. Muzyka ma medytacyjny charakter, nie dzieje się w niej zbyt wiele. Obydwie części mają dość podobną narrację i formę. Pierwsze minuty to niemal muzyka ciszy. W tym czasie jest niezwykle spokojna i wyciszona, nieledwie impresjonistyczna. Dopiero po kilkunastu minutach stopniowo przybiera charakter ożywionych i wyswobodzonych improwizacji jazzowych. Nie trwają one jednak zbyt długo i z wolna muzyka ponownie pogrąża się w ciszy. Gdybyśmy chcieli określić jakoś ogólnie stylistykę tego wydawnictwa to myślę, że można by go wrzucić do szufladki „etniczny jazz”. Jego głównymi komponentami są: tradycyjna muzyka japońska i mainstreamowy jazz, podążający czasami nieco w stronę free.


Isao Suzuki Trio/Quartet – Blow up (1973)

Jeden z bardziej cenionych albumów w dorobku tego kontrabasisty i wiolonczelisty. Wprawdzie nie jest to moja bajka, ale w zestawie chyba powinien się znaleźć, bo ma swoich zwolenników. Większość płyty wypełniają utwory utrzymane w typowo mainstreamowej konwencji, zwolennikom bardziej nowoczesnego grania mogą wydać się nawet zanadto staroświeckie. Ano właśnie, jak na 1973 rok trochę zalatuje to jednak naftaliną, co, paradoksalnie, dla niektórych fanów jazzu może być także zaletą. Jak zawsze jest to kwestia indywidualnych preferencji. Na płycie mocno wyeksponowane zostały partie lidera. Suzuki nie jest typem artysty, który na swoich autorskich przedsięwzięciach chowa się w tle, dając dużo pograć zaproszonym muzykom. Na szczęście nie popada pod tym względem w przesadę. Oryginalnym rysem tego wydawnictwa są właśnie partie solowe Suzukiego na wiolonczeli, co nie jest częstym zjawiskiem na płytach jazzowych.


Isao Suzuki And The New Family – The Thing (1979)

Przy niektórych pozycjach miałem dylemat czy powinny znaleźć się w tym zestawie, bo w gruncie rzeczy niczego szczególnie wybitnego na nich nie ma. „The thing” jest właśnie jedną z nich. Suzuki postanowił nagrać mocno zelektryfikowaną płytę, co jest dla niego dość nietypowe, bowiem wcześniej preferował wyraźnie akustyczne klimaty. Dominuje fusion, aczkolwiek wyraźne są także odwołania do estetyki straight-ahead, czasami słychać także naleciałości latynoskie. Jak na końcówkę dekady nie jest to na szczęście aż tak bardzo uproszczone i skomercjalizowane, jak, nie przymierzając, Spyro Gyra. Zdecydowanie wyróżnia się kompozycja tytułowa, trwająca ponad jedenaście minut. To solidna dawka soczystego fusion, okraszona ciekawymi partiami solowymi. Niezły jest także „Crystal hills”. Pozostałe utwory są już nieco bardziej konwencjonalne. Zostały nazbyt wygładzone i przesłodzone, co sprawia, że niebezpiecznie grawitują w stronę pop/jazzu. „The thing” nie jest z pewnością pozycją kanoniczną. Ot, ciekawostka z końca lat 70-tych, niemniej można na niej znaleźć przynajmniej kwadrans dość zajmującej muzyki.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (13)


KAZUMI WATANABE


Jest to na tyle znany artysta, że właściwie żaden wstęp nie jest tu specjalnie potrzebny. Watanabe jest jednym z tych japońskich muzyków jazzowych, którzy zdołali odnieść sukces międzynarodowy. Nagrywał z wieloma uznanymi postaciami ze świata jazzu (Wayne Shorter, Steve Gadd, Marcus Miller) i rocka (Bill Bruford, Patrick Moraz, Tony Levin). Wybierając jego najbardziej reprezentatywne dokonania świadomie skupiłem się na latach 70-tych. W tym okresie w jego muzyce najwięcej było pierwiastków stricte jazzowych. Pominąłem te późniejsze, bodaj najbardziej popularne i najlepiej kojarzone przez fanów rocka – „Kylyn” (1979) i „Spice of life” (1987). To pozycje na tyle znane, że nie ma chyba sensu przybliżać ich w tym cyklu, z założenia dość niszowym.


Kazumi Watanabe – Infinite (1972)

Debiutancki album gitarzysty, który w momencie, gdy rejestrował te nagrania miał zaledwie 17 lat! Nie jest to oczywiście jeszcze do końca przemyślana i dojrzała propozycja muzyczna, niemniej słychać na niej przebłyski bardzo interesującego grania. Szczególnie pierwsza strona winyla może się podobać. Niespełna jedenastominutowa kompozycja tytułowa to ciekawa wersja avant fusion. Pobrzmiewają w niej nieco echa davisowskiego „Bitches brew”. Watanabe objawia się w niej jako nadspodziewanie dobry instrumentalista, zważywszy na młody wiek. W utworze aż roi się od skomplikowanych spiętrzeń harmonicznych i złożonych, gęstych rytmów. Pozostałe nagrania mają już bardziej tradycyjny charakter, choć w „Cortly” i „Isotope” także nie brakuje bardziej odjechanych fragmentów. „Infinite” brakuje spoistości, czego najlepszymi przykładami są zamykające album „Blue bossa” i „Here that rainy day”. Ten pierwszy nawiązuje do bossa novy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że pewnym dysonansem w stosunku do reszty płyty jest bardzo tradycyjnie brzmiący saksofon Takao Uematsu. W sumie „Infinite” to niezły album. Szkoda, że gitarzyście nie udało się utrzymać poziomu na drugiej stronie płyty winylowej, gdzie panuje zbyt duży chaos stylistyczny, natomiast samym komozycjom także brakuje jakości.


Kazumi Watanabe ‎– Endless way (1975)

Pierwszy znaczący album w dorobku artysty i zapewne jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek nagrał. Gitarzysta w tym okresie był jeszcze dość mocno przywiązany do tradycji mainstreamowego jazzu, choć na „Endless way” sporo jest także elementów fusion. Zdecydowanie wyróżniają się dwa utwory, spinające ten album klamrą. Otwiera go, trwający niemal kwadrans „On the horizon” - crème de la crème tego wydawnictwa. Pierwsze dźwięki to subtelne intro na gitarze akustycznej, potem już cały kwintet serwuje nam główny temat melodyczny kompozycji. Kolejne niemal dziesięć minut to stylowe partie solowe na puzonie, saksofonie sopranowym i gitarze.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna


Ostatnio zmieniony przez mahavishnuu dnia 07.01.2021, 15:28, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4375
Skąd: Opole

PostWysłany: 07.01.2021, 15:14    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

KAZUMI WATANABE (2)

Kazumi Watanabe – Milky shade (1976)


„Milky shade” jest zdecydowanym krokiem w stronę homogenicznego fusion. Przynosi mocno zelektryfikowane brzmienie (bass, gitara, elektryczny fortepian). Tym razem nie pojawiają się żadne dęciaki, które na „Endless way” odgrywały dość istotną rolę. Na szczęście Watanabe nie rezygnuje z ambicji. Kompozycje z płyty zachowują w wielu miejscach wyrafinowanie rytmiczno-harmoniczne typowe dla jazzu. Jedynym uproszczonym utworem pod tym względem jest „Mirrors”, oparty w dużej mierze na prostych, parzystych rytmach. Jednak i w nim odnajdziemy sporo wysublimowanego jazzowego frazowania. Watanabe dobrze czuje się w szybkich i dynamicznych utworach i to one w dużym stopniu przykuwają uwagę („Wonderland”, „Cyclone”). Płyta zawiera tylko cztery utwory, każdy z nich trwa zazwyczaj ponad dziesięć minut. Stwarza to dogodne możliwości do długich popisów solowych, których faktycznie na tym albumie nie brakuje. Pod względem formalnym utwory nadal w dużym stopniu zachowują cechy typowe dla klasycznego jazzu. Po ekspozycji głównego tematu następują partie solowe poszczególnych instrumentalistów, zwieńczone repetycją głównego tematu melodycznego. Jeżeli chodzi o wspomniane solówki to prym wiodą w nich Watanabe oraz grający na elektrycznym fortepianie Fumio Karashima. Kolejne udane wydawnictwo w dorobku gitarzysty.


Kazumi Watanabe – Olive’s step (1977)

Na swój sposób jest to album przełomowy w dorobku gitarzysty. Odchodzi na nim niemal zupełnie od ambitniejszych form jazzowych, kierując się w stronę coraz bardziej przystępnego jazz-rocka. „Olive’s step” został zrealizowany ponownie w kwartecie, przy czym niektórzy instrumentaliści pojawiają się tylko w kilku utworach. Tak jest choćby w przypadku keyboardzistów – na pierwszej stronie winyla udziela się Ryuichi Sakamoto, natomiast na drugiej mniej znany Hiroshi Matsumoto. Na poprzednich płytach Watanabe preferował długie utwory, tymczasem na „Olive’s step” takowych w zasadzie nie ma. Najdłuższy „Mellow sunshine” nie trwa nawet siedmiu minut. Bardziej zwartej formie kompozycji towarzyszy także wyraźne uproszczenie tekstur rytmicznych i harmonicznych. Watanabe nie rezygnuje wprawdzie zupełnie z bardziej wyrafinowanego grania, jednak w znacznie większym stopniu niż kiedyś kładzie nacisk na melodykę i przystępność swojej muzyki. W zestawie dominują autorskie kompozycje gitarzysty, choć jest także słynny jobimowski temat „Dindi”. Wersja Watanabe niczym szczególnym nie zachwyca. Znacznie ustępuje interpretacjom, choćby takich artystów, jak Wayne Shorter („Super Nova”) i Flora Purim („Butterfly dreams”). W sumie „Olive’s step” to niezła płyta. Ot, taki względnie prosty jazz-rock, nie wymagający pełnego skupienia w czasie słuchania.


Kazumi Watanabe – Lonesome cat (1978)

Sześć miesięcy po nagraniu „Olive’s step” gitarzysta ponownie wchodzi do studia, aby zrealizować kolejny album. Tym razem w zupełnie innej konfiguracji personalnej. Udało mu się zaprosić kilku muzyków z najwyższej półki. Na fortepianie gra George Cables, za bębnami zasiadł Lenny White, ponadto w dwóch utworach udziela się także kontrabasista Cecil McBee. Słuchając tej płyty ma się nieodparte wrażenie, że artysta w ramach tej konwencji nie mu już nam zbyt wiele do zaoferowania. „Lista płac” nie przełożyła się niestety na poziom wydawnictwa. Owszem, jest to bardzo solidne fusion, zagrane nienagannie, jednak w wielu miejscach kompozycje rażą sztampą. Po ich wysłuchaniu w zasadzie niewiele pozostaje w głowie. Wyróżniają się dwa najdłuższe utwory na płycie – akustyczny „Aqua beauty” i „Blackstone”. Nie jest to jednak żadna rewelia. Ot, przyjemna mocno jazzująca muzyka. „Lonesome cat” można polecić osobom, które nie gustują w tych bardziej zakręconych odmianach fusion. Podobnie jest w przypadku kolejnego wydawnictwa artysty „Mermaid boulevard” (1978).



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (14)


RYO KAWASAKI


Kawasaki to jeden z najbardziej znanych muzyków okołojazzowych z Japonii. Patrząc jednak na jego dorobek mam poważne wątpliwości czy można go zaliczyć do grona tych najwybitniejszych. Początki miał bardzo obiecujące – jako młody gitarzysta brał udział w różnych ciekawych projektach muzycznych, był zapraszany na sesje nagraniowe przez uznanych artystów jazzowych z Japonii. Po przyjeździe do Nowego Jorku szybko wyrobił sobie dobrą markę. Regularnie na swoje płyty zapraszał go sam Gil Evans. Kawasaki był jednym z pierwszych muzyków jazzowych z Japonii, któremu udało się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią płytową. Regularnie wydawał płyty autorskie i właściwie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jego muzyka dość szybko zaczęła przybierać coraz bardziej pospolity charakter. Słuchając jego nagrań z lat 70-tych możemy zainteresować się jego gitarowym kunsztem, z pewnością nieprzeciętnym, jednak w sferze kompozytorskiej powodów do zachwytu jest już znacznie mniej. Kawasaki, jako jeden z pierwszych grał na syntezatorze gitarowym. Sam zresztą w 1979 roku stworzył własny model takiego instrumentu.


Ryo Kawasaki – Prism (1975)

Kilkanaście miesięcy po przybyciu do Stanów Zjednoczonych Kawasaki nagrał swój album „Prism”, który z perspektywy czasu można uznać za zdecydowanie jeden z najlepszych w jego dyskografii. W nagraniach w nowojorskim studiu wspomagali go amerykańscy muzycy sesyjni. Kawasaki nagrał płytę utrzymaną zdecydowanie w konwencji jazz-rockowej, choć miejscami pojawiają się także elementy funku, blues-rocka (miniaturka „Sun”) i elektronicznej muzyki eksperymentalnej (intro do „Nogie”). Ciężar gry spoczywa głównie na dwóch muzykach. Pierwszym jest oczywiście Ryo, którego solówki gitarowe są ważną częścią składową praktycznie każdej kompozycji. Istotną rolę odgrywa także keyboardzista Phil Clendeninn (Fender Rhodes, syntezator ARP Odyssey, ARP String Ensemble, klawinet). Na „Prism” mamy generalnie duże nasycenie klawiszami. Jeśli ktoś lubi brzmienie poczciwych analogowych syntezatorów to na tym albumie można się nimi upajać do woli, choć Clendeninn nie jest może magiem klawiatury. Przyjemna płyta.


Ryo Kawasaki – Eight mile road (1976)

Po dość udanym „Prism” ten krążek jest dla mnie pewnym rozczarowaniem. Skład personalny podobny, jak na poprzednim albumie, poszerzony nawet o kilku muzyków. Z pięciu kompozycji zawartych na „Eight mile road” można wyróżnić dwie (tytułowy i „El diablo”). To faktycznie solidny, soczysty jazz-rock, który słucha się przyjemnie, choć trudno mówić tu o jakichś artystycznych fajerwerkach. Jednym z nowych muzyków na albumie jest saksofonista Sam Morrison, który niestety zawodzi. Jego solówki zupełnie nie mają siły wyrazu, są wymęczone, a czasami trąca wręcz banałem. Gdy jego partie pojawiają się nawet w najlepszych utworach ich temperatura momentalnie spada. Plus płyty to niewątpliwie gra Kawasakiego. Jego partie, w przeciwieństwie do tych granych przez Morrisona, przykuwają uwagę, choć także nie jest to z pewnością najwyższy pułap jazz-rockowego grania. Niezły album, ale niewiele więcej.


Ryo Kawasaki – Juice (1976)

Kawasaki w połowie lat 70-tych był bardzo aktywny. To już jego trzeci album w krótkim okresie czasu. Z płyty na płytę zmiany były wyraźne i niestety ich kierunek może budzić poważne wątpliwości. Słychać aż nadto, że artyście zależało na systematycznym upraszczaniu języka muzycznego, aby trafić do szerszego grona odbiorców. Ze wszystkich trzech krążków, które zostały w tym miejscu omówione ten jest bodaj najsłabszy. Jazz-rockowa formuła, którą proponuje na „Juice” jest bardzo konwencjonalna, niejednokrotnie wręcz sztampowa. Jest to zresztą bardzo rozrywkowa odmiana tego gatunku. Często w poszczególnych utworach słychać wpływy innych gatunków (funky, boogie, czasami pojawia się nawet dyskotekowy beat). O ile pierwsza strona płyty jest jeszcze całkiem niezła („Raisins”, „The breeze and I”), to druga okazuje się niestety rozczarowaniem. „Juice” można polecić osobom gustującym w lekkich odmianach fusion. Jest tu trochę przyjemnego, gitarowego grania, aczkolwiek wielkich artystycznych uniesień na tym krążku raczej nie doświadczymy.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (15)


MASAHIKO SATO



Sato to jeden z czołowych przedstawicieli japońskiej awangardy. Źródłami jego inspiracji były przede wszystkim: free jazz i awangardowa muzyka współczesna. Istotnym elementem poszukiwań pianisty były elektroniczne eksploracje. Na początku lat 70-tych lubował się w elektronicznym przetwarzaniu dźwięku fortepianu za pomocą modulatora pierścieniowego. Sposób w jaki to robił kojarzyć się może z poszukiwaniami słynnego kompozytora niemieckiego Karlheinza Stockhausena, który podobne efekty dźwiękowe uzyskiwał choćby w takich utworach, jak : „Mikrophone II” czy też „Mantra”. Aktywność Sato na początku lat 70-tych była wręcz zadziwiająca. W ciągu kilku lat nagrał kilkanaście albumów w różnych konfiguracjach personalnych. Były to często duety, które szczególnie sobie upodobał. W tym miejscu warto wspomnieć o nagraniach z takimi artystami, jak: Attila Zoller, Albert Mangelsdorff, Stomu Yamash’ta, Wolfgang Dauner, Jean-Luc Ponty. Czasami były to duety par excellence (np. z Daunerem), zdarzały się wszakże albumy firmowane dwoma nazwiskami, jednak nagrane przez większy aparat wykonawczy (np. „Astrorama”). Sato nie był przywiązany do żadnych konwencji. Nagrywał muzykę kameralną, big-bandową, akustyczną, mocno zelektryfikowaną, bardziej mainstreamową i mocno awangardową.


Masahiko Sato and Sound Breakers – Amalgamation (1971)

Dość osobliwy eksperyment pianisty, którego główny zamysł oddaje już sam tytuł płyty. Nie mamy jednak w tym przypadku do czynienia z typową fuzją gatunków, które uskuteczniało w różnej formie wielu artystów na przestrzeni lat. Koncept Sato polegał na jednoczesnym tworzeniu dwóch lub więcej płaszczyzn dźwiękowych, posiadających mocno odmienny charakter, ponadto utrzymanych w innej stylistyce. W rezultacie powstały specyficzne konstrukty dźwiękowe o cechach zbliżonych do kolażu. W wypełniającym w całości pierwszą stronę „Face 1” pojawiają się na przykład obok siebie: dźwięki lecącego samolotu, męski monolog, melancholijna melodia grana przez instrumenty dęte oraz dynamicznie grająca sekcja rytmiczna z towarzyszącą jej ostrą gitarą. Podobnych zabiegów na tej płycie jest sporo. Dla odmiany w „Face 2” komponenty bywają zupełnie inne, bo oto obok siebie zestawiono jednocześnie: saksofon o wyraźnie free jazzowej proweniencji i partię perkusji, sprawiającą wrażenie, jakby została wycięta z zupełnie innego utworu. Jakby tego było mało, pojawia się jeszcze męska wokaliza o silnie japońskim kolorycie. Poszczególne fragmenty płyty, w których nie ma tych quasi kolażowych struktur dźwiękowych, posiadają bardzo różnorodne oblicze stylistyczne. Rock, free jazz, muzyka salonowa, „poważna” awangarda – to tylko wybrane przykłady. Ze względu na często powtarzające się podobne rozwiązania w warstwie fakturalnej płyta z czasem nieco nuży. Dla osób poszukujących nowych wrażeń muzycznych może być jednak ciekawym doświadczeniem.


Masahiko Meets Gary – Samadhi (1972)

Niniejsza płyta jest owocem współpracy pianisty z amerykańskim kontrabasistą Garym Peacockiem. Skład tria dopełnia jeden z najlepszych perkusistów jazzowych z Japonii - Motohiko Hino, znany najbardziej z wieloletnich występów w grupie swojego brata. Peacock na przełomie lat 60-tych i 70-tych przebywał przez dłuższy czas w Japonii. Przyjechał do Kraju Kwitnącej Wiśni, aby w większym stopniu skupić się na swoim życiu duchowym i oddać się kontemplacji. „Samadhi” nie jest płytą prostą w odbiorze. To dość ortodoksyjna wersja free. Kompozycje są bardzo swobodne w warstwie formalnej, oparte w ogromnej mierze na improwizacji. Masahiko Sato w utworze tytułowym, zajmującym całą pierwszą stronę płyty, gra na fortepianie, natomiast we wszystkich kompozycjach z drugiej strony winyla sięga po instrumenty elektryczne (Fender Rhodes i syntezator Mooga). Ciężko jest wyłowić w tej muzyce jakieś konkretne motywy, często ma charakter wręcz amelodyczny. Narracja jest bardzo poszarpana, natomiast rytmy przeważnie ataktowe. Motohiko Hino stara się w intuicyjny sposób tworzyć podstawę rytmiczną do improwizacji pozostałych muzyków, co nie jest rzeczą łatwą, zważywszy na ich bardzo swobodny charakter. Hermetyczny album przeznaczony tylko dla zwolenników awangardy.


Masahiko Sato – Dema (1973)

Kolejny projekt awangardowego kompozytora i pianisty japońskiego. Tym razem koncept Sato polega na tym, że jednocześnie muzykują ze sobą dwie formacje. Pierwsza z nich to sekstet Kohsuke Ichihara All Stars, natomiast druga to trio Masahiko Sato & Garan-Doh. Od początku lat 70-tych istotnym rysem twórczości pianisty było wzmożone zainteresowanie elektroniką, którą próbował wyzyskiwać na różne sposoby. Sięgał po elektryczne instrumenty (Fender Rhodes, syntezator, organy Hammonda, klawinet). Eksperymentował także z elektroniczną transformacją dźwięku wydobywanego z fortepianu, czego świadectwem było jego eksploracje z modulatorem pierścieniowym na takich płytach, jak „Penetration” (1971) czy też „Pianology” (1971), nagranej wspólnie z Wolfgangiem Daunerem. Wszystkie te doświadczenia wykorzystał Sato na omawianym albumie. Niewątpliwie „Dema” przyniosła największe nasycenie elektroniką w porównaniu z jego wcześniejszymi dokonaniami. Artysta nie zrezygnował ze swojego radykalizmu, toteż ten album może być gratką dla zwolenników muzyki improwizowanej, lubujących się także w eksperymentach z elektroniką. Nie licząc krótkiego prologu i epilogu znajdziemy na niej tylko dwie długie kompozycje. Obydwie łączy fakt, że są oparte na podobnym sposobie budowania kulminacji - jest to długie, kilkunastominutowe crescendo. Wraz z rozwojem akcji muzyka robi się coraz bardziej dzika i ekspresyjna. Dysonanse przybierają na sile aż do momentu kulminacji, która przybiera wręcz charakter dźwiękowego pandemonium. „Dema” to bardzo interesujący album, jednak przeznaczony raczej tylko dla zwolenników awangardy.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (16)


SADAO WATANABE (1)


Watanabe to z pewnością jedna z najważniejszych postaci na japońskiej scenie jazzowej. Zaczynał swoją profesjonalną karierę na początku lat 50-tych. Już w drugiej połowie tej dekady zdobył reputację jednego z najlepszych saksofonistów w swoim kraju. Zauważono jego talent także w Stanach Zjednoczonych, do których przybył w 1962 roku, aby studiować w prestiżowej Berklee College of Music w Bostonie. Dorobek saksofonisty jest bogaty. Jego dyskografia liczy ponad pięćdziesiąt albumów firmowanych własnym nazwiskiem. Swoje najlepsze płyty Watanabe nagrywał stosunkowo późno. Jego złoty okres przypada na lata 1969-1975, a więc w czasach, gdy miał już mniej więcej czterdzieści lat. W następnych latach jego płyty nie miały już tej siły rażenia, raziły nieco konserwatywnym brzmieniem. Niejednokrotnie występowali na nich wybitni jazzmani amerykańscy (Tony Williams, Ron Carter, Michael Brecker).


Sadao Watanabe – Pastoral (1969)

Zdecydowanie nie jest to jeszcze Watanabe w najwyższej formie. Płyta jest bardzo nierówna i rozbiegana stylistycznie. Słychać, że saksofonista poszukuje własnej formuły muzykowania i czasami osiąga naprawdę dobre rezultaty. Zdecydowanie wyróżnia się jedenastominutowy utwór tytułowy, posiadający dość intrygującą, psychodeliczną aurę. Wzbogacają go ciekawe partie solowe lidera na saksofonie sopranowym i Yoshiaki Masuo na gitarze. Niestety kolejne utwory na płycie nie zbliżają się nawet poziomem do openera. Dobre fragmenty, szczególnie pierwsze minuty, ma inna rozbudowana kompozycja - „Tokyo suite: sunrise and sunset”, niestety, stopniowo pojawiają się w niej dłużyzny, ponadto razi zbyt mocno wyeksponowana perkusja. Przebłyski posiada także ponad dwunastominutowy „Fandango”, przesiąknięty elementami hiszpańskiej muzyki ludowej. Otwarcie na inne kultury muzyczne stanie się już wkrótce istotnym wyznacznikiem stylu saksofonisty. W „Fandango” po raz kolejny z dobrej strony pokazał się Yoshiaki Masuo, którego partie gitarowe są jednym z jaśniejszych punktów tego albumu.


Sadao Watanabe ‎– Round Trip (1970)

Jeden z najważniejszych albumów w dorobku saksofonisty. W czasie sesji w nowojorskim studiu udało mu się zgromadzić piekielnie silny skład, wspomogli go bowiem tak znamienici muzycy, jak: Chick Corea, Miroslav Vitous oraz Jack DeJohnette. Cała trójka miała w tym okresie predylekcje do free jazzowych odjazdów, szczególnie Corea, który był wówczas w swoim najbardziej awangardowym okresie twórczości (1969-1971). Wynikiem jednodniowej sesji była muzyka mocno zanurzona w estetyce free jazzu. Niemal cały album jest niezwykle ekspresyjny. Corea gra mnóstwo zakręconych solówek, cechujących się mocno dysonansową fakturą. Preferuje akustyczny fortepian, choć w drugiej części kompozycji tytułowej gra także na elektrycznym fortepianie. DeJohnette wygrywa bardzo gęste i wyswobodzone struktury rytmiczne. Vitous lubuje się w tworzeniu autonomicznych linii basu, często sięga także po smyczek, grając na kontrabasie. Zdarza się niejednokrotnie tak, że panowie odjeżdżają nieomal w krainę dźwiękowego chaosu. Najlepsze wrażenie pozostawia po sobie ponad dwudziestominutowy „Round trip: going & coming” z brawurowymi partiami solowymi. Jakkolwiek dźwiękowy radykalizm tej płyty może wydać się dość kontrowersyjny to, generalnie rzecz biorąc, jej końcowy efekt jest dość intrygujący.


Sadao Watanabe – Paysages (1971)

Kolejny album, na którym saksofoniście udało się zgromadzić zacne grono muzyków. Na kontrabasie udziela się Gary Peacock, na akustycznym i elektrycznym (głównie) fortepianie Masabumi Kikuchi, ponadto jeden z najważniejszych japońskich perkusistów Masahiko Togashi. O ile w przypadku „Pastoral” można by wymawiać artyście nazbyt duże rozbieganie stylistyczne, pewną niezborność materiału oraz nierówny poziom muzyki, to w przypadku „Paysages” jest zgoła inaczej. Album stanowi koherentną całość, jest spójny muzycznie i przede wszystkim prezentuje praktycznie w całości wysoki poziom. Nad płytą unosi się nieco duch „Bitches brew”, trudno bowiem nie odnieść wrażenia, że Watanabe musiał zapewne zasłuchiwać się w tym przełomowym wydawnictwie Davisa. Inspiracja płytą Milesa w najmniejszym stopniu nie deprecjonuje jednak tego wydawnictwa. Watanabe zdołał w tym okresie wypracować sobie własny charakterystyczny styl, który ulegał zresztą nieustannej ewolucji. Znamiennym dowodem na to będzie jego kolejne dokonanie studyjne. Najwyżej oceniłbym pierwsze trzy najdłuższe kompozycje („Paysages”, „Out-land”, „Space is not a place”). Uwagę przykuwają w nich szczególnie improwizacje lidera na flecie („Paysages”) i małym saksofonie sopranino, charakteryzującym się bardzo wysokim brzmieniem (w dwóch kolejnych utworach). Płyta ze wszech miar godna polecenia.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (17)


SADAO WATANABE (2)


Sadao Watanabe – Sadao Watanabe (1972)


Eponimiczny album artysty zwiastował zmiany w jego muzyce. Od tej pory z wolna zaczął włączać do swojej twórczości elementy muzyki afrykańskiej. Widać to już po samych tytułach. Właściwie wszystkie z wyjątkiem najdłuższego na płycie („Barbara”) mogą kojarzyć się z Czarnym Lądem. W porównaniu z „Paysages” nieco bardziej wyeksponowana została rytmika, niejednokrotnie bardzo gęsta, choć z pewnością nie można powiedzieć aby stała się ona dominującym elementem kompozycji. W kilku miejscach można się także dosłuchać melodii o wyraźnie afrykańskiej proweniencji (np. partia puzonu w „Mombassa”). Są to jednak tylko dodatki, tworzące pewien oryginalny koloryt całości, bowiem profil tego albumu jest nadal zdecydowanie jazzowy. Zmiany w muzyce Watanabe dokonywały się na drodze ewolucji, dlatego wciąż słychać wiele charakterystycznych przejawów jego twórczości z poprzednich płyt. Saksofonista nie wyzbył się nowoczesnego języka dźwiękowego, nadal eksperymentował z elektrycznymi instrumentami (gitara, elektryczny fortepian, bass). Zaproponował melanż różnych nurtów obecnych wówczas w jazzie: spiritual jazzu, łagodnego free, post-bopu, przyprawionych czasami wspomnianymi „afrykanizmami”. Płyta jest spójna pod względem stylistycznym. Jedynie zamykający ją „Umeme” jest utrzymany w dość ortodoksyjnej tradycji post-bopowej. Tym albumem Watanabe umocnił niewątpliwie swoją pozycję, jako artysty posiadającego własny, charakterystyczny styl.


Sadao Watanabe – Open road (1973)

Jak na standardy lat 70-tych muzyki jest tu naprawdę mnóstwo. Dwupłytowy album trwający, bagatela, 105 minut. Zawartość tego wydawnictwa świadczy jednak o tym, że Watanabe żadną miarą nie chciał tu iść na ilość. Jest to zapis koncertu, który miał miejsce w maju 1973 roku w Tokio. Saksofoniście udało się zgromadzić wokół siebie kilku niezwykle zdolnych młodych muzyków, którzy w tym okresie stawali się już z wolna częścią elity japońskiego jazzu. Chodzi przede wszystkim o takie postacie, jak: trębacza Shunzo Ohno, saksofonistę Kohsuke Mine i pianistę Takehiro Hondę. Każdy z nich był wówczas w apogeum swojego rozwoju twórczego. Nie dziwi zatem fakt, że ich wkład w „Open road” był znaczący. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Honda, którego partie fortepianowe są okrasą tej płyty („Tanza Frills”, „Pastel morning”). Jego niezwykle dynamiczna i ekspresyjna gra nieodparcie kojarzy mi się ze sztuką fortepianową McCoy Tynera. Uwagę zwraca różnorodność stylistyczna na obydwu krążkach. Większość kompozycji wpisuje się w estetykę nowoczesnego jazzu modalnego, można je także kojarzyć ze stylistyką spiritual jazzu. Z wolna wygasają w muzyce Watanabe wpływy free („Flowing”), ponownie, jak na poprzednim wydawnictwie, pojawia się jeden utwór utrzymany w bopowej konwencji. Wieńczący to dwupłytowe wydawnictwo „Felicidade-o nosso amor” to z kolei orgia latynoskich rytmów, przywodząca niedwuznaczne skojarzenia z brazylijską batucadą. Fragmenty niezwykle ekspresyjne („Flowing” mieszają się z delikatnymi, wręcz eterycznymi („Birds”). Watanabe oddala się na „Open road” od fusion, znacznie rzadziej wykorzystuje elektryczne instrumentarium. Niewątpliwie jest to jeden z najwybitniejszych albumów w dorobku artysty i jednocześnie istotna część klasyki japońskiego jazzu.


Sadao Watanabe – Mbali Africa (1974)

„Architektura” tego albumu w niemałym stopniu przypomina poprzednie wydawnictwo. Ponownie mamy do czynienia z dwupłytowym albumem koncertowym. Układ części kompozycji, zważywszy na ich charakter, także wywołuje skojarzenia z „Open road”. Album otwiera eteryczny „Ita”, który przechodzi w „Bahari pwani”, dość specyficzny utwór dla tego wydawnictwa. Protagonistami są w nim pianista Takehiro Honda i lider. Honda ponownie urasta do rangi bohatera tej płyty. Jego partii solowych słucha się znakomicie. Są niezwykle ekspresyjne, gęste, melodyjne, cechuje je duża siła wyrazu oraz wyborny warsztat. Wyrazistymi przykładami jego talentu są wyborne solówki w „Bahari pwani”, „Jamboo bwana” i nade wszystko w „Afro talk”. „Mbali Africa” należy z pewnością do udanych przedsięwzięć w dorobku artysty, jednak nie sposób zauważyć, że ustępuje kilku poprzednim dokonaniom ze złotego okresu (1970-1973). Pierwszy krążek w tym zestawie jest ewidentnie lepszy. Na drugim nie wszystko zachwyca i przekonuje. Ze zdwojoną siłą odżywają na nim inspiracje muzyką afrykańską. Czasami przynosi to nagrania, którymi możemy się zachwycać („Masai song Masai steppe”), ale są także niestety przykłady zgoła odmienne, jak choćby monotonny „Tanu song”. Z perspektywy czasu wiemy już, że „Mbali Africa” był świadectwem stopniowego zaniku sił twórczych Watanabe, który zacznie się powtarzać i popadnie w nadmierny tradycjonalizm. Na tym krążku słychać to na szczęście tylko w kilku miejscach, bo generalnie rzecz biorąc jest to zacny album.


Sadao Watanabe – Pamoja (1976)

W latach 1973-1976 w dyskografii saksofonisty zdecydowanie dominują albumy koncertowe. W tym wypadku mamy do czynienia z rejestracja występu, który miał miejsce w październiku 1975 roku w Tokio. Watanabe dysponował wtedy stabilnym i zgranym składem muzyków, którzy grali ze sobą już od kilku lat. Na płycie znalazły się tylko cztery kompozycje. Godne uwagi są dwa najdłuższe, trwające mniej więcej kwadrans („Vichakani” i „Pamoja”). Ponownie słychać wyraźnie wpływy muzyki afrykańskiej, co stało się już w tym okresie niejako znakiem rozpoznawczym artysty. Dotyczą one nie tylko warstwy rytmicznej, ale także melodycznej, czego prawdziwą manifestacją staje się kompozycja tytułowa. Stylistycznie od reszty zawartości odbiega tylko wieńczący album standard Cole’a Portera „Ev’rytime we say goodbye” – leniwie płynąca, stonowana ballada. „Pamoja” nie jest jednym z najwybitniejszych albumów artysty, niemniej można go zaliczyć do grona tych udanych. Kończą się z wolna najlepsze lata saksofonisty. Kolejna płyta „I’m old fashioned” (1976) była dla mnie pewnym rozczarowaniem ze względu na nazbyt staroświecki charakter. Później było jednak jeszcze gorzej. Z tego okresu wart poznania jest jeszcze koncertowy „Swiss air” (1975), o którym nie pisałem ze względu na to, że zawiera sporą dawkę znanego już materiału.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (18 )


Jun Fukamachi 21st Century Band ‎– Rokuyu (1975)


Nierówny to album, ale wart posłuchania. Firmuje go keyboardzista, będący jednym z pionierów syntezatorowego grania na japońskiej scenie jazzowej. „Rokuyu” to zdecydowanie jazz-rockowe granie, miejscami bardzo dynamiczne, choć nie pozbawione także delikatnych, wręcz eterycznych fragmentów. Pierwsze dwa utwory rozczarowują. „Meikyu” to przede wszystkim dużo instrumentalnej ekwilibrystyki, natomiast „Hateruma” miejscami niebezpiecznie ociera się o sztampowy pop/jazz. Później jest już jednak tylko lepiej. Pierwszą stronę zamyka blisko dziesięciominutowy „Shin-Ku” z wciągającymi partiami solowymi Kenji Omury na gitarze i lidera na syntezatorze. Całą drugą stronę winyla zajmuje ponad osiemnastominutowa kompozycja tytułowa i jest to zdecydowanie crème de la crème tego wydawnictwa. To z pewnością najambitniejszy utwór w jego dorobku i prawdopodobnie najdoskonalszy. Uwagę zwracają: bogactwo w sferze dynamicznej, umiejętność budowania kulminacji oraz interesujące popisy solowe poszczególnych instrumentalistów. Niektóre fragmenty tego wydawnictwa świadczą o tym, że Fukamachi potrafił zaserwować naprawdę porywającą muzykę, która mogłaby zainteresować nawet koneserów fusion.


Jun Fukamachi – Introducing Jun Fukamachi (1975)

Jeszcze jedna płyta tego artysty wydana w tym samym roku. W porównaniu z poprzednią więcej jest tu elementów bardziej rozrywkowego grania. Fukamachi coraz bardziej zbliża się do tych bardziej komercyjnych odmian jazz-rocka z elementami funky. Poziom wykonawczy jest wprawdzie dość wysoki, jednak w sferze muzycznej przybiera coraz bardziej skonwencjonalizowany charakter. Fukamachi stworzył typowy album w swoim ówczesnym stylu – jazz-rock, przyprawiony mocno syntezatorową zawiesiną. Niejedna osoba po wysłuchaniu tej płyty mogłaby nieco utyskiwać na brak indywidualizmu artysty oraz na nie zawsze odpowiednio wysoką jakość kompozycji. Niestety, ale dorobek klawiszowca w latach 70-tych to równia pochyła. Tutaj jest jeszcze nieźle, choć przejawy nadchodzącego kryzysu są niejednokrotnie mocno odczuwalne. Zdecydowanie ponad inne kompozycje wyrasta najdłuższy na płycie, ponad trzynastominutowy „Bamboo bong” z dość ciekawymi solówkami na syntezatorze lidera i gitarze Kenji Omury. Trochę rażą nawiązania do muzyki klasycznej, szczególnie Wagnera w „Evening Star: Oh, star of Eve, thy tender beam”. Nieco lepiej wypadło to w przypadku preludium Debussy’ego „La fille aux cheveux de lin”, choć i tak trudno nie odnieść wrażenia, że jest to kolejny przypadek trywializacji klasyki. W sumie jest to pozycja dla zwolenników bardziej przystępnego jazz-rockowego grania.


Tee & Company ‎– Spanish Flower (1978)

Projekt grupy znanych muzyków jazzowych, którzy w listopadzie i grudniu 1977 roku wzięli udział w kilku wspólnych sesjach w tokijskich studiach. Ich owocem były trzy płyty studyjne. Najbardziej znane postacie tego bandu to: gitarzysta Masayuki Takayanagi, pianista Masaru Imada oraz saksofonista i klarnecista Takao Uematsu. Na „Spanish flower” znalazły się tylko dwie długie kompozycje. Pierwsza z nich „A tree frog” utrzymana jest w konwencji łagodnego free. Miejscami pojawiają się także fragmenty bardziej tradycyjne, bliskie tradycji post-bopowej. Ciekawszy jest wypełniający drugą stronę winyla utwór tytułowy. Rozpoczyna go wysublimowane fortepianowe intro Imady, następnie wątek przejmuje wiolonczela, na której gra Nobuyoshi Ino. Kolejne sekwencje mają już typowo jazzową narracje – pojawiają się partie solowe saksofonu sopranowego, klarnetu basowego, fortepianu, gitary i perkusji. Stylistycznie kompozycja może kojarzyć się z ECM-owskimi klimatami. Całkiem niezła płyta.


Tee & Company – Sonnet (1978)

„Sonnet” został nagrany praktycznie w takim samym składzie personalnym, jak wcześniej omawiana płyta. Album jest bardzo krótki, to zaledwie 31 minut muzyki. Podobnie, jak na wspomnianym „Spanish flower” znalazły się na nim tylko dwa utwory. W sensie stylistycznym zauważalne są pewne różnice. „Sonnet” to ekstrakt free, mainstreamu i fusion, jednak zdecydowanie dominuje ten pierwszy element. Nie jest to jakaś ortodoksyjna odmiana free, niemniej dla zwolenników bardziej zachowawczego grania nie będzie to raczej szczególnie pociągające wydawnictwo. Na pewno jest to bardziej eksperymentalny krążek niż „Spanish flower”. Zajmującą pierwszą stronę płyty winylowej kompozycję tytułową wyraźnie można podzielić na dwie części. Pierwsza wpisuje się zdecydowanie w konwencję mainstreamu z dość tradycyjnymi partiami solowymi saksofonu i fortepianu. W drugiej dominują eksploracje sonorystyczne w duchu free. Szczególnie interludium w którym pojawia się duet kontrabasu i kosmicznie brzmiącego elektrycznego fortepianu, wzbogacony następnie o gitarę, wydaje się nad wyraz zajmujące. W „Combo’77” zdecydowanie wyeksponowane są długie partie solowe na saksofonie tenorowym Takao Uematsu i sopranie, na którym gra Kenji Mori. Uwagę zwracają w nim także połamane rytmy grane przez Murakamiego oraz niekonwencjonalne partie gitarowe Takayanagiego, przywodzące nieco na myśl to, co robił ze swoim instrumentem Sonny Sharrock. Całkiem niezła płyta.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (19 )


TERUMASA HINO (1)


Hino to gigant japońskiego jazzu. Już w latach 70-tych był jedną z jazzowych wizytówek Kraju Kwitnącej Wiśni na arenie międzynarodowej. Pierwszym albumem, który pokazał jego nieprzeciętne możliwości był „Hi-Nology” (1969), jeden z fundamentalnych albumów japońskiego fusion. Hino zazwyczaj kojarzony jest z mainstreamem, bowiem to w tej stylistyce czuł się chyba najlepiej, ponadto, w sensie ilościowym, to właśnie takie płyty dominują w jego dyskografii. W najbardziej tłustym okresie pod względem artystycznym, a więc w latach 1969-1978 nagrywał sporo, często z powodzeniem, zyskując aprobatę krytyki nie tylko w swoim kraju. W połowie lat 70-tych trębacz przeniósł się do Nowego Jorku. Nawiązał wówczas współpracę z wieloma znamienitymi muzykami amerykańskimi (Steve Grossman, David Liebman, Elvin Jones, John Scofield). To dość typowe zjawisko dla czołowych jazzmanów japońskich, którzy chętnie próbowali swoich sił w tym kraju, by wymienić tylko takie postacie, jak: Sadao Watanabe, Masabumi Kikuchi, Kazumi Watanabe i Kohsuke Mine. Dla każdego, kto chciałby chociaż ogólnie zagłębić się w japoński jazz, takie płyty, jak „Hi-Nology”, „Reminicent suite” czy też „Fuji” to jazda obowiązkowa.


Terumasa Hino – Hi-Nology (1969)

Jeden z pierwszych manifestów muzyki fusion na japońskiej scenie jazzowej. Czas pokazał, że także jeden z najciekawszych. Hino – młody, obiecujący muzyk, kojarzony do tej pory przede wszystkim z mainstreamem, niespodziewanie w 1969 roku mocno „elektryfikuje” swoje brzmienie. Pomagają mu w tym, podążający w podobnym kierunku Hiromasa Suzuki (elektryczny fortepian) i Takeru Muraoka (saksofon tenorowy). Obydwaj znani z wielce zasłużonego bandu Akira Ishikawa & Count Buffalos. Zważywszy na rok nagrania artyści są zdecydowanie na bieżąco i, co istotne, pomimo pewnych wpływów (Miles Davis), tworzą dość świeży wariant muzykowania w obrębie tego idiomu. Najbardziej davisowski jest opener „Like Miles”, głównie za sprawą partii trąbki. Hino był zawsze wielkim admiratorem sztuki słynnego amerykańskiego trębacza, czego zresztą nigdy nie ukrywał. W pozostałych utworach te skojarzenia z Davisem nie są już tak oczywiste. Słychać wprawdzie, że panowie nasłuchali się płyt w rodzaju „Miles in the sky”, jednak tak naprawdę są one punktem wyjścia do własnych eksploracji muzycznych. Stylistycznie płyta grawituje między fusion a hard bopem, czasami słychać także echa free jazzu („Electric Zoo”). Na „Hi-Nology” nie ma żadnego zbędnego utworu, płyta jest na równym i wysokim poziomie. Reprezentatywny album dla japońskiego jazzu.


Terumasa Hino – Alone together (1970)

Patrząc na datę nagrania tej płyty zdałem sobie nieoczekiwanie sprawę, że była ona rejestrowana dokładnie tego samego dnia i w tym samym mieście (Nowy Jork), co davisowski „Yesternow”, który już wkrótce miał trafić na słynny album „A tribute to Jack Johnson”. Smaczku dodaje fakt, że na płycie Hino udzielał się Steve Grossman, grający także w czasie sesji Milesa. Ot, taka zbieżność . Na tym te podobieństwa się kończą, bowiem „Alone together” do wybitności sporo jednak brakuje. Nie jest to z pewnością jeden z najważniejszych albumów w dorobku trębacza. Stylistycznie nie odbiega od innych dokonań artysty z lat 1970-1971. W tym czasie jego muzyka była najczęściej mieszanką post-bopu i umiarkowanego free jazzu. Wyróżniającym utworem jest ponad jedenastominutowy „Satsuki”. Pozostałe dwie kompozycje są nierówne. Brakuje im niejednokrotnie jakichś bardziej nośnych tematów, ponadto nieco męczące są długie partie improwizowane. Solidna płyta.


Terumasa Hino Sextet – Fuji (1972)

Hino otoczył się na tym albumie młodymi, zdolnymi muzykami, którzy z wolna wchodzili już do elity japońskiego jazzu. Byli wśród nich między innymi: pianista Mikio Masuda, saksofonista Takao Uematsu oraz gitarzysta Kiyoshi Sugimoto. W tym czasie trębacz odchodził już od free jazzowych eksperymentów, skupiając się na wypracowaniu własnego języka muzycznego. Hino nie chciał epatować eksperymentalnym radykalizmem, jednocześnie unikał także „muzealnego” muzykowania w tradycji bopowej. „Fuji” okazał się doskonałym ziszczeniem tych dążeń, bowiem jest właśnie szczęśliwym przykładem znalezienia złotego środka pomiędzy jazzową awangardą a mainstreamem. Na albumie znalazły się cztery długie kompozycje, co w tamtych latach było dla artysty normą. Trudno jest którąkolwiek z nich wyróżnić. Może nieco odstaje poziomem jedyny utwór, którego nie skomponował lider tego projektu („A child is born” Thada Jonesa). Sekstet Hino świetnie czuje się zarówno w nieco spokojniejszych klimatach („Be and know”), jak i tych bardziej dynamicznych, jak choćby w kompozycji tytułowej. Wprawdzie zdarzają się fragmenty, gdy napięcie nie osiąga takiego skupienia, jak moglibyśmy tego oczekiwać, jednak wrażenie ogólne jest nad wyraz pozytywne. „Fuji” jest z pewnością jednym z najświetniejszych osiągnieć Hino. Ustępuje tylko „Reminicent suite”, który, wedle mojego przekonania, jest szczytowym osiągnięciem artysty.


Terumasa Hino/Mal Waldron – Reminicent suite (1972)

Wyjątkowo udana współpraca kwintetu Hino z amerykańskim pianistą. Waldron był niezwykle płodnym artystą, ponadto angażował się w wiele pobocznych projektów. Fani rocka powinni go kojarzyć ze znakomitej płyty Embryo „Steig aus” (1971). „Reminicent suite” jest kolejnym świadectwem odchodzenia Hino od flirtu z free jazzem. W mniejszym lub większym stopniu było to już słyszalne na jego wcześniejszych płytach, takich jak: „Journey to air” (1970), „Alone together” (1970) czy też „Terumasa Hino Quartet: Hino at the Berlin Jazz Festival '71” (1971). „Reminicent suite” reprezentuje wzorcowy przykład jazzu modalnego. Nie jest to konserwatywny wariant muzykowania w obrębie mainstreamu. Hino nie zerwał zupełnie pępowiny z free jazzem, co słychać czasami w trakcie niektórych improwizacji. Na albumie znalazły się tylko dwa rozbudowane utwory. Stronę pierwszą wypełniła kompozycja tytułowa. Po ekspozycji głównego tematu przez kilkanaście minut trwają dość ekspresyjne partie solowe poszczególnych instrumentalistów. Ostatnich siedem minut to istna poezja dźwiękowa, bo oto pojawia się nieoczekiwanie przepiękna, subtelna melodia grana przez Hino na trąbce. Temat podjęty zostaje przez saksofon i fortepian, wprawiając słuchacza w błogi nastrój. Zajmujący drugą stronę „Black forest” jest dynamicznym utworem, w którym główny temat fortepianowy na 6/8 staje się podstawą do kilkunastominutowych improwizacji. Słucha się tego doskonale. Napięcie siada nieco w czasie solowych popisów kontrabasisty i perkusisty. Odżywa jednak w finale, gdy powraca hipnotyczny główny temat melodyczny, grany przez cały sekstet. Znakomity album.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (20 )


TERUMASA HINO (2)


Terumasa Hino – Live! (1973)


Po nagraniu w 1972 roku dwóch znakomitych albumów studyjnych Hino zdecydował się wydać płytę koncertową. Jego sekstet został ograniczony do kwintetu, tym samym trębacz został jedynym dęcistą w grupie. Na albumie znalazły się tylko trzy kompozycje. W zasadzie wszystkie posiadają charakter balladowy, choć dość mocno różnią się między sobą. Standard „Stella by starlight” oraz „Sweet lullaby” oparte są na bardzo powolnej narracji, niemal cała akcja muzyczna rozgrywa się na poziomie piano. W standardzie Victora Younga momentami muzyka ociera się niemal o ciszę. Wszystko to sprawia, że słuchanie pierwszej strony winyla jest nieco męczące. Utworom brakuje fragmentów, które przyciągnęłyby na dłużej uwagę słuchacza, partiom solowym także brakuje nieco siły wyrazu. Na szczęście druga strona płyty jest znacznie ciekawsza. Wypełnia ją w całości trwający niespełna trzydzieści minut „Be and know”, znany już z „Fuji”, gdzie był jednym z wyróżniających się utworów. Pierwsze minuty są bardzo wyciszone i przypominają klimatem poprzednia dwa utwory. Stopniowo jednak muzycy się rozkręcają. Kulminacyjnymi momentami są długie popisy solowe lidera i pianisty Mikio Masudy. Szczególnie partia tego drugiego może się podobać. Jest to bodaj najjaśniejszy punkt „Live!” Stylistycznie album mocno osadzony jest w konwencji post-bopowej, choć czasami szczególnie Terumasa Hino gra dość swobodnie, stara się także eksperymentować z brzmieniem trąbki, co przywodzi skojarzenia z jego free jazzowymi eksploracjami sprzed kilku lat. Konkludując – płyta nierówna. Pierwsza strona mocno przeciętna, natomiast druga zdecydowanie udana.


Terumasa Hino – Live in concert (1975)

W latach 1972-1974 Hino nagrywał albumy, którym zdecydowanie najbliżej było do mainstreamu, choć, warto zaznaczyć, temu w bardziej nowoczesnej postaci. „Live in concert” jest z kolei przykładem mieszania się dwóch tendencji. Pierwsza strona płyty to rasowe fusion, natomiast druga to niejako kontynuacja głównonurtowego grania. Trębaczowi towarzyszy na scenie aż dziesięciu muzyków. Gościnnie pojawił się między innymi Sadao Watanabe, którego można usłyszeć w dwóch nagraniach. Pierwszą stronę płyty wypełniła w całości ponad dwudziestotrzyminutowa kompozycja „Logical mystery” i jest to z pewnością jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów fusion w dorobku tego artysty. Świetne, energetyczne granie, okraszone interesującymi partiami solowymi (trąbka, saksofon altowy, elektryczny fortepian, puzon, gitara). To zdecydowanie najjaśniejszy punkt tej płyty. Na drugiej stronie winyla znacznie ciekawiej prezentuje się „In the darkness”, zdominowany przez solówki Hino i Watanabe. Najmniej zajmujący fragment to wieńczący ten album standard „Round about midnight”. Jest to praktycznie rzecz biorąc długa, blisko jedenastominutowa partia solowa, zagrana na trąbce (nie licząc krótkiego fortepianowego interludium). W sumie ocena płyty jest dość niejednoznaczna: bardzo dobra pierwsza strona i niezła druga, pozostawiająca spory niedosyt po bardzo obiecującym „Logical mystery”.


Terumasa Hino – Hip seagull (1978)

Tym razem trębacz zadbał o większą jednorodność stylistyczną materiału, który trafił na płytę, co było chyba dobrym posunięciem. Pierwszą stronę wypełnił w całości niespełna szesnastominutowy utwór tytułowy. Rozpoczyna go niezwykle subtelne intro z mocno wyeksponowaną partią elektrycznego fortepianu, na którym gra Mikio Masuda. Atmosfera, rys melodyczny oraz delikatne dźwięki gitary Johna Scofielda przywodzą skojarzenia z tytułowym utworem ze słynnej płyty Milesa Davisa „In a silent way”. Po kilku minutach „Hip seagull” zamienia się jednak w dynamiczne fusion. Prym wiodą głownie dęciści, grający długie partie solowe – lider oraz Kohsuke Mine na saksofonie. To zdecydowanie najlepszy utwór na płycie. Druga strona nie jest już wprawdzie tak zajmująca, niemniej słucha się jej całkiem przyjemnie. Pierwsze dwa utwory mogły w momencie premiery mocno skonfundować fanów artysty, gdyż pojawiają się w nich… partie wokalne. Wiedząc o tym wcześniej obawiałem się konfrontacji z tymi dźwiękami, spodziewając się tego, że Hino zaserwuje nam jakąś odmianę pop-jazzu. Na szczęście nie jest źle. „This planet is ours” i „Fall” to całkiem sympatyczne utwory z kobiecymi wokalizami, zdecydowanie trzymające się tradycji jazzowej. „Hip seagull” pozostawia po sobie pozytywne wrażenie. Na pewno jest to krążek, który Hino może zaliczyć do tych udanych.


Terumasa Hino – Double rainbow (1981)

Na przełomie lat 70-tych i 80-tych trębacz przeżywał kryzys twórczy. Tak na dobrą sprawę to na takie płyty, jak „City connection” (1979) i „Daydream” (1980) należałoby spuścić zasłonę milczenia. Były one niestety smutnym owocem postępującej komercjalizacji rynku muzycznego, który nie ominął także i jazzu. „Double rainbow” można potraktować jako próbę rehabilitacji po pop/jazzowych ekscesach na poprzednich dwóch krążkach. Czy była ona udana? Odpowiedź nie jest bynajmniej jednoznaczna. Na płycie nie ma na szczęście mdłych piosenek, którymi artysta raczył swoich słuchaczy na dwóch poprzednich wydawnictwach. Wszystkie utwory są instrumentalne. Zauważalny jest także powrót do bardziej rozbudowanych formalnie kompozycji. Słuchając materiału z „Double rainbow” nie sposób nie odnieść wrażenia, że trębacz spróbował tym razem zbliżyć się do dokonań Milesa z połowy lat 70-tych. Takie utwory, jak ponad piętnastominutowy „Merry-Go-Round” czy też blisko trzynastominutowy „Aboriginal” zanurzone są mocno w estetyce bliskiej takim krążkom Davisa, jak „Agharta” i „Pangaea”. Efekty są dość niejednoznaczne. Czasami muzyka jest wciągająca, bez mała frapująca. Nie brakuje jednak także licznych fragmentów, gdy emocje opadają i robi się mocno przeciętnie. Nie pomaga w słuchaniu ejtisowe brzmienie, zalatujące z lekka plastikiem. Taki sound nie za bardzo pasuje do tego typu muzyki. Po wyjątkowo kiepskich poprzednikach „Double rainbow” okazał się miłą niespodzianką, choć i tak nie był to z pewnością powrót do najwyższej formy.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (21)


Shigeharu Mukai Quintet ‎– For my little bird (1975)

Album puzonisty, który nie jest szerzej znany. Wśród zaproszonych muzyków także nie znajdziemy nikogo z elity japońskiego jazzu. Tym niemniej jest to album zasługujący na uwagę. Znalazły się na nim raptem cztery kompozycje, przy czym lwią część zajmują dwie („Departure” i „Toppu”). Każda z nich trwa, bagatela, ponad piętnaście minut i jest tu czego posłuchać. Dynamiczny „Departure” stylistycznie wpisuje się w tradycję nowoczesnego mainstreamowego jazzu. Nasuwają się naturalne skojarzenia z albumami McCoy Tynera z pierwszej połowy lat 70-tych. Podobna ekspresja, język muzyczny i faktura brzmieniowa. „Toppu” w zasadzie utrzymany jest w podobnej konwencji, choć gęste wykorzystanie elektrycznego fortepianu zmienia nieco jego tkankę brzmieniową. Tego typu nagranie spokojnie mogłoby znaleźć się w katalogu amerykańskiej wytwórni CTI. Miła niespodzianka.


Shigeharu Mukai – Favorite time (1976)

Ten album nie jest już tak udany, jak jego poprzednik, niemniej jeśli komuś przypadł do gustu „For my little bird” na tym na pewno znajdzie coś dla siebie. „Favorite time” wypełniły w całości standardy jazzowe. Zdecydowanie wyróżniają się interpretacje coltrane’owskich tematów („Afro blue” i „Impressions”). „Afro blue” został wprawdzie skomponowany przez Mongo Santamarię, jednak na płycie zaznaczono, że chodzi o wersję utworu słynnego saksofonisty. Obydwa zostały zagrane brawurowo z ogromną dynamiką i ekspresją. Sporo ożywienia wniósł do tych wersji Kazumi Watanabe, dzięki swojej żywiołowej grze na gitarze. Pozostałe kompozycje nie reprezentują już niestety tego poziomu, ale warto nadmienić, że te udane zajmują w sumie niemal połowę czasu płytowego. Słabość innych (np. „In a sentimental mood”, „Stella by starlight”) polega na tym, że zanadto zalatuje z nich naftaliną, poza tym brakuje im „wartości dodanej”. Zachowawczy charakter kompozycji może być jednak dla niejednej osoby zaletą. To już kwestia osobistych preferencji. W sumie niezła, ale bardzo nierówna płyta.


Motohiko Hino – Toko: Motohiko Hino Quartet at Nemu Jazz Inn (1975)

Koncert zarejestrowany w październiku 1975 roku. Wokół lidera tego projektu zgromadziła się śmietanka ówczesnej japońskiej sceny jazzowej: Kazumi Watanabe na gitarze, Mikio Masuda na klawiszach i Isao Suzuki na basie. Album zawiera niezłą dawkę dość interesującego, mocno rozimprowizowanego grania, choć raczej daleko mu do jakiejś rewelii. Ot, solidne fjużyniaste muzykowanie. Na płycie znalazły się tylko trzy długie kompozycje. Stworzyło to korzystne możliwości do długich popisów solowych wszystkim instrumentalistom. Nie zawsze są one niestety wciągające. Plusem płyty jest to, że nie ma na niej żadnego wdzięczenia się do publiczności, nie jest to bowiem w żadnym wypadku jakaś komercyjna odmiana fusion. Przy okazji, jeśli chodzi o inne autorskie dokonania perkusisty to niezły jest także krążek „First album” (1971), choć irytują na nim nieco free jazzowe odjazdy, które nie wypadają zbyt przekonywująco. Niestety, ale na tym obszarze dokonania Hino niczego szczególnego nie wnoszą. Najgorsze wrażenie zrobiła na mnie jego płyta „Ryuhyo” (1976) – dość sztampowy mainstreamowy jazz.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (22)


The Freedom Unity ‎– Down by the naked city (1971)


The Freedom Unity to w pewnym sensie mutacja Akira Ishikawa and Count Buffalos. Większość muzyków z bandu Ishikawy pojawia się bowiem także i w tym projekcie. Co by jednak nie mówić, zmiana nazwy zobowiązuje, dlatego muzyka The Freedom Unity musiała przybrać nieco inne oblicze. Obydwie strony płyty winylowej nie posiadają jednorodnego charakteru w sensie stylistycznym. Wypełniająca w całości pierwszą stronę winyla kompozycja tytułowa operuje zdecydowanie bardziej nowoczesnym językiem dźwiękowym. Jest to w gruncie rzeczy melanż fusion, free jazzu i post-bopu. Słychać pewne podobieństwa z opus magnum zespołu Ishikawy, czyli „Electrum”, choć tamta płyta, jak wskazuje zresztą tytuł, była bardziej zelektryfikowana, ponadto bliższa konwencji avant fusion. Mocną stroną utworu są partie solowe poszczególnych muzyków, zwieńczone w finale prawdziwą erupcją zapętlonych free jazzowych improwizacji. Mocna rzecz. Druga strona płyty jest bardziej konwencjonalna, co nie znaczy że staroświecka. To przede wszystkim nowoczesna odmiana post-bopu z elementami fusion (głównie za sprawą partii elektrycznego fortepianu Suzukiego). Tylko zamykający album „Light up” należy jednoznacznie do królestwa post-bopu. Płyta z pewnością godna uwagi.


Hiroshi Fukumura Quintet ‎– Morning flight (1973)

Puzonista Hiroshi Fukumura nie jest postacią specjalnie znaną. Najbardziej kojarzony jest z Sadao Watanabe, w którego zespole występował przez kilka lat. Co istotne, był to czas artystycznej prosperity saksofonisty, wtedy to bowiem nagrywał swoje sztandarowe albumy, takie jak eponimiczny „Sadao Watanabe” (1972) czy też uważany przez niektórych za jego opus magnum „Open road” (1973). „Morning flight” powstał w czasie owej współpracy z Watanabe. Wbrew pozorom nie jest to muzyka, która w oczywisty sposób przywodziłaby skojarzenia z dokonaniami słynnego japońskiego saksofonisty. Nie odnajdziemy na tej płycie elementów muzyki z Czarnego Lądu, nie uświadczymy także wpływów free jazzu. Fukumura zaproponował na swoim autorskim albumie zdecydowanie mainstreamową odmianę jazzu. „Morning flight” może stanowić niezłą gratkę dla miłośników puzonu. Kwintet Fukumury ma dość nietypowy zestaw instrumentów, obok fortepianu, kontrabasu i perkusji pojawiają się bowiem aż dwa puzony. Na drugim, obok lidera, gra Shigeharu Mukai. Ciekawym openerem jest kompozycja tytułowa, która zapowiada naprawdę dobry mainstreamowy album. Kolejne utwory nie utrzymują już jednak tego napięcia. Czasami może trochę przeszkadzać nazbyt tradycjonalistyczny język tej muzyki. Z drugiej strony jest to kwestia indywidualnych preferencji i na pewno znajdą się tacy, którym taka konwencja będzie jak najbardziej odpowiadać.


Yuji Imamura & Air ‎– Air (1977)

Grający na instrumentach perkusyjnych Yuji Imamaura na japońskiej scenie jazzowej kojarzony jest przede wszystkim z takimi wykonawcami, jak: Sadao Watanabe, Masaru Imada czy też formacją Tee & Company. „Air” to jedyna jego płyta zrealizowana z grupą zaprzyjaźnionych muzyków. Cały album wypełnia w całości tytułowa suita podzielona na dwie części. Na pierwszej stronie winyla niejednokrotnie pobrzmiewają echa twórczości Milesa Davisa z okresu „Agharty”. Być może Imamura był na jakimś koncercie słynnego trębacza w Japonii w lutym 1975 roku, wszak to z tej trasy pochodzą ostatnie elektryczne dokonania Milesa w tej dekadzie. Silnie wyeksponowanym elementem w muzyce Imamury jest rytm, będący głównym trzonem kompozycji. Muzyka jest surowa, miejscami wręcz dzika, mocno dysonansowa. Niemałym zaskoczeniem jest ostatnie sześć minut płyty, kiedy to pojawia się prosty temat o wyraźnie bluesowej proweniencji. Słuchając tego albumu nie sposób odnieść wrażenia, że kompozycjom brakuje jakości. Niektóre fragmenty są nużące, pozbawione interesującej treści muzycznej. Na szczęście są także momenty jak najbardziej zajmujące, jak choćby dialog na linii bębny – Arp, w trakcie którego Yasuo Shimura generuje eksperymentalne dźwięki ze swojego syntezatora. Takich fragmentów nie ma jednak na „Air” zbyt wiele.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (23)


Naosuke Miyamoto Sextet ‎– Step! (1973)


Tym razem coś z typowego akustycznego mainstreamu. Album firmuje mało znany kontrabasista, choć znawcy japońskiego jazzu być może kojarzą go z występów w zespole Sadao Watanabe w latach 70-tych. Koledzy Miyamoto z sekstetu to także postacie, które nie zdołały wypłynąć na szersze wody. Nie znajdziemy na tej płycie free jazzowych odjazdów, eksperymentów z elektroniką. „Step!” wpisuje się w stylistykę post-bopu, tu i ówdzie znajdziemy nawiązania do twórczości Milesa Davisa z okresu jego kwintetu z lat 60-tych – najbliżej tej muzyce jest może do „Nefertiti”, aczkolwiek są to tylko ogólne skojarzenia, aby jakoś ten album zaszufladkować. Niby nic nadzwyczajnego, ale zwolennicy takich klimatów powinni być zadowoleni. Płyta jest dzisiaj rarytasem. Wydana została przez kultową japońską wytwórnię płytową, specjalizującą się w jazzie – Three Blind Mice. Wiele albumów z tego cyklu, poświęconego jazzowi japońskiemu, pochodzi właśnie z katalogu tej zacnej wytwórni.


Takeshi Inomata & Sound Limited ‎– Innocent Canon (1971)

Projekt perkusisty i jego zespołu jest dość trudny do zaszufladkowania w sensie stylistycznym, daleko mu bowiem do jednorodności. W zasadzie niemal każdy z siedmiu utworów, który znalazł się na tym wydawnictwie jest nieco inny. Otwierający go „Introduction” z mocno wyeksponowaną, szorstką partią gitary oraz mocnym perkusyjnym uderzeniem kojarzy się jednoznacznie z rockiem. Do innego muzycznego świata przenosi z kolei „The Death of Janis” – subtelny pejzaż dźwiękowy z delikatną partią fletu i saksofonu sopranowego. Bodaj najwięcej jest na tym wydawnictwie elementów dość tradycyjnego jazz-rocka. Jego echa odnajdziemy choćby w „Go for nothing” i „Child and I”. Najbardziej odjechany „Alone” ciąży często w stronę konwencji free jazzowej. Tu i ówdzie pojawiają się także partie sitaru, przydając utworom nieco orientalny charakter. Nie jest to album instrumentalny, choć trudno też nazwać go typowym krążkiem wokalno-instrumentalnym. Niemal we wszystkich utworach pojawia się narrator (Noriaki Kanoh), o dość specyficznym charakterze. Jego głos poddawany jest często mniejszym lub większym elektronicznym przekształceniom i innym zabiegom studyjnym (np. efekt echa w „„The Death of Janis”). Ostateczny rezultat jest dość kontrowersyjny. Muszę przyznać, że na mnie ta muzyka nie wywarła jakiegoś oszałamiającego wrażenia, jednak z drugiej strony nie raz zdarzało mi się czytać pochlebne opinie na jej temat. Podobno w Japonii jest to pozycja dość ceniona, dlatego trudno byłoby nie umieścić jej w tym cyklu.


George Otsuka Quintet – Physical structure (1976)

Słuchając wcześniejszych dokonań tego perkusisty zawsze miałem uczucie większego („Sea breeze”, 1971) lub mniejszego („In concert”, 1973) niedosytu Ten drugi miał naprawdę dobre fragmenty, szczególnie trwający ponad dwadzieścia minut „Afternoon walk” mógł się podobać, jednak nie brakowało na nim mielizn. Muzyka Otsuki zdawała się nie mieć silniejszej tożsamości, nawet partie solowe, swoją drogą dobrych instrumentalistów, nie miały na tyle dużej siły wyrazu, aby przykuć mocno uwagę słuchacza. Może jest to także kwestia moich preferencji stylistycznych. Mogło nam po prostu nie być po drodze. „Physical structure” to z kolei pozycja, która może w pełni usatysfakcjonować. Zawiera dość ambitny melanż fusion z mainstreamowym jazzem. Jest to dość miła niespodzianka, bowiem w 1976 roku jazz elektryczny często grawitował w stronę komercyjnej mielizny. Ważną postacią kwintetu jest pianista Fumio Karashima. Jest nie tylko autorem dwóch najdłuższych kompozycji na płycie („Little island” i „Mustard pot”), ale także jego partie solowe są mocno wyeksponowane. Wspomniane kompozycje są zresztą bardzo jasnymi punktami wydawnictwa. Warto także wspomnieć o ciekawej, uwspółcześnionej wersji coltrane’owskiej „Naimy”, którą silnie nasączono elementami fusion. Płyta godna uwagi.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (24)


Minoru Muraoka ‎– Osorezan suite (1970)


Pisząc minirecenzje na temat różnych płyt jazzowych z Japonii odnoszę częstokroć wrażenie, że w zasadzie mogłyby się one ukazać spokojnie w USA czy też w Europie. Z rzadka mają one bowiem w większym stopniu japoński koloryt. W tym przypadku będzie jednak zgoła inaczej. „Osorezan suite” to wydawnictwo bardzo mocno osadzone w tradycji klasycznej muzyki japońskiej. Już przy pierwszym zetknięciu z tą płytą uderzający jest dobór instrumentarium. Koto, biwa, wadaiko i przede wszystkim shakuhachi, na którym gra lider tego projektu. Nie zabrakło także instrumentów, do których jesteśmy przyzwyczajeni (bass, gitara elektryczna, organy, wibrafon). W rezultacie otrzymaliśmy więc osobliwy coctail stylistyczny, w którym mieszają się tradycje muzyki dalekowschodniej i euroamerykańskiej. W kompozycjach szczególnie mocno przesiąkniętych tradycją japońską („Osorezan”, „Oiwake”, „Ma”) słuchacza może zaintrygować jakże odmienna kolorystyka i nastrój muzyki. Z kolei „Bamboo rock” przybiera oblicze etnicznej psychodelii. Niemałym zaskoczeniem jest także wersja słynnego standardu Dave’a Brubecka „Take five”. Zderza się w nim tradycja jazzu i rdzennej muzyki japońskiej, tworząc w rezultacie dość osobliwy amalgamat dźwiękowy. Płyta zawiera zapis koncertu, który odbył się w kwietniu 1970 roku. Ciekawe doświadczenie muzyczne.


Masayuki Takayanagi And The New Direction In Arts – Free form suite (1972)

Przykład dość ortodoksyjnego free ze sceny japońskiej. Rejestracji dokonano na żywo w „Aoi Studio” w Tokio w maju 1972 roku. Płyta zaczyna się bardzo niepozornie. „The blues” utrzymany jest w konwencji jazzu tradycyjnego i zdecydowanie nie zapowiada tego, co czeka nas później. Kolejny utwór wkracza już w krainę free jazzu i tak już pozostanie do końca. Słychać, że kompozycje w dużym stopniu są oparte na improwizacji, muzyka niejednokrotnie grawituje w stronę atonalności. Tradycyjnych melodii na tym krążku się nie uświadczy. Generalnie muzyka jest trudna w odbiorze i dość hermetyczna. Na pierwszy plan wybijają się partie lidera na gitarze oraz improwizacje multiinstrumentalisty, jakim jest Kenji Mori (flety, saksofony, klarnet). Najbardziej radykalny charakter przybiera kompozycja tytułowa, szczególnie jej trzecia i ostatnia część, oparta na dzikich i nieokiełznanych zbiorowych improwizacjach.


Masaru Imada Trio +2 ‎– Green Caterpillar (1975)

Typowy w tamtych czasach przykład podejścia do muzyki. Pierwszą stronę płyty wypełniają dwa utwory utrzymane w konwencji fusion, nie obyło się więc bez „elektryczności”. Z kolei strona B winyla to dwa utwory wpisujące się w estetykę mainstreamowego jazzu. Nie jest to pozycja szczególnie wybitna, jednak niejednokrotnie potrafi przykuć uwagę słuchacza. Fjużyniaste utworki są całkiem niezłe, nie są ani szczególnie ambitne, ani komercyjne. Zwolenników takiego grania mogą zainteresować. Jeśli chodzi o kompozycje akustyczne to na uwagę zasługuje wieńczący ten album „Spanish flower”. O ile początek jest dość niepozorny to już druga część utworu może się naprawdę podobać. Przynosi brawurowe improwizacje stylizowane na muzykę z kraju Cervantesa i Lope de Vegi. Może to oczywiście przywodzić pewne skojarzenia z ówczesną twórczością Chicka Corei.


Hiroshi Suzuki – Cat (1975)

Puzonista Hiroshi Suzuki nie jest z pewnością pierwszoplanową postacią na japońskiej scenie jazzowej. Do nagrania tej płyty udało mu się jednak zaprosić kilku znamienitych artystów. Pianista Hiromasa Suzuki, saksofonista Takeru Muraoka i perkusista Akira Ishikawa to najbardziej znane spośród nich. Suzuki postanowił przedstawić własną wersję melanżu różnych stylów – jest mainstream, funk/jazz i fusion. Jak mu to wyszło? Generalnie rzecz biorąc nieźle, choć nie jest to album szczególnie wybitny. Może brakuje mu nieco silniejszej tożsamości. Poza tym jest to muzyka dość tradycyjna, zanadto ugładzona. Nikogo nie zirytuje, ale raczej także nie porwie. Dla zwolenników takiego grania może być jednak przyjemnym zaskoczeniem, a sądząc po ocenach na RYM tak się niejednokrotnie stało.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (25)


STOMU YAMASH’TA


Yamash’ta to postać doskonale znana na naszym forum. Jakakolwiek prezentacja jest tu więc zbędna. Świadomie pominąłem najbardziej znane jego płyty, zarejestrowane w ramach projektu Go. W sensie stylistycznym Yamash’ta tylko po części pasuje do naszego cyklu. Jego muzyka to tygiel, w którym spotykają się różne stylistyki i tradycje muzyczne. Ponieważ w pierwszej połowie lat 70-tych jednym z istotnych komponentów jego tożsamości stylistycznej był jazz-rock, uznałem, że można go od biedy inkorporować do tego przewodnika.


Stomu Yamash'ta & Come To The Edge ‎– Floating music (1972)

Wkrótce po przyjeździe z Francji do Zjednoczonego Królestwa Yamash’ta nawiązał współpracę z kilkoma mniej znanymi muzykami brytyjskimi, z którymi zarejestrował nowy album. Najbardziej znanym spośród nich stanie się wkrótce Morris Pert, który w drugiej połowie lat 70-tych występować będzie w Brand X, a później stanie się cenionym muzykiem sesyjnym. Pierwszą stronę „Floating music” wypełnił materiał studyjny, natomiast drugą utwory zarejestrowane na żywo w styczniu 1972 roku w londyńskim Queen Elizabeth Hall. Tym razem perkusista postanowił nieco ograniczyć swoje awangardowe zapędy, nie rezygnując jednocześnie z ambitnej formuły przekazu muzycznego. Otwierający album „Poker dice”, trwający, bagatela, ponad osiemnaście minut, jest najbardziej zbliżony do jazz-rocka. Opiera się w dużym stopniu na brzmieniu fortepianu elektrycznego, wibrafonu i innych instrumentów perkusyjnych. Generalnie trzeba stwierdzić, że jest to bardzo „perkusyjny” album. Koncertowa część „Floating music” to już nieomal „perkusyjne królestwo”. Czasami sprawia to, że muzyka robi się nieco monotonna, brakuje innych instrumentów, które wprowadziłyby element urozmaicenia. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że Yamash’ta i Pert, grając na tej masie przeróżnych perkusjonaliów potrafią czasami uzyskiwać frapujące rezultaty kolorystyczne, co dobrze słychać w „One way”. To na pewno jeden z najbardziej udanych albumów w dyskografii artysty. Coś dla siebie mogą znaleźć fani rocka progresywnego, sporo jest także materiału mocno jazzującego (np. „Keep in lane”), momentami panowie odlatują nawet w rejony free jazzowe. Nie jest to może pozycja kanoniczna, ale na pewna godna uwagi.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4375
Skąd: Opole

PostWysłany: 07.01.2021, 15:22    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

STOMU YAMASH’TA (2)

Stomu Yamash'ta's East Wind ‎– Freedom is frightening (1973)


Ten album bardzo często zaliczany jest do najlepszych w dorobku perkusisty. Nie brakuje i takich, wedle których to właśnie jemu należy się palma pierwszeństwa. Na „Freedom is frightening” zagrało kilku renomowanych muzyków. Przede wszystkim trzeba wymienić Hugh Hoppera, który właśnie zakończył swoją owocną artystyczną przygodę z Soft Machine oraz Gary’ego Boyle’a – jednego z najbardziej uzdolnionych gitarzystów jazz-rockowych w Wielkiej Brytanii. Nie dziwi mnie, że to właśnie ten album jest najlepiej notowany na progarchives. Wynika to na pewno w niemałym stopniu z tego, że jest to bodaj najbardziej progresywny album w dorobku artysty. Nie zabrakło oczywiście wątków jazz-rockowych, poza tym momentami muzyka ociera się nieco o avant-rock. Sporo jest na „Freedom is frightening” dynamicznego, energetycznego grania („Rolling nuns”, „Pine on the horizon”). Nie brakuje także fragmentów wyciszonych i balladowych, jak choćby zamykający album „Wind words”. Szczególnie wyróżnia się w nim piękna, kantylenowa partia skrzypiec, której towarzyszą subtelne dźwięki gitary akustycznej i elektrycznego fortepianu, czasami inkrustowane brzmieniem syntezatora. Udany album, choć na pewno nie jest to ani progresywna, ani jazz-rockowa ekstraklasa.


Stomu Yamash’ta’s East Wind – One by one (1974)

Spośród czterech albumów artysty, które znalazły się w tym zestawie ten jest najmniej interesujący. Sprawia wrażenie mało przemyślanego i chaotycznego. Yamash’ta zawsze miał skłonności do eklektyzmu, jednak w przypadku „One by one” chyba jednak nieco przesadził. Co rusz jesteśmy przerzucani do zupełnie innego muzycznego świata (jazz-rock, klimaty latynoskie, funk, różne stylizacje na muzykę poważną, pop-rock, rock). Problemem są także coraz większe ciągotki artysty w stronę szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Samo w sobie nie musi to być jakimś szczególnym uchybieniem. Problem w tym, że te bardziej konwencjonalne utwory (np. „Hey man”, „Superstar”) nie specjalnie mu wychodzą, poza tym burzą spójność albumu. Najlepszym tego przykładem jest choćby wspomniany „Hey man”, który jest połączony w jedną całość z kompozycją tytułową. Obydwa kawałki zupełnie do siebie nie pasują, tworząc w rezultacie dziwaczną hybrydę. Na „One by one” jest trochę materiału, który przykuwa uwagę, jednak nie jest to żadna rewelia. Przede wszystkim warto wymienić jazz-rockowy opener w postaci utworu tytułowego, niezły jest „Loxycycle”. Reszta materiału jest najczęściej przeciętna. Jasną stroną „One by one” są partie basu Hugh Hoppera, na które trudno nie zwrócić uwagi.


Stomu Yamash’ta ‎– Raindog (1975)

Ostatni album Yamash’ty w tej dekadzie, na którym odnajdziemy w nieco większej dawce pierwiastki jazzowe. Chodzi głównie o jazz-rockowy model muzykowania, bo czystego jazzu raczej tu nie uświadczymy. Progresywno/jazz-rockowych wojaży najwięcej jest w „Dunes”, najdłuższym utworze na płycie, trwającym ponad piętnaście minut. Partie skrzypiec Hisako Yamash’ty oraz gitara Gary’ego Boyle’a połączone z niezwykle ekspresyjnymi i gęstymi rytmami, wygrywanymi przez Stomu Yamash’tę przywołują skojarzenia z Mahavishnu Orchestra. Bodaj najbardziej słychać to w dynamicznej kulminacji w środkowej części kompozycji. Innym godnym uwagi utworem jest wieńczący album „Ishi”, kolejna solidna dawka jazz-rocka ze szczyptą etno. Pozostałe kompozycje są mocno przeciętne i nie zapadają specjalnie w pamięci. „33 1/3” jest interesujący w warstwie kolorystycznej, jednak z czasem zaczyna z lekka nudzić swoją monotonią. „Rainsong” i „The monks song” mogą zainteresować zwolenników bardziej tradycyjnego rockowego grania, choć niczym szczególnym się nie wyróżniają. Nie pomagają im także przeciętne partie wokalne. „Raindog” to bardziej udane wydawnictwo niż „One by one”, co nie oznacza, że jest to jakaś specjalnie zachwycająca płyta. Ot, solidny album z paroma przebłyskami i niewiele więcej.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (26)


To już prawie koniec. Pozostał nam już tylko jeden artysta, któremu poświęcę dwie ostatnie części tego przewodnika.


MASABUMI KIKUCHI (1)

Zdecydowanie jedna z najważniejszych i najciekawszych postaci na japońskiej scenie jazzowej. Ekscentryk, rozmiłowany w muzyce Milesa Davisa, nagrał w latach 70-tych płyty, które z pewnością można włączyć do kanonu japońskiego jazzu w tej dekadzie. Źródłem ich inspiracji była niewątpliwie twórczość wielkiego trębacza, choć Kikuchi zdołał także odcisnąć na nich swoje indywidualne piętno. Obydwie kolaboracje z sekstetem Sadao Watanabe, „Poo-Sun” czy też „Hairpin circus” to jazda obowiązkowa dla każdego fana elektrycznego jazzu i to nie tylko tego wywodzącego się z Kraju Kwitnącej Wiśni. Kikuchi ma w swoim dorobku także płyty akustyczne (np. „Matrix”, „But not for me”, „East Wind”), jednak to nie one należą do tych najistotniejszych. Jak na jazzmana nie nagrywał zbyt wiele. Jeśli porównamy jego dorobek w sensie ilościowym ze spuścizną Sadao Watanabe może wyjść na osobnika, który niezbyt chętnie przebywał w studiach nagraniowych. Dorobek wartościowych pozycji w skali procentowej wynagradza jednak po części te braki.


Masabumi Kikuchi Sextet ‎– Re-confirmation (1970)

Muzyka z okresu przełomu, gdy „stare” mieszało się z „nowym”. Słychać to doskonale w wielu miejscach na tym albumie. Gdy Kikuchi i jego koledzy w marcu 1970 roku wchodzili do studia światła dziennego nie ujrzała jeszcze płyta Milesa Davisa „Bitches brew”. Przychodzi mi ona na myśl w kontekście omawianego wydawnictwa, ponieważ słychać na nim próby łączenia różnych muzycznych światów, eksperymenty z elektroniką, nowym sposobem narracji muzycznej. Niewątpliwie Davis był w tych poszukiwaniach bardziej zaawansowany. Sporo materiału z „Re-confirmation” mocno tkwi jeszcze w estetyce post-bopu, niemniej ulega ona niejednokrotnie daleko posuniętej modyfikacji. Bodaj najlepszym przykładem jest najdłuższy na płycie, trwający ponad osiemnaście minut „Tenacious prayer forever”. Charakterystyczne faktury elektrycznego fortepianu czy też obsesyjny, ostinatowy motyw melodyczny, wokół którego osnuta jest cała kompozycja na przestrzeni wielu minut przywodzą skojarzenia z muzyką Milesa z przełomu lat 60-tych i 70-tych. „Re-confirmation” nie jest może jednym ze szczytowych osiągnięć pianisty, jednak jeszcze w tym samym roku nagra dwie płyty, które wejdą do kanonu japońskiego jazzu lat 70-tych.


Masabumi Kikuchi Sextet ‎– Poo-Sun (1970)

Minęło niespełna pół roku od nagrania „Re-confirmation”, tymczasem Kikuchi ponownie wchodzi do studia, aby zarejestrować jeden ze swoich najwybitniejszych albumów. O ile poprzedni krążek był jeszcze hybrydą post-bopu i wczesnego fusion to „Poo-Sun” okazał się zdecydowanym krokiem w stronę „elektryczności”. Już otwierający album, ponad dwudziestominutowy „Dancing mist” pokazywał, że mamy do czynienia z nieprzeciętnym wydawnictwem. Kikuchi rozwija w nim pomysły zaczerpnięte z takich płyt Davisa, jak In a silent way” i „Bitches brew”. Chodzi dokładnie o charakterystyczne, gęste faktury elektrycznych fortepianów, tworzących szkielet i główny komponent kolorystyczny kompozycji. Grają na nich jednocześnie Kikuchi i Ichikawa. Dla miłośników fortepianu Fender Rhodes powinna to być prawdziwa uczta. Jedynym „akustycznym” utworem w zestawie, nie licząc króciutkiego fortepianowego postludium „My companion”, jest subtelna ballada „Yellow carcass in the blue”. Stanowi ona bardzo miłą odskocznię od elektrycznych eksploracji. Tuż po niej pojawia się najbardziej dynamiczny utwór na płycie „Puzzle ring”. Tym razem główną atrakcją jest duet elektrycznego fortepianu (Kikuchi) i organów (Ichikawa). Koniecznie trzeba także wspomnieć o partiach saksofonu, na którym gra Kohsuke Mine. To także jeden z bardzo mocnych punktów tego albumu. „Poo-Sun” to jeden z klejnotów japońskiego jazzu.


Masabumi Kikuchi Sextet With Sadao Watanabe Quartet ‎– Collaboration Part 1 (1970)

Masabumi Kikuchi Sextet With Sadao Watanabe Quartet ‎– Collaboration Part 2 (1970)


Nie jest to album dwupłytowy. Płyty ukazały się oddzielnie. Każda ma inną okładkę i numer katalogowy. Są jednak owocem tych samych sesji, które miały miejsce jesienią 1970 roku, dlatego postanowiłem napisać o nich w jednym miejscu, aby nie mnożyć bytów. Doszło tutaj do ciekawej sytuacji. Oto bowiem postanowiły połączyć siły dwie czołowe grupy jazzowe w Japonii – sekstet Kikuchiego i kwartet, którym kierował Watanabe. Na wydawnictwach możemy oczywiście usłyszeć echa ówczesnej twórczości artystów, choć pojawiły się także nowe impulsy. Obydwie płyty należą do najtrudniejszych w odbiorze, spośród tych, jakie zrealizowali w ciągu swoich długich karier. Zawarli na nich specyficzny ekstrakt umiarkowanego free jazzu, fusion i post-bopu. Część pierwsza ma bardziej eksperymentalny charakter, to właśnie na niej pojawiają się elementy free. W porównaniu z drugą częścią jest także bardziej dynamiczna i w nieco większym stopniu „zelektryfikowana”. Gdyby szukać jakichś skojarzeń z innymi znanymi albumami z tamtych czasów to można by przywołać davisowski „Bitches brew”, przy czym obydwie części „Collaboration” są chyba jeszcze bardziej hermetyczne (szczególnie pierwsza z nich). Głównie w sferze rytmicznej, bo u Milesa częściej pojawiały się parzyste rytmy, niejednokrotnie stały puls, czy nawet ostinata, co można wiązać po części z próbą inkorporacji rockowych tekstur rytmicznych do jego muzyki. W przypadku „Collaboration” więcej jest synkopowanych rytmów. Watanabe i Kikuchi eksperymentują w podobnym duchu, jak Miles zwiększając obsadę sekcji rytmicznej. W wyniku tego powstaje czasami gęsta, niejednorodna faktura, prawdziwe kłębowisko skomplikowanych, nawarstwiających się rytmów. W otwierającym „Collaboration Part 2” „Hiro” pojawia się kilkakrotnie temat, który niedwuznacznie kojarzy mi się ze „Spanish key” ze wspomnianego już „Bitches brew”. Abstrahując od ewentualnych podobieństw trzeba stwierdzić, że obydwie płyty prezentują bardzo wysoki poziom, zarówno w sferze wykonawczej, jak i kompozytorskiej. Wspólne przedsięwzięcie Kikuchiego i Watanabe jest z pewnością jednym z najistotniejszych osiągnięć japońskiego jazzu elektrycznego.


Masabumi Kikuchi Sextet - A short story for image: Hairpin circus (1972)

Jest to ścieżka dźwiękowa do japońskiego thrillera w reżyserii Kiyoshi Nishimury. Na szczęście muzyka zawarta na tym albumie nie ma praktycznie nic wspólnego z typowym soundtrackiem. Jest to de facto normalna płyta studyjna. „Hairpin circus” stanowi naturalną kontynuację idei muzycznych zawartych na „Poo-sun”. Ściśle rzecz biorąc jest punktem wyjścia do dalszych eksploracji w obrębie jazzu elektrycznego. Tym razem muzyka jest nieco bardziej wysublimowana, sporo jest fragmentów delikatnych, operujących na niskim poziomie dynamiki. Zmianom ulega także rytmika kompozycji. Częściej niż wcześniej pojawiają się rytmy parzyste, synkopowane są wprawdzie wciąż obecne, jednak ich dominacja nie jest już tak oczywista. Często w poszczególnych utworach gra jednocześnie dwóch perkusistów (Yoshiyuki Nakamura, Motohiko Hino). Ponieważ każdy tworzy własny wariant muzykowania na swoim instrumencie, powstaje w rezultacie ciekawa, gęsta struktura kłębiących się rytmów. Uproszczenie tekstur rytmicznych oraz bardziej uchwytna melodyka głównych tematów sprawiły, że jest to muzyka nieco prostsza w odbiorze niż dwie poprzednie płyty. W najmniejszym stopniu nie wpływa to jednak na obniżenie poziomu artystycznego tego wydawnictwa. Na „Hairpin circus” mamy do czynienia z odmianą fusion na najwyższym poziomie. Znakomite kompozycje, by wymienić tylko „Luna eclipse – Lamentation” i „Provincial”, wyborne partie solowe (cichym bohaterem jest saksofonista Kohsuke Mine), wysublimowana kolorystyka – oto główne atrakcje tej nieprzeciętnej płyty. „Hairpin circus” zamyka pierwszy elektryczny okres w twórczości Kikuchiego. W następnych kilku latach skupi się na bardziej mainstreamowej odmianie jazzu.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI (27)


MASABUMI KIKUCHI (2)


Masabumi Kikuchi – East Wind (1974)


Po nagraniu „Hairpin circus” Kikuchi powraca do jazzu akustycznego, czego pierwszym sygnałem był „End for the beginning” (1973). Rok później powstaje utrzymany w podobnej konwencji „East Wind”. Jest to pierwszy album w katalogu właśnie nowo powstałej japońskiej wytwórni, specjalizującej się w jazzie. Jak czas pokaże stanie się zdecydowanie jedną z dwóch najbardziej znaczących, obok Three Blind Mice, bez których trudno wyobrazić sobie jazz z Kraju Kwitnącej Wiśni w latach 70-tych. „East Wind” został zrealizowany w kooperacji japońsko-amerykańskiej. Z jednej strony mamy kwiat japońskiego jazzu (Kikuchi, Terumasa Hino i Kohsuke Mine), natomiast z drugiej muzycy, których łączy współpraca z McCoy Tynerem – kontrabasista Juni Booth i perkusista Eric Gravatt (właśnie niedawno mocno zadziwił jazzowy światek rezygnując z gry w Weather Report). „East Wind” wypełniły tylko dwa bardzo długie utwory, trwające ponad dwadzieścia minut. To typowy przykład jazzu modalnego. Obydwa utwory są mocno energetyczne i stwarzają wiele sposobności do długich popisów solowych, z których artyści skwapliwie korzystają. Szczególnie w „Green dance” zadziwia ekspansywna gra lidera, który na wcześniejszych swoich płytach nie eksponował nazbyt mocno swoich indywidualistycznych ciągotek. Partia solowa Kikuchiego na fortepianie jest przedniej jakości i bynajmniej wcale się nie dłuży. Zgoła inaczej jest w przypadku popisów Gravatta w utworze tytułowym, a może po prostu długie solówki na bębnach to nie moja bajka. Co ciekawe, Gravatt gra na tej płycie inaczej niż na krążkach Weather Report. Trudno byłoby zorientować się, że to on, gdybyśmy nie znali „listy płac” na tym wydawnictwie. „East Wind” to naprawdę dobry album, choć, moim zdaniem, nie jest to już z pewnością poziom „Poo-sun” czy też „Hairpin circus”.


Masabumi Kikuchi – Wishes/Kochi (1976)

Parafrazując żartobliwie słowa Karola Marksa z „Manifestu komunistycznego” można w przypadku tej płyty stwierdzić: „Widmo krąży po ‘Wishes/Kochi’, widmo Milesa Davisa”. Powody ku temu są przynajmniej dwa. Po pierwsze skład personalny. W nagraniu tej płyty wzięło udział aż pięciu muzyków grających w latach 1970-1975 z Milesem (Steve Grossman, David Liebman, Mtume, Reggie Lucas i Al Foster). Po wtóre muzyka. Niewątpliwie słuchając tych nagrań słychać inspirację dokonaniami słynnego trębacza, szczególnie tych z połowy lat 70-tych. Na szczęście nie mamy tu do czynienia li tylko z czerpaniem pełnymi garściami z davisowskiej skarbnicy. Kikuchi zadbał także o indywidualizację swojego języka muzycznego, co słychać w kilku wymiarach. Pojawiają się elementy tradycyjnej muzyki japońskiej, czego dobrą egzemplifikacją jest intro zagrane na biwie przez Kikuchiego w „Aurolal flare”. Słychać, że pianista nie ma ortodoksyjnego podejścia do faktury kompozycji, biorąc pod uwagę „elektryfikację” brzmienia. W latach 70-tych jazzmani zazwyczaj lubili te sfery rozgraniczać. Tymczasem na „Kochi/Wishes” nie ma w tej mierze ściśle określonych reguł. W obrębie jednej kompozycji mogą zatem występować fragmenty zarówno akustyczne jak i elektryczne („Carribean blue”, „Electric ephemeron”). Wpływy davisowskie słychać na pewno w sferze rytmicznej. Kłaniają się ponownie choćby takie krążki, jak „Agharta” i „Pangaea”. Generalnie rzecz biorąc mamy tu do czynienia z fusion na wysokim poziomie. Kolejny bardzo interesujący album pianisty.


Masabumi Kikuchi – Susto (1981)

Po „Wishes/Kochi” pianista skupił się na jazzie akustycznym, czego świadectwem były płyty „Matrix” (1977) i „But not for me” (1978). Nie wniosły one niczego szczególnego do dorobku artysty. Na początku kolejnej dekady Kikuchi postanowił powrócić do „elektrycznych” klimatów. W studiu nagraniowym udało mu się zgromadzić zacną ekipę. Terumasa Hino, David Liebman, Steve Grossman, Airto Moreira – większość to stara gwardia, która współpracowała z pianistą nie po raz pierwszy. Wymieniłem tylko te najbardziej znane postacie, bo „lista płac” w przypadku „Susto” jest dość okazała. Na płycie znalazły się tylko cztery kompozycje. Inspiracje muzyką Davisa są ponownie dość łatwe do wychwycenia. Dobrym przykładem jest w tej mierze otwierający album „Circle – Line” – mocno repetytywny, oparty na charakterystycznym transowym rytmie z partią organów, których brzmienie przywodzi na myśl sound tego instrumentu z „Agharty”. Mocno davisowski jest także blisko piętnastominutowy „New native”, bodaj najlepszy utwór na płycie – gęsty, gorący, mocno skupiony na rytmie, z ciekawymi partiami dęciaków. Kikuchi zadbał także o indywidualizację języka muzycznego. Czasami wychwycić można krótkie subtelne fragmenty kojarzące się z tradycyjną muzyką japońską - jest ich jednak zdecydowanie mniej niż na wcześniejszym „Wishes/Kochi”. Sporym zaskoczeniem jest „Gumbo”, który w całości oparty został na „regałowym” rytmie. Pozytywnym zaskoczeniem jest to, że album nie ma ejtisowego brzmienia, co było pewnym problemem w przypadku „Double rainbow”, nagranego w tym samym czasie przez Terumasa Hino. Ten krążek z lekka zalatywał już plastikiem. „Susto” to całkiem niezła płyta, choć gdy porównamy ją z najwybitniejszymi osiągnięciami artysty z lat 1970-1972 nie wypada szczególnie okazale.


Masabumi Kikuchi – One way traveller (1982)

Omawiany album jest owocem tych samych sesji co „Susto”, a więc z przełomu 1980 i 1981 roku, które miały miejsce w Nowym Jorku i Tokio. Fakt, że został wydany kilkanaście miesięcy później mógłby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z jakimiś odrzutami. Nic z tych rzeczy. „One way traveller” nie tylko nie ustępuje swojemu poprzednikowi, ale wręcz jest od niego ciekawszy. Przede wszystkim jest bardziej wyrównany i spójny w sensie stylistycznym. Klimat emanujący z tego krążka oraz jego specyficzne brzmienie mogą przywodzić skojarzenia z dokonaniami Milesa z lat 1974-1975. „One way traveller” generalnie rzecz biorąc jest mocno osadzony w poprzedniej dekadzie, jeżeli weźmiemy pod uwagę takie komponenty, jak brzmienie, styl i forma kompozycji. Pierwszą stronę winyla wypełnił w całości ponad dwudziestominutowy „Alacalder”. Jest to typowy przykład dla twórczości Kikuchiego z tego okresu - mroczny, tajemniczy klimat, duży nacisk na repetytywność, preferowanie dłuższych form wypowiedzi muzycznej. Na drugiej stronie płyty najlepsze wrażenie pozostawia ponad jedenastominutowy „Madjap express”. Szczególnie przykuwają w nim uwagę partie solowe. Kikuchi prezentuje intrygującą mieszankę brzmień klawinetu i dość odjechanego syntezatora, natomiast Steve Grossman raczy nas typową dla siebie partią na saksofonie sopranowym. Płytę wieńczy „Sky talk” oparty na mrocznym brzmieniu syntezatora. Jest to dobre zwieńczenie tej nadspodziewanie udanej płyty.



JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI – SUPLEMENT

Opisałem w sumie około 100 płyt. Starałem się prezentować różne nurty, jakie rozwijały się wówczas na japońskiej scenie jazzowej (free jazz, post-bop, jazz-rock, jazz fusion, spiritual jazz, soul jazz, third stream, jazz-funk i inne). Ponieważ na ogół wszyscy lubimy różnego rodzaju rankingi i podsumowania, dlatego pokusiłem się o sporządzenie swojej prywatnej listy ulubionych płyt. Niniejsze zestawienie może być przydatne dla osób, którym kiedykolwiek będzie chciało się penetrować te muzyczne rejony.


TOP 30 - JAPOŃSKI JAZZ

1. Masabumi Kikuchi Sextet – Poo-Sun (1970)
2. Akira Ishikawa & Count Buffalos – Electrum (1970)
3. Terumasa Hino/Mal Waldron – Reminicent suite (1972)
4. Masabumi Kikuchi – Hairpin circus/A short story for image - Soundtrack (1972)
5. Masabumi Kikuchi Sextet/Sadao Watanabe Quartet – Collaboration – Part I/Part II (1970)
6. Shunzo Ohno – Something coming (1975)
7. Sadao Watanabe – Open road (1973)
8. Hiromasa Suzuki – Kumikyoku furukotofumi - Rock joint biwa (1972)
9. Terumasa Hino Sextet – Fuji (1972)
10. Toshiyuki Miyama & His New Herd: Masahiko Sato ‎– Yamataifu (1972)

11. Kiyoshi Sugimoto Quintet – Babylonia wind (1971)
12. Masabumi Kikuchi Sextet – Re-confirmation (1970)
13. Terumasa Hino – Hi-Nology (1969)
14. Sadao Watanabe – Paysages (1971)
15. Shunzo Ohno Quartet – Falter out (1972)
16. Kohsuke Mine – Mine (1970)
17. Hiromasa Suzuki – Silk road – Rock joint cither (1973)
18. Kazumi Watanabe ‎– Endless way (1975)
19. Masahiko Sato – Dema (1973)
20. The Freedom Unity ‎– Down by the naked city (1971)

21. Takehiro Honda ‎– Salaam Salaam (1974)
22. Shuko Mizuno, Toshiyuki Miyama & The New Herd Plus All-Star Guests ‎– Shuko Mizuno's "Jazz Orchestra '73 (1973)
23. Shigeharu Mukai Quintet ‎– For my little bird (1975)
24. Sadao Watanabe – Sadao Watanabe (1972)
25. Kohsuke Mine – Daguri (1973)
26. Sadao Watanabe ‎– Round trip (1970)
27. Masabumi Kikuchi, Gil Evans ‎– Masabumi Kikuchi with Gil Evans (1972)
28. Keitaro Miho and Jazz Eleven – Kokezaru kumikyoku suite (1971)
29. Masabumi Kikuchi – Wishes/Kochi (1976)
30. Mikio Masuda – Mickey’s mouth (1976)





_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4375
Skąd: Opole

PostWysłany: 07.01.2021, 15:35    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pełny opis płyty z części 13 - pierwotnie zapisał się tylko fragment (nie można edytować posta ze względu na maksymalną długość).


Kazumi Watanabe ‎– Endless way (1975)

Pierwszy znaczący album w dorobku artysty i zapewne jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek nagrał. Gitarzysta w tym okresie był jeszcze dość mocno przywiązany do tradycji mainstreamowego jazzu, choć na „Endless way” sporo jest także elementów fusion. Zdecydowanie wyróżniają się dwa utwory, spinające ten album klamrą. Otwiera go, trwający niemal kwadrans „On the horizon” - crème de la crème tego wydawnictwa. Pierwsze dźwięki to subtelne intro na gitarze akustycznej, potem już cały kwintet serwuje nam główny temat melodyczny kompozycji. Kolejne niemal dziesięć minut to stylowe partie solowe na puzonie, saksofonie sopranowym i gitarze. Piękności! Zbliżony stylistycznie jest wieńczący ten album „The second wind”. Wspomniane utwory stanowią w dużej mierze o wartości płyty. Odmienny charakter posiada tytułowy „Endless way”. Słuchając go ma się niejednokrotnie wrażenie, jakby obcowało się z jakimś czadowym power trio. To zdecydowanie najbardziej ekspresyjny fragment płyty. Watanabe pokazał w nim rockowy pazur. Dobra płyta.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
esforty
digipack


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 2658
Skąd: Łódź

PostWysłany: 07.01.2021, 19:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Benedyktyńska praca, ogromna wiedza, altruizm wrodzony(?)
Dzięki!
_________________
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 11826

PostWysłany: 07.01.2021, 19:55    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Również dziękuję i już jestem w trakcie wykorzystywania (Mikio Masuda). Smile
_________________
In pfecutione. extrema S.R.E. fedebit.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Białystok
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 03 Sty 2013
Posty: 6670
Skąd: Białystok

PostWysłany: 07.01.2021, 21:30    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

esforty napisał:
Benedyktyńska praca, ogromna wiedza, altruizm wrodzony(?)
Dzięki!

Wszystko na raz. Smile
_________________
https://rateyourmusic.com/~Blodwynpig1971
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Monstrualny Talerz
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 24 Maj 2017
Posty: 3054

PostWysłany: 08.01.2021, 09:43    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Mahavishnu, wielkie dzięki, jeśli trzeba będzie wyprowadzić psa, umyć samochód, podlać ogródek, dowieźć mleko ze wsi - pozostaję w najwyższej dyspozycji!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 6081
Skąd: Łódź

PostWysłany: 08.01.2021, 09:51    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ale z Ciebie Gość, mahavishnuu Wink - na pewno będę korzystać z Twoich rekomendacji.
Nic z tych płyt nie znam, mam za to jedyną płytę japońskiego jazzu artysty, o którym nie wspomniałeś: perkusista Hideo Shiraki, hard-bopowa "In Fiesta" z 1961 roku (Teichiko Records) z udziałem Hidehiko Matsumoto (saksofon tenorowy, flet), Hachiro Kurita (kontrabas), Kinuko Shirane (Koto - japoński tradycyjny instrument, chordofon szarpany, rodzaj cytry), Naoya Omata (trąbka) i Yuzuru Sera (fortepian). Fajne granie w stylu Coltrane'a. Hideo Shiraki grał zresztą z kwintetem Coltrane'a 22 czerwca 1966 w Tokio, gdy Trane odbywał japońskie tournee.


_________________
FREE THE JAZZ!!!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Adi
epka kompaktowa


Dołączył: 07 Wrz 2017
Posty: 1045
Skąd: Nowe Miasto nad Wartą

PostWysłany: 13.08.2021, 09:26    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

mahavishnuu napisał:
JAZZ Z KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI

W 2015 roku pojawiło się na forum moich 27 szkiców poświęconych japońskiemu jazzowi. Skupiłem się na płytach nagranych w latach 60., 70. i 80. Na przestrzeni ostatnich lat kilka razy szukałem pozycji, o której pisałem, aby przypomnieć sobie różne wątki. Za każdym razem trzeba było trochę buszować po internecie. Już kilka lat temu pojawiły się sugestie, aby zebrać wszystko w jednym wątku (pisał o tym choćby kolega Monstrualny Talerz). Faktycznie jest to lepsze rozwiązanie, dlatego w wolnej chwili postanowiłem uporządkować temat. Może jeszcze komuś się przyda.

Temat akurat dla mnie, szczególnie w tej chwili - wakacje, i właśnie jestem na etapie poznawania japońskiego jazzu, jazz-rocka/fusion Smile
Kilka płyt przesłuchałem, między innymi:
Masabumi Kikuchi – Wishes/Kochi (1976)
Toshiyuki Miyama & His New Herd : Masahiko Sato ‎– Yamataifu (1972) - jeden z moich faworytów, kosmiczne brzmienie z nutką grozy Wink
Hiromasa Suzuki – Kumikyoku furukotofumi - Rock joint biwa (1972) - także czołówka z poznanych przeze mnie albumów, następny też dobry, inny, ale jednak debiut odrobinę bardziej mi podszedł
Akira Ishikawa & Count Buffalos – Electrum (1970) - dobre fusion, nie zachwyciłem się, ale słychać, że jest to wysoka półka
Terumasa Hino/Mal Waldron – Reminicent suite (1972) - mój kolejny faworyt. Mala Waldrona znałem tylko ze współpracy z Embryo i płyty Quest - bardzo dobrej zresztą, tutaj jest nie gorzej, szczególnie utwór tytułowy mi zapadł w pamięci, bardzo ładny jest ten liryczny motyw na trąbce. Nie, jednak nie jest ładny, jest cudowny, właśnie słucham, ehh...
Masabumi Kikuchi – Hairpin circus/A short story for image - Soundtrack (1972) - kolejna płyta warta przesłuchania
Ja bym jeszcze polecił Yoshisaburoh Sabu Toyozumi Sabu: Message to Chicago (1974)

Wchodząc w japoński jazz sugerowałem się Twoją RYM-ową listą, super robota Cool
_________________
"Nie jesteśmy wrogami lecz przyjaciółmi. Wrogami być nam nie wolno. Choć targają nami namiętności nie mogą zerwać więzów serdecznych. Tajemny akord pamięci zagra trącony ponownie przez anielskie struny naszej natury" - Martin Luther King
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1128
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 09:43    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Paru ważnych nazwisk w tym wątku mi brakuje. Choćby Kaoru Abe albo Itaru Oki. Ale rozumiem, że free lokowało się raczej poza bazowym kręgiem zainteresowań...

No i co z twórczością współczesną? Taka Satoko Fujii na przykład?
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Adi
epka kompaktowa


Dołączył: 07 Wrz 2017
Posty: 1045
Skąd: Nowe Miasto nad Wartą

PostWysłany: 13.08.2021, 10:33    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

akond napisał:
No i co z twórczością współczesną?


mahavishnuu napisał:
Skupiłem się na płytach nagranych w latach 60., 70. i 80.


akond napisał:
Choćby Kaoru Abe albo Itaru Oki. Ale rozumiem, że free lokowało się raczej poza bazowym kręgiem zainteresowań...

Zarzuć jakimiś płytami Wink
_________________
"Nie jesteśmy wrogami lecz przyjaciółmi. Wrogami być nam nie wolno. Choć targają nami namiętności nie mogą zerwać więzów serdecznych. Tajemny akord pamięci zagra trącony ponownie przez anielskie struny naszej natury" - Martin Luther King
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1128
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 12:43    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Specjalistą nie jestem - tu łatwiej byłoby mi z bardziej współczesnymi. Ale wymienię parę tytułów, których słuchałem:

Kaoru Abe - Partitas (1973)
Kaoru to był przedwcześnie zmarły (w wieku zaledwie 29 lat) saksofonista, z nurtu post-Aylerowskiego. Solowy album Partitas to jedno z jego najbardziej znanych nagrań, wydane w roku 1981.

Często grał w duetach z perkusistami - przykładowe albumy:
Yoshisaburo (Sabu) Toyozumi + Kaoru Abe - Overhang-Party (1978)
Kaoru Abe + Hiroshi Yamazaki - Jazz Bed Duo 1971.1.24

Łatwiej może być dotrzeć do archiwaliów wydawanych w ostatnich latach przez litewską wytwórnię NoBusiness. Tu też duet z Sabu Toyozumi (z 1978 roku):
https://nobusinessrecords.bandcamp.com/album/mannyoka
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Adi
epka kompaktowa


Dołączył: 07 Wrz 2017
Posty: 1045
Skąd: Nowe Miasto nad Wartą

PostWysłany: 13.08.2021, 15:01    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O, i kolejna porcja japońszczyzny, będzie co słuchać Smile
_________________
"Nie jesteśmy wrogami lecz przyjaciółmi. Wrogami być nam nie wolno. Choć targają nami namiętności nie mogą zerwać więzów serdecznych. Tajemny akord pamięci zagra trącony ponownie przez anielskie struny naszej natury" - Martin Luther King
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group