Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Psychodelia
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 11, 12, 13
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 21.07.2021, 18:42    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE CHOIR - Artifact: The Unreleased Album /1969/

W swoim rodzinny mieście Cleveland, The Choir byli gwiazdami, niestety w innych regionach mało kto o nich słyszał. A przecież grali znakomity pop rock inspirowany Brytyjską Inwazją ocierający się o garażową siłę i zmierzający ku psychodeliczno-progresywnym dźwiękom. W 1967 roku wydali singiel, który zyskał lokalną sławę „It’s Cold Outside”. Jest to zachwycający mocno zamerykanizowany Merseybeat pokazujący nieodparte harmonie wokalne oraz chwytliwą melodię osadzoną na czasie. Don Klawon lider grupy, jako jeden z pierwszych odkrył Beatlemanię, bo już pod koniec roku 1963 znał „Love Me Do” The Beatles. Płytkę tę prosto z Anglii przywiozła mu dziewczyna którą znał. Było to jeszcze przed wydaniem w Stanach. W ciągu kilku miesięcy zorganizował zespół z trzema swoimi przyjaciółmi, którzy uczęszczali do szkoły średniej Mentor w stanie Ohio. Don Klawon zaczynał jako perkusista, Dave Smalley i Dan Heckel byli gitarzystami a Tom Bones był wokalistą. Jednak ciągłe zmiany składu nie wpłynęły obiecująco na dalszą działalność zespołu. Nagrane w latach 1966-68 single utrzymane były w tonacji The Zombies, The Kinks czy Bee Gees. W następnym roku zebrali się w nowym zestawieniu by nagrać materiał na album, mieli nadzieję na uzyskanie kontraktu z Mercury Records. Niestety, nie wyszło.
„Artifact: The Unreleased Album” prezentuje zespół tak jak brzmiał pod koniec swojej kariery ale nagrania te usłyszeliśmy dopiero pierwszy raz w 2018 roku. Skandal i brak słów!
Utwory zostały znalezione w archiwum nieżyjącego już Kena Hammana, właściciela studia Suma w Ohio. To głównie wydawnictwo, które ukazuje The Choir jako rasowy zespół grający rocka psychodelicznego lekko skierowanego w stronę progresywnych klimatów. W tym momencie grupa występowała w piątej mutacji składu: Jim Bonfanti, Denny Carleton, Phil Giallombardo, Randy Klawon i Kenny Margolis.
Większość piosenek tutaj to oryginały, a zaczynający płytę „Anyway I Can” gwarantuje dobrą zabawę, choć ostry jak brzytwa dźwięk jest ekscytująco podminowany. Sprawia to perkusja Bonfantiego, który próbuje wbić swój zestaw w podłogę studia. I nie przeszkadza to ładnej melodii bawić nas w tym miłym towarzystwie. Bardziej rockowy ze świetnym drivem jest „If These Are Men” w którym dają znać już ciekawe brzmienia organ nawiązujące po części do tego co robiło Procol Harum. I mówiąc szczerze niektóre momenty płyty zbliżają nas do wymagań tej grupy. Jednym z moich osobistych faworytów tego wydawnictwa jest „Ladybug”. Ma ona bardziej psychodeliczny charakter i idzie w ciekawym kierunku, zawierając pod koniec posmak gitarowej kwaskowatości. To nie jest standardowa popowa czy rockowa melodia. To nie jest też ballada, chociaż fantazyjny tekst sugerują coś innego: „Nie wiedziałem, dokąd się udać/ Ani gdzie się znaleźć/ Odpłynąłem do baśniowej krainy/ Natknęliśmy się na elfa/ I tak odpłynęliśmy/ Aby pozbyć się naszej klątwy/ Natknęliśmy się na biedronkę/ Wiedziałem ile jest warta”.
Jednym z moich ulubionych zespołów jest The Kinks, a na tym albumie The Choir wzięli na warsztat, jako jedyny cover piosenkę „David Watts” pochodzącej z płyty „Something Else” właśnie The Kinks. To chwytliwy i zabawny numer napisany przez Raya Daviesa o prawdziwym facecie. „Jest kapitanem drużyny/ Jest taki gejowski i fantazyjnie wolny/ I chciałbym, żeby wszystkie jego pieniądze należały do mnie/ Chciałbym być jak David Watts”. The Choir wykonuje świetną robotę w tej melodii, ściśle trzymając się oryginalnej wersji. Po tym numerze następuje „Have I No Love To Offer”, wolniejsza i dziwnie fascynująca piosenka, przekonywująca szczególnie w przekazie wokalnym. „Dlaczego nie mogę żyć samotnie i na wolności/ Zawsze marzę o tym, jak było kiedyś”. Ale zwróćcie tez uwagę na solo gitarowe. Przy tych dość spokojnych rytmach gitara nadaje właściwy sens temu numerowy prowadząc do ostatnich jamowych akordów. To zakończenie jest wspaniałe a swobodna orgia linii melodycznych gitary i organ wprost zachwyca. Jedynym instrumentalnym kawałkiem na tym albumie jest „For Eric”. Zaczynający się dość niewinnie, od prostego groove’u na basie, wkrótce pojawia się też na klawiszach. Perkusja lekko wiruje w tych okolicznościach gdy klawiatura rozkręca się na dobre. Dochodzi świdrująca gitara i całość podnosi na duchu. Kurczę ile jeszcze nagrań znajdę z tym dreszczykiem?
Album kończy się absolutnie zachwycającą i chwytliwą piosenką „Mummer Band”, napisaną przez Denny’ego Carletona. Jak można się domyślić po tytule, ten kawałek jest świetną zabawą i wyraźnie zespół pokazuje nam, że czuje tak samo, o czym świadczą śmiechy i żarty, które można usłyszeć na końcu numeru. „Pomimo tego, że jestem młodszy nadal kocham wasz mummer band/ uwielniam rock’n’rolla i rhythm and bluesa, ale och, ten mummer band”.
To niezwykła płyta, tylko ją znajdź i posłuchaj.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 08.08.2021, 11:29    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE HASSLES - The Hassles /1967/

William Martin Joel Joseph zanim został popularnym piosenkarzem, w latach sześćdziesiątych występował w grupie o nazwie The Hassles. I pewnie nikt by nie pamiętał tego zespołu, właśnie gdyby nie fakt, że występował w nim późniejszy wykonawca tak popularnego hitu jak: „Uptown Girl”. Pamiętacie ten teledysk i te dłuuuuugie nogi.
Tak. The Hassles to grupa w której debiutował na scenie muzycznej Billy Joel. To wprawdzie nie jest pierwszy jego zespół ale jest to pierwsza grupa z którą nagrał płytę. W ciągu dwóch lat istnienia The Hassles wydał dwa albumy i kilka singli. Istnieją wcześniejsze nagrania Billy’ego Joela z grupą The Lost Soul w postaci dema ale sam muzyk wolałby aby nikt o nich nie pamiętał. On sam miał wtedy niespełna piętnaście lat a i jego koledzy z zespołu wcale starsi nie byli. Cztery osoby z dziecięcego The Lost Soul zebrały się w 1967 roku aby założyć swoją pierwszą dorosłą grupę, nazywając ją The Hassles. Ona też nie była zbyt dojrzała, najstarszy z nich, gitarzysta prowadzący miał 20 lat a reszta to byli jeszcze nastolatki. Ich muzyka zawierała mieszankę podobną do Vanilli Fudge, The Young Rascal i brytyjskiej Spencer Davis Group. Ciężkie klawisze, imitujące brzmienie kolegów z Long Island robiły potężne wrażenie co zaowocowało rychłym podpisaniem kontraktu płytowego z dużą wytwórnią United Artists Records. W listopadzie 1967 roku został wydany debiutancki album zespołu. Płyta w większości wypełniona była coverami, była to polityka firmy wydającej: lepiej nagrać popularne piosenki niż niepotwierdzone własne.
Ale trzy utwory autorstwa muzyków grupy pokazują, że jak zwykle działania wytwórni były za bardzo zachowawcze. Już rozpoczynający płytę „Warming Up” będący czysto instrumentalnym wstępem ostro traktuje przyszłe numery na albumie. Drugą piosenką Joela jest „I Can Tell” znajdująca się na drugiej stronie płyty. To soulowo rockowa pełna werwy niespodzianka ze świetną partią instrumentalną oddająca ducha Motown. Trzeci numer napisany przez Joela wraz z producentami albumu Tonym Michaelsem i Vinnie Gormanem to „Every Step I Take (Every Move I Make)”. I to kolejny dowód fantastycznie utrzymanej w klimacie płyty piosenki. Smaczku dodaje pojawienie się pięknej melodii pod koniec utworu. Reszta to covery, ale bardzo umilające słuchanie i potrząsanie stópką od czasu do czasu. Będący drugim numerem na płycie „Just Holding On” jest znakomitym, napędzającym numerem z kilkoma rozmytymi gitarowymi wybuchami i ekspresyjnym wokalem. Interpretacja klasyka grupy Traffic „Coloured Rain” nagrana została zanim został w Stanach opublikowany debiut grupy Steve’a Winwooda. Wokalnie Joel trzyma się oryginału ale pod względem instrumentalnym The Hassles uchwycił więcej psychodelii. Hammond wiruje na obrzeżach a gitarzysta prowadzący truje swoją gitarą ubarwiając nuty bardzo emocjonalnie. To bardzo dobra wersja klasyka. I kolejna: „I Hear Voices”. Najlepszy utwór na płycie? Popowy z odmienioną duszą soulowy wysiłek, mocno zagłębiający się w psychodeliczne klimaty, przedstawiający narkomana podczas zażywania narkotyku, który zamiast przyjemnych doznań, powoduje paranoję z rozbrzmiewającymi wszędzie głosami.
Stary przebój z 1956 roku, wykonywany m.in. przez Elvisa Presleya i The McCoys, „Fever” tutaj jest mocno nie do poznania. The Hassles przerobili ten rhythm and bluesowy materiał w prawdziwy hard rockowy numer, wrzucając nawiedzone ciężkie gitarowe riffy. Wokal pracuje w rozdzierającej modzie soul a organy starają się jeszcze mocniej wykrzyczeć „Fever”. Och, to można słuchać i słuchać, szkoda, że producenci wyciszyli całość. Najdłuższym utworem na płycie jest ponad pięciominutowy „Giving Up”, znany z nagrania Gladys Knight & The Pips z 1964 roku. Tutaj mamy zwolnioną aranżację podkreślającą smutek i samotność porzuconego kochanka. Imponują pełne wokale, którym warstwa instrumentalna użycza swojej duszy. To jak poważnie chłopaki traktowali cudzy materiał pokazuje „A Taste Of Honey”, The Beatles. Poważnie komplikują znaną wersję, nieustannie zmieniając tempo, obciążając je potężnymi bębnami i organami Hammonda. Cudowna wersja.
No cóż, sądząc po nieznanej grupie, debiutancki album nie sprzedawał się żwawo, a mimo to United Artists dali The Hassles drugą szansę. Dwa lata później zespół wydał swój drugi album – „Hour of the Wolf”, w którym Billy Joel otrzymał całkowitą swobodę jako autor. Napisał prawie wszystkie piosenki, w połowie samodzielnie, w połowie we współpracy z innymi muzykami grupy. Jednak The Hassles rozwiązali się wkrótce po wydaniu drugiego albumu. Pozostała jak zwykle pełna duszy muzyka.



_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 24.08.2021, 16:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

MR. FLOOD'S PARTY - Mr. Flood's Partry /1969/

Choć mieszanie różnych stylów muzycznych w sposób eksperymentalny pod koniec lat sześćdziesiątych nie było już nowością to z dużym zainteresowaniem zapraszam do wysłuchania płyty zespołu Mr. Flood’s Party, tym bardziej, że osiąga ona wielkość, głównie dzięki znacznym talentom wokalnym i instrumentalnym muzyków.
W 1969 roku wciąż pojawiało się wiele wspaniałych, poszerzających umysł płyt, nawet jeśli psychodelia zbliżała się do końca swojej komercyjnej linii. Nieco zaskakującą sytuacją jest brak informacji na temat grupy, która przecież podpisała kontrakt z należącą do dużej wytwórni płytowej Atlantic, firmą Cotillion. Pochodzący z Long Island z Nowego Jorku zespół Mr. Flood’s Party wcześniej znany był jako The Now i nagrał w 1968 roku singiel, który przepadł w muzycznym tłoku tamtych lat. Tak się zdarzyło, że ledwo niecały rok potem grupa weszła do studia i nagrała jedyny album zatytułowany podobnie jak zespół.
Jak brzmi „Mr. Flood’s Party”?
To muzyka zawierająca wiele wpływów, w tym intensywną gitarową psychodelię rodem z Zachodniego Wybrzeża, orkiestrowy barokowy rock i ciężkie naleciałości grup Brytyjskiej Inwazji. Płyta może pochwalić się imponującymi standardami produkcji, a także efektami dostarczanymi przez coś co brzmi jak syntezator Moog. Całość obejmuje dziwaczne, hard rockowe melodie oraz poszerzające świadomość dźwięki pozwalające na zanurzenie się w głębinach umysłu potęgujące tylko odbiór muzyki. Samotny wysiłek muzyków w wielowarstwowe i wymagające dzieło, nagradza słuchacza powtarzającymi się rotacjami oraz przepięknymi harmoniami wokalnymi. Wyczuwalne uczucie smutku przenika większość albumu, co nie powinno dziwić, ponieważ nazwa grupy pochodzi od utworu wybitnie ponurego amerykańskiego poety Edwina Arlingtona Robinsona. Kto wie? czy okładka nie przedstawia właśnie samego pijanego staruszka, pana Flooda. Oczywiście nie oznacza to, że mamy tu jakieś wyciskacze łez, raczej całość jest otoczona aurą tajemniczości i lekkiej schizofrenii. Właśnie taki „Northern Travel” jest tego dobitnym przykładem. Podobnie jak „Deja Vu”. Oba te numery brzmią tak, jakby były zbudowane z kilku różnych piosenek a całość została sklejona psychodeliczną pastą. Wybijająca się na pierwszy plan gitarowa praca tworzy pomost między mijającymi minutami a ten fragment z fletem jest bardzo wzruszający. „Advice” to zawodząca gitara prowadząca, strzeliste smyczki i niebiański wokal. Wystarczy.
Kolejny numer „Prince of Darkness” sprawia, że w popowe dźwięki ruszają psychodeliczne eksperymenty utrzymując całość w ciekawej barwie. No i ten wers: „Tangerine… Tangerine… Tangerine” powtarzany w kółko ale jakoś tak spokojnie, bez szaleństwa. Delikatny, zawierający piękne harmonie wokalne „Simon J. Stone” jest balladą, gdzie klimat trzyma wiolonczela i skrzypce. Tu naprawdę wiele się dzieje wokalnie. Choć pewien dźwięk grozy dokucza i burzy ten spokój. Mocno zaznaczona brytyjska atmosfera w „Stanley’s Tea” fajnie wybrzmiewa i przenosi nas na ulice Londynu, jednak w te mgliste dzielnice przesiąknięte chłodem i deszczem. Siódmy utwór na płycie jest moim zdecydowanym faworytem. „The Liquid Invasion” zabija piorunującą gitarą prowadzącą, psychodelicznym klimatem i wokalami. A partia chórków tworząca dodatkowy przerywnik świetnie się sprawdza. O to naprawdę fantastyczny numer. No i zostają nam jeszcze dwie kompozycje do końca płyty. Senny „Garden of the Queen” przywraca zespół do materiału inspirowanego Brytyjczykami a przypomina szufladkę zwaną psychodeliczny folk, natomiast „Mind Circus” to powolne popadanie w szaleństwo, z początku bardzo łagodne by później dojść do ekstremalnych doznań, nawiedzonych pełnią i rozedrganymi cząstkami poruszającymi się aż do wyciszenia. I to zostaje z Tobą przez wiele dni.



_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 11 Kwi 2007
Posty: 11820

PostWysłany: 25.08.2021, 17:33    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję za rekomendację. Przesłuchałem z przyjemnością. Solidny kawał psychodelii.
_________________
In pfecutione. extrema S.R.E. fedebit.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 12.09.2021, 11:37    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE SHADOWS OF KNIGHT - Back Door Man /1966/

Inspiracją do założenia kapeli The Shadows Of Knight były dokonania grup spod znaku Brytyjskiej Inwazji. Młodzi amerykanie z Chicago znali już dokonania The Animals czy The Yardbirds i świetnie zaadaptowali je na swój rynek łącząc garażowe sety z chicagowskim bluesem tworząc rozczochrane dźwięki podbite zabójczym wokalem. Podobnie jak The 13th Floor Elevators i Electric Prunes chłopaki z Shadows Of Knight byli jednym z niewielu garażowo-acid punkowych kapel lat 60-tych, które potrafiły utrzymać przyzwoitą jakość na całym albumie. Ich debiut „Gloria” przemienił bluesa w nową formę. To co zagrali było punk bluesem w tempie ponaddźwiękowym. Przemierzali kluby w których z całkowitym entuzjazmem i surową energią dawali upust swojej młodzieńczej energii i frustracji. A publika słuchała tej muzyki lecącej z przeklętych głośników i nie pozwalała im zejść ze sceny.
„Skacz, Tup, Wariuj”, teraz twoja kolej.
Nagrany i wydany w tym samym roku co debiut drugi album zatytułowany „Back Door Man” wprowadził wysoce eksperymentalny nastrój. Ciężko bluesowy iloraz ich pierwszego krążka został zastąpiony bardziej folk rockowym klimatem oraz mocnymi psychodelicznymi akordami wypełzającymi z garażowego zgiełku. Oczywiście ta folk rockowa atmosfera była ledwie przystankiem nad którym kwaśny Dylan trzymał pieczę. Już od pierwszych chwil mamy tu solidne podstawy muzyki na najwyższym poziomie. „Bad Little Woman” nawiązuje do jedynki ale ten niesamowity blues rock daje kopa do kolejnego numeru „Gospel Zone”. To znowuż oryginalny proto punk, bardzo innowacyjny z wokalistą krzyczącym ponad instrumentami. Wpisujące się w charakterystyczny rytm lat 60-tych „Tomorrow’s Going to Be Another Day” oraz „High Blood Pressure” przekraczają granice, które jeszcze nie tak dawno były obowiązującymi trendami. Zadziorny wokal świetnie radzi sobie w lekko popowym repertuarze a całość oddaje hołd muzykom tworzącym te utwory. Chociaż album wypełniony jest garażowym żwirem to wycieczka w stronę raga rocka w „The Behemoth” ukazuje potencjał grupy, zmierzający ku psychodelicznym wojażom. Zwróć uwagę na tą solówkę, rozwijającą się w niespiesznym tempie świetnie współgrającą z resztą instrumentów a perkusyjne mieszane wzbogaca ten frapujący numer. Tak, gdy na jedynce coverem była tytułowa „Gloria” Van Morrisona tak tu mamy nieśmiertelny „Hey Joe”. The Shadows Of Knight jest jednym z wielu zespołów, które nagrały tą piosenkę, tu mamy ją zagraną w szybkim tempie aczkolwiek byrdowskie dzwonki przebijają w tle. Mocno wykorzystany bas robi całą robotę, linia wokalna ładnie prze do przodu a środkowa część wtapia w fotel. Mamy tu wystarczająco dużo szalonej, rozkręconej gitary wah wah i dudniącej sekcji aby popaść w konwulsyjne drgawki przytrzymując się podłogi. No chyba, że lecimy!
Rodzinne miasto grupy, Chicago, jest dobrze reprezentowane na płycie dzięki tupającej „Spoonfull” i „Peepin’ & Hidin’”. Obie piosenki są równie dobre, jeśli nie lepsze niż oryginały.
Ale poczekaj… jest jeszcze więcej dla Ciebie bluesowych guru.
„New York Bullseye” jest wprawdzie dwunastotaktowym bluesem ale wymaga ostrożnego rozpierania się, gdy wędrujesz po ulicy z piwem w ręku. Brzmi to nad wyraz dobrze.
Zespół podobnie jak na pierwszym swoim krążku wykorzystuje wszystkie triki ówczesnych najeźdźców zza oceanu. Zerka też na swoje podwórko i po drodze mu z The Sonics a także szczególnie tutaj z The Byrds.
I tak w „Three For Love” mamy musującą małą, dźwięczną gitarę w stylu country, z której słynęli The Byrds. „I’m Gonna Make You Mine” słynie z szyderczego plucia Juliana Casablancasa. Ten wokalista ma głos przesiąknięty gardłowym, garażowym zgrzytem. A jego wykrzyczane wersy po dziesięciu latach stanowiły pewien wzorzec. Tym razem na Wyspach. Koło się zatoczyło.
I jeszcze wrócę do „Tomorrow’s Gonna Be Another Day”, utworu, który znalazł się również na debiucie The Monkees. Cienie Rycerzy dają tu mocnego kopa i ukazują swoją wrażliwość, wszystko idzie do przodu w dobrym kierunku.
To był zespół przyzwyczajony do grania dla intensywnej publiczności, gdzie otrzymywał natychmiast informację zwrotną z parkietu. Wiedzieli czego potrzeba, aby poruszyć tłumy, a umiejętność tą płynnie przenieśli do studia.
Nagrali fantastyczne albumy, które trudno jest słuchać jednorazowo. Każda piosenka jest świetna i wydaje się przemawiać do innego podgatunku muzyki undergroundowej lat 60-tych. Przez wiele lat ten lp był traktowany jako „Święty Graal”, dopiero dzięki fantastycznej Sundaze możesz teraz wyjść do sklepu zza róg i kupić go sobie.
Na pewno ta muzyka nie zmieni Twojego życia. Ale jeśli myślisz, że garażowy nurt tamtych lat to prymitywne dźwięki ledwo dające się usłyszeć, Zmień myślenie!
I jak chcesz dodać kolejny promień słońca do swojej płytowej kolekcji nie czekaj.
To jest MOCNA bestia, która właśnie puka do Twych drzwi.



_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 19.09.2021, 18:30    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Swinging London - Stash

Rok 1966. Fenomen „Swinging London” osiągnął swój szczyt. Rozmach zapoczątkowany przez The Beatles, Rolling Stones, subkulturę hippisowską, pojawienie się nowych projektantów, takich jak Mary Quant czy John Stephen, umieścił Londyn na mapie świata jako stolicę muzyki, mody i designu. Na to zjawisko w kwietniu 1966 roku zwróciła uwagę amerykańska dziennikarka Piri Halasz, która w swoim artykule w magazynie Time zatytułowanym „Londyn: miasto, które się kołysze” opisała zachodzące w stolicy Anglii zmiany. W rezultacie miejsca opisane w artykule takie jak Carnaby Street, zostały zalane turystami z całego świata, próbującymi mieć swój udział w „swinging action”. Tak naprawdę ulice Londynu zostały zadeptane przez ludzi chcącymi przez chwile poczuć się swobodnymi i wolnymi. Niezliczone sklepy, boutiqi oferujące nowe szalone ciuchy, strojnisie i damy, nowe sztuki, malarstwo, teatr, film no i oczywiście muzyka to wszystko oddziałujące na siebie nawzajem doprowadziło do niebywałego zjawiska. Przez ten krótki czas Londyn stał się psychodeliczną chmurą pełną halucynogennych zjawisk. Bohema była szeroka i pełna „oryginałów”.
Oto jeden z nich.
Książę Stanisław Klossowski De Rola był z pewnością postacią fascynującą tamtego czasu a co ważne miał nienaganne wyczucie ubioru co czyniło go jedną z ikon Peacock Style (czyli Stylu Pawia). Oprócz tego zagrał w filmie Luchino Visconitego, był perkusistą u Vince’a Taylora, piosenkarzem pop (wypuścił singiel jako Stach De Rola w 1967), był zaangażowany w różne hollywoodzkie produkcje. Przyjaźnił się ze Stonesami, Beatlesami, Sydem Barrettem, Paulem Simonem i wieloma innymi legendarnymi muzykami. Na liście jego kochanek były Marianne Faithfull, Anita Pallenberg i Nico. Był i nadal jest człowiekiem zamożnym i pełnym wysublimowanego gustu.
Stash jest synem jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku – Balthusa (polsko-francuskiego arystokraty, którego pełne nazwisko brzmiało Balthasar Klossowski De Rola). Jego matka pochodziła z Szwajcarii i była arystokratką Antoinette von Wattenwyl. Stanisław (dla przyjaciół Stash) urodził się w 1942 roku w Bernie. W okresie dojrzewania, spędzonego w szwajcarskich i angielskich szkołach z internatem, Stash zaczął interesować się aktorstwem i muzyką rock’n’rollową. W 1960 roku wraz z Fellinim był na 13 Festiwalu Filmowym w Cannes. Mieszkał miedzy Rzymem, Paryżem i Londynem i przyjaźnił się z wieloma afroamerykańskimi muzykami, w tym z nieżyjącym już Tonym Williamsem, wokalistą The Platters. Pod koniec 1962 roku pojechał do Nowego Jorku a stamtąd do Hollywood, aby kontynuować karierę aktorską. Pod koniec 1964 roku Stash wrócił do Paryża, gdzie jako perkusista dołączył do The Playboys – zespołu wspierającego jego starego przyjaciela Vince’a Taylora. Rok później zaprzyjaźnił się z Brianem Jonesem, Mickiem Jaggerem i Keithem Richardsem.
Po załamaniu nerwowym wywołanym narkotykami i alkoholem Vince’a Taylora wiosną 1965 roku, Stash założył nowy zespół z perkusistą Robbie Clarkiem i gitarzystą Ralphem Danksem. Po serii koncertów w paryskim Bilboquet grupa otrzymała kontrakt płytowy z paryską wytwórnią, która chciała wypromować ich jako „francuskich Beatlesów”. Jednak niechęć muzyków do współczesnego francuskiego popu była głównym powodem ich decyzji o odrzuceniu oferty. Zamiast tego Stash, Robbie i Ralph wyjechali do Los Angeles.
Stash: „Ogólnie scena muzyczna była niesamowicie bogata i wszyscy byliśmy przyjaciółmi. Arthur Lee i Bryan McLean z zespołu Love byli moimi najbliższymi kumplami, ale byłem tez blisko z Chambers Brothers i Rogerem McGuinnem. Uczestniczyliśmy w pokazowym koncercie The Yardbirds w prywatnym domu w Hollywood Hills, pamiętnym koncercie Jamesa Browna, byliśmy gośćmi w programie telewizyjnym z Sonnym i Cher. Uczestniczyliśmy także w koncercie Boba Dylana w Hollywood Bowl”. Innym pamiętnym epizodem z pobytu Stasha w Los Angeles było spotkanie z reżyserem Bobem Rafaelsonem i producentem Bertem Schneiderem. „Zabiegali o mnie, bym zagrał główną rolę w nowym serialu telewizyjnym „The Monkees”, który reklamowali jako „A”. Nie trzeba dodawać, że kiedy czytałem scenariusz pilota, byłem strasznie rozczarowany i wyraziłem poważne wątpliwości, czy będzie miał szansę na realizację i odmówiłem zawarcia tej umowy. Dwa lata później w szczytowym momencie Monkeemanii, miałem okazję zastanowić się nad słusznością mojej decyzji”. Czas spędzony w Los Angeles nie zaowocował żadnymi nagraniami a po kłopotach z pozwoleniem na pracę Stash opuścił zespół i udał się do Kopenhagi. Pod koniec 1965 roku nagrał solowy singiel, na którym znalazł się numer „P.E.A.C.E”. Na stronie B nagrano cover utworu Boba Dylana „Chimes Of Freedom”. W tej chwili ten singiel jest cennym przedmiotem kolekcjonerskim. Płytka ta została wydana pod nazwą „Stach De Rola”. „Pisownia mojego imienia brzmiała „Stach”, a mój pseudonim z dzieciństwa był „Stachu”, powszechne polskie zdrobnienie imienia Stanisław. To mój ojciec stwierdził, że powinno być błędnie wymawiane, więc zostało zmienione na Stash”.

więcej na blogu

_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 01.10.2021, 19:45    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE CREATION - We Are Paintermen /1967/



Jeśli lubisz The Kinks, Small Faces czy The Who to z pewnością nie powinieneś przejść obojętnie obok The Creation. Wielki hit grupy „Painter Man” obok chwytliwej melodii ma jeszcze jedną sensację. Otóż Eddie Phillips, gitarzysta The Creation używa w tym numerze smyczka do skrzypiec wydobywając niesamowite dźwięki ze swojego instrumentu. Usłyszał to Jimmy Page i jak łatwo się domyślić po chwili już ten efekt wykorzystywał w The Yardbirds a potem w Led Zeppelin.
Historia zespołu rozpoczęła się w 1963 roku gdy do już istniejącej grupy Blue Jacks dołączył nowy wokalista Kenny Pickett oraz gitarzysta Eddie Phillips. Wtedy zmienili nazwę na Mark Four i podpisali kontrakt płytowy z brytyjskim oddziałem Mercury Records. Niestety powstałe w owym czasie dwa single nie sprzedały się i choć brytyjska publika uważała, że ich praca jest dość oporna, to niemieccy fani przyjęli ich w Wilhelmshaven entuzjastycznie. To właśnie podczas długiego pobytu w Niemczech zespół zetknął się z miejscową kapelą Roadrunners, której gitarzysta wykorzystywał sprzężenie zwrotne, Eddie Phillips odnotował ten fakt i zaczął wprowadzać go do swojej gry. Mark Four nagrywali singiel „Hurt Me (If You Will)”, który również nie odniósł sukcesu ale ustanowił początek nowego brzmienia. Na tej płytce Phillips wykorzystał swoje doświadczenia z Niemiec modyfikując efekt sprzężenia zwrotnego. Jednak Mark Four zakończyli swoją historię z początkiem 1966 roku, by wiosną tego roku przekształcić w The Creation. Wprawdzie już bez Thompsona i Daltona, którzy dołączyli do The Kinks ale wraz z Herbie Flowersem i Bobem Garnerem.
The Creation wpadło na brytyjską scenę dzięki singlowi „Making Time”, który miał wszystkie cechy przeboju: zabójczy beat, świetny refren i chrupiącą gitarę Phillipsa. Praca nad jedyną płytą długogrającą trwała krótko. W zasadzie „We Are Paintermen” nie jest albumem tak do końca przemyślanym i opracowanym w jednolity sposób. Jest to zbiór singli wydanych przez zespół w latach 1966-1967, w tym kilku stron B oraz paru utworów nagranych, ale nie wydanych do tego czasu. Jedno jest pewne, brany pod uwagę jako drugi gitarzysta przez Pete’a Townshenda do The Who, Eddie Phillips jest niesamowitym grajkiem i choćby z jego powodu trzeba poznać te nagrania.
„Making Time” to stopa wetknięta w drzwi, natychmiastowy klasyk z potężnym riffem Phillipsa, wzmocniony smyczkiem bijącym struny gitary powoduje nadejście walki gigantów w śnieżnych otchłaniach. Kolejną petardą jest „Tom Tom” gdzie niezwykły refren rozwija się na innych torach przecinających riffy gitary niczym zwrotnice kolejowe. Psychodelicznymi spiralami i odległymi chórami rozbrzmiewa hipnotyczny „Through My Eyes”, gdzie brudna gitara wciska się do halucynogennych kości wysysając szpik do ostatka. Ale mamy tu też lżejszy akcent. Wesoła w melodii, prawdziwa bublegum piosenka „Try And Stop Me” świetnie podąża w optymistyczne klimaty, tak charakterystyczne dla lat sześćdziesiątych. Trzy covery wykonane przez The Creation również zasługują na uwagę. „Cool Jerk” wykonany z pasją i młodzieńczą energią, wrzucony został jako otwieracz płyty. „Like a Rolling Stone” zagrany w Byrdowskim stylu z chrząkającą gitarą fajnie wpasował się do pozostałych numerów a wersja „Hey Joe” nie pozostawia nic do dodania. Gitara dostarcza niezbędnego brzmienia, często wykorzystując sprzężenia zwrotne, organy jęczą w rozrzedzonym powietrzu a bębny poruszają się do przodu, jakby już złapały króliczka. Nie ma czego się wstydzić.
Największym sukcesem zespołu w Wielkiej Brytanii był numer „Painter Man”, który dotarł do 36 miejsca na liście. Ten tradycyjnie zaczynający się utwór prowadzi do chwytliwego refrenu by w części instrumentalnej po raz kolejny zachwycać się popisami Phillipsa. To tu mamy ten szczególny dźwięk smyczka jeżdżącego po strunach gitary, bombardującego podpalony wzmacniacz płomiennym efektem. Wydany jako singiel w październiku 1966 roku, jest to utwór kończący lp. Co ciekawe, stał się bardziej znany w nieprawdopodobnej wersji disco wykonanej przez grupę Boney M w 1978 roku.
I tak niedługo po wydaniu albumu Eddie Phillips opuszcza grupę, dołączając na jakiś czas do wokalistki P.P. Arnold po czym rozstaje się ze sceną muzyczną i zostaje kierowcą autobusu w Londynie. Szkoda.
Zespół rozpada się w 1968 roku i z pewnością pozostawia po sobie niemały niedosyt. The Creation zyskał reputację jednego z zagubionych ogniw rocka lat sześćdziesiątych, rodzaju angielskiej odpowiedzi na Moby Grape pod względem ogromnego talentu muzyków, który w niewyjaśniony sposób znalazł się w ślepym zaułku.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 4061
Skąd: Opole

PostWysłany: 02.11.2021, 19:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

THE ZAKARY THAKS - It's The End. Definitive Collection 1966-69



Wiecie co? To ciekawe interesując się i grzebiąc w różnych diamentach muzyki lat sześćdziesiątych natrafiam na bardzo fajne nagrania zespołów dla których wtedy w epoce drzwi przetrwania powinny być otwarte. Ale tak nie jest. Ja takie rzeczy odkrywam, słucham i czasami napisze o nich. Ale przecież wielu fanów muzyki nie drąży tematu jak ja. Wielu nie ma na to czasu, siły czy ochoty. Myślę, ze ja sam gdybym tak mocno nie wlazł w tą muzykę nie miałbym pojęcia o istnieniu, ot choćby, takiej grupy jak The Zakary Thaks.
Jest wiele kompilacji, które próbowały udokumentować raczej niewielki, ale absolutnie niezbędny, muzyczny katalog tej teksańskiej legendy garażowo-psychodelicznego rocka. Ten zespół z Corpus Christi wydał pół tuzina klasycznych singli w latach 1966-69, na których zaprezentował swój talent piosenkarski i muzyczny, ale nigdy nie dane mu było nagrać lp. Dzięki badaczowi archiwów Alec’owi Palao udało się odnaleźć oryginalne taśmy magnetofonowe, co zaowocowało godziną pełnego napięcia, teksańskiego smaku, brytyjskich wpływów, wysokooktanowego, ciężkiego garażowego rock and rolla.
Podstawę tej nowej kolekcji tworzy dwanaście pojedynczych utworów, które reprezentują dwie odrębne fazy brzmienia The Zakary Thaks. Uderzający, natarczywy rytm „Bad Girl” z debiutanckiego singla zespołu, zawiera chrapliwy wokal Gerniottisa i podkręconą gitarę Lopeza, które charakteryzowały pierwsze cztery single grupy, a rozpoczynający całość „She’s got You” mocno osadzony jest w brytyjskiej modzie. W trakcie próby powstał drugi singiel zespołu „Face to Face” mający soczyste linie gitary prowadzącej oraz niesamowite solówki co stało się znakiem rozpoznawczym grupy w pierwszej fazie. Dołączmy do tego „I Need You” czy „It’s The End” i mamy obraz fantastycznego garażowego rocka podanego w południowym stylu.
Niestety muzycy zespołu bezapelacyjnie podążali za radami swojego managementu, co doprowadziło do napięć, zwłaszcza gdy do studia został sprowadzony nowy producent, nie mający doświadczenia z tego typu muzyką. Nie mając już nieograniczonej swobody w studiu, zespół pracował dalej, nawet kiedy czwarty singiel „Mirror Of Yesterday” miał dodane smyczki i orkiestrację wbrew życzeniu grupy. Następowało przejście brzmienia zespołu do drugiej fazy, czyli ciężkiego, psychodelicznego rocka. Nowemu brzmieniu towarzyszyły zmiany w stylu życia i nieuchronne konflikty wśród członków zespołu.
W styczniu 1968 roku zarówno Gerniottis jak i gitarzysta rytmiczny Stinson zostali wyrzuceni z zespołu. Pozostałe trio w składzie Lopez, Rex Gregory oraz Stan Moore nagrało piąty singiel. „Green Crystal Ties” i „My Door” są świetnymi przykładami łączenia garażu z psychodelią. Oszałamiające zagrywki gitary Lopeza w których czuć pełną swobodę są wyróżnikiem oraz znakiem rozpoznawczym jego gitary. Cholera to kolejna rzecz, która się nie sprzedała. Ostatni piąty singiel The Zakary Thaks nagrało z powracającym na wokalu Gerniottisem. Melodyjny wokal wraz z powściągliwą gitarą Lopeza trzyma klimat „Everybody Wants To Be Somebody”, natomiast w „Outprint” znajdujemy mocno beatową perkusję w stylu Brytyjskiej Inwazji. Nagrania te okazały się końcowym wydawnictwem grupy za jej funkcjonowania.
„It’s The End” zawiera imponującą liczbę dziesięciu dodatkowych utworów. Oprócz alternatywnych wersji paru numerów mamy tu niesamowity klasyk raga rocka „A Passage To India”. O to jest godne wysłuchania nagranie gdzie odnajdujemy drżącą gitarę napędzaną parowym statkiem wprost sunącym ku sercu Indii. Jakimś cudem utwór ten został wydany dopiero pierwszy raz w 2010 roku.
Szkoda, ze The Zakary Thaks nie byli bardziej płodni w studiu. Utwory, które znalazły się na tej kompilacji są dowodem pisarskiego talentu wszystkich muzyków grupy, ale szczególnie wokalisty Chrisa Gerniottisa oraz absolutnie oszałamiających gitarowych wycieczek Johna Lopeza.
Niestety, jak w przypadku wielu innych świetnych kapel z tamtych lat, żaden z singli nie okazał się przebojem, między innymi z powodu braku dystrybucji. Więc jeśli szczególnie preferujesz ostro napędzaną garażowo- psychodeliczną muzykę ta kolekcja z pewnością jest dla Ciebie.
_________________
Summer Of Love'67
http://musicpsychedelic.blogspot.com
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Muzyka Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 11, 12, 13
Strona 13 z 13

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group