Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Al Di Meola
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Quasarsphere
epka kompaktowa


Dołączył: 29 Kwi 2010
Posty: 1083
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 19.11.2010, 22:42    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Na Land of the Midnight Sun znajduje się taki utwór Love Theme from "Pictures of the Sea". Czy jest to fragment jakiegoś albumu, czy Al przybrał po prostu takie nazewnictwo?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Backside
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 31 Gru 2007
Posty: 4199
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 20.11.2010, 10:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Hmm, zawsze byłem przekonany, że to po prostu - tak jak wskazuje tytuł - motyw miłosny z filmu "Pictures of the Sea". Jednak taki film nie figuruje w żadnej bazie, a booklet ani tył LP nie dają żadnych podpowiedzi. Widzę za tym 4 możliwości Wink:

a) to muzyka do filmu, którego oryginalnej nazwy nie znamy (np. włoskiego, bo Meola był z włoskiej rodziny)

b) to muzyka do filmu, który powstawał, ale ostatecznie nie powstał (tak się też zdarzało, np. McLaughlin z siostrą nagrali piękny album do filmu dla Sri Chimnoy, który nie został skończony)

c) to muzyka do nieistniejącego filmu (Holdsworth np. nagrał płytą "Flat Tire, Music for a Non-Existent Movie"

d) to fragment planowanej suity, która nie powstała


A swoją drogą to przepiękny kawałek. Świetnie zaaranżowany, wyważony - no i trzeba przyznać, że Meola miał niczego sobie ten głos Wink.
_________________
https://www.facebook.com/theseventiesjazz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Quasarsphere
epka kompaktowa


Dołączył: 29 Kwi 2010
Posty: 1083
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 20.11.2010, 11:16    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Największą wadą debiutu Meoli jest drastyczne skrócenie tego utworu.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Maciek
box


Dołączył: 15 Kwi 2007
Posty: 7933

PostWysłany: 30.12.2013, 14:00    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Przyznam, że zaskakuje mnie bardzo pozytywny odzew na ostatnią płytę Meoli - All Your Life. Wprawdzie słuchałem jej ponad pół roku temu (swoją droga to dziwne, bo płyta w sieci była już przynajmniej od maja, a oficjalną premierę miała dopiero jesienią Rolling Eyes ) ale pamiętam, że strasznie mnie (nie nie tylko mnie) wynudziła. Aż sobie niebawem sprawdzę jeszcze raz ten materiał, choć przypuszczam, że w tym wypadku Al ślizga się trochę siłą rozpędu na popularności Bitli.
_________________
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Maciek
box


Dołączył: 15 Kwi 2007
Posty: 7933

PostWysłany: 12.02.2018, 18:31    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Al Di Meola - Opus (2018)


Zapowiedź płyty mocno średnia. Al w ostatnich latach bardzo mocno spuścił z tonu i nie bardzo nam po drodze. Szkoda, bo kiedyś był to jeden z moich ulubionych gitarzystów.
https://www.youtube.com/watch?v=VycRdRjkusk
_________________
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 03.01.2022, 08:22    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://www.youtube.com/watch?v=3AyzRfHUoVI


Bardzo lubię wracać do tego koncertu - z pierwszego odcinka trasy wspaniałego, absolutnie wspaniałego albumu Orange and Blue. Jakiś czas temu ukazał wcześniej na potęgę kopiowany i bootlegowany show z transmisji radiowej z Peabody’s Down Under, Cleveland, Ohio on January 19th 1995. Mimo paru niekiedy drobnych "potknięć dźwiękowych" o bardzo dobrej jakości i stanowiąca obok w/w video - piękną pamiątkę i najlepszą wizytówkę z tego niezwykłego okresu.

https://www.discogs.com/release/12517475-Al-Di-Meola-Live-95


Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie mieli styczności z tą muzyką lub jedynie przelotnie przesłuchali parę utworów. To już Meola o wiele dojrzalszy - z przełomowego okresu - bo nie tylko przekroczył 40tkę ale w niezwykle udany sposób połączył dwa do tej pory nieco odseparowane światy swej twórczości - akustyczny i elektryczny. W wywiadach nieco narzekał na amerykańską publiczność - mniej otwartą na akustyczne czy "eksperymentalne" granie - czuł tam presję by nadal grać dawne silnie "fusion" rzeczy z pierwszego etapu działalności lub obowiązkowo rzeczy jeszcze starsze z RTF. W Europie czuł większą swobodę i cokolwiek tam proponował - było witane z otwartymi ramionami.


Płyta jest przepiękna, utwory z jednej strony zawierające zapadające w pamięć wyróżniające się melodie ale w środku prawie każdego jest sekwencja zawierające karkołomne przejścia, łamańce rytmiczne, kaskaderskie pochody akordów i zawiłych harmonii - by w razie czego nie było zbyt miło i romantycznie Wink . Al podobnie jak dekadę wcześniej na nie mniej cudownym Soaring Through a Dream ( kto wie czy nie najlepszy w całej historii jego dorobku ) - otworzył swoją duszę słuchaczom i zaserwował takie granie - że mnóstwo ludzi zakochało się w nim bez pamięci - to się przewijało w recenzjach - rozkoszna romantyczna atmosfera, namiętność, pasja - nie sposób nie zakochać w takich klejnotach jak np tytułowy :


https://www.youtube.com/watch?v=blJ_aJwEvKo


Jedna z natchnionych ballad - This Way Before (w środkowej części Al dobiera takie brzmienie i melodie w solówce - że aż nieprzyzwoite ) :


https://www.youtube.com/watch?v=uhAY68ram30

Otwierający całość stanowiący wyborne wprowadzenie w klimat całości - jakiej muzyki możemy się spodziewać i jak znakomity ( jak zawsze ) zebrał zespół - "odkrył" genialnego pianistę z Argentyny Mario Parmissano - któremu również nie obce były syntezatory z Korgiem Wavestation i Kurzweilem K2000 na czele - ich bogate faktury i wielopiętrowe barwy stanowią niewątpliwie okrasę krążka , świetni sidemani - Marc Johnson, Pino Palladino, Peter Erskine, Steve Gadd i Manu Katche - same sławy i ludzie doskonale rozumiejący zamysły lidera. Istnym "czarnym koniem" i tajną bronią Orange & Blue okazał współproducent - gitarzysta, klawiszowiec (co szerzej zademonstrował na trasie ), perkusjonalista i człowiek obdarzony cudownym głosem - bez jego natchnionych, czasem przepełnionych nieodpartą męską siłą a czasem iście anielską i nie z tej ziemi - wokaliz - album nie byłby tym czym ostatecznie objawił. Przesłuchując milion razy Orange miałem nie raz tą rozkoszną gęsią skórkę i "ciary" wzdłuż kręgosłupa - niektóre fragmenty wprawiają w zdumienie - ile emocji, ile inwencji, fantazji, pomysłów - to jak nabrać głębokiego oddechu zimnym czystym powietrzem.


https://www.youtube.com/watch?v=Hnxs5FMyFUk


Na tym albumie jest pewien mój prywatny ołtarz - ukochany przez wielu - ludzie nie znajdują słów uznania - jaka to przepiękna kompozycja i jak wpłynęła na ich życie - niekiedy dając nadzieje, kiedy indziej wytchnienie, siłę i też stanowiącą kwintesencje znaczenia - że " można zakochać się w muzyce równie silnie lub silniej jak w kobiecie czy mężczyźnie" - If We Meet Again - w wielu stacjach z ciut ambitniejszą muzyką czy naszej niegdyś trójce czy jedynce był regularnie puszczany i miał zadatki na "przebój" - coś jak Antonia Pata rok/dwa lata wcześniej :


https://www.youtube.com/watch?v=t-hp-hR6Z54


Podzielam opinie wielu - że dostrzegają w tej kompozycji silne wpływy lub podobieństwo do ówczesnego czy ciut wcześniejszego Pat Metheny Group - główny motyw powoduje wielką radość w sercu na przemian z silnymi emocjami - tego nie można zapomnieć. Warte odnotowania, że to jedyna kompozycja Ala napisana wspólnie z w/w partnerami - Parmissano i Romero - jego głos wspina na absolutne wyżyny i wyraża więcej niż setki tomów poezji razem wziętych. Ciekawostką jest że utwór ewoluował na żywo - pierwotnie grany bardziej "elektrycznie" na Gibsonie - by w kolejnej części trasy zupełnie być prezentowany na akustyku - a i tak tu zaciera granica między brzmieniem akustycznym a elektrycznym - czyli lider zrealizował w pełni swój zamysł - brzmienia klawiszowe są równie pociągające - smaczków jest całe mnóstwo - Parmissano jest jak kiedyś mówiła o Jaco - Joni Mitchel " ... ja sobie go wymarzyłam, wyśniłam..." - tak samo Meola nie mógł "wyśnić" lepszego pianisty do swojego zespołu i tego projektu. Mario został z nim na dalsze długie lata.


Wspaniała muzyka - oddalona o lata świetlne od tych młodzieńczych początków. To prawie jak niebo i ziemia. Al podkreślał, że był dumny z siebie jak bardzo rozwinął jako kompozytor - to słychać. Gypsy, Land, Casino, Hotel - to był żywioł czy jak w przypadku mawiał Santana o swoich początkach - że to była "miłość na tylnym siedzeniu samochodu - a po Caravanserei była miłość uduchowiona połączona z absolutem...". Orange jest taką miłością.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 03.01.2022, 18:42    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

A nawiązując do wcześniejszego tematu koncertów - na szczęście miłośnicy Ala w ciągu ostatnich lat zostali "obdarowani" ultra rzadkimi rarytasami z przeróżnych stacji i chyba jednak ciut ciekawszych niż Montreal 88 ( któremu na marginesie nic nie brakuje ).

Moim faworytem jest Copenhaga 87:


https://www.youtube.com/watch?v=TFghadwv4KA


Wiele radości przynosi też Budapeszt 88 :


https://www.youtube.com/watch?v=5HGStM2Fdr0


Oraz niegdyś mój ulubiony z Berlina Wschodniego 88 :


https://www.youtube.com/watch?v=IwD2kDaxgTU


Na marginesie chylę czoło dla organizatorów - że w bloku wschodnim udało się ściągnąć taką gwiazdę.

Jest jeszcze fragment z Jazz Vitoria - żal że raptem pół godziny :


https://www.youtube.com/watch?v=_n53d9xPJ-E


To był znakomity band - rozwijający "nowe otwarcie" zapoczątkowane na Soaring tylko w miecniejszej oprawie - o czym zdecydowali nowi muzycy niebywale wszechstronni , genialni technicznie i grający ostrzej - klawiszowiec Kei Akagi ( potem u Milesa , wcześniej u Holdswortha i Ponty`ego ) i perkusista o iście atomowym brzmieniu dający radę z najbardziej karkołomnymi podziałami - Tom Brechtlein. Silny powiew etnicznego autentyzmu z ameryki południowej przyniósł Jose Renato - jego romantyczne wokalizy mogły kojarzyć z tym co u Pata robił Pedro Aznar.


A wracając do Orange and Blue - innym wyróżniającym się utworem z jednej strony wywołującym ogromny uśmiech na twarzy a z drugiej momentami wzruszający do łez jest dedykowany córce Orianie - Precious Little You :


https://www.youtube.com/watch?v=rXibUboC6K8


Utwór w aranżacji , sposobie prowadzenia szerokimi łukami i tą charakterystyczną z lekka "gwizdaną" melodią i ciepłymi bogatymi wejściami syntezatorów w tle - również nasuwa skojarzenia z Pat Metheny Group - np Spring Aint`t Here, Every Summer Night. Zadawano sobie przez lata pytania dlaczego obaj panowie nigdy nie zdecydowali na współpracę i jakiś projekt - a podobieństw między nimi niemalże od samego początku było całe mnóstwo - obaj zaczynali profesjonalną karierę w młodym wieku, są równolatkami, podobne fascynacje jazzem, ogromna pracowitość i w młodym wieku mistrzowskie opanowanie instrumentu, terminowanie u świetnych i sławnych mistrzów już w wieku 19/20 lat. Nagranie debiutu już w wieku 21/22 lat, eksperymenty z syntezatorem gitarowym w latach 80 odważne eksplorowanie rytmiki, klimatów latynoskich, obecność wokalistów w zespole, bogate brzmienie - mnóstwo instrumentów perkusyjnych. Jakiś kiepski żartowniś miał sugerować, że podobno poszło o jakąś kobietę i odtąt panowie omijali się szerokim łukiem. Very Happy

Przy okazji - we wcześniejszych latach Al miał zasłużoną lub nie opinię niezłego kobieciarza - podobno rozkochiwał w sobie wszystkie recepcjonistki w hotelach a uroku osobistego nie sposób mu było odmówić. W późniejszych latach stał bardzo rodzinnych facetem i wprost oszalał na punkcie swojej córki Oriany - dedykował jej chociażby utwór na Kiss My Axe. Na oficjalnej stronie Al z dumą zamieszczał mnóstwo wspólnych zdjęć - trzeba przyznać, że nie jednemu mężczyźnie była w stanie zawrócić w głowie. Ciekawe czy dochodziło w związku z tym do zabawnych sytuacji - przychodzi przedstawić swojego chłopaka a tu Meola przechadza się po domu - bądź tu normalny Very Happy , trudno sobie wyobrazić taaaakiego teścia :


https://www.google.pl/search?q=al+di+meola+oriana&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwiGhdHXj5b1AhVrk4sKHTxkDgcQ_AUoAXoECAMQAw


Kiedyś nasza Patrycja Markowska miała wspominać, że jako nastolatka umawiała się z kolesiami, którzy traktowali ją jako pretekst by tylko poznać ojca - przychodzili do domu - oni ją olewali i od razu uderzali do Grzegorza a ona dostawała szału Wink
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 04.01.2022, 08:20    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Trudno uwierzyć, że minęło prawie 30 lat od wydania fenomenalnego i smakowitego muzycznie albumu i jeszcze bardziej owocnej trasy - z Kiss My Axe (swoją droga wielu z pewną nieporadnością mierzyło się z polskim tłumaczeniem - że niby "cmoknij moje wiosło" lub "wycałują moją gitarkę" ? Wink ). Za każdym razem gdy poprzednio fani i krytycy zachwalali dany skład wydawać się by mogło, że już lepiej być nie może - lider zmontował jeszcze lepszy team. Tym razem zaprosił swojego dawnego pierwszego "mentora" u którego terminował jako nastolatek - Barry Milesa ( w wywiadach nie krył uznania i ogromnego rozczarowania - że w sumie ten muzyk wedle niego w niczym nie ustępował Corei - ani w technice, w wirtuozerii, wiedzy, talencie kompozytorskim, aranżowaniu, produkcji - a nie doczekał nigdy należytego uznania - pozostała w pewnym "cieniu" większych sław - zabrakło szczęścia, siły przebicia czy "asa w rękawie" w postaci odpowiednich jazzowych "przebojów" - nie da się ukryć, że jego wkład w Axe jest kolosalny i to w każdym względzie a na żywo grał w nieprawdopodobną swobodą, fantazją i inwencją i facet ma swój styl ), na syntezatorach Rachel Z, wierny bez którego już wtedy Al nie wyobrażał sobie żadnego projektu - Gumbi Ortiz o aparycji kolumbijskiego zakapiora, basista Tony Sherr ( na studyjnym częściej grał stary znajomy Anthony Jackson ale na trasę pojechał dyspozycyjny Tony ), nieprawdopodobny perkusista ze Spyro Gyra - Richie Morales - do dziś jego ekwilibrystyka w trudnych partiach robi kolosalne wrażenie a w spokojniejszych momentach jest czułym akompaniatorem i trzyma puls i groove jak nikt (na studyjnym obowiązki dzielił z innym gigantem Omarem Hakimem ).


Już okładka ocieka subtelnym erotyzmem i zapowiada nieziemską zmysłowość i fantazyjność muzyki (że niekiedy trzeba wziąć głęboki oddech - tak dech zapiera ) - sam lider świadomy swojego uroku, męskości i tego jak z biegiem lat wyprzystojniał a obok niego zgodnie z tytułem urocza modelka Alia Jordan w mistrzowskim obiektywie Henry Wolfa. I taka jest ta płyta - nie tylko popis kreatywności, talentu kompozytorskiego - tu nie ma słabego utworu czy wypełniaczy - co się w tej muzyce rzadko zdarza - każdy ma zapadającą w pamięć melodię i ten czasem orientalny, często latynoski klimat, kłania też afryka czy zakamarki ameryki południowej i to tej mało dostępnej i przyjaznej. Pamiętam pierwsze przesłuchania - co kolejny utwór jeszcze bardziej z niedowierzaniem kręciłem głową - zwykle w przypadku krążków fusion mamy mocne uderzenie - pierwsze dwa, trzy utwory są znakomite, w środku czasem pojawi jakaś perła lub na sam koniec w ramach mocnego akcentu na koniec a miedzy nimi "poniewierają" czy snują takie propozycje po których nie zostaje ani wspomnienie - tu nic z tych rzeczy. Co następny utwór napięcie rośnie - jakby Meola chciał puścić oczko - że myślicie niby że to było dobre ?, co właśnie słuchaliście ? - to poczekajcie za moment dopiero szczęki wam opadną a potem będzie jeszcze lepiej. Nie ma w tym żadnej przesady - po może odrobinę "czającym" się pierwszym z rozkosznym wejściem gitary South Bound Traveler ( podejrzewam, że panie słuchając jak "pieści struny" gitary i jakie dobiera melodie - musiały sobie nie raz patrząc na tego przystojniaka z okładki wyobrażać Bóg wie co - jakim to jest nieziemskim kochankiem Rolling Eyes - ale znów żarty na bok - sam się łapałem na tym, że Meola chyba nie zna poczucia muzycznej "przyzwoitości" - bo tak się odsłania w solówkach , w melodiach - romantyzm i rozbuchany erotyzm płynie nieprzerwanym strumieniem, jedwab, aksamit, noce w białym atłasie Very Happy - plus ten posmak egzotycznych podróży , aromaty, barwy, piękne kobiety, kolorowe drinki, zapierające dech w piersiach pejzaże - wszystko w tej muzyce zawarł a mało kto to potrafi - no.... o Pacie nie będę wspominał ) - jest radosny, mknący The Embrace również z zakręconą środkową partią wybuchającym etnicznym napędzanym przez liczne perkusyjne instrumenty rytualnym tańcem by znów wrócić na stare koleiny z tradycyjnie zmysłową solówką - na koncercie za każdym razem grana totalnie inaczej. Potem tytułowy z genialnymi partiami całego zespołu - na żywo tym otwierał koncerty - bo świetnie się nadawało by wprowadzić publiczność w ekstazę i ją odpowiednio rozbujać , Al wymachiwał pięścią by ją jeszcze bardziej podkręcić - bo przecież chodzi tez o dobrą zabawę a nie tylko doznania zmysłowo - artystyczne. Te szybkie ale i mocarne riffy i szatańska precyzja zespołu również zapadają głęboko w pamięć. Swoją droga Meola - Axe zadał nokautujący cios różnej maści niedzielnym krytykom jak i swoim kolegom po fachu - niekiedy i niestety "po wiośle" że fusion / jazz-rock się skończył, że ślepa uliczka, nie ma na czym improwizować i całość wypaliła i brzmi śmiesznie, czysta bzdura. Pojawia melodyjny, etniczny zgodnie z tytułem bardziej akustyczny Morocco - utwór, brzmiący bogato - znów te skomplikowane pochody szatańsko precyzyjnych motywów i riffów - ale ja zawsze ze wskazaniem wolałem wersję w akustycznym trio z Pontym i Clarkiem. Po drobnym interludium - inny killer i koncertowy as Last Night In June ( znów muzyka , klimat, aura - odcinki na przemian dynamiczne i pełne wyciszenia - działają na wyobraźnię co musiało się dziać tej ostatniej czerwcowej nocy Wink ) - pisanina na nic - tego trzeba posłuchać. Jest odświeżona kompozycja Corei Phantom - który był głównym iście królewskim daniem w trakcie krótkiego reunion RTF w 83 - tam mimo, że z znakomitymi improwizacjami całego kwartetu nieco chaotyczny i niedopracowany - tu dopiero Al z Milesem nadali mu skończony i właściwy kształt - znakomity utwór i kolejny z miliona przykład na boski talent Chicka do pisania kompozycji od których głowa nie potrafi się uwolnić - pomysłów, że można obdarować kilkanaście innych. Jest następny Global Safari - następny killer i przykład na zgranie muzyków. Pod koniec inny mój faworyt - Purple Orchids - sam początek i główny motyw przynoszą kolejne, któreż to z kolei ukojenie i to rozbudzenie wszelkich zmysłów słuchacza - odurza jak narkotyk czy wizyta w ogrodzie botanicznym gdy wszystko kwitnie albo palmiarni. Znów zachwyt i pytanie - jak ten facet to w ogóle robi ?.



Do tej pory wędruje świetnie sfilmowany i zmiksowany koncert z Palladium - idealny przegląd możliwości i to ogromnych tego składu i potencjał repertuaru - z wyjątkiem granego na bis Egyptian Danza - Meola i jego dream team koncentrowali wyłącznie na nowym krążku. Nie sposób każdego z muzyków podziwiać osobno - razem robią doskonałe wrażenie - tak grają ludzie na najwyższym poziomie - każdy zostaje sobą, silną indywidualnością a przy tym potrafi wspierać i stanowić napęd dla partnerów.


Ja mimo wielu niedoskonałości wolę ten materiał z publiczności z kamery 8mm ale i tek ogląda na wielkim ekranie znakomicie o wiele dłuższy i chyba kompletny zapis - co jest wielką wadą Palladium (pewnie został zarejestrowany cały) - z Miami - dzięki temu przy odrobinie wyobraźnie czujemy się jakbyśmy tam rzeczywiście byli - kolejny mój koncert marzeń gdybym mógł wskoczyć w wehikuł i tam przenieść i być wśród rozentuzjazmowanej publiczności. Warto obejrzeć. Jedna z ostatnich odsłon gdy Al i jego zespół dawali niesamowitego czadu i ognia a przy tym pielęgnując melodyjność i w żadnym razie nie przynudzając - co niestety zdarzało się naszemu idolowi w projektach o Piazzolli i solowych recitali.


https://www.youtube.com/watch?v=ouBTIPE0zwg
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2900
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 13.01.2022, 12:45    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://www.discogs.com/release/4266609-Al-Di-Meola-Flesh-On-Flesh


Trudno uwierzyć ale to już równe 20 lat od ukazania się tego albumu. Niedawno spotkało mnie wielkie szczęście - po wielu latach wreszcie udało mi się upolować oryginalne pierwsze wydanie Telarc w digipaku - na allegro od lat krążyły albo rosyjskie podróbki lub zwyczajne mocno sponiewierane wydania pudełkowe - to mnie nie interesowało - gdyż mam do tego krążka specjalny stosunek.


Pierwotnie nagrałem go z jakiejś stacji satelitarnej nadającej świeże albumy jazzowe artystów z topu - lecz mieli taki dziwny zwyczaj, że niejednokrotnie nadawali od środka lub ostatniego albumu - owszem, pomagało to zyskać oryginalne, niebanalne spojrzenie na album - lecz z drugiej strony wywracało do góry właściwy zamysł autora. Śmiem twierdzić i nie jestem bynajmniej odosobniony w tym założeniu - że to ostatni naprawdę "WIELKI" album tego muzyka - później owszem była jakby "kontynuacja" - np dobry Consequence of Chaos - ale właśnie - muzyka była "dobra, solidna, poprawna" ale już pozbawiona tej magii i muśnięcia boskiego natchnienia.


Już sama okładka stanowi obietnicę obcowania z wielką sztuką - taka obwoluta nie może zawierać złej muzyki Wink , mnie zawsze od razu kojarzyła się z okładką Marcator Projected East of Eden. Nie wiem na ile to był zabieg marketingowy - czy pomysł Ala - czy wybieg speców z wytwórni by tym bardziej skusić bynajmniej męską część słuchaczy - lecz trafiony w dziesiątkę. Pomysł na pewno nie nowy - już wcześniej pojawiały na okładkach gitarzysty piękne kobiety - na Kiss my Axe, Gypsy czy bardziej w tle Splendido Hotel. Tu nie ma żadnej przesady - strona fizyczna, duchowa, intelektualna i zmysłowa idealnie się dopełniają - trudno sobie wyobrazić brak jakiejkolwiek. Płyta w sumie krótka - ledwie 50 min - ale tu nie ma nudnej, słabej czy przeciętnej ani minuty - a tym bardziej kompozycji - a pierwsze 4 to nie przesadzę gdy napiszę - że to jedne z najwybitniejszych dokonań gitarzysty - który fenomenalnie połączył swoje wszelkie możliwe fascynacje w jedno - w obrębie danej kompozycji - wiele z nich to mini suity złożone z kontrastowych części ale jak u wprawnego alchemika - proporcje poszczególnych składników idealne - jak u najlepszego kucharza z przewodnika Michelina - nie za dużo kaparów, sos z białego pieprzu, krwiste, soczyste mięso, najlepsze , najświeższe produkty - jakież to wszystko smakowite i aromatyczne - aż przyprawia o zawrót głowy.


https://www.youtube.com/watch?v=0hJeqW5jAD4


Już otwierający z niepokojącym przywołującym wczesne pełne ognia nagrania Meoli riffem - Zona Desperata stanowi na otwarcie nie przystawkę ale z marszu królewskie główne danie - obok lidera mamy starych znajomych - perkusjonista Gumbi Ortiz, Mario Parmisano i weteran Anthony Jackson ( na albumie częściej obsługuje elektryczny kontrabas by dodać więcej "dołu" i ciepła kompozycjom - wychodzi znakomicie ). Nową twarzą jest perkusista Ernie Addams który pokazuje swoje umiejętności przyśpieszając rytm prowadzący do części środkowej z dęciakami i wybornymi pasażami - znów kojarzy z pierwszymi albumami gitarzysty - owo przyśpieszenie a przy tym precyzja godna Petera Erskine`a wprawia w zachwyt - ale najlepsze czeka nas pod koneic - w części zamykającej - przy tym ulubionej autora czego sam nie krył gdzie dochodzi do pasjonującej rozkręcającej jak sparing bokserski wymiany zdań i dialogu między Alem a gościem i to nie byle jakim - Gonzalo Rubalcaba na pianie fendera. Smaczku aranżacjom obok sekcji dęciaków dodaje flet Alejandro Santosa - w przekroju całej płyty Flesh - jego flet pojawiający w najmniej spodziewanych momentach dodaje tej pikanterii i czasem orientalnego ale głównie etnicznego z ameryki południowej czy Kuby kolorytu i silnie erotycznej, zmysłowej - znów kłania okładka - aury.


https://www.youtube.com/watch?v=QKQ1FCVzoZg


Grą, igraszką, rozkoszą dla zmysłów słuchacza i niezłą dawką stymulacja i rozpalania wyobraźni jest druga mini suita Innamorata - niezwykle jak bogate aranżacje, wtręty czarodziejskiego fletu Santosa, piano Parmisano , instrumenty perkusyjne splatają w jedno, wirują, zanikają, pojawiają jak spod wody , ulatują w niebyt i znów powracają - Al czarując na gitarze akustycznej nie unika ostrzejszych elektrycznych wejść. Cała pisanina na nic jeśli się tego w ogromnym skupieniu nie wysłucha. Wedle słów lidera to jedna z pierwszych kompozycji jakie napisał na ten projekt - który zdefiniował ostatecznie nastrój, kierunek artystyczny - połączył dawny ogień, młodzieńczy gniew, wyrywność, z inspiracjami Piazzolli , muzyki poważnej, kameralnej, filmowej. Tu jeszcze dobitniej można się upajać i podziwiać jak cudnie w tkankę kompozycji wpasował Santos - jego flet i gitara to jak kochankowie w namiętnym uścisku - grze wstępnej, pieszczotom i ekstazie , która nie ma końca - blisko, przy sobie, razem lecz każdy zachowują silną muzyczną i duchową osobowość i poczucie pewnej niezależności.


Na marginesie - gdybym miał doczekać wreszcie solidnej i sensownej adaptacji Wilka Stepowego Hermana Hesse - szczególnie scenie gdy przygnębiony Harry wraca po koncercie muzyki dawnej i zastaje zaskoczony piękną i lekko zlęknioną Marię ( przysłaną przez Herminę ) - i spędzają ze sobą pierwszą pełną uniesień i jednocześnie romantyczną i niewinną noc - to chyba nie zawahałbym się by kilka fragmentów i fraz z Flesh "pożyczyć i wykorzystać" - tylko kto by obecnie udźwignął cieżar takich ról ? - z bliskimi przyjaciółmi wielokrotnie dysputowaliśmy ogniście kto byłby najlepszy jako Harry - wielu wskazywało Jeremy Ironsa - dla nie może i znakomity ale zbyt szorstki i brutalny, ja widziałem siwego Richarda Gere (jak super wypadł w Zatańcz ze mną ) - ale dla nich zbyt przystojny, przesłodzony i lukrowany. Kto w roli Herminy i Marii ? - niegdyś widziałem Keirę, Mile Kunis, Olgę Kurylenko, Rosamund Pike - ale im się ciut postarzało, podobnie do roli Pabla - niegdyś wymarzony był młody Banderas czy Diego Luna - ale ich czas również nie oszczędzał Rolling Eyes


N Flesh jest mój mini-nabożny-ołtarz muzyczny czy ikona - przed, którą zawsze mam respekt i mimo tysiącznego przesłuchania nigdy nie mam dość i zawsze towarzyszą te same silne emocje. Chorzi o niepozorną perełkę Meninas - z portugalskiego znaczy "Dziewczęta" ( byle nie te z Dubaju ) - również ulubiona na albumie kompozycja Meoli - podarowana przez Egberto Gismonti - melodia niby prosta, płynie sobie jak obłoczek czy niezmącony czysty górski strumień, zero popisów, efekciarstwa - każdy dźwięk, fraza i fragment melodii ma mnóstwo czasu by wybrzmieć - tu Al stosuje zasadę "mniej znaczy więcej". Tego również nie da opisać tylko koniecznie posłuchać - gitarzysta dedykuje je swój dwóm pięknym córkom - Orianie i Valentinie - chciał w partii gitary zawrzeć tęsknotę za nimi w trakcie długich tras i podróży. Flet Santosa w środku kompozycji również kreuje nieziemski klimat rodem z pięknego snu, zagubienia i błądzenia we mgle czy jak w przypadku Innamoraty zawiłości, pułapki, pokusę, uleganie pożądaniu, zapomnieniu się o zatraceniu w miłości i igraszkach z piękną kobietą. Jednocześnie wszystko jest takie czyste, niewinne, krystalicznie uduchowione - zero lubieżności, wyuzdania czy perwersji.


Tytułowy Flesh - to zaproszenie do wielkiej ulicznej zabawy, kubańskiego karnawału - silnie tymi festynami i festiwalami zainspirowany utwór - czego w komentarzu do płyty nie ukrywa sam gitarzysta ciesząc się i pękając z dumy, że w paru roztańczonych minutach udało mu się zawrzeć te barwy, kolory emocje towarzyszące kubańskim "orgiom" ale nie tylko - bo podkreśla, że wiele z tego klimatu również pojawia w Miami - gdzie była nagrywana ta płyta. Doprawdy trudno usiedzieć w miejscu gdy się tego słucha - wielkie słowa uznania dla perkusjonistów w tym samego Meoli.


https://www.youtube.com/watch?v=oH1mQHpjaOQ


Nie mogło zabraknąć autentycznej kompozycji Piazzolli - jednego z herosów Ala - mamy małą retrospekcję i powrót nastroju i myślenia kompozytorskiego i aranżacyjnego jaki zastosował lider na New Sinphonia, Heart of Emmigrants, Plays Piazzolla czy pełnego symfonicznego rozmachu Grande Passion. Tu każdy z muzyków ma swoje mini okienko - flet Santosa, piano fendera Gonzalo ( wspaniała i wytrawna partia - krótka ale niosąca więcej treści i obrazów niż niejedna rozwlekła trwająca w nieskończoność improwizacja ) czy ekstatyczna gitara Meoli - mamy do czynienia znów mniej z solistycznymi egoistycznymi popisami - tylko dialogiem 4 panów, jak partnerzy w Tango pięknie puentują i intonują co robi partner. Razem z nimi wędrujemy po zakamarkach Havany czy Buenos , kafejkach, ciemnych zaułkach i podejrzanych przybytkach rodem z Gombrowicza. Na marginesie trzeba przyznać - że muzyka Piazzolli w wykonaniu pełniejszego instrumentalnie bandu i kładu Meoli - brzmi lepiej, ciekawej i przykuwa uwagę niż jego solowe recitale czy grane w duecie czy w trio. Przykład ? - pierwszy z brzegu jak Fugata wypadała ekscytująco na żywo w bardziej elektrycznym entourage :


https://www.youtube.com/watch?v=Jzoni4jaD1Q



Jest miniatura - trochę szkic, trochę jakby niewykorzystana sekcja z innej kompozycji - Deep and Madly - za krótka by mogła bardziej rozwinąć ale te kilkadziesiąt sekund znów wystarczy by za Meolą podążyć w świat zmysłów, fantazji, obietnicy "ogrodu ziemskich rozkoszy" Wink - znów wracamy i wzrok nasz przykuwa okładka.


Na koniec trochę muzyczny żart, trochę pastisz, może i lekka "zgrywa" - lider zasiadł również za zestawem perkusyjnym i z Jacksonem i Parmisano zaserwował nową wersję klasyka Corei - Senor Mouse - jakby puszczajac do nas kogo, są elementy nawet grania klubowego, niby jam, niby próba dla przyjemności przed koncertem - chyba wrzucenie na luz i spuszczenie powietrza po wcześniejszych pełnych rozmachu, kipiących emocjami, rozbuchanym erotyzmem, szałem ciał, zmysłów, krańcowym upojeniem kompozycjach - czyżby klasyczny "papieros tuż po" ? Very Happy czy jak mawiali nasi satyrycy z Moralnego Niepokoju - ".... a ma pan jakiś taki prywatny dinks po "TYM" ? - po szubi-dubi ? - obwszem, sok z brzozy piję .... i jak ? - już dawno nie pamiętam smaku....." Very Happy Wrażenia i smak po Flesh on Flesh pozostają na długo - polecam wszystkim, piękna płyta, trudno oderwać i potem się od niej uwolnić, jak cudowna kochanka już za nią tęsknimy tuląc jeszcze w ramionach i chce się do niej wracać wciąż i wciąż na nowo. Koniecznie trzeba poznać o ile ktoś nie zdążył i nie wyobrażam sobie nie nie mieć jej na własność.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group