Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna Muzyczne Dinozaury
i ich następcy
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 10, 11, 12, 13  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 23071
Skąd: Lesko

PostWysłany: 13.08.2021, 07:56    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Czy Ty jesteś Deadhead, to jeszcze to Gregg musi zatwierdzić Very Happy

A ten film "The Other One" jest świetny - pomaga zrozumieć fenomen GD - bo to była grupa dobrych kumpli - dużo serdeczności, zrozumienia, pomocy i w ogóle wszystkiego. Fajnie jest tak całe życie pracować z dobrymi kumplami i robić to co się lubi. I jeszcze z tego żyć. Rzadki luksus w dzisiejszych czasach.
_________________
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 08:02    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

WOJTEKK napisał:
Czy Ty jesteś Deadhead, to jeszcze to Gregg musi zatwierdzić Very Happy

A ten film "The Other One" jest świetny - pomaga zrozumieć fenomen GD - bo to była grupa dobrych kumpli - dużo serdeczności, zrozumienia, pomocy i w ogóle wszystkiego. Fajnie jest tak całe życie pracować z dobrymi kumplami i robić to co się lubi. I jeszcze z tego żyć. Rzadki luksus w dzisiejszych czasach.


Spoko Smile.

GD chyba było jedynym zespołem w historii, gdzie techniczni zarabiali tyle samo, co muzycy, wszyscy dzielili się po równo. Niech Gregg potwierdzi, bo może to jest kolejna plotka, ale tak czy tak bardzo lubię ten zespół, oczywiście niebezkrytycznie, mieli słabsze płyty i momenty ale generalnie bardzo ciekawa część muzyki tamtego okresu.

W ogóle jak patrzę na tamten okres, to wydaje mi się, że decydowały wtedy czynniki odmienne od współczesnych, to jest pieniądz i popularność. Sami muzycy przyznawali, że nagrali pierwszą płytę zbyt wcześnie i że nie powinni byli się godzić na kontrakt z Warner Bros. Wątpię, aby we współczesnej epoce jakikolwiek artysta zdobył się na tego typu nonkonformistyczną postawę ryzykując tym samym karierę.

Nagrywało się wtedy, co popadło, od mainstreamu po totalną awangardę, wytwórnie jeszcze nie wiedziały, co będzie się dobrze sprzedawać a co nie, i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki. Dzisiejsze czasy wypadają wręcz blado pod tym względem...
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1080
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 08:39    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Paweł1979 napisał:
i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki.

Ale też równie chętnie je rozwiązywały, jeśli debiut nie wypalił. Stąd tak wiele efemeryd, którym udało się nagrać jeden-dwa LP - po latach odkrywanych na nowo (i opisywanych przez Gregga Wink).
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 08:52    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

akond napisał:
Paweł1979 napisał:
i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki.

Ale też równie chętnie je rozwiązywały, jeśli debiut nie wypalił. Stąd tak wiele efemeryd, którym udało się nagrać jeden-dwa LP - po latach odkrywanych na nowo (i opisywanych przez Gregga Wink).
.


No tak Wink. Ale dzięki temu przynajmniej takie zespoły mogły wydać choćby swoją jedyną płytę a dziś nawet tego nie mogą.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1080
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 09:10    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wręcz przeciwnie, teraz wydaje się więcej niż kiedykolwiek. Tylko robi się to w znacznej mierze mniejszym kosztem, własnym sumptem i nieraz tylko w formie cyfrowej.

A jeśli wychodzi nakład fizyczny, to mikroskopijny.
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 09:14    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

akond napisał:
Wręcz przeciwnie, teraz wydaje się więcej niż kiedykolwiek. Tylko robi się to w znacznej mierze mniejszym kosztem, własnym sumptem i nieraz tylko w formie cyfrowej.

A jeśli wychodzi nakład fizyczny, to mikroskopijny.
.


Być może, ale jest to wada niż zaleta, głównie jeśli idzie o jakość. W domu nigdy nie osiągnie się takiego brzmienia, jakie oferuje choćby przeciętne studio. Ale nawet pomijając to, jest mnóstwo miału niewartego słuchania, jednak jakaś zapora czy gradacja powinna istnieć moim skromnym zdaniem.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 23071
Skąd: Lesko

PostWysłany: 13.08.2021, 09:35    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

akond napisał:
Paweł1979 napisał:
i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki.

Ale też równie chętnie je rozwiązywały, jeśli debiut nie wypalił. Stąd tak wiele efemeryd, którym udało się nagrać jeden-dwa LP - po latach odkrywanych na nowo (i opisywanych przez Gregga Wink).
.

Albo i nie rozwiązywały - jak na przykład Rush, Queen, czy Yes.
_________________
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami


Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 23071
Skąd: Lesko

PostWysłany: 13.08.2021, 09:37    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Paweł1979 napisał:


Nagrywało się wtedy, co popadło, od mainstreamu po totalną awangardę, wytwórnie jeszcze nie wiedziały, co będzie się dobrze sprzedawać a co nie, i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki. Dzisiejsze czasy wypadają wręcz blado pod tym względem...


A co najciekawsze sprzedawać się też potrafiło wszystko - od awangardy do mainstreamu. Jest sporo wykonawców, których sukces komercyjny zaprzeczałby zdrowemu rozsądkowi.
_________________
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1080
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 09:45    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

WOJTEKK napisał:
Jest sporo wykonawców, których sukces komercyjny zaprzeczałby zdrowemu rozsądkowi.

Ale też sporo takich, których brak sukcesu komercyjnego wydaje się zaprzeczać zdrowemu rozsądkowi. Z dzisiejszej perspektywy.
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 09:50    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

WOJTEKK napisał:
Paweł1979 napisał:


Nagrywało się wtedy, co popadło, od mainstreamu po totalną awangardę, wytwórnie jeszcze nie wiedziały, co będzie się dobrze sprzedawać a co nie, i dlatego podpisywały umowy z wszystkimi, jak leciało, co zaowocowało ogromną spuścizną niezwykłej muzyki. Dzisiejsze czasy wypadają wręcz blado pod tym względem...


A co najciekawsze sprzedawać się też potrafiło wszystko - od awangardy do mainstreamu. Jest sporo wykonawców, których sukces komercyjny zaprzeczałby zdrowemu rozsądkowi.


Dokładnie i w tym upatrywałbym niezwykłość i oryginalność ówczesnej epoki, w której bądź co bądź żyli ludzie wykształceni jeszcze w duchu spuścizny wieków minionych. Wielu muzyków posiadało przynajmniej podstawowe wykształcenie muzyczne, co tylko działało na plus. Nie było jeszcze tej całej współczesnej, komercyjnej otoczki, ona dopiero się rodziła a bossowie wielkich wytwórni płytowych kompletnie nie orientowali się, co będzie potencjalnym hitem, a co undergroundowym szaleństwem dla garstki wybranych. Fajnie to ujął Henryk Palczewski w swoim artykule ,,Awangarda jest jak parowóz". Wprawdzie sam artykuł już nie istnieje na Onecie, ale ja wklejam jego kopię, bo idealnie oddaje to, co działo się wówczas w muzyce i co spowodowało, że współcześnie ambitnego grania nie uświadczy się w szeroko rozumianym mainstreamie.

Awangarda jest jak parowóz

Były kiedyś czasy, w których nie dało się ściągać z internetu wszystkiego i kiedy chciało się mieć jakieś legendarne nagrania pisało się do ARS Henryka Palczewskiego - działacza na wszystkich frontach.
Jesteś znany jako znawca i promotor wykonawców, o których nikt nie słyszał, wszyscy wiedzą, że zajmujesz się promocją jakiejś tajemniczej muzyki, czy mógłbyś trochę przedstawić swoją działalność?

HENRYK PALCZEWSKI: Myślę, że tej muzyki słucha więcej ludzi niż można by pomyśleć na podstawie chociażby ilości publikacji. Nie ma żadnego formalnego wyróżnika dla twórczości, którą promuję. Ludzie mówią, że awangarda, ale to nieprawda, bo w tym awangardy albo nie ma, albo jest jej bardzo mało. Awangarda jest dzisiaj pojęciem historycznym. Chodzi raczej o muzykę, która znajduje się poza show-biznesem, ale nie w znaczeniu wydawniczym, tylko przekazu i myślenia ludzi, którzy ją tworzą. Przede wszystkim musi być ona poza konwencją i schematem ogólnie stosowanym, poza modą i w tym sensie jest zarówno niezależna, jak i awangardowa. Uważam, że każda forma muzyczna jest dobra, można nawet stworzyć udaną muzykę disco, chociaż to się jeszcze nie zdarzyło. Może ktoś kiedyś stworzy dobre disco. Są tylko muzycy, którzy nie potrafią posłużyć się formą. Mnie zależy na tym, by wychwycić zespoły, które są uczciwe, to znaczy mają coś do przekazania i potrafią to przekazać, a nie grają dlatego, że nie mają nic innego do roboty albo podpatrzyli to u kogoś. W muzyce, którą się zajmuję, rozrzut stylistyczny jest ogromny, od muzyki ludowej po skrajną współczesną awangardę, eksperyment i koniec muzyki. Jednak w tej sferze jest tyle samo badziewia, co w każdej innej. Staram się odróżnić te rzeczy, które przetrwają i będą zawsze miały słuchaczy, od pozostałej muzyki awangardowej. Bo byle jaką awangardę łatwo stworzyć.

No ale jak wyodrębnić tę muzykę, która cię interesuje? Pierwsze kryterium jest negatywne, a drugie, ta uczciwość artystyczna, takie abstrakcyjne.

- Po pierwsze, tacy twórcy pozostają z dala od show-biznesu, bo ten ich nie chce. To nie jest wybór. Przez lata spotkałem wielu muzyków i zauważyłem, że jeśli artysta zakłada, że nie będzie współpracował ze show-biznesem, bo jest lepszy i większy, to z reguły nie tworzy interesującej muzyki. Każdy muzyk chce grać na stadionach i najwięksi awangardziści chcieliby mieć miliony słuchaczy. Kryterium wygląda tak, że muzyka gra, a później nie wiadomo czemu coś pod sercem trzepocze. I to jest to. Tego się nie da opisać, ale wiele razy to czułem. Ta muzyka jest odrzucana i uważana za niszową, ale bierze się to stąd, że gdy większość słuchaczy przychodziła na świat, to lekarz odbierał poród i grała Trójka, więc ludzie od małego są ukształtowani i, powiedzmy, wiedzą, czego chcą. Teraz mam swój pokój, ale kiedy mieszkaliśmy na Ludowej, ta muzyka wciąż brzmiała, przychodziły koleżanki mojej żony, które muzyką się nie interesowały, ale ona im nie przeszkadzała. Mówi się, że człowiek się rozwija i poznaje coraz bardziej skomplikowaną muzykę - nieprawda, muzyka ma taką moc, że jedyną przeszkodą są nasze upodobania, kiedy wiemy, co nam się podoba. A na polityce, medycynie i muzyce wszyscy się znamy, nie? Dla muzyki, którą się zajmuję, trzeba zapomnieć o swoich przyzwyczajeniach. Ktoś, kto uważa, że jest wielbicielem bluesa albo hardrocka, ma bardzo duży problem. Ale jeśli ktoś nie ma tak ustalonych upodobań, da sobie radę. Mój kot też lubi awangardę.

To jest czy nie jest możliwe, żebyś docenił artystę działającego w ramach show-biznesu?

- Myślę, że nie jest możliwe. Wartościowa muzyka jest jednoznaczna, w tym sensie, że musi coś zrobić z człowiekiem, zostać w nim po przesłuchaniu płyty. Nie musi to być rewolucja psychiczna, społeczna, polityczna, ale człowiek jest ogłupiały. Taka muzyka zostaje w nim na wiele lat, a nawet na całe życie, zabrzmi i będziemy jej słuchać do końca, a nie dzisiaj tego, jutro tego. Natomiast celem show-biznesu jest zablokowanie tego rodzaju twórczości, a i słuchacze nie dopuszczają takiej muzyki do siebie. Człowiek ma jakieś wyobrażenie o sobie, jakąś prawdę, i coś, co na niego mocno oddziałuje, jest niebezpiecznym intruzem. Żyłem tak, a nagle zaczynam myśleć i zachowywać się inaczej. Show-biznes musi sprzedawać, dla niego muzyka może być piękna, genialna pod względem formy, niespotykana, awangardowa, ale musi być bezpieczna. To znaczy ma płynąć obok człowieka, nie może w niego wejść, bo wtedy on od show-biznesu odejdzie. Są takie zespoły, co niszczą awangardę, na przykład King Crimson, który zdobył jej popularność, ale w tamtych latach zatrzymał rozwój wszystkich słuchaczy. Kiedy spotykały się elity i chciały dyskutować o awangardzie, mówiły: wiem, King Crimson. I wystarczyło. Przez swoją dwuznaczność, trochę grając dobrze, a trochę czepiając się show-biznesu, ten zespół zatrzymał swoich słuchaczy w poszukiwaniu, zaspokoił ich potrzebę bytowania z wielką sztuką, ale nic wielkiego nie stworzył, a właściwie mówiąc, przyniósł szkodę. Dlatego wydaje mi się, że takiej muzyki, jaką cenię, show-biznes nigdy nie przyjmie. Trochę przyjmował na początku, w latach 60., kiedy nie było innych wytwórni i nikt nie wiedział, jaka muzyka będzie. Szefowie wytwórni nie wiedzieli, czy popularność zdobędą Can czy Faust czy Beatlesi, więc nagrywali wszystko. Jednak to był tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, bo dzisiaj już wiedzą.

Takie nadzieje częściej się wiąże z literaturą.

- Muzyka ma wielką moc oddziaływania. Można trywializować i mówić, że to tylko fala dźwiękowa uciska wątrobę, wątroba wysyła dziwne sygnały do mózgu, a człowiekowi wydaje się, że jest w transie. Ale można też uznać, że ma wielką moc. Nigdy nie jest do końca określona, chociaż jest jednoznaczna, albo wesoła, albo smutna, i tak dalej. Teraz popularny jest zespół Feel, na jego koncercie stoją obok siebie ludzie różnego wykształcenia, różnych środowisk, różnych zainteresowań, ludzie, którzy normalnie nigdy by sobie nie podali ręki ani nie porozmawiali, stoją razem, a nawet podskakują, to oznacza, że ta muzyka nie ma konkretnego odbiorcy, nie ma żadnego odbiorcy. Ci słuchacze pozostaną sobie obcy.

Jak ty sam się dowiedziałeś o istnieniu takiej muzyki?

- Zaczynałem tak jak wszyscy, słuchałem Trójki, słuchałem Black Sabbath i Jimiego Hendriksa, którego zresztą cenię do dzisiaj, naprawdę słuchałem Doorsów, Led Zeppelin i tego wszystkiego. Wydawało mi się to bardzo dobre. Jednak pewnego razu robiłem interes z człowiekiem z Poznania, wtedy się dolary kupowało na lewo i ja mu załatwiłem jakąś partię. To był kolega, marży nie wziąłem, więc on z wdzięczności dał mi płytę Gongu. Posłuchałem tego i zgłupiałem. Pomyślałem, że musi być więcej takich płyt, niemożliwe, żeby była tylko jedna. Wtedy wyrzuciłem swoje longplaye i zacząłem jeździć do Warszawy na giełdę płytową. Kupowałem wszystko, czego nie znałem. Oczywiście wiele razy się pomyliłem, ale też znalazłem dużo ciekawych rzeczy. Później furtki uchylił mi Chris Cutler. Nie wiedząc, jak się poruszać, nie znając nikogo, napisałem do niego. Nie wiedziałem, że prowadzi wytwórnię Recommended Records. Przysłał mi paczkę i ręcznie spisany katalog. Od tej chwili było mi o wiele łatwiej. Mieliśmy komunizm, prawda? A oni na Zachodzie byli zdziwieni, że jest u nas zapotrzebowanie na ich muzykę. Większość ówczesnej awangardy miała komunistyczne sympatie, dopiero w dyskusjach wszystko się wywaliło.

A skąd kolega miał tę płytę Gongu?

- On próbował handlować płytami, zresztą próbował handlować różnymi rzeczami, ogólnie unikał pracy w ramach systemu socjalistycznego. Miał też mały zakładzik, gdzie naprawiał wagi i z tego nieźle żył, ale pojechał na Zachód, handlował jakąś walutą, próbował przemycać płyty i czasem coś znajdował, trafiały mu się różne rzeczy. Nie koncentrował się na tym, ale i tak był zorientowany trochę lepiej niż nieszczęsny Piotr Kaczkowski, który, nie mam co do tego wątpliwości, zniszczył całe nasze pokolenie.

Gdzie odbywały się te giełdy w Warszawie?

- Ech, nie pamiętam. Najpierw były na świeżym powietrzu, a później w budynku. Zawsze chodziłem tam z miejscowym kolegą, on mnie prowadził i jakoś nie zapamiętałem.

Rozprowadzałeś płyty, nagrywałeś taśmy, organizowałeś koncerty, popularyzatorsko-towarzyskie słuchanie płyt, wydajesz pismo "Informator ARS 2", byłeś realizatorem dźwięku, miałeś program radiowy, ogólnie działałeś na wszystkich frontach. Pilskie Radio 100 chyba jeszcze nadaje twoją audycję?

- Tak, ale już niedługo, bo radio zostało sprzedane RMF-owi. Chciałbym dla "Muzyki Ucha Trzeciego" znaleźć gdzieś miejsce oprócz internetu, zobaczymy. Nie spodziewam się, by RMF tę audycję zostawił. Na razie leci w internetowym Rock Legends Radio z Londynu. Wchodzę do studia w Pile i mówię z głowy, nie jestem dobrym mówcą i mam nadzieję, że słuchaczy interesuje muzyka. Z radiem zaczynałem w rozgłośni studenckiej Agora, gdzie grałem już muzykę nieradiową. Przez jakiś czas pisałem do "Tygodnika Pilskiego" recenzje płytowe, raz ich poprosiłem, dali mi akredytację i wysłali do Jarocina. Poza tym najwięcej pisałem do "Razem", potem do okazjonalnie do "Non Stopu", "Magazynu Muzycznego", był jeszcze "Tygodnik Nowy", pisałem do jakiegoś japońskiego wydawnictwa, gdzie moje teksty tłumaczono na japoński, do publikacji francuskich i amerykańskich. Ale najwięcej do "Razem".

Piętnaście lat temu w wywiadzie dla "Lampy i Iskry Bożej" Grabaż mówił, że rozczarował go brak zapotrzebowania na fajną muzykę, z jakim spotkał się w poznańskim Radiu Eska. A ty masz słuchaczy?

- Mogłem sprawdzać ruch na stronie podczas transmisji, ale to byli słuchacze spoza Piły. Sama Piła jest, że tak powiem, nieduża, tu się wszyscy więcej lub mniej znamy i jakichś swoich słuchaczy mam. Ich nie musi być dużo.

Słyszałem, że pożyczałeś płyty dziennikarzom Trójki.

- To był moment przed stanem wojennym, Trójka się na chwilę otworzyła, ciekawe audycje mieli Włodek Kleszcz i Grzegorz Brzozowicz. Czasami mnie zapraszali. Gdy wybuchł stan wojenny, wszystko się urwało, nie ukazywały się żadne wydawnictwa, więc jeździłem po klubach i prowadziłem takie audycje na żywo, miałem cykle po 12 spotkań. Wolalbym o Trójce za dużo nie mówić, bo mam o niej bardzo złe zdanie, o niektórych redaktorach również. Trójka jest powszechnie hołubiona i to fakt, że na początku lat 70. grała nieco ambitniejszą muzykę, ale tylko w stosunku do pozostałych stacji, wyłączając Program Drugi, który miał i ma najciekawsze audycje muzyczne, ale bardzo sporadycznie. Trójka dysponowała niezwykłą mocą oddziaływania, jednak nie licząc Wojciecha Manna, który miał trochę orientacji i trochę odwagi, jej redaktorzy zablokowali cały potencjał słuchaczy. Byliśmy zdani na Trójkę, bo co poza tym? Radio Luksemburg było komercyjne przecież. A oni szli do pewnego momentu. W domu mieli naprawdę ciekawe albumy, ale ich nie grali. Pamiętam taki drobiazg ilustrujący sytuację, a szczególnie charakteryzujący Piotra Kaczkowskiego, którego wpływ na słuchaczy był największy. Bodajże w 1977 albo w 78 roku zagrał Roberta Wyatta i powiedział: to jest Robert Wyatt, który w latach 60. i 70. prowadził zespół Soft Machine i powoli dojrzewamy do tego, by i Soft Machine zagrało w Trójce. A tego zespołu już nie było, byliśmy 10 lat do przodu. To znaczy co, on oszczędza moją wrażliwość? Zapamiętałem sobie ten komentarz na całe życie. Wiem, że mieli wiele bardzo dobrych płyt, znali dużo rzeczy, ale po prostu nie grali. Myślę, że świadomie, jak się wytworzy grupa słuchaczy, to później ciężko z nimi cokolwiek zrobić, stali się niewolnikami swoich pierwszych kroków. A te moje płyty... nie pamiętam już dokładnie tego pożyczania, coś tam było.

Zdaje się, że dużo podróżowałeś w tym czasie.

- O tak, szczególnie w drugiej połowie lat 70. Pracowałem wtedy w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Pile i miałem darmowy bilet na całą Polskę. Mogłem jeździć do woli.

Jak wyglądało pismo "Informator ARS 2", co tam zamieszczałeś? Artykuły, recenzje?

- Ono cały czas istnieje, dzisiaj jadę na ksero z następnym numerem. Zawiera głównie recenzje nowych płyt, trochę biografii, trochę relacji z koncertów. Współczesny "Informator" jest pismem legalnym, a zaczynałem w czasach, kiedy nie wolno było wydawać pisma. Na początku nazywało się "ARS" i było całkowicie nielegalne. Próbowałem je zarejestrować i stąd ta dziwna nazwa. Ludzie różnie wymyślają...

Awangarda Rock Serwis.

- ...a to nie całkiem tak. W latach 80. próbowałem w Pile zarejestrować firmę pod nazwą Antykomunistyczny Ruch Społeczny, ale pani w biurze powiedziała, że z taką nazwą absolutnie nie można. Spróbowałem z nazwą Antyspołeczny Ruch Społeczny, ale też powiedziała, że nie można. To niech będzie A.R.S. Dwójka wzięła się stąd, że gdy rejestrowałem drugi raz, już wiedziałem, że tych nazw nie można używać i podałem jej "A.R.S. 2". Ale ona te kropki pominęła i wyszło "ARS 2". Czysty przypadek.

Rejestracja dotyczyła dystrybucji płyt?

- Głównie nagrywalni, czyli piractwa. Wtedy to było legalne, dzisiaj oczywiście można różnie oceniać. Z drugiej strony, piratował również ZAiKS, bo ściągał opłaty z wszystkich legalnie działających nagrywalni. Co miesiąc robiłem dla nich wykaz nagranych albumów. Miałem wtedy jeszcze dużo płyt z muzyką konwencjonalną, ale w końcu nie wytrzymałem, bo jak raz miałem nagrać 10 płyt Black Sabbath, i po chwili jeszcze raz 10 płyt Black Sabbath, to był drugi powód, by wyrzucić te płyty. Została tylko awangarda, a później weszło nowe prawo, nagrywanie stało się nielegalne i się wycofałem. Firma od początku wydawała pismo, najpierw nazywało się "Pod Ziemią", następnie "Gazetka", później wychodziło bez nazwy. "Informator ARS 2" powstał dopiero w 1989 roku, kiedy już można było działać legalnie. Nakład trudno oszacować, bo w razie potrzeby robię następne partie danego numeru na ksero. Najstarsze numery zbliżają się może do dwustu egzemplarzy. Znaczenie pisma mocno zmalało, gdy pojawił się internet.

W twojej nagrywalni tworzyły się legendarne kolejki, na nagranie płyty czekało się ponad pół roku.

- O, były kolejki. Szczególnie na początku lat 80., kiedy powstawała Solidarność, czuło się większą wolność, powstawało też dużo zespołów, ludzie byli bardziej otwarci, przypominało to jakby trochę lata 60. na Zachodzie. Gdyby jeszcze stacje radiowe były nastawione na sztukę, a nie na show-biznes, przecież u nas tak powinno było być, to nie były rozgłośnie komercyjne. Mogły grać wszystko, awangardę, dobrą muzykę, nie musiały przynosić dochodu. Było bardzo dużo młodych ludzi otwartych na bardzo różną muzykę, chętnych do słuchania. To wszystko po 1986-87 zostało zmarnowane i mamy to, co dzisiaj, czyli tak jak na Zachodzie.

Historie z nagrywaniem są tym ciekawsze, że sama kaseta już zniknęła. Ciekawe, co dzieje się z tymi, które nagrywałeś, czy ktoś ich jeszcze używa? Ale konkretnie, jak twoje zajęcie wyglądało od strony praktycznej? Słuchałeś, nagrywając? Kopiowałeś po parę płyt naraz?

- O nie. Nagrywałem każdą osobno, to była bardzo ciężka praca. Słuchałem tak czterech na pięć. Mieszkaliśmy wtedy z dziećmi na Ludowej w dwóch pokojach z telewizorem, przychodzili znajomi, czasami trzeba było sprzęt wyłączyć. Jednak kiedy tylko było to możliwe, wtedy słuchałem. Lubię słuchać muzyki. Nie tylko uważnie, z zaangażowaniem, ale i na zimno. Niech gra, a ja jestem obok i tylko się przyglądam. To też jest dobry sposób, bo jak człowiek wchodzi w muzykę, to trochę głupieje, jak w miłości. Dlatego zimne słuchanie na boku, po to, żeby nagrać, jest bardzo fajne.

Ile płyt dziennie udawało ci się przerobić?

- To była harówka. Zamówień było dużo, a miałem przecież jeszcze pracę w ZNTK. Żyłem takim trybem: przychodziłem z pracy o 15, zaczynałem nagrywać, jechałem do 20 i szedłem spać. Wstawałem o północy, nagrywałem do szóstej rano, a potem szedłem do pracy. Trwało to z półtora roku. Wtedy jeszcze nie było wolnych sobót, więc dopiero z soboty na niedzielę leciałem non stop. Kolejka była długa, a ja nagrywałem jeden do jeden.

Co najczęściej zamawiano?

- Z początku występowało echo Trójki, wszystkie grupy hardrockowe: Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin, ale też Yes, King Crimson, inne zespoły z topu. Gdy wyrzuciłem te płyty, część moich klientów była rozgoryczona, a część szczęśliwa. Wcześniej nie mieli odwagi zamówić czegoś, czego nie znali z nazwy, a teraz mogli spróbować. Niektórym się spodobało.

Słyszałem też, że od nagrywania zużyły ci się płyty.

- Wciąż je mam. Od wyrzucenia hardrocka moja kolekcja winyli jest nienaruszona. Dbałem o nie, zawsze starałem się mieć dobry sprzęt, dobrą wkładkę. Jeśli się dba o winyl, to się aż tak nie zużywa. Zacząłem nagrywać, jak skończyłem studia, czyli w 1978, stan wojenny to zawiesił, później działałem jeszcze ze dwa lata po stanie wojennym. Jak weszły przepisy zabraniające kopiowania, to się definitywnie wycofałem, bo chociaż nie lubiłem socjalistycznego państwa i żyłem w społecznym undergroundzie, to przestrzegałem przepisów, odprowadzałem wszystkie opłaty, podatki i zaiksy.

Trzeba było przysłać swoją kasetę?

- Tak, a wcześniej taśmę szpulową, ich było więcej niż kaset. Cały pokój był zastawiony paczkami. Taśma na szpuli miała różną długość, a później jeszcze weszły magnetofony o dwóch prędkościach przesuwu taśmy, stąd na szpuli mieściło się od jednej do czterech płyt.

Ile ścieżek było na takiej taśmie?

- W czasach mono były magnetofony czterościeżkowe. Niekiedy można było wcisnąć dwa przyciski naraz i magnetofon odtwarzał równolegle dwie ścieżki, dwie muzyki naraz, ale bardzo szybko pojawił się sprzęt stereo. Przekładało się taśmę na drugą stronę i nagrywało się z dwóch stron. Swój magnetofon szpulowy oddałem siedem lat temu koledze do naprawy, podobno jeszcze u niego jest. Tylko nie mam już żadnych szpul, na szpulach mam tylko te koncerty Reportażu, które później wydawałem na kasetach. Kaset jeszcze trochę mi zostało, powinny być raz na jakiś czas przewijane, ale nie robię tego i niszczeją. W miarę wolnego czasu przerzucam różne fajne nagrania archiwalne na cyfrę. To są edycje kasetowe, które nigdy nie wyszły ani na longplayu, ani na CD.

Czy nagrywanie tych taśm przynosiło jakieś znaczące dochody?

- Zależnie od tego, ile nagrywałem, to mogła być nawet druga pensja. Umiarkowane ceny i dużo zamówień.

Jak wpłynął internet na obieg informacji w kręgu twoich zainteresowań? Kiedyś między usłyszeniem nazwy zespołu a usłyszeniem samej muzyki mogło minąć parę lat, a teraz? Szczególnie dotyczy to właśnie tych najbardziej niszowych zespołów.

- Z początku mnie to nie interesowało, a może nawet byłem przeciwnikiem komputera i internetu. Przez długi czas z moją firmą kontaktować się można było tylko pocztą tradycyjną. W końcu się zdecydowałem i bardzo mi się to spodobało, ale wkrótce zmieniłem zdanie, obecnie znowu jestem krytyczny. Nie podoba mi się, że każdy może założyć sobie stronę i bez odpowiedzialności, anonimowo pisać co chce. Pomyślałem, że "Informator ARS 2" będzie drukował same linki. Tylko jak weryfikować, co inni tam piszą?

A jak to było z zespołem Reportaż? Nigdy o nim nie słyszałem.

- Na początku lat 80. mieliśmy w Polsce wysyp znakomitych zespołów, w Gdańsku powstały Pancerne Rowery, Szelest Spadających Papierków, Wahehe. Poza tym wiele innych, Apteka, Kult, Voo Voo próbowały coś robić, im co prawda szybko przeszło. Reportaż był jednym z tych zespołów, zacząłem z nim współpracować, może dlatego, że lider Andrzej Karpiński pochodził z Piły i to on mnie znalazł. Przyszedł do mnie z nagraniami, wtedy jeszcze nazywali się Sten albo Soc, różnie. Grali punka, bo punk był wtedy modny, ale było widać, że ci muzycy mają kompletnie co innego w głowie, a grają punk, bo inni to grają. Kiedy usiedliśmy i zaczęliśmy słuchać moich płyt, to zespół punkowy zaraz przestał istnieć. Andrzej zobaczył, że możliwe jest nagrywanie i wydawanie całkiem innej muzyki, że można zlekceważyć całą naszą alternatywę, która jest alternatywą tylko wobec popu, a sama jest równie pusta, tylko w innym wymiarze. Powstał Reportaż, ja działałem w radiu, znałem organizatorów, więc zostałem nieformalnym menadżerem i uchem zespołu, komentowałem, co mi się podoba, a co nie. Była taka atmosfera, że po paru próbach mieliśmy zespół awangardy rockowej. Muzycy byli bardzo dojrzali, mieli szerokie pole widzenia, mieli odwagę. Wtedy było u nas tak, jak w latach 60. na Zachodzie, Reportaż mógł normalnie funkcjonować wśród innych zespołów, dawać koncerty z Kultem, z Voo Voo. Tak wyglądał pierwszy okres, wytworzyła się grupa zainteresowanych, jednak szybko się wszystko skończyło, stało się to, co na Zachodzie. Apteka zaczęła grać rockowo, Kult to już nie wiem, w jakiś niewydarzony pop poszedł, Voo Voo udaje, że gra ciekawą muzykę, ale gra to samo, co Czerwone Gitary, tylko inaczej sprzedaje. W muzyce działa zasada ekonomiczna, według której gorsze wartości wypierają lepsze. Reportaż stał się wtedy zespołem niszowym, grał rzadziej, nie występowaliśmy na festiwalach, bo już tam nie pasował, w Jarocinie nie mógłby zagrać. W Jarocinie nie chodziło o muzykę, więcej o spektakle polityczne. Byłem tam tylko raz i wróciłem bardzo zawiedziony. Później przyszły jeszcze gorsze czasy i zespół się rozwiązał. Teraz gra znowu, 12 września w Poznaniu będzie koncert multimedialny z Chrisem Cutlerem, sztandarową postacią awangardy. Reportaż grał bardzo dobrą muzykę. Cutler prowadził w Anglii Recommended Records, cała działalność ARS 2 była mocno inspirowana tym, co robił Chris, też stawiałem na wartości artystyczne. I Chris był gotów wydać kogoś z bloku wschodniego, więc wciąż mu wysyłałem różne nagrania. Ze wszystkich wykonawców zaakceptował tylko Zygmunta Krauze i Reportaż. To chyba o czymś świadczy. Podzielam strategię podkreśloną w nazwie wytwórni Cutlera i też rozprowadzam tylko te płyty, które sam cenię. Nie wystarczy, że ktoś jest awangardowy. Dzięki temu istnieje duża szansa, że jeśli komuś spodoba się któraś płyta, to doceni i resztę katalogu, ponieważ organizuje go ta sama myśl. Podobnie ja nie odrzuciłem dotąd żadnej płyty proponowanej przez Recommended Records, obojętnie, czy to jest awangarda, folk, rock czy blues. To cenne, bo problemem awangardy jest duża podaż miernych i nawet bezwartościowych płyt, słowo awangarda ma być synonimem wartości. Niestety, jest to zjawisko powszechne w naszej muzyce. Dystrybutor napisze, że awangarda, ale nie doda, że do niczego.

Pierwszy longplay Reportażu mam do dziś w katalogu. Partia przewodzi, naród z partią, takie hasła wtedy forsowano, na plakacie duży facet trzymał koło sternicze. Andrzej zrobił taką okładkę, że ten facet był, tylko kółko miał malutkie, nie przeszła przez cenzurę. W końcu zrobił okładkę, która przeszła, a i tak musieliśmy się tłumaczyć, dlaczego cień ma ręce opuszczone, skoro postać trzyma ręce w górze. Andrzej wykorzystał do niej zdjęcie obrazu, namalowanego na skórze naklejonej na desce i rozprasowanej. Na płycie jest jeden utwór polityczny, nazywa się "Wybór", oni tam tylko mówią: "poniedziałek, wtorek, środa, czwartek...", i nic więcej, nie ma muzyki. Cała płyta miała nazywać się "Wybory", ale to też nie przeszło. Nakład tłoczono w Moskwie, bo tylko tam potrafili wytłoczyć 29 minut muzyki na jednej stronie. Wydawcą był Tonpress, płyta trafiła do normalnej dystrybucji. Gdy Reportaż nagrał drugą płytę, nie było już tego napięcia, przyjeżdżały do Polski zagraniczne zespoły, więc wydaliśmy ją w Anglii. Była zdecydowanie lepsza od pierwszej.

Czy Reportaż miał ważne teksty?

- W drugim okresie teksty właściwie w ogóle zniknęły, a koncerty opierały się na improwizacji. Były tylko wyznaczone miejsca, w których muzycy się spotykali, a reszta była puszczona na żywioł. Natomiast wcześniej teksty były ważne, muzyka nawet była do nich dopasowywana, ale to nie były... Może również dlatego Reportaż został wyeliminowany. Wtedy na topie była walka z komuną, a Reportaż nie miał tekstów politycznych, tylko głębsze, przez co był mniej użyteczny dla organizatorów imprez. Na zespoły z utworami w stylistyce "bolszewika goń" zawsze było zapotrzebowanie i powszechnie uważano takie zespoły za dobre. Teksty Reportażu nie były takie bezpośrednie.

A sam zwracasz uwagę na teksty?

- To jest problem. Najbardziej unikam w muzyce tekstów jednoznacznych. Główną zaletą zespołów grających w latach 80. był antykomunizm. Tamtej komuny już nie ma, więc tamta muzyka straciła główną zaletę. Można być przeciwko rządowi w ogóle, to będzie już bardziej aktualne. Muzyce łatwiej przetrwać, jeśli nie wiąże się z tekstem zbyt okolicznościowym. Jeśli idzie o wszelkie teksty, uważam, że najlepiej je wydrukować. Jeśli pojawiają się w muzyce, to ja głos trakuję jako kolejny instrument.

Szkoda, że wtedy nie było dość dobrego sprzętu, żeby rejestrować te koncerty, bo były one wyjątkowymi wydarzeniami artystycznymi. Nawet te zespoły, które dzisiaj w moim odczuciu nie robią nic, na przykład Kult - zanim nie nagrał debiutanckiej płyty, dawał bardzo dobre koncerty, jeszcze z Wieteską na basie. To, co się później pojawiło na płycie, być może jest dzisiaj jakąś klasyką rocka alternatywnego, ale niewiele mówi o tym, co oni grali wcześniej, a byli zdecydowanie ciekawsi. Nagłośnienie też było niezbyt dobre, zajmowały się nim państwowe firmy, więc żeby coś podłączyć, zaraz trzeba by mieć jakieś zezwolenia. Ustrój nie mógł tego zatrzymać, ale co mógł, to próbował wyeliminować. W Jarocinie dawał możliwość wykrzyczenia się, z którego w końcu niewiele wynikało, jednocześnie nie dopuszczał do rozpowszechniania nagrań. Kiedyś pewna firma francuska zainteresowana tym, co się u nas dzieje, wydała podwójną kasetę "Polskie drogi". Dostarczyłem im wielu nagrań tych undergroundowych zespołów, niedawno chciałem to przegrać na CD i usłyszałem, jak strasznie to brzmi. Wielu rzeczy nie można usłyszeć, szczególnie jeśli ktoś nie wie, co powinien usłyszeć.

Z drugiej strony są miłośnicy tradycyjnych, analogowych metod nagrywania. Lubią szum starej płyty i lubią, jak im taśmę wciąga - sparafrazujmy Krzysztofa Vargę.

- Winyl to przenoszenie mechaniczne, zapisywane jest wszystko, a przy cyfrze między impulsem a impulsem jest przerwa. Jednak dzisiaj można już dobrze nagrywać cyfrowo, więc nie ma to takiego znaczenia. Kto ma coś ciekawego do powiedzenia, powie to i na taśmie, i na winylu, i na CD. Komuś innemu studio może pomóc uzyskać ładne brzmienie, ale muzyka nie będzie ze sobą nic niosła. Co innego pliki mp3, to jest w dzisiejszej muzyce najgorsze. Dotąd muzyka związana była z nośnikiem materialnym, w muzyce mi bliskiej okładka ma bardzo duże znaczenie, jest początkiem słuchania. Dźwięków z komputera słucham bardzo rzadko i wyłącznie informacyjnie.

Jak wyglądała znajomość z zespołem Ręce Do Góry? We wspomnianym wywiadzie sprzed 15 lat Grabaż podkreślał, że na koncercie jego zespołu w Gdyni czułeś ciarki na plecach.

- W pewnym momencie też niektórzy uważali, że jestem ich menedżerem, chociaż nigdy tak formalnie nie było, przecierałem tylko ścieżki i pomogłem parę koncertów zorganizować. Tak, zespół Ręce Do Góry miał bardzo duży potencjał, dał kilka znakomitych koncertów. Droga, którą poszła później Pidżama Porno, była klęską i zaprzeczeniem tego wszystkiego.

Czy Ręce Do Góry grały jakąś wyrafinowaną muzykę?

- Nie, muzyka była prosta. Myślę, że oni wtedy nie byli jeszcze w żaden sposób uformowani, byli wolni i pchała ich wielka energia grania. Trochę słyszeli, byli bardzo otwarci i grali bardzo emocjonalnie. Grabaż ma zawsze dobre teksty, taka jest prawda. Słuchać go nie lubię, ale czytałbym bardzo chętnie. Zresztą swoje teksty śpiewa dobrze, trzeba przyznać, że jako wokalista się sprawdza. Ale ta reszta, ta Pidżama Porno... Ta muzyka nie ma żadnego znaczenia. Można by pozamieniać teksty między utworami i niewiele by to zmieniło. Muzyka w ogóle z nimi nie współgra, można wykasować ścieżkę Grabaża i niech śpiewa Kaczmarski albo Stan Borys, też będzie pasować. Ta muzyka jest beznamiętna, to są tylko nuty, bez związku z tekstem. Ręce Do Góry były bardzo chropawe, artyści niewiele umieli, ale grali na swoich emocjach, do tego atmosfera stanu wojennego, wszystko się bardzo sprawdzało. Gdyby Grabaż został z tamtymi muzykami, mogło wtedy powstać coś naprawdę ciekawego. Pidżama Porno jest niepoważna. W RDG śpiewali na dwa głosy Grabaż z Małą, Czoper był bardzo dobrym gitarzystą. Wszystko było robione w takiej gorączce, że element improwizacji był naturalny. Piosenki nie były dopracowane i jeśli atmosfera koncertu udzielała się muzykom, to działy się bardzo fajne rzeczy. Nie była to awangarda, byli bliżej punka, ale mieli swoją moc, więc rzeczywiście czułem te ciarki.

Jednak Krew była lepsza.

- Tak, Krew zdecydowanie zrobiła krok dalej, poszła w kierunku muzyki. Ręce Do Góry były zespołem wojowniczym i mogły albo zrobić to, co Krew, albo się rozpaść. Nie można tyle wojować, muzyka to nie armia. Taka muzyka traci moc, gdy zabraknie przeciwnika. Pierwszy materiał Krwi był bardzo ciekawy. Wykorzystywali bazę rocka, ale na dużo sobie pozwalali. To byli ci sami muzycy, co w Ręce Do Góry, ten sam temperament, punkowa dynamika, ale i myślenie o muzyce, a nie tylko o walce z komuną. Wychodzimy na scenę nie tylko, żeby pokazać, że jesteśmy przeciw. W organizowaniu koncertów, w zajmowaniu się zespołami, w tych różnych festiwalach byłem tylko parę lat, bo wszystko błyskawicznie przeszło w show-biznes, chociaż być może niektórym do dzisiaj się wydaje, że to była alternatywa. Dobre były te pierwsze lata, kiedy trzeba było walczyć z komuną, pokazać jakąś inną postawę, zachęcić młodzież. Gdy stan wojenny złagodniał, przeciwnik stał się niemrawy, zobaczyliśmy, że w większości artyści nie mieli nic do zaoferowania, jeśli chodzi o muzykę.

To chyba dużo się działo w latach 80. w Pile?

- Tak, trochę działo się też w Chodzieży. Z Piły pochodziły Ręce Do Góry i Krew. Andrzej Karpiński mieszkał już w Poznaniu, ale to był zespół człowieka z Piły i przeze mnie związany z Piłą. Robiliśmy tu różne dziwne imprezy, głównym miejscem był gościnny dom kultury, socjalistyczny wystrój jego sali zabawnie kontrapunktował nasze koncerty. Ślady tej działalności odnalazły się w archiwach Służby Bezpieczeństwa, niedawno dostałem z IPN-u takie fajne esbeckie raporty z koncertów.

Lider Krwi, Rysio Gromadzki, to podobno była bardzo oryginalna postać.

- O bardzo. Mocna strona zespołu. On improwizował teksty, bardzo je przeżywał, był wyjątkowo autentyczny i człowiek mu ulegał, niezależnie od tego, czy mu postawa Gromadzkiego odpowiadała. Jego teksty zachowywały uniwersalizm, był centralną postacią, bardzo widowiskowy, nosiła go straszna energia, przykuwał wzrok. Ale w tym wszystkim była bardzo dobra muzyka. Jako ARS wydałem im kasetę z koncertu, chyba w stu egzemplarzach, i ta muzyka się do dzisiaj broni. ARS publikowało też koncertowe kasety Reportażu. A co się dziś dzieje z Gromadzkim, nie wiem. On mieszkał w Poznaniu, większy kontakt miałem z muzykami Krwi z Piły. Gdy odszedł, pojawił się nowy wokalista, ale nie dawał rady.

Kolegowanie się z Grabażem? Słuchaliście razem płyt?

- W tamtych czasach miałem dużo płyt, Piła nie jest miastem dużym, wszyscy się znaliśmy i przez mój dom na Ludowej przewinęło się od groma ludzi... Piła była ciekawym miastem, szczególnie w latach 70. była taka atmosfera, że łatwiej było sprzedać płytę awangardową niż Black Sabbath. Istniało duże środowisko, które słuchało ciekawej muzyki. Później pojawiło się towarzystwo punkowe, ta Kulturka, które trochę zepsuło nastrój i poszło w inną stronę, ale wszyscy związani później z tą Kulturką pojawili się wcześniej u mnie, bo chcieli posłuchać ciekawej muzyki. Przychodził też Grabaż i słuchał, ale chyba nie wszystko usłyszał. Bywał u mnie, słuchaliśmy muzyki, nagrywał sobie płyty, gadaliśmy, ale wydaje mi się, że mało zrozumiał. Do dzisiaj go lubię i mam nadzieję, że on też mnie lubi, lubię i człowieka, i teksty, możemy wypić i porozmawiać, tylko nie akceptuję twórczości jego zespołów od powstania Pidżamy Porno po dzień dzisiejszy. To tragedia, że takie zespoły jak Pidżama Porno mogą być popularne.

Jak funkcjonowało to pilskie środowisko?

- Wspomniałem już o domu kultury, który miał szczęście do odważnego dyrektora. Odbywały się koncerty i mieliśmy coś w rodzaju klubu dyskusyjnego, gdzie słuchaliśmy rzadkich płyt i rozmawiali. Zawiązało się towarzystwo i zaczęło wychodzić na ksero pisemko "Jazz nad Gwdą", poświęcone muzyce nieobecnej w radiu i w innych pismach. W domu kultury zorganizowaliśmy festiwal Rock Out, grały tam Reportaż, Ręce Do Góry, Variete... już trochę nie pamiętam, ale mogę sprawdzić w tych raportach SB - więc oni piszą, że grał jeszcze Immanuel, ale coś mi się zdaje, że wymieniają za dużo tych zespołów, aż tyle nie było. Może to nie ten raport? Dostałem te odbitki od znajomego księdza, który zainteresował się działaniami SB wobec pilskich zespołów. No i wobec Solidarności, gdzie też działałem. Fajna literatura: "Należy podkreślić niefrasobliwość organizatorów opisywanej imprezy".

Skąd się w ogóle wziąłeś w Pile?

- Moi dziadkowie pochodzili z Białorusi, bardzo ciekawe miejsce, byłem tam cztery lata temu. Różnie się o tym kraju mówi, to opowiem: mój dziadek wyjechał stamtąd z moją mamą w 1945 roku. Gdy teraz przyjechałem, dziadka dom stał, lekko tylko trafiony bombą i zarośnięty. Narzędzia dziadka wisiały w środku na ścianach. Nikt tam nie mieszkał i nikt nie ruszył. Kilka zardzewiałych narzędzi sobie wziąłem. Z tamtej wsi koło Baranowicz wyjechało 80 rodzin, które później osiadły w Pile. Gdy się idzie przez wieś, stoją stare drewniane domy, czy ktoś w nich mieszka, można poznać po tym, że kwiatki zielone albo zwiędłe. Nikt nie kradnie, i to przez tyle lat. Pokazywałem mamie zdjęcia, to powiedziała, że tak samo wyglądało, kiedy wyjeżdżali, tylko trochę zielskiem zarosło. Byłem zaszokowany. Nie mówiąc o tym, że w żadnym państwie nie widziałem tak czystych ulic. Piła w latach 70. była miastem bardzo specyficznym. Jak na giełdzie w Warszawie pytałeś, czy jest Peter Hamill albo Henry Cow, to byłeś rozpoznawany jako człowiek z Piły. Dlatego, że my tu nie mamy żadnej swojej muzyki. Nie ma folku w Pile, bo nie może być. Mieszkali tu Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Polacy, i to zawsze ci, którzy skądś wyjechali. A trzeba mieć jakąś odwagę, żeby zmienić miejsce zamieszkania. Wydaje mi się, że trochę stąd brała się energia Reportażu i Ręce Do Góry: brak korzeni i odwaga, która towarzyszy każdemu wyjeżdżającemu, bo nie wszyscy się decydowali. Dzieci mają to we krwi. Z Piły też mogłeś wyjechać pociągiem w siedmiu kierunkach, to nie jest często spotykane. Po wojnie mieliśmy tu straszną mieszankę. Wychowywałem się w dzielnicy Podlasie, wtedy to była dzielnica bandycka. Na jednej ulicy słychać było białoruski, ukraiński, niemiecki i polski, więc wojny były całkiem często. Miało to swoje dobre strony. W moim pokoleniu każdy był wychowany inaczej, nawet patrząc na święta kościelne, różne nacje, różne wigilie. Taką tworzyliśmy społeczność, i z tych powodów naturalnie przygotowani byliśmy do tolerancji i otwarcia, co miało wpływ również na muzykę, jaka powstawała i jakiej słuchało się w Pile.

Poza awangardą muzyczną zajmujesz się jeszcze kolejnictwem, w ostatnich latach remontując lokomotywy parowe. Jakie masz właściwie wykształcenie?

- Jestem inżynierem materiałoznawstwa, nie parowozowym. Tyle że po studiach w Poznaniu trafiłem do pilskiego ZNTK, gdzie pracowałem jako technolog, a później byłem i na odlewni, i przy spawaniu, i przy obróbce cieplnej, a zakończyłem w kontroli jakości. ZNTK to był potężny zakład, kilka tysięcy ludzi, nie pracowałem więc bezpośrednio przy lokomotywach. Taka maszyna składa się z bardzo wielu części, ich składaniem zajmuje się wydział montażu, ale elementy spływają z różnych innych oddziałów, ktoś robi podwozie, kto inny silnik, kto inny prądnicę. Wtedy jeszcze naprawiało się parowozy, ale ja parowozów unikałem jak ognia, bo z punktu widzenia zawodowego były mało przyszłościowe. Wchodziły lokomotywy spalinowe, elektryczne i raczej przy nich chciałem pracować. Ale tak przyglądałem się tym parowozom i zauważyłem, że to jednak bardzo dobra maszyna. Tak tam trafiłem, zajmuję się nimi do dzisiaj i dalej uważam, że to bardzo dobra maszyna. Parowóz jest jak magia, jak awangarda.

Z ZNTK prawie nic nie zostało, ludzie poszli do Winkowskiego i Philipsa, myślę, że gdyby udało się zakład odbudować, to chętnie wróciliby do swojego zawodu. Moja obecna firma Interlok przejęła drobny ułamek majątku, robimy wyłącznie parowozy. ZNTK zbankrutował, ale gdyby tak się nie stało, dzisiaj miałby mnóstwo zamówień od przewoźników prywatnych. Uzależnienie od PKP było problemem wszystkich ZNTK, nie tylko Piły, ale i Poznania, Bydgoszczy, Nowego Sącza. Dzisiaj PKP już nie decyduje, a wszystkie ZNTK, które przetrwały, mają się bardzo dobrze. Szkoda, że w Pile nie wyszło. Część majątku sprzedano, część zezłomowano, trochę przejął Interlok. Nasza firma jest ostatnim przedsiębiorstwem w Polsce, które może fachowo odbudować parowóz, i jednym z trzech w Europie. Parowozy z Wolsztyna są na bieżąco naprawiane w Gnieźnie, ale kiedy przychodzi do naprawy głównej, szczególnie w zakresie kotła, to mają problem. Kocioł musi trafić do nas.

A jak to było z parowozownią, którą miałeś kupić?

- To bardzo skomplikowane. Jest w Pile środowisko, które chce ją uratować, jest pomysł, żeby w oparciu o tę zabytkową okrągłą halę stworzyć taki mniejszy Wolsztyn. W środku pracowałby Interlok metodami sprzed stu lat, a parowozy obsługiwałyby ruch turystyczny. Trwają rozmowy z miastem i z PKP, ale wszystko jest tak niepewne, że szkoda więcej mówić.

Załatwiałeś też lokomotywę parową dla festiwalu Blues Express w Zakrzewie Złotowskim.

- To nawet nie chodziło o załatwienie. Pierwszych pięć edycji festiwalu organizowaliśmy razem z Heniem Szopińskim. Cały pomysł, żeby uczestników zawiózł pociąg prowadzony parowozem, był mój. Henio przyszedł do nas nie po parowóz, tylko chciał zaproponować nam reklamę na koncertach. Powiedziałem, że pieniędzy nie mamy, ale zawieziemy ludzi na miejsce naszym parowozem. Tak było przez pięć lat, nasz parowóz, nasz maszynista. Później już nie mieliśmy maszyn, to tylko wspieraliśmy organizację przejazdu, wreszcie pomysł przejęły PKP Przewozy Regionalne, Henio doskonale sobie radzi, a my bywamy tylko jako goście. Mnie się wydaje, że kiedyś było nieco lepiej, koncerty były kameralne, teraz to już wielka komercyjna impreza, ale jak najbardziej potrzebna i też ma swój urok. Pierwsze edycje były na dziko, przecież wtedy nie było prywatnych pociągów i nasza propozycja wywołała szok w PKP, jak w ogóle może ktoś obcy jechać? PKP się przekonały, jest fajna rzecz. Pod względem przejazdu, bo jeśli chodzi o muzykę, to można dyskutować.

A co słychać w Białośliwiu?

- Powstało tam Towarzystwo Wyrzyska Kolejka Powiatowa, które chce ratować pozostałości, ale to jest bardzo trudne ze względu na sposób rozwiązania własności i sytuację grupy PKP. Wszystko ciągle należy do PKP, obiekty są mocno zniszczone, ale jeszcze możliwe do naprawy. Towarzystwo na razie operuje na sześciu czy dziesięciu kilometrach toru i można sobie zamówić przejazd na imieniny. Plany są o wiele większe, w Pile mógłby stacjonować parowóz, który by wiózł ludzi do Białośliwia, albo do Ujścia, gdzie mogliby wsiąść na stateczek pływający po Noteci. W Europie to jest bardzo popularne, ludzie na gwałt naprawiają parowozy, dlatego mamy mnóstwo pracy. Ja oczywiście pamiętam parowozy jeżdżące do Poznania normalnie w linii, natomiast wyrosło pokolenie, co nigdy maszyny w ruchu nie widziało.

To jest praca, przy której możesz się pobrudzić?

- W Interloku jestem dyrektorem zarządu, czyli całej firmy. Jak jest możliwość, to bardzo chętnie, jednak wiecej w tym jest zarządzania firmą. Ale firma jest mała, z wieloma pracownikami jestem na ty, nie jestem wielkim dyrektorem, który by w krawacie przechadzał się po hali i pokazywał palcem. Nie mamy specjalnego biura, pracuję przy hali i wszystko słyszę. Remontujemy stuletnie maszyny ówczesnymi metodami, więc i w naszej firmie panują stare zasady pracy i towarzyskie. To jest dość dalekie od normalnej firmy i trochę przypomina działalnośc artystyczną. Natomiast całe ARS 2 to przedsięwzięcie w wielu wymiarach niezależne, natomiast mocno zależne od parowozów. Jak w parowozach idzie dobrze, to mam więcej czasu dla ARS 2.

Jakie są możliwości Interloku?

- Główną naprawę przejść może półtora parowozu w roku, nie więcej. Nas jest mało, mamy mało miejsca, a poza tym dzisiaj parowozy są już naprawdę zniszczone i nie ma części zamiennych. Nie licząc polskiego parowozu wąskotorowego Px48, to nigdy nie naprawialiśmy dwa razy parowozu tej samej serii. Zanim przystąpiliśmy do UE, Interlok miał większość zamówień zagranicznych, w Polsce wciąż mało jest prywatnych parowozów. PKP ma Wolsztyn, jeździ, jednak coraz więcej miast chce mieć swój parowóz, żeby przyciągał gości. Od trzech lat jest równowaga w zamówieniach między krajem i zagranicą. Swoją drogą Unia Europejska bardzo chętnie przeznacza środki na parowozy dla miast. Nie każde miasto ma zamek z XIV wieku, a każde ma tory. Najprościej jest uruchomić parowóz. Jak pokazują doświadczenia niemieckiej gminy Schöneberg, dla której przygotowaliśmy parowóz, przyciąga ona o 30% więcej turystów niż gminy bez parowozu.

Jakaś muzyka cię ostatnio zainteresowała?

- Może zbulwersuję tych słuchaczy w moim wieku i starszych, którzy powtarzają, że dla muzyki najważniejsze były lata 60., ale myślę, że od 8-10 lat mamy równie interesujące czasy, powstaje może nawet więcej genialnej, odważnej muzyki niż w latach 60. Może dlatego, że sytuacja się ustabilizowała. Wtedy to była walka pokoleń, muzyka była bronią, a dzisiaj wielu młodych ludzi gra nie po to, żeby z kimkolwiek walczyć, do tego często mają wykształcenie muzyczne. Muzyk po konserwatorium może grać rock and rolla, nie ma żadnego problemu, gorzej jest, jeśli grający rock and rolla amator zechce powiedzieć coś więcej. W latach 60. i 70. było wielu genialnych samouków, ale ograniczał ich brak wykształcenia. Teraz mamy piękne czasy, w oparciu o tradycję, ale bez tamtych postulatów ideologicznych, powstaje dużo nowej, świeżej muzyki. Druga rzecz to cała plejada artystów muzyki klasycznej, tworzących nową muzykę kameralną, która łączy elementy rocka, folku, muzyki preparowanej, lecz wciąż pozostaje muzyką kameralną. Mamy piękne czasy. Jestem pewien, że za sto lat więcej osób będzie słuchało współczesnej muzyki awangardowej niż Rolling Stonesów. Uważam, że jest nieprzemijająca i zawsze będzie miała słuchaczy, a grono fanów popularnych zespołów będzie się zmniejszać. Nawet Beatlesi...

No właśnie, powiedz teraz, że Beatlesi też przepadną.

- Przepadną. Beatlesi to jest klęska, katastrofa i beznadzieja. Nie powinni byli w ogóle zaczynać.

Więc jednak Stonesi?

- Jak bym miał wybierać, to wolę Stonesów, ale Jagger nie powinien dzisiaj tego robić, on dzisiaj nie ma prawa wychodzić na scenę i śpiewać "I can get no satisfaction". On kłamie. Rolling Stones są spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, a nie zespołem rockandrollowym. W latach 60. "Satisfaction" miało sens, dzisiaj to kabaret. Z czego on nie ma satysfakcji? Mógłby dać spokój z szacunku dla siebie.

Wspomniałeś, że w latach 90. poszedłeś własną drogą. Co to znaczy?

- Na początku lat 80., pod koniec 70., kiedy dojrzewała Solidarność i robiło się niewesoło, nastąpił niesłychany wysyp świetnych zespołów, różnych, i reggae'owych, i awangardowych, i industrialnych, i punkowych, pojawiło się mnóstwo ludzi, którzy organizowali festiwale, coś robili. Zupełnie odwrócili się od systemu, od Czerwonych Gitar i wszystkiego, co było dotąd. Zaczynało się to bardzo ładnie, ale po dwóch-trzech latach nastąpiła może niedostrzegalna z zewnątrz, ale jednak muzyczna komercjalizacja. Być może najpierw młodzi wychodzili na scenę, by coś tam zademonstrować przy muzyce, próbowali coś zrobić i w pewnym momencie poczuli się muzykami, jednak źle zrozumieli misję muzyka. Patrzyli na gwiazdy zachodniego show-buznesu i dla nich stało się ważne, by nagrać płytę, wystąpić tu i tam, a muzyka zeszła na drugi plan. Przeżywali zainteresowanie publiczności na festiwalach, te wszystkie dziewczyny, które za nimi latały, ci dziennikarze, ludziom nieprzygotowanym mogło to uderzyć do głowy. To samo organizatorzy, ta druga Marchewka... Pierwszą edycję festiwalu Marchewka robił Libero Pertić, taki Jugosłowianin mieszkający w Polsce, ja mu trochę pomagałem, jeśli chodzi o obsadę, kontakty, przekonywałem zespoły, by przyjechały i zagrały, on zajmował się po części tym samym, ale też stroną finansową, techniczną i organizacją całości. Na pierwszej Marchewce rzeczywiście było dużo ludzi, natomiast drugą odsłonę po dwóch latach organizowali już ludzie z innego pokolenia, tam też były zespoły alternatywne, ale dla mnie to była alternatywa negatywna, to znaczy grali coś, co już było w show-biznesie. Każda duża wytwórnia ma swoje zespoły alternatywne. Druga Marchewka była beznadziejna, nawet tam nie pojechałem. Pierwsza była bardzo ambitna, druga natomiast pokazała, jak słaba może być muzyka kojarzona z awangardą i artystycznymi ambicjami. Same gwiazdy, które swój status zawdzięczały nie dobrej muzyce, tylko złej. Tak się działo na wszystkich festiwalach, wtedy się wycofałem. Pozostałem menedżerem Reportażu, ale jako ARS 2 przestałem się kontaktować z organizatorami festiwali, nie interesowały mnie już zaproszenia do Trójki, nie było tam już dla mnie miejsca, skoncentrowałem się na ARS 2. Powiem ci taki przykład: jest Jarocin, na zegarze 23, ma grać TSA jako ostatni zespół. Mówią, że potrwa to do drugiej-trzeciej. Mnie TSA specjalnie nie interesowało, ale przyjechałem jako dziennikarz "Tygodnika Pilskiego", więc uznałem, że trzeba obejrzeć, może coś mi się spodoba, może czymś zaskoczą. Tymczasem zobaczyłem, że większość dziennikarzy wychodzi, mówią do mnie, chodź, idziemy, przecież my już mamy stąd napisane, przecież wiadomo, co TSA zagra. Tak wyglądała niezależność w Jarocinie. Walter Chełstowski mówił coś dziennikarzom o awangardzie w Jarocinie, wyglądało to tak, jakby nigdy nie słyszał awangardy. Dla niego reggae i punk rock to była awangarda muzyczna. Dziennikarze powtarzali to w swoich tekstach, które czytali młodzi ludzie, czyli wstyd i klęska. Jest to tylko forma sprzedaży muzyki. Powstały małe firmy, w katalogach zamieszczały rzeczy przerażające. W awangardzie powstaje bardzo dużo złej muzyki i sama ta kategoria nie wystarczy, by coś uznać za dobre. W wywiadach ci muzycy wypowiadali się tak, jakby nigdy nie słyszeli muzyki. Ja, póki mam Interlok i tam pracuję, nie muszę zarabiać na sprzedaży fałszywie kategoryzowanej muzyki, na oszustwie i wciskaniu ciemnoty młodym ludziom. Pozostałem przy ARS 2. W "Informatorze ARS 2" pisze czasem Adam Seremento, czasem Andrzej Dorobek, a resztę tworzę ja, sam dobieram płyty i robię, być może źle, ale tak jak chcę. Reportaż przestał istnieć ze względów finansowych, musieli podjąć decyzję: albo grać coś innego, albo przestac grać i zacząć pracować, bo w końcu trzeba za coś żyć. Do dzisiaj 90% muzyków niekomercyjnych nie żyje z muzyki, to jest niemożliwe. Mają swoją pracę i tworzą dodatkowo. Tak samo Reportaż. Reportaż się rozwiązał, to samo spotkało najbardziej interesujące wówczas zespoły, takie jak Ręce Do Góry, Kirkut Koncept, R-27, Hiena, Aguirre, Pancerne Rowery, Szelest Spadających Papierków. Przecież nie będę promował Kultu czy Apteki, która z pierwszym basistą jeszcze próbowała coś robić, ale ta kaseta "Urojonecałemiasta", no fajny tekst, podniecający, ale muzycznie żenada, to nie jest nawet rock and roll. Więc nie mogąc się z nikim dogadać, przestałem się tym interesować. Przestałem jeździć na koncerty, w katalogu więcej mam płyt zachodnich wydawnictw, bo druga strona odpowiedziała tym samym, do recenzji dostaję więcej zachodnich płyt niż polskich. Teraz robię swoje, a na tym opiera się cała zachodnia awangarda, Fred Frith mówił, że nie należy wchodzić w żadne związki, muzycy awangardowi chcą dobrze żyć i mieć publiczność, ale za jaką cenę? Jeśli nas zaakceptują, to dobrze, jeśli nie, to dalej robimy swoje. Zresztą w tym światku wszyscy się znają, potrafimy sobie organizować koncerty na całym świecie, bez jakichś wielkich instytucji, bez domów kultury, bez wielkich dziennikarzy, bez kolorowych czasopism. To jest możliwe, co więcej, tam się dzieją rzeczy najciekawsze.

Kto występował w Pile?

- W tamtych latach zorganizowanie koncertu zagranicznego zespołu w Pile było dla mnie niemożliwe ze względu na paszporty, zaproszenia, więc nawet się nie podejmowałem. Wtedy te sprawy załatwiał Grzegorz Brzozowicz, szef klubu Remont. On był studentem, za nim stała cała organizacja studencka. Klub działał jak instytucja i mógł legalnie zapraszać zagraniczne zespoły. Brzozowicz zresztą organizował też koncerty z cyklu Poza Kontrolą, szły na to środki państwowe. To ciekawe, że znienawidzony ustrój socjalistyczny dawał pieniądze na festiwale. Nie widzę dzisiaj tak finansowania tak interesującej działalności z publicznych pieniędzy. Koncerty muzyków zagranicznych i naszych robiłem w Pile dopiero w ostatnich latach, po klubach. Piła jest mała, trudno o jakiekolwiek wynagrodzenie dla muzyka, nawet z biletów się nie zwróci, dlatego te koncerty odbywają się tylko dlatego, że akurat znam wielu ludzi. Oni przyjeżdżają się spotkać i pogadać, śpią u mnie w domu, a ja ich namawiam, żeby przy okazji wieczorem zagrali. Aby sztuka nie była za darmo, dostają to, co zbiorą z biletów, ale to nawet nie pokrywa kosztów podróży. Dom kultury pożycza nagłośnienie bez opłat, bo gdyby jeszcze trzeba było płacić za nagłośnienie, to przy 50-osobowej, powiedzmy, frekwencji nie wiem ile musiałby kosztować bilet, żeby zapłacić artyście, który przyjechał z USA.

Jakie masz plany na przyszłość?

- Zamierzam utrzymać istnienie ARS 2 w takiej formie jak dotąd, spotkać się z Robertem Wyattem... I chcę pojechać do Rumunii. Już od paru lat się wybieram, w tym roku też miałem jechać, ale jeszcze się nie udało, powiedziałem sobie, że w przyszłym roku już muszę koniecznie pojechać, ponieważ oni tam wymierają. Muzycy z Clejani koło Bukaresztu, działa tam wiejski zespół Taraf de Haidouks, czyli, jak sobie wyobrażam, Grupa Zbójników. Clejani to wioska cygańska, widziałem ją na filmie, a mam nadzieję, że poznam, kiedy pojadę, gdzie wszyscy mieszkańcy żyją wyłącznie z muzyki. Nie uprawiają ziemi, tyle co w ogródku, nie mają żadnego rzemiosła, wszyscy grają. Od pokoleń grają muzykę użytkową na weselach i pogrzebach, na pozór zwykła wiejska kapela. Jej skład to 50 osób gotowych w każdej chwili do grania. Do tej wioski trafił belgijski muzyk Marc Hollander, on kiedyś prowadził zespół Aksak Maboul z kręgu awangardy rockowej, bardzo ważna postać. Usłyszał, jak oni grają i zdębiał. Wypromował ich w całej Europie i muzykolodzy łamią sobie teraz głowę, jak ci muzycy ludowi, prości ludzie, grający ze słuchu, nieznający nut, w zasadzie odcięci od show-biznesu, tym bardziej, że to Rumunia, czyli już w ogóle, jak zatem oni stworzyli tę muzykę, która się wymyka wszelkim regułom. Oni potrafią grać półgodzinne improwizacje, a po co komu na weselu improwizacja? Nieżyjący już Ion Manole grał na specjalnych skrzypcach, gdzie miał przewiercone dziury, przez które przechodził sznurek powlekany, używał go zamiast smyczka, uzyskując brzmienie wręcz industrialne, i wszystko po to, by grać na weselu lub na pogrzebie. Te okazje nie wymagały takiej muzyki, tam słychać pochody bluesowe, reggae, współczesną awangardę, Pendereckiego, w tej muzyce jest wszystko. Skąd oni to wzięli? Oni się nie inspirowali, tylko sami wymyślili. Kontrabasista wali pochód typowy dla boogie-woogie, chociaż nigdy nie był w Ameryce i nie miał w ręku płyty amerykańskiej, to są starzy ludzie. Młodsze pokolenie może już coś wie, ale oni? I to jeszcze jest nic, bo jak oni to grają! Są absolutnie fenomenalni, bawiąc się, przechodzą od muzyki tanecznej do takiej, którą gra się w filharmoniach. Jeżdżą po Europie z koncertami, ale na szczęście nie manierują się. Dla nich problemem jest tylko liczebność zespołu. Ich jest naprawdę bardzo dużo, więc trwają wewnętrzne przepychanki. Grali już w paryskiej Olimpii przy pełnych salach, grali wszędzie, nagrali płytę z Kronos Quartet, zespołem współczesnej muzyki eksperymentalnej, który zaszczyciłby Warszawską Jesień, gdyby dał się zaprosić. A oni z nimi grali, nie znając nut, wszystko ze słuchu. Coś niesamowitego. Swoje dzieci uczą grania, tych niepowtarzalnych technik, które zdumiewają wirtuozów, kiedy na jednych skrzypcach gra po dwóch-trzech muzyków, jest to też wizualna rozrywka dla publiczności. Jeśli dalej będą tak odporni na show-business, to będą jeszcze długo nas cieszyć. Chcę do nich pojechać i zobaczyć, bo oni tam cały czas są, jeśli tylko nie koncertują po świecie, to normalnie mieszkają w Clejani i grają na weselach.

Chcesz ich słuchać czy również poznać osobiście?

- Widziałem się z nimi już nie raz. Jak była Folk Fiesta w Ząbkowicach Śląskich, gdzie przez parę lat bywałem zapraszany jako dziennikarz "Informatora ARS 2", to oni tam byli. Próbowaliśmy z nimi rozmawiać łamanym językiem polsko-angielsko-francusko-rumuńskim i widziałem, że wcale nie są zepsuci, nie mają gwiazdorskich manier, dalej można ich w Rumunii wynająć na wesele. Nie wiem, za jakie stawki grają, ale pogadają chętnie z każdym, pójdą na piwo, a przy piwie mogą od razu wyciągnąć skrzypce i zagrać.

Ale podobno mają słabość do fryzjera?

- To była taka fajna scena, kiedy pierwszy raz wyjechali z Rumunii, gdzie dotąd grali po gospodach, i mieli wystąpić gdzieś w teatrze w Belgii czy Francji, a mieli tylko zwykłe codzienne ubranie. Więc przynajmniej poszli do fryzjera, bo w takim miejscu trzeba wyglądać elegancko.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1080
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 09:57    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Za Henryka to albo Gospodarz, albo Admin chyba Cię z tego wątku pogonią... Smile
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 10:04    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Czemu? Czyżby jego osoba jest passe na tym podwórku? Coś mnie ominęło?

Zgadzam się z nim, jeśli idzie o to, co mówi na temat sprzeczności stojącej między komercją a sztuką - te dwa zjawiska nie mogą iść z sobą w parze. Co do reszty, rzecz dyskusyjna bądź gustu ale w większości mam podobne zdanie na temat muzyki i drogi, jaką obrała - współczesne czasy nie sprzyjają ambitnemu graniu, jeśli idzie o muzykę popularną. Jazz, awangarda, muzyka poważna - tutaj ciągle widzę progres. Ale nie jest to coś, co trafia w gusta przeciętnego zjadacza chleba Wink.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
akond
epka kompaktowa


Dołączył: 04 Wrz 2020
Posty: 1080
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 13.08.2021, 10:11    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie o to chodzi, po prostu jest to mocny off-topic (z wywiadu do kontekstu pasują może ze dwa akapity, a o GD nie ma ani słowa). Już nasze wcześniejsze pogaduszki zaczynały odpływać od nurtu.
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł1979
krucha płyta jednostronna


Dołączył: 11 Wrz 2020
Posty: 27

PostWysłany: 13.08.2021, 10:14    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ok, rozumiem Wink. No to wracamy do GD! Może jakis ranking albumów studyjnych?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Oleeks
kaseta "metalówka"


Dołączył: 05 Kwi 2015
Posty: 266
Skąd: Szczecin

PostWysłany: 13.08.2021, 18:26    Temat postu: Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Greg, dziękuję za ciepłe słowa w stosunku do moich krótkich opisów koncertowych dokonań. Obyśmy mieli kiedyś okazję porozmawiać i posłuchać Deadów na żywo! Dziękuję też za zrobienie wejścia dla serii Road Trips. Jestem właśnie w trakcie odsłuchu wspominanego przez Ciebie koncertu i robi on na mnie bardzo dobre wrażenie. Powiem szczerze, że jestem obecnie pod OGROMNYM wrażeniem koncertu z 26/6/74 i 28/6/74 wydanego w ramach dwunastej części Dick's Picks. Jak mój haj opadnie, to wrócę na spokojnie do polecanego przez Ciebie występu, bo 1979 rok i początki Mydlanda w zespole, to wysoce ceniony przeze mnie okres w twórczości zespołu Smile

Paweł1979 napisał:
GD chyba było jedynym zespołem w historii, gdzie techniczni zarabiali tyle samo, co muzycy, wszyscy dzielili się po równo. Niech Gregg potwierdzi, bo może to jest kolejna plotka, ale tak czy tak bardzo lubię ten zespół, oczywiście niebezkrytycznie, mieli słabsze płyty i momenty ale generalnie bardzo ciekawa część muzyki tamtego okresu.


Jest o tym wspomniane właśnie a dokumencie na Prime Video. O ile nie przypominam sobie rozmowy o dzieleniu gaży, to każdy członek ekipy miał równy głos w sprawach dotyczących zespołu. Opowiada o tym były manager zespołu i wspomina jako koszmar Wink

Paweł1979 napisał:
No to wracamy do GD! Może jakis ranking albumów studyjnych?


Nad sprawą należy się pochylić. Najlepiej byłoby urządzić forumową strzelankę, ale na to może zabraknąć chętnych. Dlatego musimy kontynuować krucjatę w tym wątku Razz
_________________
Last.fm | RYM
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Muzyczne Dinozaury Strona Główna -> Wykonawcy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 10, 11, 12, 13  Następny
Strona 11 z 13

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group