Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

John Scofield

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 29.12.2021, 11:41    Temat postu: John Scofield Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kilka dni temu gitarzysta obchodził okrągłe 70 urodziny - dokładnie 26go grudnia. Pamiętam z licznie studiowanych artykułów w fachowej i audiofilskiej prasie - w latach 90 i 2000 wskazywano , że jeśli "obecnie" ktokolwiek zasługuje na miano czołowego nowoczesnego gitarzystę jazzowego - nr. 1. - to na pewno tylko Scofield. A dziś po upływie tylu lat figuruje raczej już jako "stara gwardia", to niesamowite jak ten horyzont czasowy nieustannie się przesuwa a niektórym ucieka.

Ostatnio chętniej sięgam po jego krążki z płytoteki. Zabawne, bo spotkałem przy okazji uzupełniania moich zbiorów ludzi, miłośników jazzu, kolekcjonerów - którzy z pewnymi oporami przyznawali odsprzedając swoje albumy - że niegdyś poczuwali się nijako "w obowiązku" , że skoro pasjonują się jazzem - to "wypada" mieć co najmniej kilka jego dzieł w zbiorach .... po latach przerwy niekiedy wracali do tej muzyki - ale dochodzili do wniosku, że to nie dla nich, nie czują tego "bluesa" - choć niezwykle się starali. Tu dochodzimi do jednej z pierwszych refleksji - Scofield nie jest dla każdego - jest niekiedy trudny, nie kokietował słuchaczy, nie zabiegał o uznanie, popularność, stawiał sobie i fanom wysoko poprzeczkę. Nie nadaje do słuchania "dla relaksu czy przyjemności", nie jest to muzyka do podróży czy do plecaka - sam nie raz próbowałem gdy byłem długo w trasie - nie ukrywam, że zirytował mnie. Na Johna trzeba mieć "fazę", nastrój, dostroić się do niego - wymaga niezwykłego skupienia i podążania za nim, z każdym dźwiękiem i nutą - kto się na chwilę wyłączy, zajmie czymś innym - to wtedy trudno wrócić z powrotem - za późno - lider jest już muzycznie o wiele dalej.


Ze Sco - jak nazywają go fani i inni muzycy jest podobnie jak z Coltrane`m - kto nie rozwijał razem z nim, kto nie podążał wiernie za nim - przestawał rozumieć i czuć jego muzykę. Ja sam do niego dochodziłem latami wyboistymi ścieżkami - wiadomo - miles z lat 83 / 85 - potem chociażby super album z Methenym - I Can See Your House - dla jednych piękne połączenie dwóch odległych muzycznych światów, dla innych wariactwo managerów którzy liczyli na mega zyski dla innych ciekawostka a dla wielu - jeden wielki kompromis. Wcześniej zespoły Billy Cobhama Spectrum czy projekt Cobham i boski śp. George Duke ( plus Alphonso ) - gdy jak żartują - Scofield iał jeszcze włosy Wink . Do Johna się dojrzewa - bo jakoś specjalnie nie wierzę, że jakiś nastolatek jest w stanie posłuchać i z miejsca przeniknąć jego muzykę, opanować te zawisłości i myśleć, że wie o nim wszystko - czysta bzdura i uzurpacja. Trzeba coś w życiu przeżyć i wiele - doprawdy wiele rzeczy przesłuchać by wniknąć w jego twórczość, docenić i oswoić. Może jest jakiś młody Mozart czy inne "wunderkind" - lub młodziakom się tylko wydaje że "rozumieją i czują" Sco - prawda jest bardziej złożona. Krążą anegdoty o wykładowcach na uczelniach - gdy pada jego nazwisko od razu sarkastycznie i żartobliwie ucinają sprawę - "... Scofield ? - zapomnij, to nie jest dla zwykłych śmiertelników, jego słuchają tylko inni muzycy....". Very Happy Nie wydaje mi się, że można kopiować jego patenty , by można być drugim Scofieldem czy mu "ukraść" , "podebrać" cokolwiek. Sam do wszystkiego dochodził ciężką pracą i wielkim talentem.


Przez ok 30 lat zetknąłem z masą materiału, opracowania, artykuły, wywiady, recenzje - wszystko składa na portret interesującego muzyka - nie ma przesady by napisać - "innowatora". Jak wielu zaczął od bluesa - tego ciężkiego, mrocznego, surowego, na swój sposób nieco "prymitywnego" - co zostawiło trwały ślad w jego stylu, doboru brzmienia, budowania fraz i solówek - zawsze pozostał ten bluesowy "brudek", ta pierwotna etniczna surowość, mroczny ton, cierpkość, kwaśność, szorstkie męskie, czasem brutalne i agresywne brzmienie, atakowanie dźwięków i autentyzm starych mistrzów - zero sentymentów - tak jak pisali i śpiewali o miłości - głównie tej cielesnej - bez ogródek, bez fałszu czy lepkiej ckliwości. Nie brak opinie że pewna "brzydota" i "turpizm" był Johnowi pisany i nie był dziełem przypadku - niebywała żelazna konsekwencja i wypadkowa wielu lat grania, ćwiczenia i słuchania - co sam podkreśla - dobry muzyk musi dużo słuchać i znać korzenie jazzu, dokonania innych, to musi w niego wsiąknąć i musi tym nasączyć swoją osobowość , do kości, do bólu - lecz nie próbować tego ślepo kopiować.


Gdy trafił do Berklee - jak sam wspomina - miał czas by wreszcie usiąść z instrumentem, poćwiczyć, pomyśleć - bo świadomość jest niezwykle ważna - z przekąsem wspomina - grał cały dzień i noc - wcinając pizzę i popijając piwo. Szybko doszło do sytuacji - że sam udzielał lekcji gry na gitarze - po latach surowo przestrzegał - nie idzie się do takich uczelni jak Berklee - by opanować instrument czy się go uczyć - nie tędy droga. To musi być dokonane wcześniej. To samo z goryczą mówił Jaco - gdy nijako zmuszony przez okoliczności udzielał lekcji czego nie znosił - że trafiali do niego kolesie, którzy nawet nie potrafili zagrać prostej gamy. Sco nie specjalnie był zainteresowany innymi gitarzystami na uczelni - jedynie wymienił, że intrygował go Mick Goodrick - dziś prawie zupełnie zapomniany. Miał szczęście do cudownych wykładowców - m.in Gary Burton. Nie miał do niego słów uznania - podobnie jak później dla Steve`a Swallow którego zawsze wymieniał jako jednego ze swoich mentorów. W pokoju na uczelni miał szczęście być z basistą i perkusistą, więc swobodnie grali w trójkę - ten drugi miał wybrafon więc Gary wpadał gdy nadarzyła się okazja i grali w pokoju. John podobnie jak słynny Les Paul w swoich książkach o gitarze jako "tajemnicę" sukcesu wymieniał - że zdecydowanie uczyliśmy się od siebie nawzajem, od innych, - samokształcenie ? - absolutnie nie istniało. Trzeba słuchać lepszych i grać z nimi - to najlepsza edukacja. Gros pracy należy wykonać samemu - gitarzysta gdy grywał jako następca w Spectrum Cobhama wracając do swojego pokoju - przesłuchiwał wciąż i wciąż na nowo ukochane płyty najprawdziwszego jazzu lat 60 - m.in Miles Smiles czy I Love Supreme - kwaśno wspominał, że ludzie oczekiwali po nim solówek a la Al Di Meola, który był wtedy na topie - ale on wolał np przemycić coś w stylu Shortera.

Do dziś podkreśla się "śpiewny dęty / saksofonowy " charakter jego partii - czego sam nie ukrywa a specyficzna technika kolejnych dźwięków legato - wynikała również z tego , że nie potrafił tak szybko kostkować jak inni jego "konkurenci". Nie o technikę jednak chodziło - w ciekawym wywiadzie opowiadał - że muzyk może być wirtuozem, zaiwaniać błyskawicznie po skali tam i z powrotem, grać tysiące nut.... ale to nie jest jazz - nie ma tej magii, emocji, nie porywa, nie rozpala wyobraźni, jest nijakie i jałowe. Najwięcej daje gdy gra się z zespołem - powstaje zbiorowa świadomość, ludzie uważnie słuchają się wzajemnie i każdy dorzuca coś od siebie - a słuchacze zostają w to wciągnięci.


Sco trochę jak Davis nieustannie poszukiwał - zmieniał co parę lat stylistyki, partnerów i co za tym idzie również wytwórnie - był Grammavision, był Blue Note czy Verve. To on był autorem kultowych słów - które wywołały niemałą burzę na początku lat 90 - że "... fusion jest dla mnie właściwie martwe, każdy muzyk musi sobie zdać sprawę, że ten idiom to ślepa uliczka dla improwizatora... to coś co się wydarzyło na początku lat 70 - potem Miles trochę to przywrócił w 80 bo miał do tego silny stosunek emocjonalny ale od tamtego czasu w tej muzyce nic wielkiego ani ważnego się nie wydarzyło...". A wcześniej miał ten styl wychwalać - że się dalej rozwija i na jego tle wielcy muzycy przekonująco swingują i improwizują - można do odbierać w rozmaity sposób - można się nie zgadzać ale warto poznawać takie skrajne poglądy bo zmuszają do myślenia, prowokują do dyskusji. Można również śmiało jak w przypadku innych "mądrali" pokroju Joachima powiedzieć - na Boga - przecież to opinia raptem jednego człowieka. Scofield miał wielki wpływ na wielu gitarzystów - nawet naszych krajowych - o czym może oni sami nie do końca zdają sobie sprawę i są gotowi się do tego przyznać - np te bluesowe, rwące się surowe frazy z dysonansami w środku akordów czy krótkie frazy z podwyższanymi / obniżanymi powyginanymi dźwiękami - np co robił na koncertach Śmietana, Styła, Antymo, Raduli czy Napiórkowski by wymienić pierwszych z brzegu. Sco miał powalić swoim post-Davisowskim, silnie niekiedy free funkowym elektrycznym bandem gdy zawitał do nas bodajże w 87 - z Gary Graingerem na basie i Dennisem Chambersem na perkusji - wedle naocznych świadków - nasi krajowi muzycy obecni mieli uczucie uczestnictwa w pokazie najczarniejszej magii i ich nieobecne spojrzenie, bezradne miny - mówiły same za siebie - są niedouczeni, są do tyłu, pielęgnują jedynie krajowy skansen i jazzowe muzeum. Tym bardziej dziwił fakt - gdy lider bez żalu czy z pewnym gniewem porzucił tą stylistykę, kolegów i zaprezentował światu swój chyba najlepszy band i album który jest ukoronowaniem jazzowego wysiłku:


Time of My Hands.

https://www.youtube.com/results?search_query=john+scofield+time+on+my+hands+full+album
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 29.12.2021, 12:30    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nagrany w doborowym towarzystwie - jego niegdyś bohaterów - bajecznej sekcji rytmicznej - De Johnette i Haden ( choć temu ostatniemu zarzucano w niektórych recenzjach - że nie wpasował do końca w stylistykę, że poruszał we własnej zgoła odmiennej muzycznej przestrzeni, że gdzieś unosił się i dryfował przez cały album na własnym obłoczku - a powinien podobnie jak partnerzy - grać ostro, atakować każdy dźwięk, dopieprzyć - czysta bzdura - rozumiem, że każdy odbiera i odczuwa inaczej - jednakże trzeba wielkiej klasy jako instrumentalista, partner, akompaniator, by odrobinę się usunąć w cień - nie komplikować, nie przytłaczać pozostałych - stanowić taką "otulinę" , oskrzydlenie dla pozostałych, być wsparciem, nieco ocieplić, docieplić brzmienie, być poduszką powietrzną, amortyzatorem - nie musieć gmatwać sytuacji ).


Napisano o tym albumie doprawdy wiele - wedle krytyków i to tych najbardziej krwiożerczych i kapryśnych - album jazzowy roku 90 a może i całej dekady. Nagrany ledwie w 3 dni listopada a zmiksowany w grudniu 89 - wyborna produkcja samego Sco i Petera Erskina - uzyskano te z jednej strony chłodne krystaliczno mroźne z drugiej strony intymne, namiętne i SOCZYSTE brzmienie. Nie chcę przepisywać sążnistych recenzji - spodobało mi się określenie że współpraca nie mająca precedensu w historii jazzu - między gitarą Johna a saxem Joe - idealnie wyważona proporcja, jak namiętni kochankowie - ale jak w bluesie - od razu przechodzący "do rzeczy", bez podchodów, zbędnych sentymentów czy tanich ckliwości - splatających się, jak wyborni tancerze znający pogmatwaną choreografię, nikt nie próbuje przyćmić drugiego, zawsze razem, niekiedy odbijających się od siebie, generalnie mocno przyciągając, żadnej głupawej wymiany ciosów, żadnych docinek czy pieprzonych "battle". Na to stać jedynie dojrzałych prawdziwych mężczyzn. Lovano był wymarzonym partnerem dla kwaśnej, bluesowej, cierpkiej i zagiętej gry lidera. W latach 90 Lovano w Stanach stał prawdziwą gwiazdą - a kto pamięta np gdy w 77 w Big Bandzie Hermana pojawił u nas - mając zaledwie 25 - a ci którzy go podziwiali w trakcie nocnych jam sessions w Akwarium mieli pewność - że o tym facecie będzie głośno i stanie prawdziwą gwiazdą.


Album Time of my Hands - to rzadki przykład dalszego rozwoju jazzu w czasach jazzowi miało sprzyjających. Sco w wywiadach też gorzko sypał celnymi diagnozami - że z jednej strony mamy dzieciaków, którzy może i po prestiżowych uczelniach, może i z opanowaniem i to imponującym instrumentów - ale nie grających jazzu - grających byle co i jakieś totalne bzdury w ładnym opakowaniu z chwytliwym terminem i etykietką - a z drugiej starzy muzycy wiecznie sięgający po wyświechtane i zużyte standardy - które w niczym nie różnią od setek tysięcy innych wykonań - proces wybitnie odtwórczy - jak w cyrku - pokaż swoją sztuczkę z kapeluszem. Time - zaprezentował osłupiałym słuchaczom autentyczny jazz - świeży, nowoczesny, zakorzeniony w bopie, w skomplikowanych harmoniach z brakiem oporów do swobodnego grania z drugiej połowy lat 60, mimo wszystko w grze lidera na elektrycznej gitarze - nie zabrakło funkowego zacięcia i blueusującego fusion. Tak jak wedle Tony Williamsa - płyta Millestones miała zawierać ducha każdego prawdziwego dawnego jazzmana - to na Time on my Hands - zawierało esencję, ducha, sens, przesłanie, namiętność, aspiracje, poszukiwania, każdego prawdziwego jazzmana - do tamtej pory - a to szmat czasu. Nie ma też sensu wyróżniać jakiegokolwiek utworu - album momentami trudny - jak zagłębienie się w harmonię kompozycji Charlie Mingusa - od której Sco również się nie dystansował i sporo przemycił w środkowych sekwencjach utworów. Warto do niego wracać, nie można go nie mieć w swoich zbiorach czy przy sobie. Cudownie czuć jak jazz i jego świadomość dojrzewa w nas - właśnie dzięki takim albumom. Smarkaczom dajmy czas. Mogę sobie łatwo wyobrazić jak nasi krajowi czołowi gitarzyści po paciorku pod poduszką mieli słuchawki i spijali z ust Johna wiele fraz - dla mających sporo czasu - polecam w ramach niekłamanej frajdy by pilnie szukali, śledzili frazy Sco - które potem nasi z lubością serwowali na koncertach.


Płyta stanowi koronny dowód na ignorancję naszego krajowego podwórka i ludzi, którzy mają czelność przy swojej wyszlifowanej ignorancji wypowiadać na temat jazzu i uprawiać na doraźne potrzeby swoją pisaninę - by przytoczyć niefortunne że Ptaszyn i Bliźiński prezentują jakość nieosiągalną / niedostępną amerykańskim mistrzom.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Cure
japońska edycja z bonusami


Dołączył: 12 Lip 2008
Posty: 3139

PostWysłany: 29.12.2021, 23:51    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Scofield jest świetny. Melodyjny i bezpretensjonalny. Uwielbiam jego przyjemny i przyjazny sposób gry.
Lubię zarówno płyty solowe jak i kolaboracje. Najlepszy przykład smooth dźwięków to Sco-Mule. Nagrana z Gov’t. Niby na luzie, niby swobodnie, ale jednak diabelsko precyzyjnie. Klasa schematu ubrana w zwiewne szaty. Uwielbiam.
_________________
Blog Insta Disc RYM
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group