Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zbyszek Namysłowski Air Condition (odświeżająca bryza ? )

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 21.01.2021, 13:30    Temat postu: Zbyszek Namysłowski Air Condition (odświeżająca bryza ? ) Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Tak osobliwie się składa, że zawsze o tej porze roku powracam do twórczości od lat konsekwentnie i skutecznie marginalizowanej Namysłowskiego - Air Condition. Podobnie jak w przypadku Jarka Śmietany - ten okres zbywany jest ogólnikami i gotowcami myślowymi - stekiem klisz, frazesów i nie wymagającymi głębszego namysłu zbywaniami - że to "flirt z fusion", "próba komercjalizacji" i nieudanego przeszczepu amerykańskich ówczesnych gotowców na nasz nie obeznany z tamtą stylistyką grunt i chimeryczną publiczność. Sam lider po latach spędzonych w Ameryce - doszedł do daleko idących i nie dających zbyć się byle banalną sztuczką wniosków - że w USA twórcy dbają i dokładają wszelkich starań by ich muzyka / twórczość / przekaz był komunikatywny - a nie chodzi o samo granie pod publiczkę czy zwyczajną komercję - chodzi by ich muzyka była odbierana przez ludzie bo jest bezpośrednio do nich skierowana. A na naszym rodzimy rynku polish jazzu doprawdy różnie z tym bywało. Nie inaczej w tym samym czasie Joe Zawinul wyłożył swoje artystyczne credo - "... ludzie nie muszą rozumieć mojej muzyki, muszą ją poczuć...".

Projekt Air Condition bywał zgoła rozmaicie rozumiany i odbierany - nie sądzę by nawet obecnie został należycie oceniony i zrozumiany. Na łamach branżowych Jazz Forum - redaktorzy nie szczędzili uszczypliwości i szpil - podobnie jak Brodacki - że to było "słodkie" , " amerykańskie" , "pod publiczkę". "publiczności się podobało" itd itd. W obszernym wywiadzie Jarek Śmietana - gorzko podsumował ten okres - że Namysłowski został opluty - za to co próbował robić i co próbował przeszczepić na nas krajowy grunt. Tu paradoks - słuchacze i widownia bardzo pozytywnie, z nie skrywaną atencją, optymizmem, podziwem przyjmowała to co proponowali - a krytycy - jak Śmietana słusznie sugerował - chcieli koniecznie Zbyszka ponownie wtłoczyć w dawne w ich mniemaniu słuszne tory - kwintet Winobrania i Kujawiaka z Szakalem, Jonkiszem i Karokaliem. A skoro lider czuł się w tamtej konwencji duszno i ograniczony - chciał skosztować czegoś innego - to znawcy jazzu czuli w obowiązku boleśnie pouczyć go że błądzi.


Nie można zignorować faktu - że po paroletnim pobycie w USA Namysłowski nieco zazdroszcząc bezdyskusyjnemu sukcesu Urbaniakowi - postanowił - że może cała rzecz jest prostsza niż się pozornie wydaje i przepis na sukces jest na wyciągnięcie ręki. Marzyła mu się super grupa - w komentarzu do Follow Your Kite jest sugestia - że obok zasłużonego i zaprawionego w bojach lidera mamy młode lwy i młodych złaknionych sukcesu gladiatorów - nic bardziej błędnego - Ścierański opromieniony blaskiem splendoru Laboratorium, Adzik Sendecki "prawa ręka" Śmietany w Extra Ballu potem nieformalny lider Sun Shipu - zaproszony na prawach gościa jak sam Zbyszek określał " big bitowiec" Dariusz Kozakiewicz - z efemerydy / hybrydy - Świadectwo Dorzałości i chyba jedyny młody wilk - Tański na instrumentach perkusyjnych ( jego atawistyczne ataki - i nie linearne partie na kotłach można śmiało zderzyć z tym co robił na żywo choćby Morris Pert w Brand X - grał śmiało w poprzek muzyki - baaaa.... nie miał oporów przed tworzeniem zgoła atymuzyki ) oraz - jeśli baaaaaaaardzo się uprzeć chyba najsłabsze ogniwo - czyli perkusista Kowalewski - jakże wielkie było moje zdziwienie- gdy odkryłem - że to ten sam lider - Malina Kowalewski Band - od popularnego przez jakiś czas projektu - Śpiewające Fortepiany z Rudim jako prowadzącym. Malina Kowalewski jest na pewno profesjonalnym i solidnym perkusistą - jednakże - zbyt rock`n`rollowym jak na jazz, zbyt oczywistym, unikającym cieniowania, operowania barwami, niuansami, a może aż nazbyt zapatrzonym w Joe Morello. Jego następca - Adam Lewandowski dysponujący paradoksalnie jeszcze mocniejszym uderzeniem dysponował pełniejszą paletą barw. Może sound, groove, feeling i kontrapunkty Maliny wynikały z założeń lidera - dokładnie taki efekt chciał osiągnąć.

Nie ukrywam, że debiur Follow Your Kite - ma dla mnie znaczenie bardzo osobiste.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
szbe
singel analogowy


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 303
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 21.01.2021, 13:44    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie napiszę wiele, mam Follow Your Kite na winylu i w ogóle mnie nie zaskakuję jak często do tej płyty wracam. Jest znakomita!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 08:51    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Mnie towarzyszą od lat te same odczucia - w porównaniu do wielu krajowych jazzowych krążków - Kite ma w sobie "coś" takiego - że autentycznie pragnie się do niego często wracać, a to wielka sztuka i na naszym rynku rzadkość. Można go odbierać na różnych płaszczyznach - zarówno do słuchania dla przyjemności, na luzie, niekiedy w tle do innych prozaicznych domowych czynności ale też lub przede wszystkim non stop i wciąż na nowo wyłapując różne smaczki, zagrywki, niuanse, barwy, zmyłki aranżacyjne, zabawy nutami, dźwiękiem i barwą, strukturą. Nadal nie mogę nadziwić, że nie doczekał się wznowienia na CD. Nie jestem odosobniony w opinii , iż śmiało można go postawić wśród najlepszych, najbardziej reprezentatywnych nagrań polskiego szeroko pojętego jazzu lat 80 czy bardzo dobrej muzyki instrumentalnej - by zapomnieć na chwilę o szufladkach i etykietkach. Mam go od lat zgrany z mało używanego winylu - pamiętam jak kupiłem do za grosze z jakiejś osiedlowej likwidowanej biblioteki - na swoją zgubę postanowiłem umówić się na odbiór osobisty z panią - a tu nastąpił taki atak zimy - wszystko zasypane - choć miałem stosunkowo niedaleko - inna dzielnica miasta to wtedy do domu wracałem parę godzin - taki był paraliż komunikacyjny - ja w duchu przeklinając swoją głupotę śmiałem tuląc do piersi ten skarb. Stąd zawsze ta muzyka będzie mi się kojarzyć z zimą, mrozem, późno popołudniową szarugą, takim nieco przytulnym klimatem - choć całość jest niesamowicie optymistyczna, witalna, pozytywna i radosna - wystarczy posłuchać otwierającego nieco zawadiackiego klaskanego - Nice to see you.

Album jest zaskakująco zwarty brzmieniowo i stylistycznie - choć każdy utwór ma swoją formułkę / pomysł - wiele zostaje w pamięci nawet po pierwszym przesłuchaniu. Wspomniany skoczny z akompaniamentem klawinetu - Nice, potem chyba najbardziej tajemnicza i nastrojowa - z kapitalnym akompaniamentem - budowanie nastroju popołudniowego spaceru co sugeruje sam tytuł - After Dinner Walk - co jeszcze bardziej potęgują rozmaite plamy i wtrącenia na klawiszach Adzika Sendeckiego - w przekroju całego krążka - mało jego solowych partii czy "kosmicznych solówek" - swój arsenał - piano fendera, klawinet, moog czy string maszynę - traktuje bardziej malarsko - ogranicza do drobnych motywów, riffów lub raptem paru dźwięków ( choć w Dinner dostał swoje okienko i czaruje nas wysokimi rejestrami Mini Mooga - podobnie w tytułowym ). Swoją droga zastanawiałem się na ile muzycy mieli wolną rękę - a na ile grali ściśle pod dyktando lidera - chyba na najwięcej pozwalał Ścierańskiemu - to jego bas obok charakterystycznych groove`ów - np Seven Eleven czy tytułowym Follow Your Kite ( gdzie na chwilę pokazuje na co go solistycznie stać - na samym początku jak koło 5 minuty - że na krajowej scenie nie miał sobie równych ).

Płyta repertuarowo - pod względem nastroju, stopniowania napięcia, zaciekawienia słuchacza jest świetnie ułożona - każdy utwór to niespodzianka, jest jakby w opozycji do poprzednika, po okresie burzy mamy zawsze stosowne wyciszenie i kilka minut na "oddech", po tytułowym rozpędzonym silnie funkowym jest elegancki "walczyk" - Waltz for Two - z zrelaksowaną partią fletu ( jedna z nielicznych okazji by podziwiać lidera w tej roli ). Tu również gościnnie występujący Darek Kozakiewicz ma nieco więcej do powiedzenia - nie tylko akompaniament, jego partia jakby w kontrapunkcie, dialogi z fletem Namysłowskiego - gra całkiem "ujazzowioną" barwą - bliżej tu do Joe Passa, Herba Ellisa czy Barneya Kessela, sporo subtelności, niedopowiedzeń, spokoju, uroczych ozdobników i ornamentów. Dawniej miałem nieco mieszane uczucia odnośnie roli jaką odegrał Kozakiewicz w Air Condition - sam podkreślał, że w tym czasie to był jego największa fascynacja jazzem, fusion, elektrycznym Davisem i plejadą znakomitych jazz-rockowych grup i gitarzystów koryfeuszy gatunku, choć siebie oceniał surowo - że nie miał stosownych umiejętności, techniki, wiedzy harmonicznej itd - by w pełni rozwinąć skrzydła na tym polu i zagrać jak marzył. Dziwne wrażenie niekiedy robi nieco "nerwowa", "szarpana" i "spięta druciana" partia w otwierającym Nice to see you - chyba w kilku miejscach na Kite - Darek mógł zagrać inną barwą i bardziej wulkaniczną rodem z lotusowego Santany - jak to czynił ze Świadectwem Dojrzałości. Tu znów powraca pytanie - czy to był jego świadomy wybór czy jednak presja i pewne sztywne wytyczne muzyczne lidera - jak wiadomo - człowieka wymagającego, trudnego w obejściu i znanego z silnej ręki i artystycznej żelaznej woli.

Można tylko fantazjować jak brzmiałby Kite gdyby zamiast całkiem dobrego Maliny Kowalewskiego - zagrał Jerzy Piotrowski - wspomina że po rozsypaniu się SBB obok oferty Kombi pojawiła równocześnie od Namysłowskiego - sekcja Piotrowski / Ścierański mogła nadać albumowi innego wymiaru i dodać kopa przy chyba jednak silniejszym swingowaniu. Skład - co pokazały dalsze lata Air Condition okazał dość płynny i mało stabilny. Ostatni skład - zresztą wyborny i może chyba najlepszy i najbardziej dobitniej i pełniej realizujący filozofię Namysłowskiego - Gogolewski, Lewandowski, Cichy i Bliziński był szansą na taką stabilizację - ale lider rozwiązał projekt - nie wiem czy rozczarowany przyjęciem zespołu, nawałem krytyki - w późniejszych latach często niesprawiedliwie, z pogardą i wrogością odnosił do prób szczególnie młodych bandów - np projektów Young Power Popka czy Yassowców - a jego słowa o "elektrycznym frajerstwie" stały kultowe. Sami krytycy i dziennikarze muzyczni też nie byli dłużni i zaliczyli Zbyszka w poczet wielu "frustratów" - którzy brali się za granie jazz-rocka / fusion, licząc na wielki sukces, pieniądze itd - ale skoro projekt nie przyniósł oczekiwanych owoców czy rezultatów artystycznych - stali zaciekłymi przeciwnikami i zwalczali ten gatunek.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 10:31    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Zawsze mnie nurtowało jak Air zabrzmiałby z innym gitarzystą - czy lider miał już w trakcie pobytu w Stanach ściśle sformułowaną koncepcję grupy i skład ?, kogo jeszcze rozważał jako potencjalnego muzycznego partnera ?, kto był osiągalny na rynku ?, a kto mu dał ( podobnie jak Piotrowski ) kosza ?, a może przewinęło kilka "nazwisk" ale w trakcie prób Zbyszek uznał, że nic z tego nie będzie i trzeba zmienić instrumentalistę. Na pewno Sygitowicz, Piwowar i Antymos pasowaliby idealnie. W książce Brodackiego o polskim jazzie jest zdjęcie ( chyba z prób ? ) - obok lidera i Adzika jest już Lewandowski na perkusji i obaj bracia Ścierańscy ..... czyli to skład już po Kite i po drugim albumie zwanym Air Condition - o którym za chwilę. Namysłowski idąc podobnym torem rozumowania i kreowania muzyki - jak Miles Davis - zdawał sobie doskonale z potencjału zespołu jeśli zderzy się, zbierze młodych muzyków , już o pewnym dorobku - którym można odpowiednio pokierować, może nimi kierować odmienne rozumowanie i patent na muzykowanie - ale wymieszani w odpowiednich proporcjach w tyglu - mogą zaproponować wartościową i intrygującą muzykę - dać coś nowego, świeżego , spontanicznego ale dającego się słuchać po latach. Kite jest albumem - o którym absolutnie nie da się powiedzieć "produkt epoki" czy " efekt tamtych lat". Słuchanie sprawia ogromną frajdę ( co nie często można powiedzieć o niekiedy wymęczonych propozycjach zadufanych w sobie jazzmanów ) - jego odświeżający efekt - można chyba w latach porównać z debiutem Workoholic String Connection ( inni jeszcze dodają do tego zestawienia Young Power i Tie Break ). Choć u nich nie ma jak u Namysłowera tego klimatu jesienno - zimowej - wieczorowo - popołudniowej zadumy, powagi, jest jeszcze więcej mocnego uderzenia, jeszcze więcej optymizmu, entuzjazmu i zapału. Cały krążek Kite - to jak z bicza strzelił, jak pstryknięcie palcami - człowiek się nawet nie zorientuje kiedy to przeleciało - kolejny mocny punkt i argument za. Zetknąłem na zagranicznych forach i stronach poświęconych muzyce jazzowej - nawet tam doceniają Follow i wystawiają bardzo wysokie noty. Liderowi udała ultra rzadka sztuka - obok zerwania z krajowym zaściankiem, z "jazzową cepelią" , silnym otwarciem na światowe trendy, zacięcie amerykańskie ale bez popadania w tandetną i tanią "amerykańskość" - nadal zachował w muzyce , swoich solach i nastroju tę "szlachetną słowiańską duszę" - to się czuje. Nie był obojętny na inspiracje najlepszymi wzorcami - jak Stevie Wonder, Weather Report z Heavy Weather, Chicka Coreę z dęciakami - poczynając od Leprechaun, Mad Hatter, My Spanish Heart i RTF z kultowego koncertu z 77 oraz Friends ( Waltz for Two - zdaje się być żywcem z niego wyjęty ) - wczesna , bardzo wczesna Spyro Gyra.

Fascynowało mnie jak ten skład z Kite wypadał na koncertach ?, jaki mieli pełny repertuar ?, grali zdyscyplinowanie jak na albumie czy znaczniej swobodniej rozciągając utwory ?, czy każdy miał swoje "okienko" i okazję do solistycznych popisów ?. Czy sięgali po wcześniejszy repertuar Zbyszka a może mieli na tyle aktualnego i przyszłego, że nie było to konieczne ?. Od czasu do czasu TVP Kultura pokazywała fragmencik - 2 kompozycje z Bodajże Jazz Jamboree 80 - Speed Limit i Seven Eleven, z szalejącym za bębnami Kowalewskim , trochę mało. Wracając do drobnych zastrzeżeń odnośnie brzmienia i podejścia Maliny na Follow - zdaję sobie sprawę, że pewna niesprawiedliwa ocena może wynikać głównie z kiepsko brzmiącego nośnika - niekiedy bębny zlewają się w jedno irytujące dudnienie, nie wiem czy to tez wina kiepskiej produkcji, miksu czy warunków samego studia - może gdyby to zremasterować z taśmy matki ( co innego czy się w ogóle zachowała ) - nabrałoby to zgoła innego wyrazu. Przyznaję, że sound - dbałość o detale i z rozmysłem mieszanie rytmu przy jednoczesnym mocnym uderzeniu Lewandowskiego na Plaka Nights o wiele bardziej do mnie przemawia. Czy o to chodziło Namysłowskiemu - zderzenie muzyka dającemu solidną bazę na "4" z bardziej nieobliczalnym i spontanicznym Tańskim ? - proszę posłuchać np otwierającego perkusyjnego pandemonium w tytułowym , Seven Eleven czy zamykającym Load of Mind ( tu mamy finał godny zamykających killerów na krążkach Weather Report - te niby urywane riffy i krótkie odcinki Shorterowskie ).
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 12:00    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O ile z Kite nigdy specjalnie nie miałem większego problemu w ocenie i podaniu specyfiki / charakterystyki. To kolejny zwany prosto Air Condition - sprawia mi od lat trudności i powoduje za każdym razem fale mieszanych uczuć. Follow sprawia wrażenie niezwykle zwartego aranżacyjnie, dopracowanego w każdym detalu, niezwykle poukładanego, czuć, że lider i towarzyszący muzycy poświęcili sporo czasu i wysiłku na przygotowanie i poukładanie repertuaru i to jest "konkretny album". Następny - raczej ciężko ( przynajmniej mi ) odbierać jako całość - to raczej luźny zbiór kompozycji - bez myśli przewodniej, konkretnego porządku, ładu, harmonii - bliżej to do grochu z kapustą a ktoś bardziej złośliwy i pozbawiony skrupułów pokusiłby się o ocenę - że to " zbiór odrzutów z debiutanckiego albumu". Aż tak źle to z pewnością nie jest - płyta zawiera mnóstwo intrygujących i pierwszorzędnych fragmentów i pomysłów. Na pewno zyskała na lepszej produkcji - nie wiem czy to zasługa producenta, lepszego sprzętu i studia - zgrania się muzyków - wszystkie instrumenty zyskały na wyrazistości, ostrzejsze kontury ( które na Kite bywały niewyraźne, rozmazane, skłaniające do impresjonizmu i muzyki filmowej czy wręcz wybitnie ilustracyjnej ). Tu brzmi agresywniej , dobitniej, w wersji perkusji, basu , nawet mooga - nie wiem czy Adzik wreszcie odkrył i eksplorował nowe obszary sonorystyczne a może ktoś mu " fachowo poustawiał bary" - czyżby znów Biliński jak w przypadku Sun Ship ? Wink . Partie Mooga tu podobają się o wiele bardziej, bliższe do typowego ówczesnego światowego fusion - weźmy choćby genialnego Toma Schumana ze Spyro Gyra. A skoro o tym mowa - nie wiem - ale mogę prawie dać głowę - że Namysłowski musiał przy okazji tego projektu zetknąć z dokonaniami - czy w radiu czy na koncercie lub z zakupionych krążków wczesnymi dokoaniami tego wybornego bandu - tu kłania debiut Spyro i dwa klasyki - Morning Dance i Catching the Sun - podobieństwo absolutnie uderzające i nie może być przypisane jedynie zbiegowi okoliczności - np Convenient, tu nawet śpiewny sax lidera nabiera tego specyficznego zaśpiewu Jaya Beckensteina. Gitara Kozakiewicza też brzmi pewniej, jest momentami tnąca, rockowa, zostały zarzucone próby jej "ujazzowienia" znane z Kite. Album silnych kontrastów - niespodzianek ale mogące u niewprawionego słuchacza potęgować poczucie chaosu i dezorientacji - najlepszy przykład - po typowym - znanym z solowych koncertów intro - zabaw z brzmieniem Ścierańskiego - pojawia znikąd chwytliwa melodia z silnie disco akompaniamentem - pamiętam pierwszy raz jak to usłyszałem to aż podskoczyłem do sprzętu czy aby na pewno nie przeskoczyło mi na jakąś audycję radiową Very Happy , potem krótka ostra sekcja z agresywną gitarą Dariusza a w środku funkowa leniwie ale konsekwentnie rozkręcająca część z popisem Sendeckiego na pianie fendera - wreszcie ma więcej przestrzeni dla siebie - a potem znów ten niby disco motyw a la Kool & the Gang czy Earth Wind and Fire. Mamy drobną retrospekcję z moogowymi unisonami a la Skrzek w Ladderman - pędzący utwór - jakby lustrzane odbicie z Follow Your Kite z rozszalałymi przeszkadzajkami Tańskiego i Maliny a partia Adzika na Moogu zdradza klimaty Kita Watkinsa. Wielką klasę jako solista i wytrawny melodyk - pokazuje Namysłowski w Pretty Dowseress - po intro basu na stół zostaje nam zaserwowana ta zrelaksowana, odprężona melodia saxu - ta perełka również przynosi na myśl poprzedni album. Jak wspomniałem - niekiedy dziwny album - brzmieniowo krok do przodu, ale muzycznie jakby dłużnik poprzedniczki, jej depozytariusz i pytanie - czy przypadkiem nie koronny dowód na wyczerpanie formuły i sygnał - że to by było na tyle i dalej nie dało się podążać w tym kierunku - przynajmniej nie z tymi muzykami, nastręcza nieprzyjemne pytanie - co dalej ?. Odpowiedzią był chyba najbardziej dojrzały a przy tym niedoceniany album - legenda - dla wielu kolekcjonerów św. Graal - kultowy Plaka Nights a zarazem zamknięcie tego burzliwego i niejednoznacznego okresu.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 12:54    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Plaka Nights - od lat na liście "mrocznego pożądania" i "must have" krajowych ale i nie tylko kolekcjonerów i melomanów dobrego jazzu w nowoczesnym ujęciu. Nie będę oryginalny gdy powtórzę - ile przez lata zachodu kosztowało mnie upolowanie tego krążka - na wersję CD przyjdzie nam jeszcze poczekać - chyba prędzej jakaś amerykańska gwiazda porno zostanie wybrana na prezydenta niż to się ukarze w wersji zremasterowanej z bonusami ( choć w USA ostatnio dosłownie wszystko - każdy idiotyzm jest możliwy ) Very Happy . Podobnie jak w przypadku onegdaj i ongiś "białych kruków" rocka progresywnego - które rozpalały w opisach muzyki muzyczną wyobraźnie - jaka potencjalna uczta czeka potencjalnego słuchacza i wytrawnego konesera i jaką doczeka dziką rozkosz i spełnienie, objawienie i olśnienie - a to zawsze jest wielce niebezpieczne i kryje w sobie pułapkę - bo cóż może być gorszego niż niespełnione nadzieje i zderzenie z bolesną prozą życia ?. Ja ostrzyłem sobie zęby i obiecywałem świetną muzykę..... i...... z pewnością się nie wiodłem. Mniej więcej tego właśnie oczekiwałem. Śp. Lemmy mawiał z przekąsem , że to fani wynoszą pewne albumy na ołtarze i twórca nic na to nie poradzi - cham się uprze i mu daj a Keith Jarrett mawiał że o walorach muzyki często przesądza historia - jak świat jazzu uzna że to dobre i autentyczne - to wówczas nikt tego nie ruszy i zostaje na zawsze.

Podobnie jak w przypadku debiutu Kite - tu również mamy do czynienia z silnie zwartym aranżacyjnie, koncepcyjnie, muzycznie całościowym albumem. Słucha się od początku do końca z niesłabnącym zainteresowaniem. Nie ma praktycznie słabych punktów - Namysłowski powrócił do ideii - "super grupy" - niekiedy nazwiska same nie grają a wyraziste i silne osobowosci potrafią wszystko wysadzić w powietrze - tu mamy znów zgrany i zgodny kolektyw - w gwoli przypomnienia - Lewandowski, Gogolewski, Bliziński i Cichy - tuzy - nic dodać. Paradoksalnie tu można wysnuć paralelę do późniejszego Electric Bandu - II skład był niedoceniany, marginalizowany a tworzyli go zaprawieni w bojach - doświadczeni i nieco starsi muzycy niż pierwsza ekipa. Tu podobnie - ze szczególnym naciskiem na "weteranów" - Gogolewskiego i nieodżałowanego Blizińskiego - nieco tragiczna postać ( umarł w osamotnieniu, bez cienia zainteresowania i pomocy ze strony kolegów - a jego żona wydała celną i okrutną ocenę środowisku jazzowemu ) - chyba nigdy nie stworzył całościowo WŁASNEJ muzyki - ale świetnie odnajdywał w rozmaitych projektach. O jego wkładzie i dojrzałej wyrafinowanej dźwiękowo i artykulacyjnie gdzie w Plaka się niestety zapomina. Jego rola to niekiedy jak saksofonista u Davisa - "drugi melodyk" - wiele partii unisono z saksofonem , mnóstwo subtelności, jazzowa szlachetna barwa wypolerowana do perfekcji, oszczędność, bez trwonienia nut, punktowanie partii lidera, tworzenie wraz z pozostałymi partnerami stosownego i dawkowanego potrzebnego napięcia. To zwraca uwagę w przekroju całego krążka - to nieustannie obecne napięcie - w kompozycjach, w narracji, w rozwoju kopozycji i między sekcją a solistami, chyba nigdy nie zostaje to rozładowane - dlatego słucha się Plaki z takim skupieniem i z namysłem. Lider częściej sięga po sopran. Perkusja Lewandowskiego jest ostra, wachlarz środków wyrazi, stopniowania dynamiki i wykorzystanie zestawu iście mistrzowskie. Unika dudnienia stopy i basów - które niestety zdarzało Kowalewskiemu. To perkusista kompletny śmiało zmierzający w przyszłość jazzu a nie hołdujący big bitowi i jazzowemu muzeum. Jest nieco roztańczona i w sosie a la Chick - Samba Szambelana ( kłania Joe Farrell i jego sopranowe partie łukowe ) - skradające , trzymające słuchacza w permanentnej niepewności Tree of Fear i otwierający From the Bottom. Wspominając o sekcji rytmicznej - warto podkreślić głęboki bass fundament i pełny groovu - Jana Cichego - o wiele więcej dawał z siebie i wychodził do przodu na koncertach - czego dowodem jest album live z seri Polish Jazz Radio Archives z Jazz Jamboree 83. Bardziej akustyczny i powściągliwy od swojego poprzednika jest Gogolewski - prawie unika moogowych brzmień, timing i wysmakowanie partii piana fendera są bez zarzutu - choć niekiedy zapuszcza na zbyt wysokie rejestry i jego fendera łatwo pomylić z Yamahą DX 7 Very Happy . Album świadczący o postępie grupy - nabraniu dojrzałości i finalnym okrzepnięciu - na pewno nie świadczący o dobrnięciu do krańca artystycznej drogi - stąd dziwić może rozwiązanie zespołu przez Namysłowskiego. Trochę album zagadka i łamigłówka - to jak patrzenie przez kalejdoskop, muzycznie mozaikowy i jak abstrakcyjny witraż w kościele ( co trafnie oddaje wyśmienita okładka ). Okazja by rozkładać w trakcie kolejnych przesłuchań na czynniki pierwsze - oceniać interakcje pomiędzy instrumentalistami. Niekiedy traktowany marginalnie a to błąd - sam fakt, że wydany przez bodajże Grecki oddział CBS - potęguje ową "dziwność" i aurę tajemnicy i nieosiągalności. Na niektórych może muzycznie i kompozytorsko robić wrażenie - trudnego do uchwycenia - pozornie jednostajnego i ulotnego - a to błąd. Zetknąłem z opiniami, że ich ten album "rozczarował / zawiódł" - być może trafił u nich w nieodpowiednim momencie - a może nie poświęcili wystarczającej uwagi i maksimum skupienia - za szybko go odrzucili. Są momenty jakby w oczekiwaniu na katastrofę lub finał suspensu - są momenty jak w Sambie Szambelana i Tree - żartobliwe i rezolutne.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 16:44    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie wiem na ile planowanym czy będące zbiegiem okoliczności podsumowaniem / pożegnaniem jest wspomniany - brzmiący absolutnie obłędnie technicznie - diament, kryształ, aksamit, jedwab, cięte szkło - koncert ostatniego składu Air - z Jazz Jamboree 83 - tego samego , którego ukoronowaniem i chyba epokowym w historii polskich festiwali był szoł Milesa Davisa. Kto wie czy to nie jedna z najbardziej frapujących pozycji w ramach Polish Jazz Radio Archives. Obok String Krzesimira - ekipa Zbyszka była na krajowym rynku ( obok powoli dogorywających - Laboratorium i Extra Ballu ) jedyną grającą a ogniem, nowocześnie, ale nadal był to jazz z certyfikatem najwyższej jakości. Pamiętam kilka lat temu z jaką radością powitałem zapowiedź tego materiału. Polecam ten koncert - może bez jakiś wielkich repertuarowych i aranżacyjnych niespodzianek - panowie skupili wyłącznie na materiale z Plaki i to jak zagrane - znów oszczędne ale przesycone najlepszymi jazzowymi tradycjami pięknie ułożone zgrabne sola Blizińskiego - wreszcie jego talent i charakterystyczna barwa cieszą dłużej niż 2/3 chorusy. Jan Cichy również w kilku miejscach pokazuje swoją maestrię i absolutne opanowanie instrumentu - jego kontrapunkty i baza nigdy nie sprowadzają do "dudnienia od spodu" - wielkie słowa uznania dla realizatora koncertu i masteringu - każda ścieżka tak doskonale słyszalna, nic się nie zlewa, nie ma magmy czy bezsensownego "kotła" instrumentów. Perkusja Lewandowskiego brzmi tak soczyście jak Colaiuty, Wecka czy dwóch gigantów z Weather - Chestera Thompsona i Alexa Acuny - różnorodność środków wyrazu - skala i z dziecinną łatwością operowanie tak nieskończenie szeroką paletą barw, dynamiki. O klasie i solówkach lidera nie ma sensu wspominać - co ciekawe tu jego koronnym instrumentem jest sopran. Muzycy udowodnili, że materiał z Plaki jest niezwykle barwny, różnorodny , dający pole do popisów, interpretacji - ale zawsze mocno związany z pierwotnym zamysłem kompozytora. Dziwi mnie do dziś, że Namysłowski zerwał całkowicie z tą stylistyką a nawet repertuarem - chyba w okresie innego wielkiego kwartetu z Konradem, Wege i Skowronem była grana mocno przearanżowiona Samba Szambelana. Owacja i entuzjazm publiczności też został pięknie oddany. Jeśli ktoś lubi wgryzać się i dzielić włos na czworo - w kilku momentach - przeżywamy qui pro quo lub "who is who"- parokrotnie można dać się nabrać czy solo gra Cichy czy Bliziński - obaj jakby dla zgrywy zamieniają się rejestrami - Marek operuje w niższych, basowych a Janek w wysokich zgoła gitarowych dodając funkujące efekty. Proszę pobawić się w wyszukiwanie tych momentów - dowód jak kreatywni byli i nie sięgali po z pozoru oczywiste rozwiązania. Może jedynie troszeczkę " rozczarowuje" jakby wycofany i schodzący na dalszy plan Gogolewski - więcej go w roli dyskretnego i czujnego akompaniatora dający pełen werwy i rytmicznego pulsu rusztowanie.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2771
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 22.01.2021, 18:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Z perspektywy czasu - dziś - traktuje się Air Condition nieco po macoszemu, jako "poboczną" czy "marginalną" część dorobku Namysłowskiego - jakby należało spuścić na to zasłonę milczenia lub czegokolwiek się wstydzić - niby jakaś "ślepa uliczka", "błądzenie", "nieudany eksperyment" lub odpowiedź na amerykańskie rozczarowania lidera i sukcesy Urbaniaka - któremu na pewno w pewnym sensie zazdrościł a samemu talentów nie brakowało. To niezwykle ciekawy i wartościowy repertuar - dowód, że fusion / jazz-rock - jak kto woli - dawał wielkie możliwości i nie równał się sztywnym schematom lub jakiejś sztuce gorszego gatunku. Podejście kompozytora też dziwi i samo w sobie stanowi "rozczarowanie". Wielki muzyk ma prawo surowo oceniać swój dorobek - nie ważne że słuchacze rozpływają w zachwytach - w późniejszych latach okazjonalnie gościł na albumach bliższych rocka czy fusion - np legendarne solo u Sygitowicza. Potrafił odnaleźć się z powodzeniem w tej stylistyce i zagrać z klasą, pięknie, w sposób natchniony ( podobnie jak Shorter w Aja u Steely Dan ). Nie lubię nikogo "terroryzować" - że to absolutny mus w każdej szanującej się płytotece - chyba to coś oczywistego, że każdy miłujący jazz nieszablonowy czy nasz krajowy wcześniej czy później natrafia na ten okres i doprawdy aż trudno w to uwierzyć by to odrzucił czy potraktował machnięciem ręki że "słabe" lub "przeciętne - można od biedy posłuchać". Tu więc nie ma do "odkrywać" - tylko zadbać jak mawiał Miles do Teo Macero -"... żadnego wpieprzania się ze zbędnymi pytaniami tylko dbać by dźwięk jak trzeba szedł na taśmę....". Wśród kolekcjonerów i fanów to ceniony i znany materiał. Nadal dowód jak rynek CD ma zaległości względem zapotrzebowania i popytu fanów. Mnie spotkał zaszczyt i niebywałe szczęście bo Plaka Nights otrzymałem dzięki wielkiemu człowiekowi - najwybitniejszej postaci nie tylko tego forum - Boczeq`owi - człowiek, przy którego wrodzonej skromności, pokorze - nawet święty poczuje swoją małość, karłowatość moralną i jako ktoś kto zwyczajnie grzeszy pychą i arogancją. Jawne przeciwieństwo Joachima Erstna Berendta - a wiedzy i oczytaniu o jazzie mu nie brakuje i nie ustępuje nikomu, nie można sobie wyobrazić lepszego mentora, imponujący mądrością - a jest ostatnią osobą, która pragnęłaby brylować, belfersko pouczać, ganić, gromić, besztać - od lat rezygnuje z nadprodukcji własnego ego - oddaje głos innym,światu, sztuce, muzyce , dźwiękom - wielkoduszny, rozrzutny niczym bóstwo - nic nie zostawia dla siebie, bezinteresowność - czy można sie stać mistykiem jak Ravi Shankar, Alla Rakha czy Abdulah Ibn Buhaina - szczególnie ten ostatni ?. Najprawdziwszy nauczyciel, człowiek prawy, pogodny, nie łaknący splendoru, chwały, blasku, budowania pomnika za życia - nigdy by nie był autorem bzdur pokroju Niny Tierentiew - że "rozśpiewała Polskę", lub "uprogowiła " ( Leśniewski ) czy " ujazzowił" ( mniejsza z tym). Szanujący gusta każdego, otwarty - nie oceniający nikogo - że "nie będzie trzymał lub zadawał się z leszczami, którzy niewiele mogą i niewiele można od nich wycisnąć". Ważący każde słowo - dzięki temu zapamiętuje się i koduje na zawsze. Mający atencję do pasjonatów i kolekcjonerów muzyki bez wartościowania i hierarchizacji. Moment gdy rankiem otrzymałem od niego kopię Plaki ( podobnie jak chociażby kaseciaka Crashu ) - odmienił moją percepcję i optykę muzyki, nadało sens wytrwałości i jednocześnie było zgodnie z naukami Buhainy - czyli Arta Blakeya - muzyka nie należy do jednego człowieka, z chwilą wybrzmienia nuty należy do wszechświata i nikt nie może jej sobie zastrzec, zagarnąć czy żądać chwały i sławy, zapisania w księgach " ile mu zawdzięczamy" - zabawy w dobrodzieja czy św. Mikołaja Very Happy . Podejrzewam, że Namysłowski szczerze by się zdziwił gdyby miał okazję się przekonać jak wiele znaczą dla niektórych jego "wyklęte" czy "zapomniane" dzieła. Plaka czy Kite to perełki - nie tylko że są takie ( znów pozornie ) "inne" - to o wiele więcej niż warsztat czy rzemiosło albo wstrzelenie w ówczesne trendy. Klimatem i muzyką dokumentują na pewno udanie ducha tamtych czasów, muzyka śmiało towarzysząca ludziom ot tak na co dzień, w ich pracy, zmaganiu z realiami, dobrze sprawdza w różnych odmiennych sytuacjach - to coś co śmiało można zabrać na wakacje lub przy czym odpocząć wieczorem po ciężkim dniu. Nasi jazzmani często ( i słusznie ) byli oskarżani o niezainteresowanie własnym rozwojem, na kiszenie we własnym sosie i odwracanie od publiczności - Air Condition było próbą kontaktu ze zwykłym , no może oczekującym ciut więcej od życia człowiekiem.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
szbe
singel analogowy


Dołączył: 26 Sty 2010
Posty: 303
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 25.08.2021, 21:14    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Warto wpisać w kalendarz Very Happy




JAZZ JAMBOREE 2021


23.10.2021 - Sobota
DZIEŃ ZBIGNIEWA NAMYSŁOWSKIEGO
Winobranie
Kuyaviak Goes Funk
Jasmin Lady
Air Condittion
Super Band
Zbigniew Namysłowski Quintet
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group