Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Chick Corea
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4351
Skąd: Opole

PostWysłany: 13.02.2021, 16:32    Temat postu: Chick Corea Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ten wybitny muzyk nie ma u nas swojego miejsca (nie licząc wątku poświęconego Return To Forever). Najwyższy czas, aby to nadrobić. Sukcesywnie będę wrzucał swoje refleksje na temat jego muzyki. Skupię się na wczesnych latach jego twórczości (1966-1977). Mam nadzieję, że inni również dorzucą coś od siebie, wszak na tym forum Chick jest postacią znaną i szanowaną.



CZĘŚĆ 1 - NA DRODZE DO WŁASNEJ TOŻSAMOŚCI MUZYCZNEJ (1966-1968)

Chick Corea to jeden z najważniejszych pianistów jazzowych ostatniego półwiecza. Wypracował własny, od razu rozpoznawalny styl. Na przestrzeni lat eksperymentował z wieloma gatunkami. Inspirował wielu muzyków, bynajmniej nie tylko tych ze świata jazzu. Często budził kontrowersje. Przyjrzymy się jego dorobkowi w czasie, gdy znajdował się w apogeum swoich możliwości twórczych. To właśnie wtedy jego wpływ na muzykę jazzową był największy.


Chick Corea - Tones For Joan's Bones (1968)

Jak to często bywa w jazzowym światku nasz bohater najpierw praktykował pod skrzydłami znanych artystów. Grywał między innymi z Blue Mitchellem, Stanem Getzem, Herbie Mannem, Mongo Santamarią. Często obracał się w środowisku muzyków latynoskich, co będzie miało nader istotny wpływ na jego późniejsze dokonania. Był to czas zbierania doświadczeń, doskonalenia warsztatu. Pianista stopniowo dojrzewał do nagrania płyty autorskiej. To właśnie wtedy z wolna zaczął krystalizować się jego warsztat kompozytorski. Corea nie objawił się nagle światu jako cudowny twórca. Jego wczesne próby były świadectwem tego, że sam nie był jeszcze do końca świadomy tego, co i jak chce osiągnąć. Ot, jakże częste dylematy młodych artystów, którzy stają przed problemem wypracowania własnego języka muzycznego. W wieku 25 lat ma wreszcie sposobność nagrać materiał firmowany własnym nazwiskiem. Na przełomie listopada i grudnia 1966 roku, zaledwie w ciągu dwóch dni, realizuje pierwszy album solowy, który światło dzienne ujrzy dopiero w kwietniu 1968 roku. „Tones For Joan's Bones” to dzieło młodych wilków: Woody Shaw (trąbka), Steve Swallow (kontrabas), Joe Chambers (perkusja). Każdy z nich już wkrótce będzie uznaną postacią na jazzowej scenie. Najstarszy w tym gronie, saksofonista Joe Farrell zbliżał się do trzydziestki. Warto go zapamiętać, bowiem w naszej opowieści odegra jeszcze istotną rolę. Jak wypada Corea na swoim debiucie? Całkiem przyzwoicie. Już tutaj pokazuje swoją błyskotliwą technikę, szczególnie kłania się „Litha” i zamykający album „Straight Up And Down”. Powyższe kompozycje to zresztą najmocniejsze punkty tego wydawnictwa. Biegłość techniczna nie idzie w nich jeszcze w parze z oryginalnością. Zapewne niejeden fan artysty nie znający tych nagrań miałby trudności z rozpoznaniem swojego bohatera. „Tones For Joan's Bones” wpisuje się w estetykę „środkowego” jazzu. Przede wszystkim słychać szacunek dla tradycji, bodaj najbardziej w „This Is New” i tytułowym. Najbardziej w przyszłość wybiega „Straight Up And Down”, głównie za sprawą free jazzowych wycieczek Joe Farrella na tenorze oraz eksperymentów z fortepianem preparowanym Corei. Z „Tones For Joan's Bones” emanuje młodzieńcza energia i żywiołowość, jednak do doskonałości droga tu jeszcze daleka.



Chick Corea - Now He Sings, Now He Sobs (1968)

W ciągu trzech marcowych dni 1968 roku powstaje kolejna płyta. Tym razem Corea redukuje skład i próbuje swoich sił w konwencji tria. Towarzyszą mu: niezwykle uzdolniony czeski kontrabasista Miroslav Vitous oraz doświadczony amerykański drummer Roy Haynes. „Now He Sings, Now He Sobs” to niewątpliwie dowód rozwoju artystycznego pianisty. Jego muzyka staje się coraz bardziej dojrzała, pojawiają się pierwsze zalążki bardziej zindywidualizowanej formy wypowiedzi. Najbardziej dobitnym przykładem powyższych tendencji jest blisko czternastominutowy opener „Steps-What Was”. Corea eksperymentuje z większą formą, sięga także do tradycji muzyki hiszpańskiej, warto to podkreślić, bowiem już wkrótce będą to konstytutywne cechy jego języka muzycznego. „Hiszpańskie” interludium w „Steps-What Was” nieodparcie kojarzy się z fragmentami „La Fiesty”, to wręcz szkic z pomysłami do tego arcyklasyka. „Matrix” to nic innego jak nowoczesny mainstream. Corea będzie jeszcze do niego wracał – był grany w czasie koncertów pierwszej inkarnacji Return To Forever. Zachowała się także jego „unowocześniona” wersja z okresu sesji do „Light As A Feather”, zdecydowanie bliższa konwencji fusion. Kompozycja tytułowa oraz „Now He Beats The Drum, Now He Stops” to bardziej tradycyjne wcielenie Corei. Z kolei zamykający album „The Law Of Falling And Catching Up” okazuje się niespodziewanym wypadem w stronę awangardy. Totalna improwizacja, niestandardowe poszukiwania sonorystyczne, preparowany fortepian, nowoczesne harmonie – to ewidentna zapowiedź przyszłego radykalnego stylu artysty z lat 1969-1971. „Now He Sings, Now He Sobs” jest wyrazistym potwierdzeniem jego rozwoju. Nie uszło to uwadze bodaj najważniejszej postaci na ówczesnej jazzowej scenie. Niespodziewanie do swojego kwintetu zaprasza go sam Miles Davis (zarekomendował go jego ówczesny perkusista, Tony Williams). Było to przełomowe wydarzenie w karierze pianisty. W grupie Davisa nie rozwinie się jako kompozytor, choć z pewnością szalenie instruktywny musiał być dla niego sam proces powstawania nowej muzyki. Najważniejsze nie było również doskonalenie techniki, bowiem dla Milesa wirtuozeria nie była istotnym punktem odniesienia. Corea miał możność odkryć wiele tajników ze sztuki Davisa – uczył się wspólnego muzykowania, wsłuchiwania się w grę członków zespołu, przydatne mogły być również spostrzeżenia związane z tym, jak należy prowadzić jazzowe combo – wszak w tym zakresie Miles Davis był wzorcowym przykładem.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Monstrualny Talerz
digipack


Dołączył: 24 Maj 2017
Posty: 2911

PostWysłany: 13.02.2021, 23:28    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo słusznie, temat niewątpliwie potrzebny.

Moim skromnym zdaniem "Tones..." jest dużo lepszy niż się wielu wydaje, lepszy i ciekawszy niż "Now He Sings", i lepszy niż wiele zwykłych "bopów" z tego okresu, choć za taki może być uważany. Bardzo mocny, energetyczny album, kapitalnie tego się słucha na słuchawkach, wiele się tam dzieje, czuć tu już powiew nowości. Niestety w plebiscycie 1968 przepadł mocno niezauważony, szkoda.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 14.02.2021, 08:59    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Może mało to "chronologicznie" lecz chyba każdy ma prawo wypowiedzieć się na temat "ważnych" krążków Corei - godnych polecenia itd. Dziś chyba odrobinę zapomnianym jest kapitalny Friends. Nagrany w doborowym kwartecie -

https://www.discogs.com/Chick-Corea-Friends/master/123537


Liderowi towarzyszy znany z czesnego RTF - Joe Farrell , Eddie Gomez i Steve Gadd. Muzycy znali się doskonale - mieli mnóstwo okazji by grać ze sobą wcześniej a i w późniejszych latach spotykali w rozmaitych konstelacjach. I taka jest płyta - zgodnie z tytułem - "spotkanie przyjaciół" lub "dobrych starych kumpli". Powstała płyta ze wszech miar doskonała i przepełniona pozytywnymi emocjami, zrelaksowana, pełna ciepła, odprężenia - mało której słucha z taką ogromną przyjemnością - obok RTF czy Leprechaun - to chyba też taki "Corea w pigułce", esencja jego stylu - mistrzowskiego opanowania barwy i samej natury Piana Fender Rhodes, choć nie unika na tym albumie akustycznego fortepianu. Każda kompozycja to perełka - od otwierającego początkowo skradającego się One Step - by potem od 3 minuty przerodzić w żywsze mocno swingujące granie. Zachwyca niezwykle rozśpiewany, leciutki jak piórko Wink - ton saksofonu sopranowego Joe - frazowanie, niewymuszone pełne wdzięku frazy, jakby przeczące wszelkim prawom fizyki - chyba wcześniej tylko Paulowi Desmondowi udawała podobna sztuka. Nie ma "zażynania" saksofonów - nawet tenor brzmi tak przestrzennie, niewinnie, a o partiach fletu nie ma sensu wspominać - Waltse for Dave ( melodycznie i harmonicznie pojawiają dalekie echa jazzowego klasyka - Summer Night ) , nieziemsko zmysłowy i intymny jak z ciepłej kąpieli - tytułowy Friends. Najbardziej chyba dynamiczny Samba Song - niczym wyjęta z repertuaru RTF ( tu ma okazję do swoich dynamicznych i niepowtarzalnych przejść Steve Gadd - który w przekroju całego albumu pokazuje bardziej stonowaną i wrażliwą stronę - mniej funkową ). Jest kolejna miniaturka z serii Children`s Songs, mocno osadzona w solowym dorobku rodem z My Spanish Heart , Leprechaun, Secret Agent - urokliwa i niepozbawiona hipnotycznej pulsacji Sicily i chyba najbardziej "jazzowy" zamykający całość Cappucino. Warto podkreślić nad wyraz dojrzałą, inteligentną ale i jak na kontrabas oszałamiająco melodyjną grę Eddie Gomeza - każda jego partia przykuwa uwagę czy w w/w Sicily - gdzie umiejętnie buduje napięcie utworu, we Waltse kłania hołd dla LaFaro.

Album został doskonale przyjęty - nawet w 1979 otrzymał Graamy za Best Jazz Instrumental Performance, Group. Prawdzywy jazzowy kolektyw - zgrany do mistrzostwa - niedościgniony wzór dla innych. Nie ukrywam, że jedna z moich nie tylko samego Chicka ulubionych płyt ale i szeroko ujętego jazzu w ogóle. Cudowna - można rozpływać się w zachwytach i słuchać, delektując się każdym dźwiękiem bez końca. Polecam wszystkim - to naprawdę murowany kandydat na półkę - ale to mnóstwo nieskrywanej frajdy i dobra zabawa. Very Happy

ps. może jedynie sama okładka ze smerfami może budzić mieszane uczucia - to chyba taki niewinny żarcik lub sugestia z jaką muzyką świeży nabywca może mieć do czynienia - że grupka przyjaciół, pokrewnych dusz i z podobnym pozytywnym radosnym podejściem.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 14.02.2021, 09:26    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Małe uzupełnienie. Corea - jak lata później Metheny - stykali wielokrotnie z krytyką jazzowych purystów - że tworzą "muzyczkę miłą, lekką, łatwą i przyjemną" - że to "nie jest jazz", że to "upupienie jazzu", za wiele melodyjek i przebojowości itd. Wiele płyt Corei ma tę specyficzną cechę - że obok pogodnej aury - przebojowości - wywołują ogromy uśmiech na twarzy słuchacza, że ta muzyka daje energię, poprawia nastrój a przy tym nie jest głupiutka. W przypadku Friends można też pochopnie wysnuć taki zarzut - że to bardziej dla "pańci z banku czy urzędu" - po ciężkim dniu wraca padnięta do domu, robi sobie kawusię czy drinka z oliwką, odpala gorącą kąpiel i pozując na koneserkę słucha sobie "dżezziku" a la Chick Corea - nawet jeśli to co w tym nagannego ?.... Very Happy . Corea nie tylko inspirował słuchaczy ale wielu innych muzyków - po One Step w ok 2009 sięgnął Manhattan Transfer w ich dziele Chick Corea Songbook - ich wersja jest bardzo udana i zachowuje ducha oryginału. Przy innej okazji warto nadmienić - że nie moznością było, iż z dokonaniem Chicka nie zetknęli muzycy naszego Air Condition - proszę sobie posłuchać ich z Follow Your Kite - Waltz For Two - uderzające podobieństwo - nawet sposób artykulacji basu ( frazowanie wybitne a la Eddie Gomez ) czy fletu lidera :


https://www.youtube.com/watch?v=0p-IVUPTLgM&list=PLF5DD822F8A1E0CA7&index=5
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 14.02.2021, 10:03    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Może mniej "wyeksponowaną" częścią dorobku Corei był pewien kompozytorski i "duchowy" wkład w albumy innych muzyków - choć niekoniecznie na nich występował - koronnym przykładem w szczytowym okresie i najbardziej płodnym ( a miał kiedykolwiek mniej płodny ? Very Happy ) okresie drugiej połowy lat 70 był magnum opus jego byłej współpracownicy Flory Purim - kolejny klejnot lub cała korona, diadem okraszony mnóstwem kamieni szlachetnych - by choćby wymienić dream team muzyków - Flora, Airto, Hermato, Alphonso Johnson , boski George Duke, Ndugu, Gismonti, Carter - muzyka aż zabija - nie zapomnę jaki otrzymałem cios - prawie 70 % jazz-rockowych produkcji ta muzyka odsyła do kąta gdzie jest jej miejsce.


https://en.wikipedia.org/wiki/Open_Your_Eyes_You_Can_Fly



Corea użyczył 3 otwierające całość utwory - tytułowy z bajeczną partią basu ( tu znów ABC dla początkujących - ćwiczcie całe życie nadaremno lub od razu dajcie sobie spokój ) Johnsona - pokazał, że absolutnie jeśli chodzi o opanowanie instrumentu, inwencje, pomysły, innowacyjność, fantazję - nie ustępował Jaco ( nie odosobnione są opinie, że wolą jego niż Jaco - sam się do nich zaliczam ) :


https://www.youtube.com/watch?v=L-yYZg-DQYQ

Potem dziko i bez jakikolwiek moralnych hamulców roztańczony ( jak ten utwór rośnie i się rozpędza - wcześniej nie słyszałem niczego podobnego - partia fletu Hermato - baśniowe piękno połączenie z etnicznym autentyzmem - co się po 1 minucie utwory wyprawia - mistrzostwo, szaleństwo, piekielna precyzja i wielkie uduchowienie - nawet Weather Report mogliby się co nieco podszkolić Wink ).

https://www.youtube.com/watch?v=noXUef8Yk1w

I jako trzeci "klasyk" RTF z debiutu Sometime Ago - tu mocno przearanżowany szczególnie w środkowej znacznie bardziej agresywniejszej wersji - nie tylko dzięki wejściu przesterowanej gitary ( znów fenomenalna partia fletu ) :

https://www.youtube.com/watch?v=ys2wToiwKrE

By nie było nieporozumień - dalej jest nie mniej ciekawie i nie mniej ekscytująco - zabawne - mimo braku fizycznej obecności - album nosi silne piętno ducha, filozofii i muzycznego talentu i "dotyku" Chicka. Ten album i muzyka są tak dobre - że aż strach człowieka ogarnia. Lata świetlne od naszego niekiedy krajowego "jazzowego zatęchłego stryszku". Polecam każdemu kto jeszcze nie słyszał ( a jest na tym forum ktoś taki ? ) - na pewno się nie zawiedzie a może nawet uzyska swojego faworyta na prywatnej liście wszechczasów. Dawniej już piałem z zachwytów nad partiami dobrego przyjaciela Chicka - śp. Georga Duke`a.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4351
Skąd: Opole

PostWysłany: 14.02.2021, 19:50    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Fajnie, że Inkwizytor mocno pociągnął temat. Płyty Chicka są rozmaicie odbierane przez słuchaczy. Na forum wiele razy kruszyliśmy kopie o „Romantic Warrior”, „Hymn Of The Seventh Galaxy.” i inne jego dokonania. I dobrze, bo przecież każdy inaczej odbiera muzykę.


CZĘŚĆ 2 – MIĘDZY FUSION A AWANGARDĄ (1969-1970)

W czasie, gdy Corea oficjalnie dołączył do zespołu (sierpień 1968) słynny trębacz coraz bardziej intensywnie kontynuował swoje eksperymenty z elektroniką, starał się poszerzać granice estetyczne jazzu, szukając inspiracji w różnych gatunkach muzyki rozrywkowej. Zrazu Corea miał poważne trudności z „elektrycznością”. Miles Davis: Chick Corea zaczął grać na elektrycznym fortepianie Fender Rhodes, kiedy zaczął grać ze mną, tak samo jak Herbie Hancock, który od razu polubił granie na fenderze; Herbie zresztą zawsze lubił elektroniczne gadżety, więc wskoczył na fendera jak ryba w wodę. Ale Chick nie był przekonany do grania na nim, gdy tylko do mnie przyszedł, więc zmusiłem go, żeby na nim grał. Nie podobało mu się, że mówiłem mu, na czym ma grać, aż naprawdę się załapał, a potem szczerze polubił fendera i na nim wyrobił sobie nazwisko. Z zespołem Davisa koncertował w latach 1968-1970. Jako że lider pozostawiał swoim współpracownikom dużo swobody mógł bez żadnego skrępowania zapuszczać się w bardziej eksperymentalne rejony. Doskonale słychać to na wybornym „Miles Davis At Fillmore”, na którym Corea wraz z Hollandem, Jarrettem i DeJohnettem mocno odjeżdżali w stronę awangardy. W tym okresie Corea nagrał z Davisem materiał, który trafił na sześć płyt: „Filles The Kilimanjaro”, „Miles Davis At Fillmore”, „Bitches Brew”, „Live-Evil”, „Black Beauty/Miles Davis At Fillmore West” i „Big Fun”. Niektóre z nich to fundamentalne pozycje dla rozwoju całego gatunku (vide „In A Silent Way”, „Bitches Brew”). W 1972 roku gościnnie udzielał się na „On The Corner”, który zrazu został chłodno przyjęty przez krytykę (vide słynna miażdżąca krytyka w prestiżowym „Down Beacie”), jednak później jego ranga i znaczenie systematycznie rosły. Po latach ukazało się jeszcze trochę niewydanych wcześniej nagrań koncertowych (np. „1969 Miles - Festiva De Juan Pins”, „Bitches Brew Live”).


Chick Corea - Is (1969)

W latach 1969-1970 nasz bohater nie przestaje wydawać płyt solowych. Ba!, znacznie dynamizuje działalność na tym polu. Trzy miesiące po przełomowych sesjach do „In A Silent Way” wkracza do nowojorskiego studia i w ciągu zaledwie trzech dni rejestruje materiał, który wypełnią dwie różne płyty Znowu udało mu się zgromadzić na pokładzie zacny skład (Woody Shaw, Hubert Laws, Benny Maupin, Dave Holland, Jack DeJohnette, Horace Arnold). Pod względem muzycznym mamy tu do czynienia nieomal z rewolucją. O ile wcześniej głównym punktem odniesienia był dla niego mainstream to w czasie sesji Is postanawia zdecydowanie zwrócić się w stronę awangardy. Jeszcze w 1969 roku ukazuje się pierwszy owoc tych sesji. Blisko trzydziestominutowa kompozycja tytułowa stanowi spore wyzwanie dla słuchaczy. Dzikie, nieokiełznane improwizacje free jazzowe, które w najbardziej eksplozywnych fragmentach swoją dynamiką mogłyby powalić zdrowego konia. To nawet jak na free jazzowe standardy mocna dawka radykalizmu. Czternastominutowy „Jamala” zrazu wydaje się być oddechem po wcześniejszych szaleństwach. Pierwsze minuty wpisują się w nurt „środkowego” jazzu w jego bardziej wysublimowanej postaci – od razu pojawiają się skojarzenia z quasi impresjonistycznymi fragmentami hancockowskiego „Speak Like A Child”. Stopniowo atmosfera gęstnieje, dynamika rośnie, by w kulminacyjnym momencie przeobrazić się w nieopisany free jazzowy kocioł. Najbardziej „normalny” w tym zestawie jest „This”, będący krzyżówką mainstreamu i ambitnego fusion. Trzydziestosekundowy drobiażdżek „It”, wieńczący to niekonwencjonalne wydawnictwo to z kolei wycieczka w stronę „poważnej” współczesnej kameralistyki. „Is” rozpoczyna awangardowy okres w twórczości Corei. Z jednej strony nawiązuje do radykalnych koncepcji free jazzu (Ornette Coleman, Cecil Taylor), z drugiej wyraźnie inspiruje go świat powojennej „poważnej” awangardy. W latach 1969-1971 w różnych konfiguracjach personalnych będzie dogłębnie eksplorować właśnie te, niezwykle trudne i kontrowersyjne dla słuchaczy, obszary muzyczne.


Chick Corea - Sundance (1972)

Dopiero w 1972 roku ukazały się pozostałe cztery utwory z tej sesji. Na „Sundance” nie mamy już tak dużego nagromadzenia różnej maści dźwiękowych ekstremizmów. Większość materiału ma nieco bardziej tradycyjny charakter. Nie zabrakło oczywiście „twardej” odmiany free jazzu. Najbardziej wyraziście uwydatnia się to w „Converge”, który jest bardzo zróżnicowany w warstwie dynamicznej i agogicznej. Jego pierwsza i ostatnia część przynoszą muzykę delikatną, wyciszoną, uwagę zwraca bardzo nowoczesny język harmoniczny, z kolei środkowa ma charakter niezwykle ekspresyjny, w kulminacyjnym momencie jest to niesamowity wir free jazzowych improwizacji. W „The Brain” Corea zręcznie lawiruje między post-bopem a awangardą, natomiast w „Song Of Wind” płynnie łączy w jedną koherentną całość fragmenty „akustyczne” z „elektrycznymi” - wyraźnie kłania się tu szkoła Davisa z końca lat 60. Świadectwem rozwoju pianisty jako kompozytora jest zamykająca album dziesięciominutowa kompozycja tytułowa. Corea odchodzi od typowych schematów formalnych. Zamiast długich solówek proponuje inną narrację – zbiorowe improwizacje osnute wokół głównego tematu melodycznego, swoją drogą urokliwego. Pomimo dość wyswobodzonej gry muzyków wszystko sprawia wrażenie dobrze zaplanowanego. Instrumenty nieustannie zdają się wieść jakiś tajemniczy dialog, tworząc gęstą i niejednorodną paletę brzmieniową. Dopiero w 2002 roku Blue Note wydał dwupłytowy album „The Complete 'Is' Sessions”, który zawierał cały materiał z „Is” oraz „Sundance”, wzbogacony o alternatywne wersje sześciu utworów.



Chick Corea - The Song Of Singing (1971)

Tydzień po oficjalnej premierze „Bitches Brew” Corea wchodzi do nowojorskiego studia i w ciągu dwóch dni nagrywa kolejny album solowy „The Song Of Singing”. Dlaczego wspominam o tym legendarnym wydawnictwie trębacza? Warto zwrócić uwagę, jak bardzo różniła się muzyka Corei od tego, co nagrywał wówczas Miles Davis. Świadczy to o tym, że był dojrzałym muzykiem, który chciał przede wszystkim podążać własną drogą. Nie inaczej będzie w przypadku innych wybitnych davisowskich alumnów (Wayne Shorter, Herbie Hancock, Joe Zawinul, John McLaughlin, Keith Jarrett, Tony Williams, Jack DeJohnette). Tym razem Corea decyduję się na konwencję klasycznego jazzowego tria. W przeciwieństwie do sesji „Is” decyduje się grać tylko na akustycznym fortepianie. W studiu wspomagają go: przyjaciel z zespołu Milesa Davisa, Dave Holland oraz amerykański perkusista Barry Altschul. W tym czasie ukonstytuuje się również kwartet Circle, do którego dołączy Anthony Braxton. „The Song Of Singing” kontynuuje linię free jazzową, aczkolwiek w niejednym różni się od nagrań znanych z „Is” i „Sundance”. Nie uświadczymy tu tak radykalnych odjazdów, w sferze formalnej również dostrzegalne są zmiany. Corea odchodzi tym razem od rozbudowanych kompozycji, skupiając się na nieco bardziej zwartej formie wypowiedzi. Najdłuższy na płycie „Nefertiti” trwa zaledwie siedem minut. Konwencja tria sprawia, że muzyka przybiera bardziej kameralny charakter. Nie oznacza to jednak, że jest łatwiejsza w odbiorze. Na „The Song Of Singing” jeszcze trudniej wyłapać jakiekolwiek linie melodyczne, wiele fragmentów jest wręcz amelodycznych. W tym czasie pianistę bardziej interesowały poszukiwania kolorystyczne i harmoniczne. Duży nacisk kładł na zbiorową improwizację, interakcje. Muzyka często jest chłodna, intelektualna, ortodoksyjni fani jazzu zapewne mogliby jej zarzucić, że mało swinguje. Nie odnajdziemy tu jeszcze żadnego efekciarstwa, które często przypisywano mu w okresie Return To Forever (począwszy od „Hymn Of The Seventh Galaxy”). W zestawie wyróżniają się: Toy Room - znacznie mniej radykalna wersja, niż ta grana już z Circle, „Nefertiti” - swobodna interpretacja kompozycji Wayne'a Shortera, znanej z płyty Milesa Davisa pod tym samym tytułem. Corea nadał jej bardziej eksperymentalny charakter, w dużym stopniu odzierając z melodii. Po raz kolejny daje wyraz fascynacji muzyką współczesną („Ballad I”, „Ballad III”, „Nefertiti”).
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 14.02.2021, 20:36    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://www.discogs.com/Bunny-Brunel-Touch/release/4121976

Dzięki Mahavishnuu Wink . Nie pozuję na samozwańczego "dziennikarze muzycznego" czy youtubowego recenzenta - zwyczajnie chce coś dorzucić od siebie i podzielić paroma może niekiedy aż nazbyt osobistymi refleksjami - muzyka to ludzie - każdemu towarzyszy w rozmaitych zakrętach a nie nudne akademickie belferskie pouczenia. Zachęcam wszystkich by podzielili jakimiś autentycznymi prywatnymi przeżyciami, ciekawostkami. Również by popularyzować dorobek Corei i to w dość niebanalnej i mało oczywistej strony i punktu widzenia. Lata temu całkiem przypadkiem natrafiłem na francuskim blogu na ten krążek :

https://www.discogs.com/Bunny-Brunel-Touch/release/4121976

Znów by nie uchodzić na "nawróconego neofitę" - a wiadomo jak jest podobnie jak w miłości z fascynacjami i objawieniami - szybko się wypalają, podsunąłem kilku dość wybrednym starszym wyjadaczom - byli podobnie jak ja niezwykle zaintrygowani i przyznali , że to WIELKI album i WIELKA muzyka - a u nas w kraju Bunny Brunel jest słabo znany - jeśli już to zgodnie z wikipedią - że "były basista od Corei" i to z "mniej udanego" i "przejściowego" okresu - gdy lider nie miał stałego koncertującego bandu - choć sekcja Tom Brechtlein i Bunny nie ustępowała w niczym wcześniejszym jak i późniejszym z Elektric Bandu - nieco pechowy i zapomniany band - a Chickowi dzielnie sekundowali na w istocie solidnych i uroczych krążkach jak Secret Agent i Tap Step. Wracając do Touch - już sam otwierający nieźle rytmicznie i aranżacyjnie ( jak desperacko smyczki próbują nadążyć za pełnym inwencji basistą i klawiszami ) zakręconym ale przy tym wciągającym i przebojowym zwiastuje kapitalne klimaty i granie na najwyższym poziomie - sugeruję czujnie śledzić partię basu - Bunny unika oczywistych rozwiązań i zapuszcza na nieoczywiste rejony, jego kontrapunkty i akompaniament to temat do osobnych studiów - rozczulający wokal Nicol Villa ( z jej nieco francuskim zaśpiewem _) - a w dwóch momentach wejście tego jedynego i niepowtarzalnego brzmienia Mooga Chicka - stanowi okrasę całości - jednocześnie daje o sobie znać siła muzycznej osobowości - wejście pianisty powoduje odczucie iż na te kilka sekund "przejmuje dowodzenie" i sprawia wrażenie że to Jego album i Jego klimaty:

https://www.youtube.com/watch?v=ppY5kS0xHeo

Klawiszowiec gościnnie występujący u swojego basisty - co znalazło również swój wyraz na okładce albumu ( siła reklamy i promocji Very Happy ) - dał niezwykły popis swojej wszechstronności pod koniec krążka w zamykających - Touch II i emanującym nieziemskim pięknem Listen Now :

https://www.youtube.com/watch?v=-3NYFUryoXk

Polecam wszystkim ten chyba zapomniany album - znów niezbity dowód na to jak cudownie rozwijał jazz elektryczny - na przekór "jełopom" sugerującym ślepe uliczki fusion a w osobie sympatycznego i diabelnie zdolnego Bunny`ego upatrywali jedynie kolejnego epigona Jaco.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 14.02.2021, 21:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://www.discogs.com/Dave-Weckl-Master-Plan/release/7953830

Skoro mowa i "kolaboracji" i wspieraniu Chicka swoich byłych podopiecznych i "czeladników mistrza" Wink - nie sposób nie wspomnieć o solowym albumie perkusisty - który jak lata wcześniej Cobham, potem Gadd, Colaiuta - wyznaczył technicznie nowe standardy w nowoczesnym jazzie - czyli Dave Weckl - celnie pisano o nim jako o "niekiełznanym perkusiście, który połączył złożone jazzowe podziały z agresywnym brzmieniem zestawu do muzyki rockowej" - w Master Plan obok znakomitych gości - pojawia w bodajże 3 kompozycjach Corea - warto wspomnieć o niezwykle i szalenie radosnym zamykającym całość Island Magic - to kolejna lekcja dla młodych przyszłych pałkerów - internet i youtube aż pęcznieje od coverowych wersji "młodych gniewnych" Very Happy - główny motyw jest wręcz aż zaraźliwie chwytliwy - klasyczna muzyczna zabawa i fiesta a la Corea :

https://www.youtube.com/watch?v=RcINqA0faLM

W sumie solowy krążek Weckla to ciąg dalszy klimatów doskonale znanych i lubianych ( a kto wybitnie nie znosi GRP to i tak nie poradzisz ) klimatów z Elektric Bandu - klasyczny sound i feeling mamy na Garden Wall - wystarczy kilka nutek i każdy zakrzyknie " ... to Corea..." :

https://www.youtube.com/watch?v=NznxorxZk6E

Czy chyba jedynej kompozycji podarowanej przez klawiszowca na ten album - tytułowy - żywcem wyjęty z Inside Out czy Behind the Mask - z mnóstwem aranżacyjnych zakrętów i monumentalnym harmonicznym brzmieniu :

https://www.youtube.com/watch?v=iyglNYoXw6M
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 15.02.2021, 11:33    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://www.discogs.com/Chick-Corea-My-Spanish-Heart/release/6439694


Rok 1976 był pod wieloma względami przełomowy dla kariery Corei. Rozpadł się po odejściu 2 kluczowych muzyków - Meoli i White`a RTF - przez wielu uznawany za najlepszy i "definitywny". Lider próbował ściągnąć kuszącą ofertą innego swojego od lat faworyta - Jeana Luca Ponty - lecz ten grzecznie odmówił - mając już dość grania w cudzych zespołach, wykonywania cudzych poleceń i realizowania cudzych wizji - gorąco wierzył w sukces i się nie przeliczył. Chick coraz bardziej fascynował się kulturą flamenco, kompozytorami nie tylko hiszpańskiej muzyki poważnej, ludowej, Andaluzji, ale również całej Ameryki Południowej. To wszystko doprowadziło do powstania jego dotychczasowego najpotężniejszego i najambitniejszego dzieła - My Spanish Heart - swego rodzaju credo - manifest artystyczny, duchowy, osobisty - choć równie dobrze krążek mógł zostać ochrzczony - Spaish Fantasy - i wcale nie byłoby w tym przesady czy manii wielkości. Album trochę wyprzedził swoje czasy i sprawił sporo problemów fanom ale głównie krytyce i recenzentom - niektórzy jak ci z Down Beat wygłupili strasznie oceniając album na 3 gwiazdki gdy wcześniejszy Leprechaun dostał aż 5. Heart jest kolejnym dowodem jak wielkie i prawdziwa, szczera z głębi serca muzyka i sztuka nie daje się w żaden sposób zaklasyfikować - dosłownie rozbija w drzazgi wszelkie próby wtłoczenia w sztywne ramy czy szufladkowanie. Nieco wyprzedził swoją epokę to na pewno - bo nieco zdezorientowani poczuli się zarówno fani RTF - ostrego fusionowego wymiatania jak również bardziej ortodoksyjni znawcy jazzu. Aż dziw bierze, że taki przebogaty w treść materiał przygotował w raptem kilka tygodni jeden człowiek - wsparty przez przyjaciół - jest i Stanley Clarke, Steve Gadd, Don Alias , gościnnie Jean Luc Ponty i wielka miłość życia - muza żona muzyka Gayle Moran - jej niebiańskim wokalom album wiele zawdzięcza - chociażby w otwierającym Love Castle - co tu dużo mówić - wizytówka pianisty podobnie jak Fiesta, Spain czy Lenore - gdyby skontaktował się ze mną przybysz z obcej planety i miałbym na przykładzie jednego utworu zaprezentować fenomen Corei - to bez wahania sięgnąłbym po Love Castle. Nie tylko wciągająca melodia, płynące wokale, basowy moogowy podkład, radosna solówka w finale - nawet jeśli sporo jest podobieństw do wspomnianego Lenore - Castle jest znacznie bardziej "elegancki", akustyczny i nasycony miłosną aurą czy silnie przewijającym przez cały album taką "arystokratycznością". Płytę śmiało można postawić obok innych nieschematycznych i przełomowych arcydzieł jak Sketches of Spain Milesa, Children of Sanchez Mangione czy Caravanserei Santany - to ten sam niebotnyczny poziom i równie trudna do scharakteryzowania duchowość - uduchowienie, niezliczone bogactwo - cały świat folkloru ale materiał w żadnym razie nie przegadany muzycznie , choć niekiedy te bogactwo może niektórych na początku przytłoczyć - stąd wskazane jest dawkowanie sobie tej muzyki. Corea zadbał by każdy utwór przekornie i stanowił rozwinięcie, dopełnienie , zapowiedź następnego jak i wcześniejszego utworu ale też pewnej przekornej opozycji - ale wcale tu nie ma żadnej stylistycznej walki czy misz-maszu - w osłupienie wprawia zachwycająca mądrość stylistyczna, żelazna konsekwencja. Tu możemy się przekonać jaka przepaść dzieli prawdziwego natchnionego i uzdolnionego artystę od średniaków, przeciętniaków czy w najlepszym wypadku solidnych wyrobników i rzemieślników , których z uporem maniaka obecnie kreuje na idoli, artystów, pionierów czy postacie obowiązkowe w nowym kanonie. Spanish jako pozycja "kultowa" ? - chyba ostatnio trochę mamy nadpodaż tej "kultowości" - a opinie jednej czy kilku osób to za mało by tak bez zastanowienia szermować słowem "kultowy". Heart nie unika flirtu z muzyką poważną - choćby w silnie w pierwszej części etnicznej i surowo roztańczonej Day Danse, mamy te charakterystyczne klaskane i "tupane" rytmiczne figury. Niebagatelną rolę odgrywają smyczki - np w Gardens, w tytułowej miniaturze jest piękna senna partia chóru, Night Streets znów kłania Corea gdzie latynoskie rytmy i klimaty silnie romansują z elektrycznym moogowym etosem, nie inaczej w Wind Danse - tu rozmarzoną zamgloną wokalizę ma Gayle - w obu przypadkach na wyżyny możliwości wznosi Steve Gadd - łącząc delikatność, doskonałe wyczucie ale i szaleńczy nie do podrobienia drive. Na tym albumie jest bardzo ważny dla artysty - Armando`s Rhumba - dedykowany ojcu artysty - silnie andaluzyjski, z doskonałymi partiami Jean Luca i Clarke`a. Na grande finale mamy 2 suity - mogące przywoływać skojarzenia zarówno z muzyką programową jak również muzyką ilustracyjną czy elektronicznymi eksperymentami. Złożone niekiedy z nieco żartobliwych , dowcipnych fragmentów - pianista odsłania cały swój arsenał instrumentów klawiszowych - charakterystyczne doskonale znane brzmienia wadzą się ze swadą z dziwacznymi. El Bozo to bardziej dobra zabawa - Spanish Fantasy to majestatyczne podsumowanie całego albumu. Wyjątkowy album - wymagający wielu przesłuchań bo nie sposób tego ogarnąć za jednym razem. Corea realizuje swój wcześniejszy manifest - by nie zaspakajać swojej ambicji czy próżności ale szukać kontaktu - połączenia ze światem, więzi ze słuchaczami - porwać ich za sobą i oczarować. Potrafił to jak nikt. Spanish to nie tylko murowany kandydat na półkę ale porcja muzyki po którą chce się regularnie sięgać. Wielu muzykom stworzenie czegoś tak niesamowitego i udanego zajęłoby lata lub dekady. Czy to fusion ? - z pewnością o wiele wiele więcej - jest i ukłon w stronę flamenco, akustycznego kameralnego grania, muzyki poważnej.

https://www.youtube.com/watch?v=l60FfC9zdDI&list=PLdywAdbqFISsfsW1oPxqG2is7t_nalWpA&index=1


https://www.youtube.com/watch?v=XpA2ckaAStY&list=PLdywAdbqFISsfsW1oPxqG2is7t_nalWpA&index=5


https://www.youtube.com/watch?v=NcB9M6YuMPo&list=PLdywAdbqFISsfsW1oPxqG2is7t_nalWpA&index=7


https://www.youtube.com/watch?v=caIKIuJmJho&list=PLdywAdbqFISsfsW1oPxqG2is7t_nalWpA&index=14
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Monstrualny Talerz
digipack


Dołączył: 24 Maj 2017
Posty: 2911

PostWysłany: 15.02.2021, 11:57    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ha, akurat dzisiaj jechałem do roboty i akurat jak wsiadłem do auta to na dwójce leciał Night Streets, świetnie to zabrzmiało w zmrożonej atmosferze poranka!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 15.02.2021, 11:59    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo ciekawa i stanowiąca materiał na osobne wnikliwe studiowanie była interakcja - wzajemne oddziaływanie między pianistą i innymi muzykami , których spotkał na swojej drodze - niektórzy jak np Stanley czy Gadd mieli mu towarzyszyć przez wiele lat - by nie rzec - całą muzyczną karierę. Chick na każdym kroku wychwalał Steve`a - że imponuje mu jego orkiestrowe myślenie przy jednoczesnej umiejętności zaskakującego nieprzerwalnego swingowania - zagrywki Gadd`a z albumów Corei przez wiele lat stanowiły i w przyszłości nadal będą stanowić wnikliwą analizę instrumentalistów - w wywiadach Steve podkreślał, że wchłonięcie go przez pianistę w swój świat otworzyło mu oczy i stał się zupełnie innym muzykiem - co wytknął mu na początku znajomości pianista - że Steve gra owszem dobrze - ale niestety staroświecko - niech spróbuje grać coś innego / nowego. Rezultaty znamy aż nadto - choćby ta powielana i stanowiąca "solfeż" każdego pałkera pełna genialnego groove`u i drive w Lenore :


https://www.youtube.com/watch?v=Lz9h6Tw0-u0

https://www.youtube.com/watch?v=N4EG3ZuUamA

Sam dawniej gdy grywałem na perkusji ta partia była niedoścignionym wzorem - momentami wydawało mi się, że daje radę ale wykładałem sakramencko na przejściach Very Happy

Przy innej okazji Weckl wspominał mniej więcej to samo - że jako uczniak dorastał słuchając i grając do nagrań swojego idola by po latach z nim zagrać - to jak spełnienie najskrytszych marzeń, by potem sam stać się idolem dla młodszych.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 16.02.2021, 11:51    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://en.wikipedia.org/wiki/Like_Minds_(album).

Przy lekturze tego albumu zawsze dźwięczą mi w uszach i UMYŚLE celne słowa Dave`a Brubecka - "Jazz jest dziś chyba jedyną formą sztuki, w której istnieje swoboda jednostki, bez utraty poczucia wspólnoty". Wcześniej nie takie tęgie umysły analizowały i zestawiały proporcje i relacje "jednostki" do "wspólnoty" czy "jednostkę w ramach kolektywu" - pisano o jazzie jako "muzyce masowego kolektywu" czy "zintegrowanego kolektywu jednostek" i to wybitnych indywidualności nie tracących poczucia wspólnego celu i kierunku. Jedni ganili a inni wynosili pod niebiosa " nieograniczony indywidualizm". Malo jest albumów gdzie dochodzi do spotkania równorzędnych partnerów - gdzie wzajemny szacunek i fascynacja nie są w żadną stronę przesadzone, gdzie każdy pozostaje sobą, ma mnóstwo swobody, przestrzeni, zachowuje autonomię ale muzyka na tym nie traci lecz zyskuje w każdej frazie. Like Minds - stanowi ukoronowanie wieloletniej przyjaźni wybitnych muzyków, wszyscy wcześniej mieli mnóstwo ale to cale mnóstwo okazji by grać - ale NIE W TEJ KONFIGURACJI - nie brakowało cyników, że jak w piłce "nazwiska nie grają" lub nie stanowią "zespołu / drużyny". Aż dziw bierze, że musiało od lat 60 minąć tyle czasu by ten kwintet nagrał płytę i to ze wszech miar wyborną. Recenzenci prześcigali w zachwytach - że to zarówno muzyka, która od razu wydaje się być znajoma i przyciąga magnetyczny, krystalicznym, wyszlifowanym pięknem - ale też wiele w niej "momentu spontaniczności chwili" , świeżości, zaufania - polegania na sobie, świadomości jak i kiedy rodzi autentyczny jazz - nie nudny, akademicki czy zatęchły - ale niezwykle świeży i zagrany z polotem i nowocześnie. Corea / Burton / Metheny - trzej główni soliści - grają może mniej "ekspresyjnie i emocjonalnie" - dominuje częściej z lekka przytłumiona i mniej egzaltowana barwa i ton - panowie musieli znajdując telepatyczne porozumienie pójść na zdrowy kompromis, by oprzeć zakusom dominacji czy rozsadzania przestrzeni własnymi nieskrępowanymi pomysłami - lecz każdy został w pełni sobą. Co warte podkreślenie - Chick rezygnuje z latynoskich inklinacji i brzmi bardziej "klasycznie i hard bopowo". W komentarzu Gary Burton nie krył poczucia spełnienia i szczęścia jakim napełniła go ta baaaardzo krótka sesja - większość utworów to pierwsze podejścia - by uchwycić stan skupienia i zaangażowania - celność partii solistycznych i zespołowych - to muzyka "grupowego akompaniamentu" - można w niej schodzić do nieprawdopodobnych głębokości analizując misterne i koronkowe aranże. Lider w swojej karierze generalnie rzadziej komponował - polegając raczej na cudzych propozycjach - co sam bez wstydu przyznaje - tu zaoferował niezwykle udany i bogaty harmonicznie tytułowy - co zabawne napisany w japońskim Blue Note gdzie niemiłosiernie hałasował odkurzacz Very Happy .


https://www.youtube.com/watch?v=BTC5M2cDgTE


Trudno wyróżnić jakąkolwiek kompozycję - każdy jest udany i zasługuje na osobny temat do rozważań. Na pewno obok tytułowego w pamięci zostaje chociażby niepokojący i nasycony deszczową i orientalną aurą Tears of Rain:

https://www.youtube.com/watch?v=8LbEWgj2oow


Lub odświeżony Corei - Windows z okresu Now He Sings.


https://www.youtube.com/watch?v=4hqgCUCB-Yk


Jeden z nielicznych wybitnych albumów z końca lat 90 - pokazujących, że granie akustyczne, czerpiące z tradycji nie musi być nudne, wtórne, żenującą próbą wyważenia otwartych drzwi czy wskrzeszania duchów zamierzchłej przeszłości - co ma miejsce np w naszym krajowym "dżezowym" światku - pojawiają młodzieniaszkowie po akademii w Katowicach i chcą grać "post coltrane`owski jazz" - do obłędu powtarzając te same patenty, rozwiązania, frazy - przykrywając całość niby młodzieńczą werwą i pasją neofitów". A bliżej tu do pochodzącej z polityki filozofii "TKM".
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4351
Skąd: Opole

PostWysłany: 16.02.2021, 18:18    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

CZĘŚĆ 3 – ECM (1970-1971)


Chick Corea/David Holland/Barry Altschul - A.R.C. (1971)

Wszystkie „awangardowe” płyty Corei nagrane dla Blue Note, delikatnie rzecz ujmując, nie cieszyły się popularnością, dlatego też artysta zachęcony przez Manfreda Eichera podpisuje kontrakt płytowy z ECM. Tam, mając pełną swobodę artystyczną, może nadal kontynuować swoje bezkompromisowe poszukiwania. Pierwszym przedsięwzięciem pod nowymi sztandarami jest „A.R.C.” nagrany w Ludwigsburgu w Niemczech Zachodnich przez trio Corea-Holland-Altschul. W ciągu trzech styczniowych dni 1971 roku muzycy zarejestrowali sześć kompozycji, które spokojnie mogłyby również trafić na „The Song Of Singing”. Podobieństwa formalne, brzmieniowe i stylistyczne są ewidentne. W pewnym sensie można to traktować trochę jako zarzut, bo jednak brak nowych idei jest tu dojmujący. Pod względem muzycznym „A.R.C.” nie ustępuje jednak poprzednikowi. Po raz kolejny w zestawie odnajdziemy „Nefertiti”, tym razem jako opener. Nowa wersja jest nieco mniej free jazzowa, szczególnie pierwsze minuty, dopiero w ostatnich zbliża się bardziej do konwencji free. Świetnie broni się kompozycja tytułowa. To dość wymowny przykład ówczesnej estetyki Corei i jego towarzyszy. Poszukiwacze niestandardowych rozwiązań muzycznych powinni być usatysfakcjonowani. „Thanatos” to z kolei osobliwy eksperyment. Tym razem muzycy bawią się dynamiką, wspomagając się dobrodziejstwami studia nagraniowego. Pierwsza połowa przynosi precyzyjnie zaplanowane crescendo, które w połowie zamienia się w długie decrescendo. Najbardziej ekspresyjna część środkowa przybiera kształt gwałtownych free jazzowych improwizacji. Kompozycja Hollanda „Vedana” jest oparta na dwóch mocno zróżnicowanych częściach – pierwsza delikatna, bliska konwencji mainstreamu, druga zdecydowanie bardziej dynamiczna, wkraczająca śmiało na obszar free jazzu. „A.R.C.” nie należy może do największych osiągnięć Corei, jednak dla zwolenników bardziej radykalnych odmian muzyki improwizowanej może być pozycją interesującą. Słychać doskonale zgranie wszystkich muzyków, a było to wówczas niezwykle istotne, zważywszy na fakt, że w czasie koncertów nastawiali się na totalną improwizację.



Chick Corea - Piano Improvisations Vol. 1 (1971)

Wykorzystując przerwę w koncertach Circle Corea udaje się do Oslo. Tam w ciągu dwóch kwietniowych dni 1971 roku nagrywa materiał, który ostatecznie trafi na dwa albumy. Jeszcze w tym samym roku światło dzienne ujrzał „Piano Improvisations Vol. 1” W ojczyźnie jazzu wydanie płyty na instrument solo byłoby niezwykle trudne. Tamtejsze wytwórnie były przekonane, że zainteresowanie taką formą wypowiedzi będzie bardzo nikłe. Instruktywne w tej mierze są losy Keitha Jarretta, który mając podpisany kontrakt z Columbią i Impulse! Records nie miał możliwości wydania płyty na fortepian solo. Zainteresowanie wyraził niespodziewanie szef monachijskiego labelu. Współpraca Chicka Corei z ECM okazała się niezwykle owocna pod względem artystycznym. „Piano Improvisations Vol. 1” pokazuje nieco inne oblicze pianisty. Przeważają na nim spokojne, nastrojowe utwory, które świetnie wpisują się w ECM-owska estetykę. Większość kompozycji z pierwszej strony płyty analogowej posiada właśnie taki charakter („Noon Song”, „Song For Sally”, „Ballad For Anna”). Zdecydowanie bliżej im do mainstreamowej konwencji jazzu. Sympatyków Return To Forever może zainteresować wczesna instrumentalna wersja „Sometime Ago”. Sporo różni się od tej najbardziej znanej, choćby tym, że posiada znacznie słabiej zarysowaną linię melodyczną, która niejednokrotnie zatraca się w partiach improwizowanych. Drugą stronę płyty winylowej wypełniła w całości kompozycja „Where Are You Now? - A Suite Of Eight Pictures”. To jeden z pierwszych tego typu przykładów pokazujących dążenie Corei do tworzenia większych form muzycznych, które często łączył jakiś wspólny temat. Tym razem zaproponował cykl miniatur, w których rozrzut stylistyczne jest zaiste przeogromny. Odwołuje się w nich przede wszystkim do różnych nurtów i konwencji ze świata jazzu i tak zwanej muzyki poważnej. 1, 2, 4, 5, 7 i 8 wpisują się w estetykę jazzu głównonurtowego, pobrzmiewają w nich echa neoromantyzmu (Cool, muzyki poważnej z początku XX wieku (2,5). Najbardziej radykalny charakter przybierają obrazy 3 i 6. W tym pierwszym Corea operuje bardzo szeroką fakturą, sięga po fortepian preparowany, Słychać w nim odwołania do późnego Antona Weberna (kłaniają się przede wszystkim słynne Wariacje fortepianowe, op. 27) oraz Karlheinza Stockhausena. Bardzo poszarpaną narrację posiada obraz 6 - wiele fragmentów ponownie ciąży w stronę punktualizmu – objawia się to przede wszystkim w upodobaniu do częstych kontrastów brzmieniowych, dynamicznych i agogicznych.



Chick Corea - Piano Improvisations Vol. 2 (1972)

W 1972 roku ECM wydaje „Piano Improvisations Vol. 2”. Cały materiał spokojnie mógłby ukazać się jako dwupłytowe wydawnictwo. Przemawia za tym fakt, że powstał w czasie tych samych sesji, poza tym w sensie stylistycznym jest do siebie bardzo zbliżony. I tym razem na początku wyeksponowano utwory nieco bardziej tradycyjne („After Noon Song”, „Song For Lee Lee”, „Song For Thad”), pojawia się nawet standard Monka. Shorterowski temat „Masqualero” to już zderzenie dwóch światów – część pierwsza mocno przesiąknięta jest tradycją, natomiast druga to królestwo free jazzu. Corea lubował się w tworzeniu dwuczęściowych kompozycji, co było nietypowym rozwiązaniem na polu jazzu. W „Preparation 1” i „Preparation 2” zanurza się w nurt awangardy, gra niezwykle ekspresyjnie, co od razu budzi skojarzenia z Cecilem Taylorem. O ile na pierwszej stronie płyty analogowej dominowała krótka forma to na drugiej jest dokładnie odwrotnie. Składają się na nią tylko dwie kompozycje. „Departure From Planet Earth” to kolejna mocna dawka radykalizmu. Niespokojne pasaże, duże kontrasty dynamiczne, nietypowe eksploracje sonorystyczne, bogata faktura fortepianowa. W sumie to jeden z ciekawszych przykładów syntezy jazzu nowoczesnego z powojenną „poważną” awangardą. Ponadtrzynastominutowy „A New Place: Arrival, Scenery, Imps Walk, Rest” przynosi wyciszenie i ukojenie po awangardowych szaleństwach. Niespodziewanie pojawia się w nim bardzo wyraźnie zarysowany temat melodyczny, który następnie podlega różnym przekształceniom. Jest to godne uwagi, bowiem w latach 1970-1971 Corea z rzadka raczył słuchaczy takimi rozwiązaniami. Obydwie części wariacji fortepianowych to ważne pozycje – obok nagrań Keitha Jarretta, Paula Bleya czy też Cecila Taylora torowały drogę solowej wypowiedzi w obrębie idiomu jazzowego. To, co w czasie ich powstania było nietypowym eksperymentem już wkrótce stanie się normą.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą


Dołączył: 09 Wrz 2011
Posty: 4351
Skąd: Opole

PostWysłany: 17.02.2021, 17:48    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

CZĘŚĆ 4 - CIRCLE (1970-1971)


W pierwszej połowie 1970 roku Corea był jeszcze członkiem zespołu Milesa Davisa, poza nim nagrywał najczęściej z Hollandem i Altschulem. W połowie 1970 roku ukonstytuował się ostatecznie kwartet Circle. Spotkali się w nim ludzie o różnych doświadczeniach muzycznych. Anthony Braxton pochodził z Chicago, w latach 60. był mocno związany ze stowarzyszeniem AACM, którego zasługi dla rozwoju jazzowej awangardy są nie do przecenienia. W 1969 roku Braxton nagrał dwupłytowy album „For Alto”. Było to dzieło wręcz przełomowe. Przede wszystkim był to pierwszy jazzowy album na saksofon solo, choć nie można również zapominać o innowatorskich rozwiązaniach w sferze muzycznej. Nowojorczyk Barry Altschul był uważany za jednego z najzdolniejszych perkusistów Nowego Jazzu. W połowie lat 60. był członkiem zespołu Paula Bleya, z którym nagrał kilka ważnych płyt („Touching”, „Closer”). Brytyjczyk Dave Holland był już znaną postacią w jazzowym światku. Od 1968 roku był członkiem zespołu Milesa Davisa. Nagrał z nim, podobnie jak jego kolega z zespołu Chick Corea, tak fundamentalne płyty dla jazzu, jak „In A Silent Way” czy też „Bitches Brew”. To właśnie Corea i Holland w głównej mierze przyciągali na koncerty publiczność, bowiem była ona ciekawa, jaką muzykę grają członkowie zespołu wielkiego Milesa. Działalność na rynku amerykańskim nie była łatwa. Ich muzyka była radykalna i bezkompromisowa, dlatego też wytwórnie płytowe nie były zbytnio zainteresowane ich twórczością.



Chick Corea - Circling In (wydany -1975, nagrany 1968-1970)

Dopiero w 1975 roku, na fali popularności Corei, Blue Note zdecydował się wydać jego nagrania studyjne z Circle. Dzięki temu na rynek trafia dwupłytowy album „Circling In”. Na pierwszej płycie dominowały nagrania zarejestrowane jeszcze w 1968 roku przez trio Corea-Vitous-Haynes. Był to materiał, który nie załapał się na drugi album solowy Corei „Now He Sings, Now He Sobs”. Osiem odrzuconych utworów potwierdza, że dokonano właściwego wyboru. Owszem, niektóre są nawet całkiem interesujące (np. „Gemini”, „Fragments”), ale raczej żaden z nich nie jest lepszy od tych, które ostatecznie trafiły na płytę. Nieco inaczej jest w przypadku nagrań tria Corea-Holland-Altschul i kwartetu Circle. Wyróżnia się „Starp”, jeszcze jeden przykład bezkompromisowego stylu Circle. Studyjna wersja „73º - A Kelvin” przybiera nieco łagodniejszy charakter, niż jego koncertowe odpowiedniki. Warto zwrócić uwagę na kolejne dwuczęściowe formy „Danse For Clarinet And Piano i Chimes”. Ten pierwszy wydaje się bliższy „poważnej” kameralistyce niż jakiejkolwiek odmianie jazzu. Drugi również mocno odbiega od standardów jazzowych. Już dobór instrumentów pokazuje, że będziemy tu mieli do czynienia z osobliwym eksperymentem (m.in. chimesy, wiolonczela, kontrabas, fortepian, klarnet). Nie ma znaczenia forma, zapomnijmy o melodii, konwencjonalnych akordach – liczą się przede wszystkim poszukiwania brzmieniowe. W rezultacie powstała intrygująca odmiana jazzowej sonorystyki. „Circling In” to ciekawe uzupełnienie studyjnych dokonań Corei w różnych konfiguracjach personalnych w latach 1968-1970. Nieco mniejszą wartość mają tylko sesje z marca 1968 roku.


Chick Corea - Circulus (wydany – 1978, nagrany - 1970)

W 1978 roku Blue Note serwuje fanom artysty kolejną niespodziankę. Na rynek trafia kolejne dwupłytowe wydawnictwo „Circulus”. Tym razem niemal w całości wypełnione utworami Circle. Wyjątkiem jest strona pierwsza, na której pojawia się trio Corea-Holland-Altschul. „Drone” to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów w tym zestawie. Mało tego, wydaje się jednym z ciekawszych dokonań Corei w jego „awangardowym” okresie. To, bagatela, ponad 22 minuty muzyki. Uwagę przykuwa przede wszystkim długie solo fortepianowe. Pomimo swojego improwizatorskiego charakteru jest znakomicie wyważone. Zrazu delikatne, wyciszone, stopniowo coraz bardziej dynamiczne, by w kulminacyjnym momencie przeobrazić się w prawdziwą burzę dźwięków. Corea śmiało wykracza poza system dur-moll, eksperymentuje z dwunastotonowością, robi to zresztą w sposób bardzo swobodny, dlatego nie musi się to jednoznacznie kojarzyć z schönbergowską dodekafonią (Corea lubował się w eksperymentach z różnymi skalami, przekształcał je, starał się tworzyć własne warianty). Po solówce Hollanda na kontrabasie do głosu ponownie dochodzi pianista. Tym razem jego gra jest jeszcze bardziej radykalna, pojawiają się skojarzenia z twórczością Johna Cage'a i darmsztadzką awangardą. Stronę drugą, trzecią i większość czwartej wypełniły trzy rozbudowane kompozycje: „Quartet Piece No. 1”, „Quartet Piece No. 2” i „Quartet Piece No. 3”. Wszystkie oparte są na totalnej improwizacji. Bodaj najciekawszy jest pierwszy z nich. Ponadszesnastominutowy „poemat dźwiękowy”, w którym nie uświadczymy żadnej logicznej formy i melodii. Dzięki niekonwencjonalnej artykulacji muzykom udaje się wyczarować dość osobliwy świat barw. To bodaj najciekawszy przykład jazzowej odmiany muzyki sonorystycznej w dorobku zespołu. Podobny koncept pojawia się w dwóch kolejnych utworach. „Quartet Piece No. 2” wypada najsłabiej, z kolei „Quartet Piece No. 3” jest dość nierówny, fragmenty nieco nużące przeplatane są wręcz frapującymi. Zamykający to wydawnictwo „Percussion Piece” ponownie jest niestandardowy. Cała czwórka gra w nim tylko na przeróżnych instrumentach perkusyjnych (m.in. pojawia się marimba, wibrafon). Największy nacisk położono znowu na subtelną grę barw. „Circulus” zawiera bodaj najbardziej interesujące studyjne dokonania Circle. Dla fanów kwartetu to z pewnością jazda obowiązkowa. Jednocześnie trzeba podkreślić, że mamy tu do czynienia z muzyką niezwykle trudną w odbiorze. Na pewno nie jest to pozycja, od której powinno się zaczynać znajomość z twórczością Corei.



Circle - Circle - 1 Live In German Concert (1971)

Na przełomie lat 60. i 70. Chick Corea grając na żywo z Milesem Davisem bardzo często korzystał z elektrycznego fortepianu. Inaczej było w przypadku Circle - odkładał na bok całą elektronikę i grał tylko na fortepianie akustycznym. Często traktował go w sposób totalny. Stosował bogatą artykulację, grał nie tylko na klawiaturze, ale także wydobywał dźwięki z pudła rezonansowego uderzając w struny. Jego pasja w poszukiwaniu nowych brzmień do dzisiaj może zaintrygować słuchaczy, dostarczając wielu ciekawych wrażeń estetycznych. W owym czasie pianistyka naszego bohatera nie była wolna od wpływów Stockhausena (cykl „Klavierstücke”), Pierre'a Bouleza (sonaty fortepianowe) i Johna Cage'a (utwory na fortepian preparowany). Koncerty Circle były dość specyficzne. Muzycy wychodząc na scenę nie mieli przygotowanych utworów. Nie było mowy o tym, aby ćwiczyli je wcześniej, bowiem nastawiali się na totalną improwizację. Mało tego, starali się nawet nie dyskutować o ich ogólnym zarysie formalnym, nie analizowali, jaka powinna być ich stylistyka… Ważne było spontaniczne podejście do aktu tworzenia i wzajemna inspiracja. Oficjalnie wydano dwie płyty będące zapisem koncertów kwartetu. Pierwszą w 1971 roku wydał japoński oddział CBS. Płyta ukazała się tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni. Jazz cieszył się tam dużą popularnością, nawet na bardziej eksperymentalne odmiany tego gatunku było zapotrzebowanie. „Circle - 1 Live In German Concert”, bo to o nim mowa, zawierał nagrania pochodzące z występu, który miał miejsce w Niemczech Zachodnich (na płycie nie podano miasta) 28 listopada 1970 roku. Na stronie pierwszej znalazły się połączone w jedną całość „Medley: Toy Room/O And A”. To blisko trzydzieści minut improwizacji. Wyróżnia się pierwsza część kompozycji, która zresztą bardzo często gościła w repertuarze koncertowym. Drugą stronę wypełnił w całości standard z lat 30. „There Is No Greater Love”. Nie ma tu jednak mowy o staroświeckim podejściu do idiomu jazzowego. Popularny temat muzycy przeobrazili w ponad dwudziestominutową kompozycję. Bodaj najbardziej „kłóci się” z tradycją Anthony Braxton, którego ostre saksofonowe przedęcia i skoki rejestrowe pchają mocno utwór w stronę free jazzu.



Circle – Paris-Concert (1972)

Za największe osiągniecie zespołu uchodzi dwupłytowy album „Paris-Concert” nagrany w czasie europejskiego tournée 21 lutego 1971 roku w Maison De L'O.R.T.F. Muzycy często występowali w Europie Zachodniej, gdzie zawsze mogli liczyć na przychylność zgromadzonej publiki, która była otwarta na Nową Muzykę. Niektórzy krytycy zarzucali Circle zimny intelektualizm i brak energii. W warunkach koncertowych niektóre z tych zarzutów były łagodzone, ponieważ artyści zazwyczaj grali bardziej dynamicznie. Na „Paris-Concert” ich muzyka ma wyjątkową siłę wyrazu, w niejednym miejscu może się wydać atrakcyjna nie tylko fanom bardziej tradycyjnych odmian jazzu. „No Greater Love” (na tym wydawnictwie tytuł został skrócony) w wersji paryskiej nie jest już tak radykalny, jak ten znany z „Circle - 1 Live In German Concert”. Pewne związki ze „środkowym” jazzem zachowuje kompozycja Wayne'a Shortera „Nefertiti”, choć i w niej nie brakuje free jazzowych odjazdów, w których celuje szczególnie Braxton. Niektóre fragmenty mocno oddalają się od jazzowego idiomu, przypominając raczej abstrakcyjne poszukiwania darmsztadzkiej awangardy (vide „Duet” na klarnet i fortepian). Blisko dwudziestopięciominutowy „Toy Room/Q&A” jest świadectwem poszukiwań nowych barw. Opiera się na swobodnej improwizacji, niektóre partie mają w sobie coś z ducha sonoryzmu. W tym czasie muzycy byli już ze sobą doskonale zgrani, gdy wychodzili na scenę rozumieli się bez słów. Paryski występ był świadectwem ich niepospolitej kreatywności, muzyka jest mocno introspektywna, nie stara się w prosty sposób wkraść w łaski słuchacza. Album został bardzo dobrze przyjęty przez „postępowych” krytyków, ci co bardziej konserwatywni tradycyjnie utyskiwali na radykalizm koncepcji artystycznych. Tak czy inaczej, dzisiaj po latach wypada skonstatować, że mamy tu do czynienia z reprezentatywną pozycją dla ówczesnej sceny jazzowej.



Circle - Circle - 2 Gathering (1971)

Ostatnim materiałem zarejestrowanym przez kwartet był „Circle - 2 Gathering”, który ponownie ukazał się tylko w Japonii w 1971 roku. Nagranie zarejestrowano 17 maja 1971 roku w nowojorskim Upsurge Studio. Corea w tym czasie zdawał sobie sprawę, że dni zespołu są już policzone. Tak naprawdę myślami był już przy innym projekcie, który wkrótce świat miał poznać jako Return To Forever. Dokładnie cztery dni wcześniej w nowojorskim Carnegie Hall na scenie po raz pierwszy pojawili się razem: Chick Corea, Joe Farrell, Stanley Clarke, Flora Purim i Airto Moreira. Wyraźnie nadciągało nowe… Może dlatego „Circle - 2 Gathering” trudno uznać dziś za pozycję udaną. Całą płytę wypełnił w całości ponadczterdziestominutowy utwór, podzielony na dwie części ze względu na wymogi winyla. Słuchając tego nagrania trudno doszukać się w nim jakiejś myśli „architektonicznej”. To znowu swobodna improwizacja, tak typowa dla ówczesnego free jazzu. Co w tym przypadku nie wypaliło? Tak do końca trudno orzec. O ile na wcześniejszych albumach poszukiwania brzmieniowe nierzadko intrygowały, to tym razem często są po prostu męczące. To, co w poprzednich miesiącach było niestandardowym podejściem, posiadało posmak świeżości, tym razem zaczyna z wolna zalatywać schematyzmem. Problem polega także na tym, że jakość pomysłów nie dorównuje tym wcześniejszym. Czyżby więc w poczynania muzyków wkradła się pewna rutyna? Może był to tylko chwilowy kryzys twórczy? Płyty nagrywane nieco później przez Coreę (wspaniały Return To Forever), Hollanda (wyśmienity „Conference Of The Birds”) czy też Braxtona (intrygujący „Saxophone Improvisations Series F” i udany koncertowy „Town Hall”) świadczyły niezbicie o tym, że o żadnym kryzysie nie było jeszcze mowy. Awangardowa podróż Corei pomału dobiegała końca. Po raz ostatni zespół pojawił się na scenie w Los Angeles na początku sierpnia 1971 roku. Nigdy nie reaktywował się nawet na krótki czas. Holland, Braxton i Altschul chcieli nadal kontynuować działalność, jednak odejście Corei przeważyło szalę. Nasz bohater postanowił gruntownie zmienić swoje podejście do muzyki. Zwrócił się w stronę fusion, natomiast pozostała trójka w dalszym ciągu, z większą lub mniejszą intensywnością, flirtowała z free jazzem. Niewątpliwie najmniej oddalił się od twórczości Circle Anthony Braxton, który na wielu swoich autorskich płytach budował mosty między jazzem nowoczesnym a muzyką współczesną.
_________________
RateYourMusic/mahavishnuu
AstralnaOdysejaMuzyczna
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Inkwizytor
digipack


Dołączył: 06 Maj 2007
Posty: 2774
Skąd: Monty Python`s Flying Circus

PostWysłany: 17.02.2021, 18:22    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

https://en.wikipedia.org/wiki/The_Leprechaun_(Chick_Corea_album)

Album dla wielu "przełomowy" w karierze Corei - nie tylko doskonale przyjęty przez krytykę ( 5 gwiazdek w recenzjach Down Beatu ) , nr.1. w zestawieniach Billboard Jazz Albums i statuetka Grammy w 1977. Śmiało można postawić album obok najwybitniejszych, najbardziej udanych i które zainspirowały rzesze słuchaczy , przyszłych muzyków, studentów akademii muzycznych - który band nie brał na warsztat obok Chameleona, Birdland, Blackmarket oraz właśnie evegreenów z tego albumu - Lenore i Nite Sprite ?. Niezrównane kompozycje, doskonały aranż i dynamika nie mających sobie równych - trudno uwierzyć ile muzycznej treści, skomplikowanych przejść, złożonych aranży i niecodziennych akordów zmieściło się w raptem paru minutach. Jak już wspomniałem - brak słów uznania dla sekcji rytmicznej - wybornej i w tamtym czasie Anthony Jackson i Steve Gadd. Sama muzyka jest tak samo barwna i skrzy się wszelkimi kolorami i odcieniami - jak sama kapitalna zresztą okładka. Fani zgodnie urzekli - że w wieku już dość "poważnym" - 35 lat Chick "znalazł swój garniec ze złotem". Na przekór jazzowym purystom - że od tego momentu ( plus Romantic Warrior ) - pianista poszedł w komercję i "zbyt silnie" zabiegam o popularność, pieniądze i uznanie. Wbrew pozorom - ta krótka płyta nie zawiera wcale muzyczki lekkiej , łatwiej i przyjemnej. Wystarczy obejrzeć niekiedy daremne próby innych - zagrania wiernie tych kompozycji - tylko nielicznym się to udaje - reszta nawet nie zbliża się do tego poziomu. Warto przypomnieć jak oddając ducha oryginału plus dostając coś od siebie Nite Sprite zaserwował polski Crash. Od Leprechaun rozpoczęła stała współpraca i udział Corei ze swoją muzą, ukochaną i żoną Gayle Moran. Nie brakowało krytycznych opinii - niektórych jej wysoki charakterystyczny głos mocno drażnił, powoływano na podobieństwo do Johna i Yoko - że Gayle to "Bogu dzięki" nie Yoko Ono - ale niestety też nie Flora Purim. Jej barwa "wietrzna" lepiej sprawdzała jako ornament - by sobie gdzieś tam płynął w obłokach lecz gdy sama dochodziła do samodzielnego głosu z tekstem - szybko pojawiał przesyt. Na szczęście Chickowi nie strzeliło do głowy nagrać album wyłącznie z jej piosenkami. Lookign at the World i Soft and Gentle - doskonale bronią bogatymi aranżami smyczków i dęciaków - odcinki z tekstem nie przytłaczają i nie stanowią wyłącznego oblicza całości - jak na "pop jazzowe" piosenki dzieje się w nich naprawdę wiele. Jest pełne orientalnych naleciałości intro - Imp`s Welcome, urokliwa miniatura - mogąca doskonale sprawdzić jako muzyka do teatru - Reverie - z natchnioną wokalizą Gayle w tle - może stanowić zapowiedź i forpocztę monumentalnego dzieła - My Spanish Heart. Minimalizm muzyczny i lapidarność, żartobliwość formy mamy w Pixiland Rag - echa przewijającego się wielokrotnie Children`s Song - dowód, że Corea widział jakby "ciągłość swoich poczynań" i spoglądał szerokim okiem na dorobek. Na koniec najambitniejsza propozycja - Leprechaun`s Dream - obok w/w Reverie też sugestia w jakim kierunku kompozytor zamierzał pójść dalej - jakie perspektywy wydawały się kuszące. Mistrzostwo aranżacji - muzyka doskonale wyważona i podana - obok fragmentów budujących napięcie, baśniowych i wybitnie ilustracyjnych ( czyżby już wtedy krążył mu po głowie pomysł zobrazowani Alicji w Krainie Czarów co miało miejsce na Mad Hatter ? ), wierny muzycznych partner czaruje swoim "czarodziejskim" fletem, jest dłuższa partia na Fender Rhodes i momenty lekko funkującego ( niezmordowany Gadd ) zespołowego grania i kunszt Eddie Gomeza wdający w mini dialog z pianistą. Nie wydaje mi się, że ta muzyka i spojrzenie na muzykę się w jakikolwiek sposób zestarzało - na pewno też nie "produkt tamtych czasów" - co w przypadku późniejszych albumów Corei już trudniej odeprzeć.
_________________
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
Strona 1 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group